Ocal mnieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Pamięci mojego najdroższego przyjaciela,

Josepha Drabyaka,

który rozumiał piękno i potęgę słowa drukowanego

Czasem musisz coś poświęcić, by zyskać wszystko.

BOB DYLAN „SILVIO”

„Zawsze nazywaj rzeczy po imieniu. Strach przed imieniem wzmaga strach przed samą rzeczą”[*].

ALBUS DUMBBLEDORE,

HARRY POTTER I KAMIEŃ FILOZOFICZNY

[*] Joanne K. Rowling, „Harry Potter i kamień filozoficzny”, przeł. Andrzej Polkowski, Media Rodzina of Poznań, Poznań 2000.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Rose McKenna stała pod ścianą tętniącej gwarem stołówki. Zgłosiła się do dyżurowania podczas lunchu, co sprowadzało się właściwie do pełnienia funkcji strażnika w makijażu. Dwieście dzieci rozmawiało, grało w łapki albo zbierało się do wyjścia na przerwę, jako że pora lunchu właśnie dobiegała końca. Rose starała się mieć oko na swoją córkę, Melly, która siedziała przy jednym stole z najzłośliwszą uczennicą trzeciej klasy. Gdyby pojawiły się jakieś problemy, Rose była gotowa w jednej sekundzie przeistoczyć się w prawdziwą lwicę, tyle że w chodakach.

Melly siedziała samotnie na skraju stołu, zajęta układaniem koślawej tęczy z kawałków owoców. Głowę miała spuszczoną, falujące ciemnoblond włosy opadały na twarz, przesłaniając duże okrągłe znamię w kolorze portwajnu na policzku, które przywodziło na myśl plamę nieumiejętnie nałożonego różu. W medycynie tę gęstą plątaninę naczyń krwionośnych pod skórą określano mianem nevus flammeus, dla Melly jednak był to przede wszystkim środek jej własnej prywatnej tarczy strzelniczej, coś, co już od czasów przedszkolnych czyniło ją obiektem ataków małych prześladowców i zmuszało do stosowania rozmaitych wybiegów zmierzających do ukrycia znamienia, takich jak pochylanie głowy, opieranie policzka na dłoni albo leżenie podczas drzemki na lewym boku tak nieruchomo, jakby było się jedynie konturem obrysowanym kredą na miejscu zbrodni. Żadna z tych sztuczek nie okazała się jednak stuprocentowo skuteczna.

Największa dręczycielka Melly nazywała się Amanda Gigot i siedziała właśnie teraz na drugim krańcu stołu, pokazując swojego iPoda przyjaciółkom. Ta najładniejsza dziewczynka w klasie, miała nieodzowne proste blond włosy, jasnoniebieskie oczy oraz idealny uśmiech, ubrana była niczym nastolatka w bezrękawnik z białej dzianiny, różową falbaniastą spódniczkę i złote sandałki z Candie's. Z pewnością nie wyglądała jak wcielenie szkolnego prześladowcy, ale przecież wilki potrafią przywdziewać owcze skóry czy też ciuchy z Juicy Couture. Amanda była na tyle bystra i bezpośrednia, że zawsze umiała znaleźć słaby punkt ofiary, co zapewniło jej zrodzoną ze strachu popularność, typową dla podstawówek i faszystowskich dyktatur.

Był początek października, a Amanda już przezywała Melly Ciapkiem albo Łatkiem, szczekając za każdym razem, kiedy dziewczynka wchodziła do klasy, Rose zaś nie pozostawało nic innego, tylko się modlić, by sytuacja nie uległa pogorszeniu. Przeprowadziły się tutaj w trakcie wakacji właśnie z powodu docinków, które w starej szkole córki stały się tak dokuczliwe, że Melly coraz częściej cierpiała na bóle brzucha i brak apetytu. Miała też kłopoty ze snem, toteż rano wstawała niewyspana i wymyślała rozmaite powody, byle tylko nie iść do szkoły. Testy wskazywały, że jest uzdolniona, jednak z powodu ciągłych nieobecności oceny miała naprawdę mizerne. Rose wiązała spore nadzieje ze szkołą podstawową w Reesburghu, cieszącą się doskonałą opinią i działającą według nowatorskiego programu mającego zwalczać przemoc wśród uczniów.

Nie można by też sobie wymarzyć piękniejszego miejsca. Budynek był nowy, oddano go bowiem do użytku w sierpniu, stołówka zaś stanowiła prawdziwe dzieło sztuki, z nowoczesnymi świetlikami, lśniącymi stolikami wyposażonymi w niebieskie plastikowe krzesełka i wesołymi ścianami wyłożonymi biało-niebieskimi kafelkami. Ściany ozdobiono już motywami związanymi z Halloween: tekturowymi dyniami, pająkami z papier mâché i czarnymi kotami o ogonach wyprostowanych niczym wielkie wykrzykniki. Pokryty sztuczną pajęczyną zegar wskazywał godzinę 11:20, toteż większość dzieci wyrzucała już opakowania po jedzeniu do plastikowych koszy na śmieci, a potem wychodziła na boisko drzwiami po lewej stronie.

Rose z niepokojem popatrzyła na stół, przy którym siedziała córka. Amanda i jej przyjaciółki, Emily i Danielle, właśnie kończyły kanapki, ale lunch Melly nadal spoczywał nietknięty we fioletowym pudełku śniadaniowym z Harrym Potterem. Nauczycielka prowadząca zajęcia dla szczególnie uzdolnionych dzieci, Kristen Canton, napisała do Rose e-mail z informacją o tym, że Melly czasami nie je lunchu i spędza przeznaczony na posiłek czas w łazience dla osób niepełnosprawnych, toteż Rose zgłosiła się na ochotnika do opieki nad dziećmi w czasie przerwy, żeby przekonać się na własne oczy, jak wygląda sytuacja. Nie mogła zignorować informacji, nie chciała też jednak reagować nazbyt histerycznie, znalazłszy się w trudnym położeniu, które było jej tak dobrze znane.

– O nie, rozlało mi się! – krzyknęła jakaś mała dziewczynka, kiedy zawartość przewróconego kartonika z mlekiem rozbryzgała się na podłodze.

– Nic się nie stało, kochanie. – Rose podeszła do niej i zabrała się do wycierania rozlanego mleka papierową serwetką. – Odłóż tacę, a potem możesz wyjść na dwór.

Kiedy wyrzucała nasiąkniętą serwetkę do kosza, usłyszała za plecami jakieś poruszenie, odwróciła się więc czym prędzej. Jej oczom ukazał się porażający widok. Amanda właśnie nakładała sobie palcami na policzek galaretkę winogronową tak, by przypominało to znamię Melly. Siedzące przy stole dziewczynki chichotały, wychodzące ze stołówki dzieci też ze śmiechem pokazywały sobie całą scenę palcami, a sama Melly biegła już z rozwianymi włosami w stronę położonego po prawej wyjścia prowadzącego do łazienki dla niepełnosprawnych.

– Melly, zaczekaj! – zawołała Rose, kiedy jednak córka minęła ją, nie zwracając na nią uwagi, podeszła do stolika. – Amando, co ty wyprawiasz? To nie było zbyt miłe.

Amanda spuściła głowę, żeby ukryć uśmiech, jednak Emily i Danielle natychmiast zamilkły i mocno poczerwieniały.

– Ja nic nie zrobiłam – powiedziała Emily, wydymając dolną wargę.

Siedząca obok niej Danielle pokręciła głową, potrząsając długim, ciemnym warkoczem, po czym również pospieszyła z zapewnieniem:

– Ja też nie.

Pozostałe dziewczynki natychmiast się rozpierzchły, reszta dzieci zaś czym prędzej pospieszyła na przerwę.

– Śmiałyście się – zauważyła z przykrością Rose, po czym wskazała na plakat przygotowany w związku z programem dotyczącym zwalczania przemocy wśród dzieci, którego połyskujące litery układały się w słowa: TROSKA, WSPÓŁCZUCIE, WSPÓLNOTA. – Dokuczanie innym z pewnością nie stanowi przejawu troski czy współczucia, a poza tym…

– Co się tu dzieje? – Usłyszała w tym momencie, a kiedy podniosła głowę, zobaczyła drugą z mam, która także pomagała dzisiaj przy lunchu. Kobieta była ubrana w dżinsową sukienkę i sandałki, a rozświetlone pasemkami włosy miała krótko przycięte. – Przepraszam, ale dziewczynki powinny wyjść już na przerwę.

– Widziała pani, co tu zaszło?

– Nie, niczego nie zauważyłam.

– No cóż, Amanda dokuczała koleżance, a…

W tym momencie przerwała jej sama winowajczyni.

– Dzień dobry, pani Douglas.

– Dzień dobry, Amando. – Kobieta zwróciła się w stronę Rose. – Wszyscy uczniowie muszą wyjść, żeby kuchnia mogła się przygotować do drugiej tury. Widzi pani? – Przy tych słowach wskazała za siebie, na ostatnich maruderów właśnie opuszczających stołówkę. – Najwyższa pora.

– Rozumiem, ale Amanda dokuczała mojej córce, Melly, więc chciałam z nią o tym porozmawiać.

– Pani jest tu nowa, co? Nazywam się Terry Douglas. Pomagała pani wcześniej przy lunchu?

– Nie.

– A więc nie zna pani zasad. Dyscyplinowanie uczniów nie należy do zadań rodziców opiekujących się dziećmi podczas przerw.

– Ależ ja wcale nie próbowałam ich dyscyplinować. Po prostu z nimi rozmawiałam.

– Nieważne, tak czy inaczej nie wychodziło to pani za dobrze. – Terry skinęła głową w kierunku Emily, której właśnie w tym momencie po policzku potoczyła się łza.

– Och, mój Boże, przepraszam. – Rose nie sądziła, by wykazała się nadmierną surowością, jednak była już tak zmęczona, że może rzeczywiście zareagowała zbyt gwałtownie. Do późna w nocy siedziała z małym Johnem, który po raz kolejny cierpiał na zapalenie ucha, a rano ogarnęły ją dodatkowo wyrzuty sumienia, że zostawia dziecko z opiekunką, żeby pomagać w szkole podczas lunchu. Synek miał dopiero dziesięć miesięcy, więc Rose uczyła się dopiero, jak być matką dwójki dzieci. Przez większość czasu czuła się rozdarta, że poświęca uwagę jednemu z dzieci kosztem tego drugiego, zupełnie jakby znalazła się między młotem a kowadłem. – Terry, przecież szkoła stosuje zasadę zero tolerancji dla przemocy, więc dzieci muszą się tego nauczyć. Wszystkie dzieci, zarówno te, które dokuczają innym, jak i te, które są po prostu ich sprzymierzeńcami, które się śmieją i uważają taką rozrywkę za wyjątkowo zabawną.

– Jednak kiedy chodzi o kwestie wychowawcze, rodzic musi jedynie poinformować o wszystkim nauczyciela. Pani Snyder jest na boisku. Dziewczynki powinny wyjść na przerwę, więc należałoby przekazać sprawę nauczycielce.

 

– Mogę przynajmniej dokończyć to, co zaczęłam im tłumaczyć? To z pewnością wystarczy. – Ze względu na córkę Rose nie chciała robić afery. Koleżanki szybko mogłyby ją zacząć nazywać skarżypytą.

– W takim razie pójdę po nią sama. – Terry odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi, a w stołówce zapanowała cisza przerywana jedynie dobiegającym z kuchni trzaskiem tac i brzękiem sztućców.

Rose odwróciła się w stronę stolika.

– Amando, musisz zrozumieć, że dokuczanie to także przemoc. Słowa mogą ranić równie mocno jak uderzenie.

– Nie wolno pani na mnie krzyczeć! Pani Douglas tak powiedziała!

Zdumiona Rose zamrugała oczami. Do licha, nie pozwoli się zastraszyć komuś, kto nosi opaskę Hanny Montany.

– Wcale na ciebie nie krzyczę – powiedziała spokojnie.

– Idę na przerwę! – Amanda poderwała się na równe nogi tak gwałtownie, że przestraszyła Emily i Danielle.

W tym momencie z kuchni doleciał je odgłos wybuchu, a w prowadzących do niej drzwiach błysnęło oślepiające światło. Rose odwróciła się w stronę tego ogłuszającego huku. W tym momencie kuchenna ściana rozleciała się, rozsypując wokół resztki kafelków, drewna i płyt kartonowo-gipsowych.

Fala uderzeniowa zbiła Rose z nóg, a do stołówki wdarła się kula ognia.

Potem zaś wszystko pochłonęła ciemność. I cisza.

ROZDZIAŁ 2

Rose ocknęła się na podłodze, pod ścianą. Otworzyła oczy. Z umieszczonych pod sufitem zraszaczy lała się woda, niczym chłodne krople deszczu, wokoło unosiły się kłęby czarnego, gryzącego dymu. Podłoga była usiana gruzem i odłamkami szkła, na których Rose z trudem obróciła się na wznak. Głowa jej pulsowała, w uszach dzwoniło.

Co się stało… co się dzieje…

Podparłszy się rękami, usiadła wreszcie w kałuży wody, a potem dotknęła obolałego policzka. Pod palcami poczuła krew. Pył oblepiał jej koszulkę polo i rybaczki w kolorze khaki, które za sprawą spryskiwaczy z każdą chwilą stawały się coraz bardziej mokre. Rose wyciągnęła przed siebie nogi, kostkę miała paskudnie rozciętą. Potrząsnęła głową, żeby zebrać myśli, ale nadal nie słyszała niczego poza dzwonieniem.

Poprzez strugi wody i dym spojrzała w stronę kuchni, gdzie panowało istne piekło. Z drzwi buchały płomienie, gorące pomarańczowe języki ognia biegły ku górze. W ścianie ziała nieregularna wyrwa, z której wystawały powyginane pręty zbrojeniowe przywodzące na myśl czarne macki. Drewniane słupki leżały połamane, roztrzaskane na kawałki.

Rose nie mogła zrozumieć, co tak naprawdę widzi. Szkolna stołówka przypominała istne pole bitwy. Z sufitu zwisały płyty gipsowe, przez roztrzaskane świetliki sypały się odłamki szkła. Powietrze było rozpalone niczym wnętrze pieca, nozdrza wypełniał odór spalenizny, a wirujące wokół skrawki płonących materiałów przypominały zamieć rodem z sennego koszmaru.

Dzieci!

Rose rozejrzała się gorączkowo wokół, próbując dostrzec cokolwiek poprzez gęsty dym. Niedaleko niej oszołomiona Amanda podnosiła się właśnie z podłogi, z ustami wykrzywionymi w przerażone kółko. Po jej policzkach spływały łzy, z rozcięcia na ramieniu kapała krew. Nieco dalej, koło drzwi leżała Emily, skulona kupka nieszczęścia łkająca rozpaczliwie. Tylko Danielle była w ruchu – właśnie biegła w stronę drzwi.

Nagle Rose uderzyła fala dźwięków. Amanda krzyczała, Emily zanosiła się płaczem, syreny alarmowe zawodziły rozgłośnie, ogień buzował, spryskiwacze furkotały, rozpryskując z szumem strumienie wody. A tymczasem z kuchni buchały coraz to nowe płomienie. Ktokolwiek się tam znajdował, z pewnością już nie żył. Dzieci też zginą, jeśli Rose ich stąd nie zabierze.

O, mój Boże. Melly.

Rose podniosła się niepewnie. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa, w głowie huczało, a całe pomieszczenie zdawało się wirować wokół. Wyprostowała się z wysiłkiem. Toaleta dla niepełnosprawnych znajdowała się naprzeciwko kuchni, gdzie doszło do eksplozji. Strach ścisnął serce Rose. Melly mogła zginąć w wybuchu.

Błagam, Boże, nie.

Rose pospiesznie rozważyła inne możliwości. Melly mogła zostać uwięziona w łazience. Jeśli nie zdołała się wydostać o własnych siłach, nikt nie przyjdzie jej z pomocą. Nikt nie wie, że dziewczynka tam jest. A gdyby nawet udało jej się uciec, i tak nie wiedziałaby, jak się wydostać z budynku.

Rose poderwała się w panice na równe nogi, choć kolana się pod nią uginały. Nie miała pojęcia, co robić. Dym stawał się coraz gęstszy, powietrze coraz bardziej gorące za sprawą płomieni buchających z kuchennych drzwi. Któryś ze świetlików nie wytrzymał żaru i poleciały z niego odłamki szkła.

Amanda i Emily kręciły się zdezorientowane w kółko, krzycząc i płacząc. Potrzebowały pomocy. Stały tuż obok niej. Były jeszcze dziećmi, nie wiedziały, jak się ratować.

Melly była daleko, w łazience. Po drugiej stronie sali, na samym końcu długiego korytarza.

Rose nie mogła pozbierać myśli. Jeśli wyprowadzi Amandę i Emily na boisko, nie zdąży wrócić po Melly. Jeżeli ruszy córce na ratunek, będzie musiała zostawić Amandę i Emily, które miała tu przed sobą. Nie mogła tego zrobić, nie mogła też jednak zostawić własnego dziecka na pewną śmierć.

Prawdziwie piekielny wybór, w samym środku piekła.

Mogła ocalić Melly albo Amandę i Emily. Musiała dokonać wyboru.

I to już.

ROZDZIAŁ 3

– Szybko! – Rose chwyciła Amandę za ramię. Nie wybierała, po prostu działała. Danielle właśnie wybiegała ze stołówki.

– Mamusiu! – krzyknęła Amanda.

Wszędzie wokół unosiły się kłęby dymu. Płomienie lizały już sufit, gorące powietrze było wprost niemożliwe do zniesienia. Kartonowe płyty opadały w płomieniach, a warkoczące spryskiwacze wzbijały tylko jeszcze więcej dymu.

– Musimy stąd uciekać, tak jak Danielle! – Rose pociągnęła Amandę w stronę płaczącej Emily, która nadal leżała obok wyjścia.

– Mamusiu! – zawołała znowu Amanda, kiedy Rose podniosła za ramię Emily. Dziewczynka miała skaleczoną nogę, ale nie była poważnie ranna.

– Pospieszcie się! Musimy uciekać! – Rose popchnęła obie w kierunku otwartych drzwi. Korytarz wypełniały kłęby dymu, tłum starszych uczniów przepychał się do wyjścia na szkolne boisko. Danielle też była wśród nich. W progu stała jasnowłosa nauczycielka i kierowała strumień dzieci na zewnątrz.

– Biegnijcie na boisko! – Rose wypchnęła Amandę i Emily na korytarz, między inne dzieci. – Biegnijcie za Danielle! Szybko! Ja muszę wydostać Melly!

Zawróciła do wnętrza ogarniętej pożarem stołówki, uskakując przed spadającymi z sufitu płonącymi płytami. Żar palił ją w gardle, dym szczypał w nos i oczy. Przemoczone ubranie lepiło się do ciała, długie włosy opadały na twarz. Pękła jakaś belka, izolacja płonęła.

Z trudem utrzymując równowagę na mokrej podłodze, Rose przemknęła obok kuchni stanowiącej teraz prawdziwe morze płomieni, przecięła stołówkę i wypadła na korytarz, po czym zaskoczona, zatrzymała się gwałtownie. Drogę blokowała jej ściana ognia.

Nie, nie, nie!

Najwyraźniej sufit korytarza zawalił się już wcześniej, bo na podłodze paliły się teraz jego szczątki, posyłając w górę kłęby gęstego, czarnego dymu. Woda ze spryskiwaczy, tryskająca gdzieś na boki, na niewiele się zdawała, aluminiowe rury zwisały pod naprawdę nieprawdopodobnymi kątami. Toaleta dla osób niepełnosprawnych znajdowała się po drugiej stronie. Płomienie strzelały zbyt wysoko, by je przeskoczyć, a wkrótce staną się jeszcze potężniejsze. Wszystko płonęło, gipsowo-kartonowe płyty sufitu, izolacja, drewniane słupki.

Nagle Rose dostrzegła wystający z gruzowiska słupek. Kiedy za niego szarpnęła, bez trudu zdołała go wyciągnąć spośród płonących odłamków. Zaczęła gwałtownie kaszleć, łzy lały się jej z oczu strumieniami, nie przestawała jednak wymachiwać płonącym kawałkiem drewna niczym baseballowym kijem, oczyszczając sobie drogę z tlącej się izolacji.

Iskry wciąż leciały w górę, dym dusił w gardle. Rose wykrztusiła suchy pył wdzierający jej się do ust. Rozgarniając gruzowisko, tylko podsyciła ogień, który z rykiem wzbił się jeszcze wyżej.

Rose podwoiła wysiłki. Waliła bez opamiętania słupkiem, byle tylko utorować sobie drogę. Niewiele widziała, z trudem chwytała oddech. Gardło miała zaciśnięte, z oczu lały jej się łzy. Ściskany w dłoniach kawałek drewna zajął się ogniem, nie przestawała jednak torować sobie ścieżki pośród płonących gruzów. Jeśli zwolni tempo, z pewnością nie zdoła przedostać się na drugą stronę.

W końcu rzuciła słupek i z rozbiegu przeskoczyła przez ogień. Buzująca we krwi adrenalina sprawiała, że nie czuła płomieni sięgających do jej drewniaków, liżących ją po kostkach. Biegła dalej przez ten płonący piec. Miała wrażenie, że ciągnie się to w nieskończoność, wreszcie przedostała się jednak na drugą stronę, pozostawiając ogień za sobą.

Ruszyła biegiem poprzez kłęby dymu w głąb korytarza. Po lewej stronie miała kuchnię i pokój nauczycielski, stanowiące teraz królestwo ognia.

Wreszcie dotarła do łazienki dla niepełnosprawnych. Dym wciskał się do środka przez szparę pod drzwiami. Melly się udusi.

– Melly! – Rose nacisnęła gorącą klamkę. Zamknięte, więc córka musiała być nadal w środku. – Melly! – krzyknęła Rose, w panice szarpiąc za klamkę. Drzwi wciąż nie ustępowały. Przerażona Rose czuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Nie mogła powstrzymać kaszlu, gdyż czarny dym, kłębiący się tuż przy podłodze spowijał ją ze wszystkich stron.

Ogień był coraz bliżej, żar stawał się trudny do zniesienia. Rose ciągnęła za klamkę ze wszystkich sił. Nie mogła złapać tchu, dym wypełniał jej płuca.

– Melly! – zawołała znowu.

Żadnej odpowiedzi.

ROZDZIAŁ 4

– Ratunku! – krzyknęła Rose, ale w całkowicie opustoszałym korytarzu była zdana wyłącznie na siebie, choć alarm wył nieprzerwanie, a w oddali dały się słyszeć syreny.

Całym ciałem naparła na drzwi toalety, te jednak nawet nie drgnęły. Szybko obmacała zawiasy, żeby sprawdzić, czy nie uda się drzwi zdjąć, jednak na próżno. Wciąż powtarzała sobie przy tym, że musi zachować spokój. Nie wolno ulegać panice. Kaszel wciąż nie dawał jej spokoju, łzy przesłaniały widok.

Przyklęknęła, żeby przyjrzeć się zamkowi. Pod klamką znajdował się otwór – drzwi zamykało się poprzez naciśnięcie guzika. Zdołałaby je otworzyć, gdyby tylko udało jej się wcisnąć coś w tę szczelinę. Spróbowała wsunąć tam palec, otwór okazał się jednak za mały. Potrzebowała czegoś węższego.

Rozejrzała się wokół. Dym unosił się już właściwie wszędzie, pożar w pokoju nauczycielskim wciąż się rozszerzał. Należało się spieszyć. Rose zerwała się na równe nogi i biegiem wpadła do biblioteki. Tu też było pełno dymu, chociaż mniej niż na korytarzu.

Rose podbiegła do biurka i gwałtownie wyszarpnęła szufladę. W środku znajdowały się długopisy, ołówki, linijka, opakowanie pomarańczowych tik-taków. Rose chwyciła nożyczki, jednak ostrza okazały się zbyt szerokie dla jej celów, czym prędzej więc je rzuciła. Kiedy rozejrzała się wokół, dostrzegła stojak na ubrania, a na nim czerwony sweter i kilka drucianych wieszaków.

Błyskawicznie skoczyła w tamtą stronę, chwyciła jeden z wieszaków i już w biegu zaczęła go wyginać. Kiedy wypadła z biblioteki, widok na korytarzu zwyczajnie ją przeraził. Ogień wydobywający się z pokoju nauczycielskiego był coraz bliżej toalety dla niepełnosprawnych, jego języki sięgały niemal drzwi łazienki, spowitych gęstym czarnym dymem.

– Melly! – krzyknęła przerażona Rose, po czym błyskawicznie doskoczyła do drzwi łazienki i rzuciła się przy nich na kolana, choć z powodu dymu, od którego łzawiły jej oczy, niewiele widziała.

Wygięła wieszak, rozcinając sobie przy tym dłoń jego ostrym końcem, po czym na próżno próbowała wcisnąć koniec drutu do dziurki od klucza. Ręka za bardzo się jej trzęsła. Mimo wszystko nie rezygnowała, wciąż na nowo ponawiając próby z twarzą tuż przy klamce. W końcu udało się jej wsunąć ostry koniec do środka, bardziej wyczuła, niż usłyszała kliknięcie.

Szarpnęła za klamkę. Drzwi otworzyły się na oścież. Ogień za jej plecami poderwał się ku górze, pobudzony dopływem tlenu. Dym wypełnił łazienkę.

– Melly! – zawołała znowu Rose, ale dziewczynka siedziała bez ruchu obok toalety z głową przechyloną na bok. Ramiona zwisały jej luźno, stopy miała rozrzucone na boki.

Rose podbiegła do córki i chwyciła ją w objęcia. Nie potrafiła powiedzieć, czy Melly oddycha, jej policzki pokrywała czarna sadza, gromadząca się też wokół nozdrzy i ust. Ciało dziewczynki było bezwładne, oczy pozostawały zamknięte. Rose znała zasady udzielania pierwszej pomocy, musiała jednak wynieść stąd dziecko, póki jeszcze mogła.

 

Chwyciła Melly w ramiona i z trudem stanęła na nogach, po czym wreszcie wybiegła z zadymionej łazienki. Wpadła do biblioteki i biegiem rzuciła się między regałami w stronę wyjścia prowadzącego na zadymiony korytarz. Nigdy wcześniej nie była w tej części szkoły, pędziła jednak labiryntem korytarzy w kierunku, z którego dobiegały krzyki nauczycieli. Melly nadal leżała bez życia w jej ramionach.

W końcu Rose dotarła do podwójnych drzwi, nad którymi widniał napis WYJŚCIE. Pozostało jej dwadzieścia kroków, potem już tylko dziesięć i wreszcie pięć. Gwałtownie wypadła na klatkę schodową, gdzie stała nauczycielka kierująca ewakuacją starszych uczniów, zbiegających po kamiennych schodach na parking dla personelu.

– Moja córka! – krzyknęła Rose, nawet na chwilę nie zwalniając kroku, w stronę nauczycielki, która na jej widok aż pobladła.

– Przepuśćcie panią! – zawołała nauczycielka do uczniów, którzy rozstąpili się przed Rose, ledwie ta wybiegła z budynku na zewnątrz.

– Pomocy! – krzyknęła Rose.

Bibliotekarka i jedna z nauczycielek natychmiast rzuciły się w jej stronę. Kłęby dymu zasnuwały też parking, poza obrębem którego tłoczył się tłum nauczycieli, pracowników szkoły i uczniów. Pośród krzyków i płaczu wciąż przeliczano tam dzieci.

Rose rzuciła się biegiem w kierunku trawnika, ułożyła córkę na ziemi i przycisnęła ucho do jej piersi, by sprawdzić, czy serce bije. Oddechu i tak by nie usłyszała z powodu syren alarmowych, które nadal głośno wyły. Przyłożyła co prawda policzek do ust córki, jednak na próżno. Natychmiast przystąpiła więc do reanimacji: odchyliła głowę Melly do tyłu, otworzyła jej usta i zaczęła sztuczne oddychanie, starając się nie zwracać uwagi na odór dymu, który natychmiast wypełnił jej gardło.

Nagle Melly zaczęła kaszleć, ku przerażeniu matki wypluwając przy tym sadzę.

– Kochanie! – krzyknęła uradowana Rose, ale Melly zatrzepotała tylko powiekami, po czym oczy zapadły jej się gdzieś w głąb. – Melly, obudź się! Błagam! – Rose potrząsnęła córką, na próżno próbując ją ocucić.

– Jest karetka! – Bibliotekarka dotknęła ramienia Rose. Towarzysząca jej nauczycielka stała tuż za nią. – Pomożemy pani.

– Dziękuję! – Rose chwyciła Melly w objęcia, wspierając się na swojej towarzyszce, kiedy obie ruszyły biegiem między zaparkowanymi samochodami.

Tłum natychmiast naparł do przodu, wszyscy wyciągali z ciekawości szyje, jednak nauczycielka oraz wyposażeni w krótkofalówki strażnicy szybko ukrócili te zapędy. Rodzice i sąsiedzi unosili do góry komórki i smartfony, by zrobić zdjęcie czy nagrać krótki filmik. Długim podjazdem zbliżała się już karetka, torując sobie drogę w tłumie, by wreszcie skręcić na parking dla personelu szkoły.

Rose i bibliotekarka natychmiast pospieszyły w jej kierunku. Z kabiny wyskoczył sanitariusz w czarnym uniformie i podbiegł do nich. W tym samym momencie tylne drzwi ambulansu otworzyły się gwałtownie, a ze środka wyłoniła się kolejna dwójka sanitariuszy, mężczyzna i kobieta, wyposażonych w nosze i przenośny aparat tlenowy.

– To moja córka. – Rose spotkała się z ratownikiem tuż przy krawężniku. – Oddycha, ale jest nieprzytomna.

– Wezmę ją. – Mężczyzna przejął dziewczynkę od matki, a chwilę później dołączyło do niego pozostałych dwoje sanitariuszy. Ratownik ułożył Melly na noszach, a jego koledzy pospiesznie założyli dziewczynce przezroczystą maskę na nos i usta i umocowali ją dwoma pomarańczowymi paskami, po czym pospiesznie potoczyli nosze w kierunku karetki i zapakowali je do środka.

Rose już miała wsiąść do ambulansu, wcześniej zdążyła jednak jeszcze krzyknąć do bibliotekarki:

– Proszę zadzwonić do mojego męża! Nazywa się Leo Ingrassia, jest prawnikiem i ma kancelarię w budynku King of Prussia!

– Oczywiście!

Rose wskoczyła do karetki i zająwszy miejsce u boku Melly, ujęła rękę córki. Dłoń była bezwładna i dziwnie chłodna w dotyku, jednak Rose jej nie puszczała, zupełnie jakby w taki sposób zamierzała zatrzymać córkę na tym świecie.

Błagam, Panie Boże, pozwól jej żyć.