Kłamstwo doskonałe

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

ONE PERFECT LIE

Copyright © 2017 by Smart Blonde, LLC

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce

© Jelena Simic Petrovic/Arcangel

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-777-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Przede wszystkim trzeba unikać

kłamstwa, wszelkiego kłamstwa,

zwłaszcza okłamywania siebie.

Fiodor Dostojewski,

Bracia Karamazow

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Chris Brennan starał się o pracę nauczyciela w szkole średniej w Central Valley. Wszystkie dane w jego aplikacji były zmyślone, łącznie z nazwiskiem. Dotychczas udało mu się zwieść kierownika działu kadr, zastępcę dyrektora oraz szefa wydziału nauk społecznych. Tego ranka czekała go decydująca rozmowa z dyrektorką liceum, doktor Wendy McElroy.

Czekając na nią w gabinecie, wiercił się na krześle, jakby z nerwów, chociaż nie czuł tremy. Pomyślnie przeszedł stanowe i federalne procedury oraz złożył stosowne zaświadczenie o niekaralności. Znał się na swojej robocie. Sprawiał wrażenie nauczyciela idealnego.

Strój na rozmowę kwalifikacyjną dobrał na podstawie obserwacji pracujących tu mężczyzn. Włożył białą koszulę z kołnierzykiem, chinosy w kolorze khaki i półbuty Bass kupione na wyprzedaży. Przy wzroście sto osiemdziesiąt centymetrów ważył dziewięćdziesiąt osiem kilogramów, co – w połączeniu z twarzą o szeroko rozstawionych niebieskich oczach i mocno zarysowanych kościach policzkowych – zapewniało mu wygląd atrakcyjnego mężczyzny o sympatycznym uśmiechu. Włosy w kolorze piaskowego brązu były świeżo ostrzyżone w jednym z lokalnych zakładów fryzjerskich. Wszyscy lubią zadbanych ludzi, zapominają, że wygląd bywa zwodniczy.

Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Pod oknem stało skąpane w słonecznym blasku biurko z ciemnego drewna w kształcie litery „L” wypełnione formularzami, teczkami i segregatorami z napisem „Egzaminy – angielski i matematyka poziom I”. Ścianę bliżej biurka zajmował szereg regałów pełnych książek oraz czarnych szaf archiwizacyjnych, ściana przeciwległa natomiast obwieszona była oprawionymi w ramki dyplomami z Penn State i West Chester University, z którymi sąsiadowała tablica szkoleniowa z kalendarzem oraz plakat z hasłem: MNIEJ NARZEKANIA, WIĘCEJ MARZEŃ. Na biurku stały rodzinne fotografie, dozownik z płynem dezynfekującym i kremem do rąk oraz stosik oczekującej na otwarcie korespondencji obok nożyka do rozcinania kopert.

Lśniące ostrze przyciągnęło uwagę Chrisa na dłużej, przywołując wspomnienia. Nie! – zawołał tuż przed śmiercią mężczyzna, którego ugodził nożem w krtań. Krew z przebitej tętnicy szyjnej ochlapała go, gdy wyciągał klingę. Niepotrzebnie cofnął dłoń razem z narzędziem, które tamowało krwotok. Amatorski błąd, dziś by go nie popełnił, ale wtedy brakowało mu doświadczenia.

– Przepraszam, że kazałam panu czekać. – Doktor McElroy weszła do gabinetu, wspierając zgiętą w kolanie lewą nogę na specjalnym chodziku, nogę prawą stabilizował czarny but ortopedyczny. Chris poderwał się z krzesła.

– Dzień dobry, pani dyrektor. Potrzebuje pani pomocy? – Machnęła ręką w geście odmowy. Właśnie kogoś takiego oczekiwał, profesorki w średnim wieku w dwuogniskowych drucianych okularach i srebrnych wiszących kolczykach. Miała niebieskie oczy pod opadającymi powiekami i szczupłą twarz obramowaną schludnie upiętymi, siwymi włosami. Była ubrana w sukienkę w szaro-różowe wzory. Rozumiał upodobanie siwowłosych kobiet do szarych ubrań. Korzystnie w nich wyglądały.

– Proszę mi mówić po imieniu. Wendy. Wiem, że wyglądam niedorzecznie. Miałam operację haluksów i przez jakiś czas muszę przemieszczać się w ten sposób.

– Boli?

– Tylko moja duma. Proszę usiąść – powiedziała i z wysiłkiem zbliżyła się do biurka. W koszu chodzika leżała duża torba na ramię, laptop, jakieś dokumenty i torebka w kwiaty.

Chris usiadł wygodnie i obserwował zmagania dyrektorki, która za wszelką cenę usiłowała udowodnić, że nie potrzebuje pomocy, podczas gdy prawda biła po oczach. Ludzie są tacy zabawni. Odnalazł dane na temat doktor McElroy w mediach społecznościowych oraz na stronie szkoły, gdzie zamieszczono krótki życiorys i kilka fotografii. Uczyła matematyki w Central Valley od dwunastu lat, mieszkała w pobliskim Vandenbergu z mężem Davidem i psem rasy corgi o imieniu Bobo. Zdjęcie profilowe nauczycielki zamieszczone obok notki biograficznej pochodziło sprzed wielu lat, podobizna Bobo była aktualna.

– Teraz już pan wie, czemu się spóźniłam. Przejście z punktu A do punktu B zajmuje mi całą wieczność. W czasie poprzednich etapów rekrutacji byłam na zwolnieniu lekarskim, stąd nasze dzisiejsze spotkanie. Przepraszam za kłopot. – Postawiła wózek obok krzesła i hałaśliwie przełożyła na biurko zawartość koszyka.

– Nic nie szkodzi, żaden problem.

Dyrektorka opuściła wózek i doskoczyła na jednej nodze do krzesła.

– Brawo ja! – oświadczyła, usadowiwszy się.

– Brawo pani – potwierdził życzliwie Chris.

– Proszę o cierpliwość. – Wyjęła z torebki smartfon, położyła go na biurku, następnie sięgnęła po teczkę z dokumentami przyniesionymi w większej torbie. Popatrzyła na niego z nerwowym uśmiechem. – A więc, Chris, witamy ponownie w Central Valley. Słyszałam, że na pozostałych spotkaniach zrobił pan furorę. Ma pan już u nas mały fanklub.

– Cudownie. Odwzajemniam zachwyt. – Posłał jej szeroki uśmiech. Wywarł doskonałe wrażenie, nie powiedziawszy słowa prawdy o sobie. Nie wyjawił nawet prawdziwego imienia i nazwiska, które brzmiało Curt Abbott. Za tydzień, kiedy będzie po wszystkim i zdąży zniknąć, wstrząśnięci i rozgniewani ze zdumieniem odkryją, że ich oszukano. Niektórzy domagać się będą jego krwi, inni chętnie puszczą w niepamięć jego istnienie.

– Chris, porozmawiajmy swobodnie, bez zbędnych formalności, skoro poprzednie rozmowy były udane, a my pilnie potrzebujemy kogoś na to stanowisko. Zastąpi pan Mary Merriman, która zrezygnowała z pracy, aby zająć się schorowanym ojcem, co oczywiście jest w pełni zrozumiałe – westchnęła. – Obecnie przebywa w Maine, ale można się z nią kontaktować telefonicznie lub mejlowo. Z pewnością chętnie panu pomoże w razie jakichkolwiek pytań lub wątpliwości.

Wszystko jedno, pomyślał.

– Cieszę się. Bardzo miło z jej strony – powiedział.

– Och, Mary jest kochana. Nawet w obliczu osobistej tragedii troszczy się o swoich uczniów – rozpromieniła się dyrektorka. – Formalności potrwają parę dni, ale jeśli zajmiemy się tym od razu, może pan zacząć pracę już w czwartek, szesnastego kwietnia, kiedy odejdzie tymczasowy zastępca. Nie za wcześnie?

– Im wcześniej, tym lepiej – odparł szczerze. Miał mnóstwo do zrobienia przed wtorkiem, od którego dzielił go niecały tydzień. Musiał być na miejscu. W tej sytuacji słowo „deadline” zyskało nowe znaczenie.

– Muszę pana ostrzec, że dorównać naszej Mary nie będzie łatwo. Dzieciaki ją ubóstwiały.

– Nie wątpię, ale ufam, że sobie poradzę – odparł, siląc się na dziarski ton.

– Mimo wszystko będzie trudno, zaczyna pan w środku drugiego semestru.

– Podołam i temu. Rozmawiałem z innymi nauczycielami, zapoznałem się z programem i planem lekcji.

– Dobrze więc. – Dyrektorka otworzyła brązową teczkę zawierającą CV i list motywacyjny Chrisa oraz resztę sfałszowanych dokumentów. – Na początek proszę coś o sobie opowiedzieć. Skąd pan pochodzi, Chris?

– Pierwotnie ze Środkowego Zachodu, z Indiany, ale często się przeprowadzaliśmy. Mój ojciec był przedstawicielem handlowym w firmie sprzedającej artykuły hydrauliczne, często przenosiliśmy się z miejsca na miejsce – skłamał gładko. W rzeczywistości nie pamiętał swoich biologicznych rodziców. Wychował się w rodzinach zastępczych w okolicach Dayton, Ohio.

Dyrektorka zerknęła w fałszywy życiorys.

– Uczęszczał pan do Northwest College w Wyoming.

– Tak.

– Dyplom nauczycielski tam właśnie pan uzyskał?

– Owszem.

– Hmm. – McElroy zawiesiła głos. – Większość z nas ukończyła którąś ze szkół w Pensylwanii. West Chester, Widener, Penn State.

– Rozumiem. – Właśnie dlatego wybrał Northwest College na swoją fałszywą Alma Mater. Ryzyko, że wpadnie tu na kogoś, kto studiował w Cody w stanie Wyoming, było bliskie zera.

– Myśli pan, że mógłby się u nas odnaleźć? – zawahała się lekko.

– Oczywiście, potrafię się odnaleźć w każdym miejscu – powściągnął ironię, która cisnęła mu się na usta. Jego fałszywą tożsamość poznali już sąsiedzi, personel i bywalcy pobliskiej kawiarni Dunkin Donuts, restauracji Friendly’s i sklepu Wegmans. Tę sztuczną osobowość, sfabrykowaną równie starannie, jak ich korporacyjne marki z ich neonowymi szyldami, plastikowymi breloczkami i programami lojalnościowymi.

– Gdzie pan mieszka?

– Wynajmuję mieszkanie na nowym osiedlu niedaleko stąd. Valley Oaks, zna je pani?

– Tak, bardzo ładna okolica – odpowiedziała zgodnie z jego przewidywaniami. Zdecydował się na Valley Oaks ze względu na bliskość szkoły oraz dlatego, że nie miał dużego wyboru. Central Valley to małe miasteczko w południowej Pensylwanii, słynące głównie z outletów, niemal każdy amerykański producent posiada tu sklep fabryczny. Outlety wypełniają liczne centra handlowe, butik przy butiku. Skupisko okazji cenowych przecina główna ulica, Central Valley Road, przy której mieści się pralnia chemiczna Central Valley, sklep ślusarski Central Valley i liceum Central Valley. Chris za dobrą monetę uznał wyraźny brak polotu miejscowej ludności widoczny w tych wszystkich nazwach. Żaden tubylec z pewnością go nie zdemaskuje.

 

Dyrektorka uniosła siwiejącą brew.

– Co pana sprowadza do Central Valley?

– Potrzebowałem zmiany otoczenia. Moi rodzice zginęli w wypadku pięć lat temu. Zderzenie czołowe z pijanym kierowcą – powiedział bez użalania się nad sobą. Już dawno odkrył, że kluczem do wzbudzenia współczucia i sympatii rozmówcy było sprawianie wrażenia osoby, która stara się być dzielna.

– Och, nie! Co za tragedia. – Twarz dyrektorki złagodniała. – Bardzo panu współczuję.

– Dziękuję – zawiesił głos dla wzmocnienia dramatycznego efektu.

– Ma pan rodzeństwo?

– Nie mam nikogo. Nic mnie nigdzie nie trzyma – to jedyna dobra rzecz, jakiej się doszukałem w tej sytuacji. Przyjechałem na wschód ze względu na zarobki. Podobno tutejsi nauczyciele nie wiedzą, co robić z pieniędzmi, to prawda?

Udało mu się rozśmieszyć dyrektor McElroy. Pensja Chrisa miała wynosić pięćdziesiąt pięć tysięcy dwieście osiemdziesiąt dwa dolary rocznie. Naturalnie, że to niesprawiedliwe, żeby nauczyciel zarabiał mniej od oszusta, ale cóż począć, życie nie jest sprawiedliwe. Gdyby takie było, nie siedziałby teraz tutaj, udając kogoś, kto nie istniał.

– Dlaczego wybrał pan ten zawód?

– Uwielbiam młodzież, jakkolwiek patetycznie to brzmi. Na tym etapie życia jeszcze można ich kształtować. I ten wpływ od razu widać. To, jaki dziś jestem, zawdzięczam w dużej mierze swoim nauczycielom. Nigdy im tego nie zapomnę.

– Mam podobne spostrzeżenia. – McElroy uśmiechnęła się przelotnie i powróciła spojrzeniem do fałszywego życiorysu. – Uczył pan wcześniej wiedzy o społeczeństwie?

– Tak. – Chris Brennan ubiegał się o posadę nauczyciela WOS-u. Oprócz tego miał prowadzić zajęcia z ekonomii oraz warsztaty z prawa karnego, co uważał za dość zabawne. Sfabrykował sobie doświadczenie, zapoznał się z podręcznikami i wydrukował z internetu ogólnokrajowy ujednolicony program nauczania. Proszę bardzo, niech sobie zamieniają szkoły publiczne w kolejną franczyzę, dzięki temu ułatwiają mu życie.

– A dlaczego szkoła średnia?

– Dzieciaki w tym wieku są już samodzielne, komunikatywne. Stoją u progu dorosłości, odkrywają, kim są. – Chris zauważył, że jego słowa brzmią prawdziwie i wiarygodnie. Istotnie interesowała go ludzka psychika, kształtowanie tożsamości. Od niedawna dręczyło go pytanie, kim jest, kiedy nikogo nie udaje.

– Dlaczego wybrał pan wiedzę o społeczeństwie? Co pana zainteresowało w tym przedmiocie?

– Polityka, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jest fascynująca. Dzieciaki chcą rozmawiać o tym, co widzą i słyszą w mediach. Angażują się w ważne problemy. – „Zaangażowanie” było magicznym słowem wśród nauczycieli, podobnie jak „uważność”. Dokształcał się w nauczycielskim żargonie na przeróżnych blogach, grupach na Facebooku i Twitterze, internet był ich pełen, najwyraźniej nauczyciele prowadzili bardzo zaangażowane życie internetowe.

– Wie pan, wychowałam się w Central Valley. Dziesięć lat temu okolica żyła z przemysłu mleczarskiego, a potem wkroczyły dyskonty, wraz z nimi nowe stanowiska pracy. W miasteczku stare miesza się z nowym i to widać. Starbucks wypycha z rynku kawiarnie Agway i John Deere, które działają u nas od dziesięcioleci.

– Rozumiem – odparł z udawanym smutkiem. Tutejsi ludzie byli przyjaźni, otwarci i – przede wszystkim – ufni, a to ułatwi mu zadanie.

– Niestety, istnieje wyraźny podział na biednych i bogatych, widać go już w pierwszych klasach – McElroy zawiesiła głos. – Uczniowie z zamożnych rodzin przystępują do egzaminów na studia. Dzieciaki z biedniejszych zostają w tyle, chyba że dostaną stypendium sportowe.

– To cenna informacja – odparł ze sztucznym zainteresowaniem.

– Jak by pan opisał swój sposób komunikowania się z uczniami?

– Och, zdecydowanie preferuję kontakt jeden na jeden. Nic nie zastąpi rozmowy w cztery oczy. Nie stwarzam sztucznego dystansu, chcę być dostępny dla uczniów także online, mejlowo, przez media społecznościowe i tym podobne. Ale najbardziej wierzę w kontakt osobisty i wzajemny szacunek. Dlatego jestem również trenerem.

– Ojej, zapomniałam. – Dyrektorka ściągnęła brwi, po czym przekartkowała jego aplikację. – Ubiega się pan także o stanowisko asystenta trenera drużyny baseballowej.

– Owszem. – Chris nigdy wcześniej nie trenował żadnej drużyny, ale był wysportowany. Ostatnio wziął udział w walkach w klatkach, żeby odzyskać formę, i teraz pobolewał go prawy obojczyk. – Trenowanie jest dla mnie równie ważne jak nauczanie. Innymi słowy, pozostaję przez cały czas nauczycielem: zarówno na boisku, jak i w klasie. Zmienia się tylko otoczenie.

– Bardzo trafny opis. – McElroy zacisnęła usta. – Jako asystent byłby pan podwładnym trenera Hardwicka. Muszę pana ostrzec, że on często zmienia współpracowników. Ostatnia osoba na tym stanowisku… Cóż, odeszła z pracy i nikt jej nie zastąpił. Trener Hardwick lubi robić wszystko sam, po swojemu. Poza tym bywa niekomunikatywny.

– Już się cieszę na nasze spotkanie. – Chris zebrał informacje na temat owego trenera, który słynął z gruboskórności. – Z pewnością dojdziemy do porozumienia. To człowiek instytucja w środowisku międzyszkolnych rozgrywek, a Muszkieterowie z Central Valley są jedną z najlepszych drużyn w całym stanie.

– To prawda. – Dyrektorka skwapliwie pokiwała głową, wręcz promieniała. – W zeszłym roku kilku zawodników zostało zwerbowanych do pierwszej i drugiej dywizji NCAA.

– Wiem, wiem – zapewnił Chris, który zaczerpnął już wiedzę z internetu. Miał bowiem zamiar nawiązać przyjazną relację z jakimś cichym, zakompleksionym dzieciakiem, najlepiej zaniedbanym przez ojca. Najlepszy byłby półsierota. Chris uświadomił sobie, że podobnymi kryteriami kierowałby się pedofil, ale on nim zdecydowanie nie był. Po prostu musiał nawiązać kontakt z jakimś łatwym do manipulowania nastolatkiem, aby osiągnąć pewien cel. Chłopak miał być tylko środkiem do celu, narzędziem w jego rękach.

– Co chciałby pan robić za pięć lat?

– Och, zostanę tutaj, w Central Valley – skłamał.

– Dlaczego tutaj? Dlaczego u nas? – McElroy patrzyła na niego z przechyloną na bok głową. Wyczuwał, że od tej odpowiedzi wiele zależy.

– Uwielbiam to miejsce. Wzgórza Pensylwanii są przepiękne, a cisza, spokój i przyjazna atmosfera małego miasteczka – urzekające. – Pochylił się, jakby chciał otworzyć serce przed rozmówczynią, a przecież nie był nawet pewien, czy posiada jakieś serce. – Wyznam pani szczerze, że mam nadzieję na założenie tu rodziny. Od razu poczułem się w Central Valley jak w domu, to chyba moje miejsce na ziemi.

– To cudownie! Muszę przyznać, że nie zawiodłam się na panu. – Z uśmiechem zamknęła teczkę. – Gratuluję, Chris! Witamy na pokładzie. Pozwolę sobie powitać pana jako pierwsza w naszej szkole.

– Wspaniale! – Podał jej dłoń nad biurkiem, przywołując na twarz swój najszczerszy uśmiech.

Czas rozpocząć pierwszy etap realizacji planu.

KROK PIERWSZY

ROZDZIAŁ 2

Chris zaparkował swojego dżipa patriota rocznik 2010 przed salonem samochodowym Central Valley U-Haul. Założył czapkę z daszkiem, wysiadł z auta i rozejrzał się po pustym parkingu. Przyjechał w deszczowy poranek w środku tygodnia w nadziei, że będzie jedynym klientem. Nie potrzebował świadków.

Na dachu biura – pofałdowanego sześcianu z przeszklonym frontem – umieszczono dwie kamery skierowane na drzwi wejściowe i parking. Wysokość, na jakiej zostały zamontowane, pozwalała bez trudu ukryć twarz pod daszkiem czapki.

Salon był mniejszy niż konkurencyjne punkty Ryder i Penske, natomiast posiadał zaplecze oraz system kontroli wilgoci i temperatury w pojazdach, co czyniło je idealnymi do przechowywania saletry amonowej, nawozu, który stanowi główny składnik domowych improwizowanych ładunków wybuchowych w rodzaju ANFO, zwanego inaczej saletrolem.

Podszedł do szeregu lśniących biało-pomarańczowych pikapów, vanów i ciężarówek z przyczepami różnej długości. Trzymetrowa ciężarówka bez problemu pomieści piętnaście worków nawozu i resztę akcesoriów. Jeżeli okaże się niedostępna, weźmie tę z czteroipółmetrową przyczepą, choć jest wolniejsza i bardziej zwraca uwagę.

Nie widział innych trzymetrówek, tylko tę jedną. Na stronie internetowej wypożyczalni widniała informacja, że będzie wolna w przyszłym tygodniu, ale musiał mieć pewność.

– Dzień dobry panu. Jestem Rick. – Pracownik miał na sobie zieloną koszulkę polo z jakimś logo i spodnie khaki.

– Dzień dobry. Bardzo mi miło. Mike Jacobs. – Podał Rickowi rękę, którą ten uścisnął z uśmiechem.

– Czym mogę panu służyć?

– Jestem zainteresowany tą trzymetrową ciężarówką. – Wskazał pojazd. – To jedyna, jaką macie?

– Tak. Na kiedy jest panu potrzebna?

– Hm – zawahał się na pokaz. – Zaraz… Dziś mamy środę trzynastego, w takim razie potrzebuję jej na najbliższy poniedziałek osiemnastego. Będzie wolna?

– Muszę sprawdzić dostępność i stawkę. Wie pan, że można to zrobić samemu online, rezerwując termin za pomocą karty kredytowej?

– Owszem, ale trochę się obawiałem, że zapłacę, a kiedy mój siostrzeniec po nią przyjedzie, okaże się jednak niedostępna.

– Pański siostrzeniec ma ją odebrać? – z wahaniem zapytał sprzedawca.

– Tak. Przyjechałem tylko na jeden dzień. Zapłacę, kiedy będę już pewien swoich planów.

– Ile lat ma pański siostrzeniec?

– Siedemnaście, chodzi do liceum. – Na razie nic więcej nie wiedział. Dopiero dziś dostał mejl z zaproszeniem do biura na dopełnienie formalności przed jutrzejszymi lekcjami. Czasu na wybranie chłopaka zostało niewiele.

– Och, niestety, nasze ciężarówki powierzamy wyłącznie osobom pełnoletnim.

Chris zamrugał z zaskoczeniem.

– Ale to ja ją wypożyczam, nie on.

– Mimo wszystko. Przykro mi. Może ją dla pana odebrać, tylko jeśli ukończył osiemnaście lat.

– Naprawdę? – Zdziwienie Chrisa było udawane. W wypożyczalniach Ryder obowiązywało takie samo ograniczenie, a w punktach Penske kierowca musiał mieć skończone dwadzieścia jeden lat. – Ależ on ma prawo jazdy i dam mu gotówkę.

– Nie mogę panu pomóc. Regulamin firmy. Znajdzie go pan na naszej stronie.

– Rick, nie mógłby pan ten jeden raz, w drodze wyjątku, nagiąć zasad? Musiałbym jechać specjalnie szmat drogi tylko po to, żeby odebrać ciężarówkę. Nie mam takiej możliwości.

– Niestety, to wykluczone. – Wskazał rząd przyczep na końcu. – Może zdecyduje się pan na przyczepę? Przyczepy wypożyczamy już szesnastolatkom.

– Nie, potrzebuję ciężarówki.

– W takim razie nie pomogę. Próbował pan u Zeke’a?

– Co to takiego? – Chris nadstawił uszu.

– Ach, no tak, pan przyjezdny. Wszyscy znają Zeke’a – zaśmiał się sprzedawca. – To część naszego folkloru. Naprawia maszyny rolnicze. W zasadzie potrafi naprawić wszystko. Zawsze trzyma w pogotowiu jakąś ciężarówkę na sprzedaż albo do wynajęcia, miejscowi udają się prosto do niego, kiedy u nas czegoś brakuje. Wątpię, by wypożyczenie pojazdu siedemnastolatkowi stanowiło dla niego problem. Większość wiejskich dzieciaków prowadzi od trzynastego roku życia.

– To cenna informacja – powiedział szczerze Chris. – Gdzie znajdę jego warsztat?

– Na skrzyżowaniu Brookfield i Glencross, tuż za miastem. – Rick uśmiechnął się krzywo. – Nie ma szyldu, ale nie sposób go przegapić.

Piętnaście minut później Chris jechał wzdłuż Brookfield Road. Od razu zrozumiał, co miał na myśli pracownik U-Haul, mówiąc, że z pewnością nie przegapi warsztatu Zeke’a. Brookfield krzyżowała się z Glencross w środku sojowego pola, w którego rogu stał garaż z pustaków, otoczony przedpotopowymi ciężarówkami, zardzewiałymi traktorami, używanymi maszynami rolniczymi, stosami starych opon, rowerów i przypadkowych sprzętów kuchennych.

Zjechał na zakurzony asfaltowy parking i zatrzymał się przed warsztatem. Nie zdjął czapki przed wyjściem z samochodu, mimo że nie było tu żadnych kamer ani nikogo poza nim. W jednej z otwartych wnęk ktoś strasznie fałszował, poza tym panowała cisza.

 

– Zeke?! – zawołał Chris, wchodząc do środka, gdzie siwy staruszek w ogrodniczkach umazanych smarem dłubał przy starym pikapie Forda ustawionym na podnośniku. Miał okulary sklejone plastrem na nosie, w miejscu pęknięcia. Z kącika ust zwisał mu papieros.

– No?

Chris uśmiechnął się do niego.

– Dzień dobry, nazywam się Pat Nickerson. Słyszałem, że ma pan ciężarówkę do wynajęcia. Odbierze ją mój siostrzeniec, ja przyjechałem tylko na jeden dzień. Ma siedemnaście lat. Czy ma pan coś przeciwko temu?

– Dobry z niego chłopak? – Zeke zmrużył oczy.

– Tak.

– No to nie mam! – Zeke parsknął śmiechem, który przeszedł w suchy kaszel, ale nie wyjął papierosa z ust.

Na twarzy Chrisa pojawił się uśmiech. Facet był idealny.

– Jakiej ciężarówki panu potrzeba? – Zeke powrócił do pracy pod samochodem.

– Skrzyniowej, trzymetrowej.

– Mam dwie skrzyniowe: trzyipółmetrową i big mama.

– Może być trzyipółmetrowa. Jest na chodzie?

– A ma chodzić? – zażartował Zeke, wybuchnął śmiechem, co wywołało kolejny atak kaszlu.

Chris uśmiechnął się, choć był śmiertelnie poważny. Pojazd musiał być niezawodny.

– Czyli można na niej polegać?

– Można, można. Dałbym panu na jazdę próbną, ale akurat pożyczyłem kuzynowi.

– Kiedy wróci? Mój siostrzeniec przyjedzie po nią w przyszłym tygodniu, w poniedziałek rano.

– Żaden problem. Będzie ta i jeszcze jedna. O tej porze roku nie ma dużego ruchu, zawsze coś się znajdzie. Pan się przeprowadza w poniedziałek, dostarczymy ją tutaj w niedzielę wieczorem.

– Dobrze, porozmawiam z siostrzeńcem i odezwę się do pana. – Chris nie widział powodu, aby wtajemniczać starego Zeke’a, że pojazd, zamiast do transportu mebli, posłuży do przewiezienia śmiercionośnego ładunku wybuchowego. Bomba ANFO jest prosta i bezpieczna do skonstruowania w domu. Wystarczy nawóz, dziewięćdziesięciosześcioprocentowy azotan amonu, i rozpuszczalnik organiczny – benzyna, olej napędowy, nafta – zmieszane razem do konsystencji mokrej mąki. Dla wzmocnienia siły rażenia można dodać nitrometan, łatwo dostępne paliwo używane w modelarstwie i sportach motorowych, następnie przyczepić detonator drucikami do trotylu lub tovexu, podpalić za pomocą prostego zwarcia elektrycznego, a następnie podrzucić, gdzie trzeba.

– W porządku, kolego. Zadzwoń lub wpadnij. Mój numer jest w książce. Kiedy zwrot?

– Potrzebuję jednego lub dwóch dni.

– Dobra. Dwadzieścia dolców za dzień, gotówką. Zwrot z pełnym bakiem. W poniedziałek o dziewiątej rano samochód będzie czekał na siostrzeńca.

– Jaką mam gwarancję?

– Bo ja tak mówię – zarechotał Zeke, a rozżarzona końcówka papierosa zbliżała się do jego ust. – To do zobaczenia.

– Do zobaczenia. – Chris odwrócił się na pięcie. Czekało go jeszcze mnóstwo pracy, do wtorku zostało tylko sześć dni.

A potem będzie wielkie bum.