Córka diabła

Tekst
Z serii: Ravenels #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka diabła
Córka diabła
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,39  34,71 
Córka diabła
Córka diabła
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99  9,22 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

DEVIL'S DAUGHTER

Copyright © 2019 by Lisa Kleypas

All rights reserved

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Ildiko Neer/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Mariann Chałupczak

ISBN 978-83-8234-597-1

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci ukochanych przyjaciół,

Amy i Scotta,

którzy opuścili nas

zbyt wcześnie.

Moja świeca z dwóch końców płonie

I zgaśnie jeszcze tej nocy,

Lecz, wszyscy mi drodzy i wszyscy mi wrodzy,

Daje światło o wielkiej mocy.

Edna St. Vincent Millay

(autor przekładu nieznany)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Hampshire, Anglia, 1877

Phoebe nigdy osobiście nie spotkała Westa Ravenela, ale jedno wiedziała na pewno: był podłym, zepsutym łobuzem. Wiedziała to od czasu, gdy miała osiem lat i jej najlepszy przyjaciel Henry zaczął do niej pisać ze swojej szkoły z internatem.

West Ravenel często bywał tematem listów Henry’ego. Bezustanne wybryki uchodziły płazem nicponiowi bez serca, co stanowiło sytuację typową dla większości tego rodzaju szkół. Uważano za nieuniknione, że starsi chłopcy podporządkowują sobie młodszych, a każdego, kto chciałby się poskarżyć, czekała surowa kara.

Droga Phoebe,

myślałem, że wyjazd do szkoły z internatem będzie ciekawym i przyjemnym doświadczeniem, ale okazało się inaczej. Jest tu pewien chłopiec o imieniu West, który zawsze zabiera moją bułkę przy śniadaniu, choć i tak ma już rozmiary słonia.


Droga Phoebe,

wczoraj była moja kolej robienia porządków w świecznikach. West podrzucił mi do koszyka specjalnie spreparowane świece, a wieczorem jedna z nich wybuchła jak raca i osmaliła brwi panu Farthingowi. Oberwałem za to laską po ręce. Pan Farthing powinien wiedzieć, że nie zrobiłbym czegoś tak mało subtelnego. West w ogóle nie okazuje skruchy. Powiedział, że nic nie poradzi na to, że nauczyciel jest idiotą.


Droga Phoebe,

narysowałem dla Ciebie portret Westa, żebyś mogła od razu uciec, jak go kiedyś zobaczysz. Nie umiem dobrze rysować, dlatego wygląda jak połączenie pirata z klaunem. I tak też się zachowuje.

Przez cztery lata West Ravenel złościł i prześladował biednego Henry’ego, lorda Clare, drobnego, kruchego chłopca o delikatnym usposobieniu. W końcu rodzina zabrała Henry’ego ze szkoły i przywiozła do Heron’s Point, niedaleko miejsca zamieszkania Phoebe. Łagodny, zdrowy klimat nadmorskiej miejscowości, słynącej z kąpieli w słonej wodzie, pomógł Henry’emu odzyskać zdrowie i dobry humor. Ku zachwytowi Phoebe Henry często odwiedzał ich dom, a nawet uczył się razem z jej braćmi pod okiem guwernera. Inteligencją, dowcipem i ujmującymi drobnymi dziwactwami zaskarbił sobie sympatię całej rodziny Challonów.

Nie dało się wskazać żadnego szczególnego momentu, w którym dziecięce uwielbienie Phoebe dla Henry’ego przerodziło się w coś więcej. To przebiegało stopniowo, nowe uczucie rozrastało się w niej jak delikatne pnącze, aż w końcu zakwitło i pewnego dnia, patrząc na Henry’ego, zrozumiała, że go kocha.

Potrzebowała męża, który byłby również przyjacielem – a z Henrym łączyła ją największa przyjaźń na świecie. Doskonale się nawzajem rozumieli i idealnie do siebie pasowali.

Phoebe jako pierwsza poruszyła temat małżeństwa. Poczuła się zaskoczona i dotknięta, kiedy Henry próbował ją delikatnie zniechęcić.

– Wiesz, że nie mogę być z tobą wiecznie. – Otoczył ją wątłymi ramionami i wsunął palce w gęstwinę jej rudych loków. – Pewnego dnia choroba nie pozwoli mi być odpowiednim mężem i ojcem. Będę ci zupełnie nieprzydatny. To nie byłoby w porządku wobec ciebie czy dzieci. A nawet wobec mnie samego.

– Dlaczego jesteś taki zrezygnowany? – spytała Phoebe, przestraszona jego spokojnym fatalizmem. Sprawiał wrażenie, jakby całkowicie się pogodził z nieuchronnymi skutkami swej tajemniczej przypadłości. – Ściągniemy nowych lekarzy. Dowiemy się, jakie są przyczyny twoich niedomagań, i znajdziemy na nie lekarstwo. Dlaczego się poddajesz jeszcze przed rozpoczęciem walki?

– Phoebe – zaczął cicho Henry – walka zaczęła się już dawno temu. Przez większość życia czułem zmęczenie. Niezależnie od tego, jak dużo wypoczywałem, mam w sobie tylko tyle siły, żeby przeżyć dzień od rana do wieczora.

– Ja mam dość sił dla nas dwojga. – Drżąc z emocji, Phoebe oparła mu głowę na ramieniu. – Kocham cię, Henry. Chcę się tobą opiekować. Pozwól mi być z sobą przez cały ten czas, który będzie nam dany spędzić razem.

– Zasługujesz na więcej.

– Kochasz mnie, Henry?

– Jak jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie kochał żadnej kobiety – odparł Henry z ciepłym błyskiem w wielkich brązowych oczach.

– Zatem czy coś jeszcze może się liczyć?

Pobrali się, oboje niewinni jak dzieci, i z radosną nieporadnością odkrywali tajniki fizycznej miłości. Ich pierwsze dziecko, Justin, zdrowy jak ryba ciemnowłosy chłopiec, miał obecnie cztery lata.

Henry jednak zaniemógł na dobre. Zmarł dwa lata później, tuż przed narodzinami ich drugiego syna, Stephena.

W ciągu następnych miesięcy żalu i rozpaczy Phoebe przeprowadziła się do swojej rodziny, znajdując pociechę i wsparcie w domu, w którym spędziła dzieciństwo. Teraz jednak, po zakończeniu żałoby, przyszedł czas, by rozpoczęła nowe życie jako samotna matka dwóch chłopców. Życie bez Henry’ego. Jakież dziwne jej się wydawało. Wkrótce zamierzała wrócić do posiadłości Clare w Essex – którą Justin miał odziedziczyć po osiągnięciu stosownego wieku – i wychowywać synów tak, jakby sobie życzył ich ukochany ojciec.

Najpierw jednak musiała wziąć udział w ceremonii ślubnej swojego brata, Gabriela.

Węzeł strachu zaciskał się w żołądku Phoebe, kiedy powóz zmierzał w stronę starej rodowej siedziby w Eversby Priory. Miała uczestniczyć w dużym wydarzeniu towarzyskim poza domem po raz pierwszy od śmierci Henry’ego. Denerwowała się, choć wiedziała, że będą ją otaczać przyjaciele i krewni. Istniał jednak inny powód jej niepokoju – panna młoda nosiła nazwisko Ravenel.

Gabriel zaręczył się ze śliczną, pełną uroku dziewczyną, lady Pandorą Ravenel, która nie kryła, że w pełni odwzajemnia uczucia narzeczonego. Phoebe od razu polubiła Pandorę. Zabawna i otwarta, obdarzona wyobraźnią, trochę przypominała jej Henry’ego. Poczuła sympatię również do pozostałych Ravenelów, których miała okazję poznać, gdy odwiedzili nadmorską posiadłość jej rodziny. Przyjechała wówczas bliźniacza siostra Pandory Cassandra oraz ich daleki kuzyn Devon Ravenel, od niedawna lord Trenear, z czarującą żoną Kathleen. Gdyby rodzina ograniczyła się do nich, wszystko byłoby w najlepszym porządku.

Tymczasem los spłatał Phoebe złośliwego figla, ponieważ młodszym bratem Devona okazał się nie kto inny, tylko sam West Ravenel.

Phoebe w końcu miała poznać człowieka, który tak paskudnie zatruwał szkolne lata Henry’ego. W żaden sposób nie mogła tego uniknąć.

West mieszkał w Eversby Priory. Konsekwentnie udawał zajętego jakąś pracą, gdy w rzeczywistości korzystał z dziedzictwa brata. Mając w pamięci opisy z listów Henry’ego, Phoebe wyobrażała sobie rosłego próżniaka, który popija drinka, leżąc jak foka na plaży, i naprzykrza się sprzątającym po nim pokojówkom.

Wydawało się okrutnie niesprawiedliwe, że człowiekowi tak zacnemu i miłemu jak Henry dane było boleśnie krótkie życie, podczas gdy nicpoń w rodzaju Ravenela prawdopodobnie dociągnie do setki.

– Mamo, dlaczego jesteś zła? – zapytał niewinnym tonem Justin. Siedząca obok niego sędziwa niania drzemała wciśnięta w kąt powozu.

Phoebe natychmiast przybrała pogodniejszy wyraz twarzy.

– Nie jestem zła, kochanie.

– Miałaś zmarszczone czoło i usta ściągnięte jak u pstrąga – powiedział chłopiec. – Robisz tak tylko, kiedy jesteś zła albo kiedy Stephen ma mokrą pieluchę.

Phoebe opuściła wzrok na dziecko na swoich kolanach, uśpione monotonnym kołysaniem pojazdu.

– Stephen ma sucho, a ja wcale nie jestem w złym humorze. Ja… cóż, sam wiesz, że od dawna nie bywałam w większym towarzystwie. Czuję się trochę niepewnie, wiedząc, że czeka mnie skok na głęboką wodę.

– Kiedy dziadek uczył mnie pływać w zimnej wodzie, powiedział, żebym nie zanurzał się od razu. Kazał mi najpierw wejść po pas, żeby ciało wiedziało, co je czeka. Może i u ciebie to się sprawdzi, mamo.

Phoebe popatrzyła na syna z dumą i pomyślała, że jest podobny do swego ojca. Już w bardzo młodym wieku Henry wykazywał zrozumienie dla innych i wyjątkową bystrość.

– Postaram się wchodzić stopniowo w tę nową sytuację – obiecała. – Jesteś mądrym chłopcem. Dobrze, że słuchasz, co mówią inni ludzie.

– Nie wszystkich słucham – odpowiedział Justin rzeczowym tonem. – Tylko tych, których lubię. – Klęknął na siedzeniu i spojrzał na stary gmach z czasów Jakuba I widoczny w oddali. Z budowli mieszczącej kiedyś w swych ufortyfikowanych murach dom kilkunastu mnichów sterczały rzędy smukłych kominów. Dzięki nim, choć przysadzista i rozległa, zdawała się sięgać nieba. – Duże – ocenił chłopiec z nutą podziwu w głosie. – Dach jest duży, drzewa są duże, ogród jest duży, żywopłot też… A jeśli się zgubię? – W pytaniu tym Phoebe nie usłyszała lęku, jedynie zaciekawienie.

 

– Wtedy stój w miejscu i krzycz, dopóki cię nie znajdę – odpowiedziała. – Zawsze cię znajdę. Ale nie będzie takiej potrzeby. Kiedy będę zajęta, zostaniesz pod opieką niani. A ona na pewno nie pozwoli ci odejść zbyt daleko.

Justin zerknął niepewnie na drzemiącą staruszkę, a potem odwrócił się do matki i rozciągnął wargi w szelmowskim uśmiechu.

Niania Bracegirdle była ukochaną piastunką Henry’ego, i to właśnie on zaproponował, by doglądała także ich dzieci. Pogodna i z natury spokojna, miała masywną figurę, pulch­ne uda, na których dzieci siedziały wygodnie, słuchając bajek, i ramiona stworzone do tulenia płaczących maluchów. Spod batystowego czepka wystawały białe jak beza włosy. Wymagające fizycznego wysiłku czynności, takie jak gonienie za rozbrykanymi dziećmi czy wyjmowanie ich z kąpieli, prawie całkowicie przejęła młoda pomocnica. Jednakże umysł starej niani wciąż pozostawał niezmącony i poza tym, że od czasu do czasu potrzebowała drzemki, ze swej roli wywiązywała się tak samo dobrze jak niegdyś.

Podjazd rezydencji zapełnił się długim konwojem powozów wiozących Challonów, ich służbę oraz całe sterty skórzanych toreb i kufrów. Otoczenie domu, podobnie jak przylegające doń tereny, było pięknie utrzymane; wysokie żywopłoty miały odcień dojrzałej zieleni, a po kamiennych ścianach pięły się róże i miękkie, obsypane delikatnym fioletowym kwieciem gałązki glicynii. Jaśmin i kapryfolium nasycały powietrze słodkim aromatem.

Powozy wolno zatrzymywały się na wprost frontowego ganku. Niania ocknęła się z drzemki i zaczęła zgarniać swoje rzeczy do podręcznej torby. Następnie wzięła na ręce Stephena, żeby Phoebe mogła skupić całą uwagę na starszym synu, który natychmiast wyskoczył na zewnątrz.

– Justin… – Phoebe patrzyła, jak chłopiec biega pośród służby i członków rodziny, wykrzykując słowa pozdrowienia radosnym, dziecięcym głosikiem.

Dostrzegła znajome postacie – Devon i Kathleen Ravenelowie, czyli lord i lady Trenear, witali gości. Byli wśród nich jej rodzice, młodsza siostra Seraphina, brat Ivo, Pandora i Cassandra, a także mnóstwo ludzi, których nie rozpoznawała. Wszyscy śmiali się i mówili głośno, podekscytowani ślubem w rodzinie. Phoebe bezwiednie skuliła się w sobie na myśl o spotkaniu z nieznajomymi osobami i kurtuazyjnych rozmowach. O błyskotliwych ripostach z jej strony nie mogło być mowy. Żałowała, że nie chroni jej już żałobny strój z welonem osłaniającym twarz.

Kątem oka zobaczyła, że Justin – przez nikogo niepilnowany – wchodzi po schodach. Widząc, że niania rusza w jego stronę, lekko dotknęła jej ramienia.

– Ja pójdę – rzuciła ściszonym głosem.

– Dobrze, milady – odparła z ulgą staruszka.

W głębi duszy Phoebe była zadowolona, że Justin wszedł do domu – dzięki temu mogła uniknąć zamieszania wywołanego przybyciem gości.

W głównym holu także panował tłok, jednakże było spokojniej i ciszej niż na zewnątrz. Nieznany jej mężczyzna sprawnie wydawał polecenia licznej służbie. Jego włosy, w odcieniu brązu tak ciemnym, że mogłyby uchodzić za czarne, błyszczały, odbijając światło. W pewnym momencie nachylił się ku gospodyni, z uwagą słuchając jej objaśnień na temat przygotowanych sypialni. Jednocześnie rzucił klucz nadchodzącemu lokajowi, który złapał go w locie uniesioną ręką i pognał w głąb domu. Kiedy niosący pudła na kapelusze odźwierny się potknął, ciemnowłosy mężczyzna odruchowo go podtrzymał, a następnie wyrównał ułożenie stosu. Uwagę Phoebe przyciągnęła bijąca od niego męska energia. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, muskularną sylwetkę i ogorzałą twarz człowieka, który spędza dużo czasu na powietrzu. Zdziwiło ją, że nosi eleganckie, szyte przez dobrego krawca ubranie. Może był zarządcą posiadłości?

Z rozmyślań wyrwał ją widok synka, oglądającego z zainteresowaniem rzeźbienia na balustradzie wielkich, podwójnych schodów. Podeszła do niego szybko.

– Justinie, nie możesz się oddalać bez powiadomienia mnie albo niani.

– Popatrz, mamo.

Skierowała wzrok na miejsce, które wskazywał małym paluszkiem. Zobaczyła wyrzeźbione na dole słupka gniazdko myszy, zabawny, nieoczekiwany element w imponującej całości.

– Podoba mi się – przyznała z szerokim uśmiechem.

– Mnie też.

Kiedy Justin przykucnął, żeby przyjrzeć się myszkom z bliska, z jego kieszeni wypadła szklana kulka i poturlała się po lśniącej drewnianej posadzce. Oboje ze strachem patrzyli, jak się oddala, aż nagle czubek czyjegoś buta przycisnął ją do podłogi. Ciemnowłosy mężczyzna dokończył prowadzoną rozmowę i dopiero wtedy schylił się, żeby podnieść kulkę. Gospodyni szybko się oddaliła, a domniemany zarządca skupił uwagę na Phoebe i Justinie.

Przez opaleniznę jego oczy wydawały się wręcz nieprawdopodobnie niebieskie, a uśmiech przypominał błysk oślepiającej bieli. Był niezwykle przystojny, z mocnymi, regularnymi rysami i lekkimi zmarszczkami w kącikach oczu. Sprawiał wrażenie człowieka otwartego i wesołego, a przy tym trzeźwego w osądzie i zdecydowanego, jakby bogate życiowe doświadczenie nie pozostawiło mu zbyt wielu złudzeń. Nie wiedzieć czemu wydawał się przez to tym bardziej atrakcyjny.

Podszedł do nich bez pośpiechu. Pachniał słońcem, świeżym powietrzem i czymś nieuchwytnym, co przywodziło na myśl dym z palonego torfu. Phoebe nigdy wcześniej nie widziała oczu w tak ciemnym odcieniu błękitu, z tęczówkami o czarnej obwódce. Od bardzo dawna żaden mężczyzna nie patrzył też na nią w taki sposób, z nieskrywanym zainteresowaniem… i lekką zalotnością. Ogarnęło ją uczucie, które pamiętała z początków małżeństwa z Henrym – zawstydzająca chęć, by przytulić się do niego całym ciałem. Aż do tego momentu nie zdarzyło się jej to w stosunku do żadnego mężczyzny poza mężem. Miała wrażenie, że robi się jej na przemian gorąco i zimno. Zakłopotana, w poczuciu winy cofnęła się o krok, próbując pociągnąć za sobą synka. Ten jednak uznał, że należy dokonać stosownych prezentacji.

– Jestem Justin, lord Clare – oznajmił. – A to jest mama. Papy z nami nie ma, bo umarł.

Phoebe czuła ciepło rumieńca, który spłynął od jej twarzy aż do stóp.

Nieznajomy tymczasem nie okazał nawet cienia skrępowania, tylko przykucnął, żeby znaleźć się twarzą w twarz z Justinem. Jego niski głos działał na zmysły tak jak wyciągnięcie się na puchowym materacu.

– Straciłem ojca, kiedy byłem niewiele starszy od ciebie – zwrócił się do malca.

– Och, ja mojego nie straciłem – odpowiedział z przejęciem Justin. – Wiem dokładnie, gdzie teraz jest. W niebie.

Mężczyzna się uśmiechnął.

– Miło mi cię poznać, lordzie Clare. – Z powagą uścisnął małą rączkę. Następnie podniósł kulkę do światła i obejrzał zatopioną w przejrzystym szkle maleńką figurkę owcy. – Śliczna – pochwalił, oddając Justinowi jego zgubę. – Grywasz w kulki?

– O, tak – odpowiedział chłopiec. Chodziło o popularną grę, w której uczestnicy starali się wybić z kręgu kulki przeciwnika.

– A w podwójny zamek?

Justin pokręcił głową, wyraźnie zaintrygowany.

– Nie znam takiej gry.

– Zagramy w to i owo podczas waszej wizyty, jeśli mama się zgodzi. – Nieznajomy posłał Phoebe pytające spojrzenie.

Cierpiała katusze, bo nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Serce waliło jej jak oszalałe.

– Mama jest nieprzyzwyczajona do rozmawiania z dorosłymi. – Justin usprawiedliwił jej milczenie. – Woli dzieci.

– Ja jestem bardzo dziecinny – zapewnił mężczyzna. – Możecie tu spytać, kogo chcecie, a potwierdzi.

Phoebe nie zdołała powstrzymać uśmiechu.

– Jest pan zarządcą posiadłości?

– Przez większość czasu. Ale nie ma roli, włączając zmywanie naczyń, której bym choć raz nie pełnił, żeby się jej przynajmniej z grubsza nauczyć.

Uśmiech Phoebe zgasł, wyparty nagłym, straszliwym podejrzeniem.

– Od jak dawna jest pan tu zatrudniony? – spytała ostrożnie.

– Od czasu, gdy mój brat odziedziczył tytuł. – Rozmówca Phoebe wykonał ukłon, po czym uprzejmie się przedstawił: – Weston Ravenel. Do pani usług.

Rozdział 2

West nie mógł oderwać wzroku od lady Clare. Miał wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę i jej dotknął, sparzyłby sobie palce. Te włosy, błyszczące jak płomienie pod szarym podróżnym czepkiem… Nigdy wcześniej takich nie widział. Ogniście rude, z purpurowymi rozbłyskami światła na upiętych wysoko lokach. Delikatne piegi rozsiane na nosie zdobiły jej nieskazitelną cerę o barwie kości słoniowej, niczym posypka zdobi smakowity deser.

Wyglądała na osobę, o którą bardzo dbano, wykształconą i dobrze wychowaną. Kogoś, kto zawsze był otaczany miłością. Jednakże w jej spojrzeniu dostrzegł cień… jakby się przekonała, że istnieją rzeczy, przed którymi żadnej istoty ludzkiej nie da się ochronić.

Boże, te oczy! Jasnoszare, z delikatnymi prążkami rozchodzącymi się od źrenicy jak małe gwiezdne promyki… Kiedy się uśmiechnęła, West poczuł ciepło wokół serca. Jednak zaraz po tym, jak się przedstawił, uroczy uśmiech zgasł, jakby gwałtownie się obudziła z cudownego snu i wróciła do znacznie mniej przyjemnej rzeczywistości.

Lady Clare odwróciła się do syna i miękkim ruchem pogłaskała go po ciemnej czuprynie.

– Justinie, musimy dołączyć do reszty rodziny.

– Ale ja będę grał w kulki z panem Ravenelem – zaprotestował chłopiec.

– Nie teraz, kiedy zjeżdżają się goście. Ten biedny dżentelmen ma mnóstwo roboty. Pójdziemy do naszych pokoi.

Justin zmarszczył czoło.

– Muszę mieszkać w pokoju dziecinnym? Z maluchami?

– Kochanie, masz cztery lata…

– Prawie pięć!

Kąciki jej ust drgnęły. Kiedy pochylała się nad synkiem, w jej oczach West dostrzegł troskę i zrozumienie.

– Możesz zamieszkać w moim pokoju, jeśli chcesz – zaproponowała.

Ten pomysł też nie przypadł Justinowi do gustu.

– Nie mogę spać w twoim pokoju – żachnął się.

– Dlaczego?

– Ludzie mogliby pomyśleć, że jesteśmy małżeństwem!

West wbił spojrzenie w odległy punkt na podłodze, żeby powstrzymać śmiech. Gdy się opanował, wziął głęboki oddech i zaryzykował szybki rzut oka na lady Clare. Ku jego zachwytowi udała, że poważnie rozważa obiekcje syna.

– O tym nie pomyślałam – przyznała. – W takim razie chyba jednak musimy przystać na pokój dziecinny. Może pójdziemy poszukać niani i Stephena?

Chłopiec westchnął z rezygnacją i chwycił rękę matki. Następnie, podnosząc wzrok na Westa, wyjaśnił:

– Stephen to mój młodszy brat. Nie umie mówić i brzydko pachnie.

– Nie zawsze – zaoponowała lady Clare.

Justin tylko pokręcił głową, jakby uznał, że o takie rzeczy nie warto się spierać.

Oczarowany porozumieniem między matką i synem, West pomyślał o sztywnych rozmowach, jakie prowadził z własną rodzicielką, która traktowała swoje potomstwo jak obce dzieci, niepotrzebnie zakłócające jej spokój.

– Niektóre rzeczy pachną znacznie gorzej niż młodsi bracia – zapewnił chłopca. – Któregoś dnia pokażę ci to, co najbardziej śmierdzi na naszym folwarku.

– Co takiego? – spytał podekscytowany Justin.

West uśmiechnął się tajemniczo.

– Poczekaj, a się przekonasz.

Lady Clare włączyła się do rozmowy, okazując lekkie zaniepokojenie:

– Jest pan bardzo miły, panie Ravenel, ale nie będziemy się domagać spełnienia tej obietnicy. Z pewnością ma pan dość innych zajęć. Nie chcielibyśmy się narzucać.

Bardziej zaskoczony niż urażony odmową, West odpowiedział, przeciągając słowa:

– Jak pani sobie życzy, milady.

Phoebe, nie kryjąc ulgi, dygnęła wdzięcznie i ciągnąc za sobą synka, zaczęła się szybko oddalać, jakby przed czymś uciekała.

West patrzył za nią lekko ogłupiały. Nie pierwszy raz szacowna dama odwracała się do niego plecami. Tyle że po raz pierwszy go to zabolało.

Lady Clare musiała znać jego reputację. Miał na koncie więcej aktów rozpusty i pijaństwa, niż mogłaby sobie przypisać większość mężczyzn przed trzydziestką. Nie należało się dziwić lady Clare, że chce trzymać z dala od niego swoje podatne na wpływy dziecko. Zresztą, nie chciałby ponosić odpowiedzialności za wypaczanie charakteru wrażliwego malca.

Wzdychając w duchu, postanowił się zbyt wiele nie odzywać i przez następne kilka dni unikać Challonów. To ostatnie nastręczało pewne trudności, ponieważ wypełniali cały dom. Po wyjeździe nowożeńców rodzina pana młodego miała pozostać w gościnie jeszcze przez co najmniej cztery dni. Książę i księżna Kingston zamierzali skorzystać z okazji i spędzić trochę czasu z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi z Hampshire. Zapowiadały się więc wspólne lunche, obiady, wycieczki, przyjęcia i pikniki oraz długie wieczorne rozrywki i rozmowy w salonie.

 

Rzecz jasna, wszystko to musiało się odbywać akurat na początku lata, kiedy na przynależnych do majątku farmach i folwarku był nawał rozmaitych zajęć. Praca dawała Westowi przynajmniej dobrą wymówkę, by spędzać większość czasu poza domem. I jak najdalej od lady Clare.

– Nad czym tak dumasz? – padło pytanie zadane dźwięcznym kobiecym głosem.

Wyrwany z rozmyślań West spojrzał na swoją śliczną ciemnowłosą kuzynkę, lady Pandorę Ravenel.

Pandora była niezwykłą dziewczyną, impulsywną, inteligentną i zwykle wręcz kipiała energią. Wydawało się, że z wszystkich trzech sióstr Ravenel ma najmniejsze szanse na poślubienie najbardziej pożądanego kawalera w Anglii. Z drugiej strony świadczyło dobrze o Gabrielu, lordzie St. Vincent, że potrafił ją docenić. W istocie wszystko wskazywało na to, że St. Vincent zakochał się w Pandorze bez pamięci.

– Jestem ci do czegoś potrzebny? – odezwał się West bezbarwnym tonem.

– Owszem, chcę cię przedstawić swojemu narzeczonemu, żebyś mógł mi powiedzieć, co o nim myślisz.

– Skarbie, St. Vincent jest przyszłym księciem, z wielką fortuną do swojej dyspozycji. Już teraz wydaje mi się niezwykle czarujący.

– Widziałam, że rozmawiałeś z jego siostrą, lady Clare. Jest wdową. Powinieneś się nią zainteresować, zanim ktoś inny zawróci jej w głowie.

Rada Pandory wywołała u Westa uśmiech pozbawiony cienia wesołości. Nosił wprawdzie znamienite nazwisko, ale nie posiadał tytułu ani własnej ziemi. W dodatku nie mógł uciec przed cieniami dawnego życia. Tutaj, w Hampshire, zaczął wszystko od nowa – wśród ludzi, których zupełnie nie obchodziły londyńskie plotki. Jednak dla Challonów był człowiekiem o paskudnym charakterze. Zwykłym nicponiem.

A lady Clare stanowiła łakomy kąsek: młoda, bogata, piękna, owdowiała matka dziedzica wicehrabiowskiego tytułu i rozległej posiadłości ziemskiej. Każdy zainteresowany ożenkiem mężczyzna w Anglii chętnie zabiegałby o jej rękę.

– Nie sądzę – odpowiedział kuzynce. – Zaloty miewają nieprzyjemny skutek uboczny w postaci małżeństwa.

– Przecież sam mówiłeś, że chciałbyś widzieć w domu mnóstwo dzieci.

– Owszem, cudzych dzieci. Mój brat i jego żona z zapałem dostarczają światu nowych Ravenelów, więc ja mogę sobie odpuścić.

– Mimo to uważam, że powinieneś przynajmniej lepiej poznać Phoebe.

– Tak ma na imię? – spytał z udawaną obojętnością.

– Tak, na cześć radosnego ptaszka żyjącego w Ameryce.

– Kobieta, którą przed chwilą poznałem, nie jest radosnym ptaszkiem – oświadczył z przekonaniem.

– Lord St. Vincent twierdzi, że Phoebe jest z natury uczuciowa i nawet trochę kokieteryjna. Po prostu nadal głęboko przeżywa śmierć męża.

West starał się zachować pozory braku zainteresowania, jednak nie zdołał się powstrzymać przed zadaniem pytania:

– Na co umarł?

– Na jakąś wyniszczającą chorobę. Lekarze nie umieli postawić jednoznacznej diagnozy… – Pandora urwała, widząc strumień gości wlewający się do holu. Pociągnęła Westa w zaciszne miejsce pod schodami i ściszonym głosem podjęła: – Lord Clare niedomagał od dzieciństwa. Miał straszne bóle żołądka, głowy, palpitacje serca i czuł nieustanne zmęczenie… nie tolerował też większości pokarmów. Próbowali każdego możliwego rodzaju leczenia, ale nic nie pomagało.

– Dlaczego córka księcia poślubiła inwalidę?

– Pobrali się z miłości. Lord Clare i Phoebe znali się i kochali od dziecka. Z początku opierał się przed małżeństwem, bo nie chciał być dla niej ciężarem, ale przekonała go, że powinni jak najlepiej wykorzystać czas, który im pozostał. Bardzo romantyczne, prawda?

– Bez sensu – mruknął West. – Czy aby na pewno nie musieli się pobierać w pośpiechu?

Pandora wyraźnie się stropiła.

– Masz na myśli… – Zawiesiła głos, szukając odpowiednich słów. – …że mogli przewidywać konieczność zawarcia ślubu?

– Właśnie. Albo jej pierwsze dziecko zostało spłodzone przez innego mężczyznę, który nie zamierzał się żenić.

Pandora gniewnie ściągnęła brwi.

– Naprawdę jesteś aż tak cyniczny?

West uśmiechnął się szeroko.

– Znacznie bardziej. I dobrze o tym wiesz.

Kobieta wykonała ręką ruch naśladujący pacnięcie, jakby wymierzała mu zasłużoną karę. West zręcznie chwycił jej dłoń, ucałował i zaraz puścił.

W holu zebrał się taki tłum, że West nabrał wątpliwości, czy Eversby Priory na pewno wszystkich pomieści. Rezydencja miała ponad sto sypialni, nie licząc kwater dla służby, ale po dziesięcioleciach zaniedbań duże fragmenty zostały wyłączone z użytku albo właśnie podlegały renowacji.

– Kim są ci wszyscy ludzie? – spytał. – Mam wrażenie, że wciąż ich przybywa. Sądziłem, że listę gości ograniczyliśmy do krewnych i bliskich przyjaciół.

– Challonowie mają wielu bliskich przyjaciół – wyjaśniła Pandora lekko przepraszającym tonem. – Wybacz, wiem, że nie przepadasz za tłumem.

Uwaga kuzynki zdziwiła Westa. Już miał sprostować, że owszem, lubi tłum, kiedy uświadomił sobie, że Pandora zna go jedynie takiego, jakim był od niedawna. Wcześniej lubił przebywać w towarzystwie obcych ludzi, przemieszczał się z jednego wydarzenia towarzyskiego na drugie w nieustannym poszukiwaniu rozrywki. Uwielbiał plotki, flirty, dobre wino w dużych ilościach oraz salonowy gwar, który pomagał mu skupiać uwagę na sprawach zewnętrznych. Jednakże od czasu przybycia do Eversby Priory całkowicie porzucił tamten styl życia.

Patrząc na kolejną grupę wchodzącą do domu, Pandora lekko uniosła się na palcach.

– Patrz, to Challonowie – powiedziała, a następnie dodała lekko spłoszonym głosem: – Moi przyszli teściowie.

Sebastian, książę Kingston, emanował chłodną pewnością siebie, charakterystyczną dla człowieka urodzonego, by korzystać z przywilejów. W przeciwieństwie do większości brytyjskich arystokratów, którzy rozczarowywali przeciętnością, Kingston był olśniewająco przystojny, a dzięki szczupłej, sprężystej sylwetce zupełnie nie wyglądał na swój wiek. Znany z bystrości umysłu i cierpkiego dowcipu, zarządzał prawdziwym imperium finansowym, w którego skład wchodził między innymi klub hazardowy. Jeśli nawet inni wysoko urodzeni dżentelmeni uważali posiadanie tego rodzaju przybytku za wulgarne, żaden nie ośmielił się publicznie wyrazić krytyki. Mieli u księcia zbyt wiele długów, a on znał za dużo ich wstydliwych sekretów. Kilkoma słowami lub pociągnięciami pióra Kingston mógł niejednego dumnego arystokratę zmienić w żebraka.

Niespodziewanie, lecz uroczo książę sprawiał wrażenie zakochanego w swojej żonie. Jedną ręką, jakby bezwiednie, obejmował ją w talii; przyjemność czerpana z tego gestu, choć ukradkowa, była oczywista. I trudno było mu się dziwić. Księżna Evangeline zachwycała urodą – bujnymi włosami w odcieniu morelowej rudości, niebieskimi oczami o wesołym wyrazie i lekko piegowatą cerą. Ciepła i promienna, wyglądała jak zanurzona w pogodnym wczesnojesiennym zmierzchu.

– Co sądzisz o lordzie St. Vincencie? – Pandora zwróciła się do kuzyna.

West przeniósł wzrok na mężczyznę uderzająco podobnego do ojca, ze złocistobrązowymi włosami, które błyszczały jak świeżo wybite monety. Doprawdy piękne zjawisko, pomyślał. Coś pomiędzy Adonisem a karetą koronacyjną…

– Nie jest tak wysoki, jak się spodziewałem – odparł z wystudiowaną obojętnością.

Pandora spojrzała na niego z urazą.

– Jest dokładnie twojego wzrostu!

– Jestem gotów zjeść swój kapelusz, jeśli ma powyżej metra czterdziestu. – West cmoknął z dezaprobatą. – I nadal nosi krótkie spodenki.

Kuzynka, na wpół zła, na wpół rozbawiona, dała mu lekkiego kuksańca.

– To jego młodszy brat Ivo. Ma jedenaście lat. Mój narzeczony to ten obok.

– Aha. Teraz rozumiem, dlaczego chcesz za niego wyjść.

Pandora z westchnieniem splotła dłonie przed sobą.

– Tak. Tylko dlaczego on chce się ożenić ze mną?

West chwycił ją za ramiona.

– A dlaczego miałby nie chcieć? – spytał głosem nagle przesyconym łagodną troską.

– Bo nie jestem dziewczyną, jaką wszyscy sobie wyobrażali u jego boku.

– Ale on chce właśnie ciebie. Inaczej by go tu nie było. Po co więc się zamartwiać?