Idealna rodzinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Libby siedzi przy stole w kuchni. Drzwi wychodzące na ogródek z tyłu są otwarte, widać skąpaną w popołudniowym słońcu zieleń, lecz jest jeszcze zbyt gorąco i parno. Nalała sobie do szklanki z lodem dietetyczną colę, a sandały zrzuciła od razu po wejściu do mieszkania. Podnosi klapę laptopa w kolorze różowego złota i włącza przeglądarkę. Niemal zaskakuje ją ostatnia rzecz, jakiej szukała w internecie. Cztery dni temu, jeszcze zanim przyszedł list i wywrócił wszystko do góry nogami, chciała znaleźć zajęcia z salsy prowadzone w okolicy. Trudno jej sobie przypomnieć, co chodziło jej wtedy po głowie. Chyba poznawanie mężczyzn.

Otwiera nową kartę i powoli, nerwowo wpisuje frazę „Martina i Henry Lamb”.

Od razu pojawia się link do artykułu z „Guardiana” z dwa tysiące piętnastego. Klika nagłówek. Tytuł brzmi: „Tajemnicza sprawa Serenity Lamb i króliczej łapki”.

Myśli sobie, Serenity Lamb to byłam ja, to jestem ja. To ja jestem Serenity Lamb. Ale jestem też Libby Jones. Libby Jones sprzedaje kuchnie w St Albans i chce chodzić na zajęcia z salsy. Serenity Lamb leży w malowanym łóżeczku w pokoju z drewnianym parkietem w Chelsea, z króliczą łapką schowaną pod kocykiem.

Trudno jej znaleźć punkt styczny; moment, w którym jedna przeobraża się w drugą. Czy wtedy, gdy jej przybrani rodzice pierwszy raz wzięli ją w ramiona? Tylko że w tamtej chwili nie miała świadomości, że oto Serenity zmienia się w Libby, że podstawy jej tożsamości kruszą się i budują na nowo.

Upija łyk coli i zaczyna czytać.

11

Dom w Antibes ma kolor martwych róż: zakurzonej, spłowiałej czerwieni, z okiennicami pomalowanymi na żywy błękit. Niegdyś Lucy tu mieszkała, w innym życiu, kiedy była żoną ojca Marca. Dziesięć lat po rozwodzie wciąż trudno jej zmusić się do tego, by wypowiedzieć jego imię. Pozostawia w jej ustach, na języku, obrzydliwy posmak, od którego zbiera jej się na wymioty. A jednak oto stoi przed jego domem, a on nazywa się Michael. Michael Rimmer.

Na podjeździe stoi czerwone maserati, niewątpliwie w leasingu, ponieważ wiele można powiedzieć o Michaelu, ale na pewno nie to, że jest usatysfakcjonowany poziomem swojego bogactwa. Lucy widzi, jak wzrok Marca zatrzymuje się na długo na samochodzie. Na jego twarzy, we wstrzymanym oddechu, wyraźnie da się dostrzec ekscytację.

– Nie jest jego własnością. Tylko go wynajmuje – mruczy pod nosem do syna.

– Skąd wiesz?

– Po prostu wiem, okej?

Ściska dłoń Stelli, żeby dodać jej otuchy. Dziewczynka nie poznała jeszcze ojca Marca, ale doskonale wie, co Lucy o nim myśli. Podchodzą do drzwi i naciska dzwonek z brązu. Otwiera im pokojówka ubrana w białe ogrodniczki, z dłońmi w lateksowych rękawiczkach.

– Bonjour, madame – mówi z uśmiechem.

– Czy pan Rimmer jest w domu? – pyta Lucy, starając się o jak najwyraźniejszy angielski akcent.

– Oui. Tak, w ogrodzie. Proszę poczekać. – Wyciąga z kieszeni małą czarną nokię, zdejmuje rękawiczkę i wybiera numer. Zaraz podnosi wzrok na Lucy. – Kogo mam zapowiedzieć?

– Lucy. I Marco.

– Panie Rimmer, przyszła pewna pani o imieniu Lucy. Z chłopcem o imieniu Marco. – Kiwa głową. – Dobrze. Tak, tak. – Rozłącza się i wsuwa telefon z powrotem do kieszeni. – Pan Rimmer prosi, żebym zaprowadziła panią do niego. Zapraszam.

Lucy idzie za drobną kobietą przez korytarz. Odwraca wzrok, gdy mijają miejsce u podnóża schodów, gdzie w czwartym miesiącu ciąży wylądowała ze złamaną ręką i pękniętym żebrem po tym, jak Michael ją zepchnął. Nie patrzy też na fragment ściany w korytarzu, o który Michael obił jej kilka razy głowę, bo miał zły dzień w pracy – a przynajmniej tym się tłumaczył godzinę później, próbując przekonać ją, by go nie zostawiała, bo tak strasznie ją kocha i nie wyobraża sobie bez niej życia. Och, cóż za ironia losu – oto żyje i ma się dobrze u boku innej żony.

Zbliżają się do tylnego wejścia i Lucy drżą dłonie. Bardzo dobrze zna to miejsce: ogromne podwójne drewniane drzwi otwierają się na tropikalny splendor ogrodu, gdzie kolorowe motyle spijają nektar z kwiatów w kształcie rogów, w kącie rosną bananowce, tam też pluszcze nieduży wodospad na skalniaku, w najbardziej wysuniętym na południe punkcie błyszczy w popołudniowym słońcu lazurowa woda. A pośród tego wszystkiego on, Michael Rimmer. Siedzi przy stoliku obok basenu, w jednym uchu ma bezprzewodową słuchawkę, przed sobą otwarty laptop i dwa telefony. Tylko małe piwo zaprzecza wizerunkowi biznesmena, na którym ewidentnie mu zależy.

– Lucy! – woła do niej z szerokim uśmiechem, wstając z krzesła. Wciąga opalony brzuch, próbując ukryć fakt, że dwa lata przed pięćdziesiątką nie ma już wyrzeźbionego ciała mężczyzny, od którego uciekła dziesięć lat temu. Rusza w jej stronę, wyjąwszy słuchawkę z ucha. – Lucy! – powtarza, dodając ciepły ton i wyciągnięte ręce.

Lucy się wzdryga.

– Michael – odpowiada powściągliwie, odsuwając się od niego.

Zamiast tego mężczyzna zwraca swe ręce ku Marcowi i ściska go mocno.

– Czyli jednak jej powiedziałeś?

Chłopiec kiwa głową.

Michael patrzy na niego z udawanym gniewem.

– A to kto? – pyta Michael, przesuwając wzrok na Stellę, która kurczowo trzyma się nogi Lucy.

– To jest Stella, moja córka.

– Wow. Cóż za piękność. Bardzo miło cię poznać, Stello. – Podaje jej rękę, a Lucy musi się powstrzymywać, by nie zabrać córki. Michael patrzy w końcu na psa i rzuca: – A to kto?

– Fitzgerald. Znany też jako Fitz.

– To od Francisa Scotta?

– Tak, od Francisa Scotta. – Czuje napływ adrenaliny na wspomnienie o seriach pytań, które zadawał jej, żeby pokazać, jaka jest głupia i niewykształcona, jak bardzo powinna się cieszyć, że go ma, bo nie jest jego warta. Zawsze jednak z tyłu głowy cichy, lecz niezachwiany głosik powtarzał jej, że to nieprawda, że pewnego dnia uwolni się od niego i ucieknie, nie oglądając się za siebie. A teraz znowu nerwowo odpowiada na jego pytania, za chwilę poprosi go o pieniądze. Niemal wróciła do punktu wyjścia.

– No, no, witaj, Fitzu – mówi Michael, drapiąc psa pod pyskiem. – Ależ z ciebie słodziak. – Potem wstaje i obrzuca Lucy oraz jej rodzinkę taksującym spojrzeniem. W taki sam sposób patrzył na nią, rozważając, czy należy jej się za coś kara. Znajdowali się na ostrzu noża, mogło się skończyć śmiechem i przytuleniem albo złamanym palcem czy podbitym okiem.

– Proszę, proszę, patrzcie no. Jaka urocza gromadka. Napijecie się czegoś? Może soku? – Zerka na Lucy. – Pozwalasz im na sok?

Lucy kiwa głową, a Michael spogląda na pokojówkę, która stoi w cieniu tarasu.

– Joy! Przynieś sok dla dzieci! Dziękuję! A dla ciebie? Wino? Piwo?

Całe tygodnie nie piła żadnego alkoholu. Dałaby się pokroić za piwo. Ale nie może. Musi być zupełnie trzeźwa przez najbliższe pół godziny lub dłużej. Dlatego kręci głową.

– Nie, dziękuję. Wystarczy mi sok.

– W takim razie trzy szklanki soku, Joy. A dla mnie jeszcze jedno piwo. O, i chipsy. Te, no, jak się nazywa te takie… karbowane! Chipsy karbowane. – Przenosi wzrok z powrotem na Lucy, wciąż udając naiwnego młokosa. – Siadajcie, siadajcie.

Przestawia krzesła, żeby mogli zająć miejsce przy stoliku, i ciągnie:

– No, to opowiadaj, Lucy Lou. Co się z tobą działo przez tyle czasu?

Lucy wzrusza ramionami i uśmiecha się.

– No wiesz. Jakoś tam zleciało. Zrobiłam się trochę starsza, trochę mądrzejsza.

– I nie ruszałaś się stąd?

– Nie.

– Nie wróciłaś do Wielkiej Brytanii?

– Nie.

– A twoja córka… Gdzie jej ojciec? Wyszłaś za mąż?

– Nie. Mieszkaliśmy razem przez kilka lat, a potem wrócił do Algierii, żeby „odwiedzić rodzinę”. To było trzy lata temu i od tamtej pory nie odzywa się do nas.

Michael krzywi się, jakby zniknięcie ojca Stelli było niczym fizyczny atak na nią. Nieznośnie ironiczne.

– Ciężka sprawa. Czyli jesteś samotną matką?

– Tak, jak najbardziej.

Joy wraca z karafką schłodzonego soku pomarańczowego, trzema szklankami na papierowych podkładkach, chipsami w srebrnych miseczkach, serwetkami, słomkami. Michael rozlewa sok i podaje każdemu szklankę, częstuje karbowanymi chipsami dzieci, a te zaczynają się nimi opychać.

– Wolniej – syczy Lucy.

– Nic nie szkodzi. Mam całe góry chipsów. Więc gdzie teraz mieszkacie?

– Tu i tam.

– I nadal…? – Udaje, że gra na skrzypcach.

Lucy uśmiecha się cierpko.

– Grałam, dopóki jakiś pijany Angol na wieczorze kawalerskim nie wyrwał mi instrumentu z rąk. Goniłam tego dupka i jego kumpli przez dobre pół godziny, a na koniec palant rzucił skrzypcami o ścianę. Oddałam je do naprawy, ale… – Ze strachu zaschło jej w gardle. – Nie stać mnie, żeby je odebrać.

Michael patrzy na nią ze współczuciem; takim spojrzeniem obrzucał ją za każdym razem, kiedy ją skrzywdził.

– Ile? – rzuca i już wierci się na krześle, żeby wyciągnąć z tylnej kieszeni portfel.

– Sto dziesięć euro – odpowiada Lucy nieco łamiącym się głosem.

Obserwuje go, jak odlicza banknoty. Składa je wpół i podaje.

– Proszę. Z lekką górką. Może na fryzjera dla mojego chłopaka. – Znowu czochra Marca. – I dla ciebie też. – Gdy patrzy na jej włosy, w jego oczach pojawia się to okropne, ponure rozczarowanie. Zapuściłaś się. Przestałaś się starać. Jak mam cię kochać. Skoro. Się. Nie. Starasz.

Lucy sięga po banknoty i gdy już ma je zabrać, czuje, że Michael niemal niezauważalnie je ściska, jakby dawał jej do zrozumienia, kto tu rządzi. Uśmiecha się i puszcza. Lucy odkłada pieniądze do torebki i mówi:

 

– Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. Oddam ci wszystko za kilka tygodni. Obiecuję.

– Nie trzeba. Nie chcę pieniędzy, ale… – odpowiada, nachylając się, rozsuwając nieco nogi, z mrocznym uśmiechem.

Lucy czuje, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz.

– Obiecaj mi jedno.

Jej uśmiech zamiera.

– Chciałbym cię częściej widywać. Ciebie i Marca. No i ciebie. – Przesuwa swój ponury wzrok na Stellę, puszcza do niej oko. – Jestem tutaj całe wakacje. Aż do połowy września. No wiesz, akurat mam przerwę od pracy.

– A twoja żona?

– Rachel musiała wracać. Miała pewne ważne sprawy do załatwienia. – Jego ton zdradza lekceważenie. Rachel mogłaby być chirurgiem mózgu albo ważnym politykiem, kto ją tam wie, mogłaby mieć w rękach los setek, jak nie tysięcy ludzi. Jednak w oczach Michaela wszystko, co nawet na chwilę odciąga kobietę od niego, jest jakimś żałosnym żartem. Wliczając w to dzieci.

– Och, co za szkoda.

– Nie do końca. Przyda mi się trochę samotności. Nie zgadniesz, czym się właśnie zajmuję!

Lucy potrząsa energicznie głową i uśmiecha się.

– Piszę książkę, a dokładniej wspomnienia. A może coś pomiędzy jednym a drugim. Taka powieść autobiograficzna czy coś w tym rodzaju. Jeszcze nie zdecydowałem.

Boże, ależ on się wydaje z siebie zadowolony, myśli Lucy. Zupełnie jakby oczekiwał, że go pochwali, że powie, jaki jest cudowny, jaki mądry. Zamiast tego najchętniej zaśmiałaby się mu w twarz, ha, teraz strugasz pisarza? Serio?

– To wspaniałe. Ekscytujące.

– Powinno być, owszem. Chociaż czasami nie jest łatwo, nie powinno mnie to dziwić. Dlatego świetnie byłoby was jeszcze zobaczyć. Spędzić trochę czasu razem. Popluskać się w basenie.

Lucy podąża wzrokiem za jego myślami do lazurowej toni. Jej oddech przyśpiesza, płuca gwałtownie się rozszerzają i kurczą, serce wali na wspomnienie głowy wepchniętej pod powierzchnię tej idealnej wody, jego dłoni na jej czubku. Naciskał. Naciskał, aż jej płuca prawie eksplodowały. Potem nagle puścił i wypłynęła. Kaszląc, desperacko walcząc o oddech, patrzyła, jak on wychodzi z basenu, zabiera ręcznik z leżaka, owija się nim w pasie i wraca do wnętrza domu, nie oglądając się za siebie. „Mogłem cię zabić – powiedział potem. – Gdyby tylko mi się zachciało. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Mogłem cię zabić”. „Dlaczego tego nie zrobiłeś?”, zapytała. „Bo szkoda zachodu”.

– Może. Zobaczymy, chociaż jesteśmy w te wakacje dość zajęci.

– Tak, z pewnością – rzuca protekcjonalnym tonem.

– Wiesz co – zaczyna Lucy, spoglądając na drzwi prowadzące do środka. – Zawsze myślałam, że sprzedałeś ten dom. Przez lata widziałam, jak mieszkają tutaj różni ludzie.

– Wynajmuję go – odpowiada, a w jego głosie słychać wstyd, że on, niesamowity i bogaty biznesmen z wieloma sukcesami na koncie, musi uciekać się do tak niegodnych sposobów zdobywania pieniędzy jak wynajmowanie swojego domu wakacyjnego w Antibes obcym ludziom. – Szkoda, żeby tak stał pusty, skoro ktoś może się tu świetnie bawić.

Lucy kiwa głową. Niech trzyma się tego żałosnego kłamstewka. Michael nie cierpi innych ludzi. Musiał przeprowadzić dokładną dezynfekcję całego wnętrza, żeby tu wrócić.

– Cóż, już chyba czas wracać – odzywa się Lucy, uśmiechając się do dzieci.

– Nie, zostańcie jeszcze! – wtrąca Michael. – Dlaczego nie? Mogę otworzyć butelkę czegoś dobrego. A dzieciaki niech się popluskają w basenie. Będzie fajnie.

– Niedługo zamkną sklep muzyczny – odpowiada Lucy, starając się nie zabrzmieć zbyt nerwowo. – Naprawdę muszę odebrać teraz skrzypce, żeby móc pracować wieczorem. Ale dziękuję. Bardzo ci dziękuję. Co powiecie, dzieciaki?

Dzieciaki dziękują, a Michael uśmiecha się do nich promiennie.

– Piękne dzieci. Naprawdę piękne – mówi.

Odprowadza ich do wyjścia. Wydaje się, jakby chciał uściskać Lucy na pożegnanie, więc ona szybko klęka, żeby poprawić psu obrożę. Michael obserwuje ich z progu, jego wzrok przebiega nad maską absurdalnego samochodu, na ustach błąka się uśmiech.

Przez moment Lucy czuje się, jakby miała zwymiotować. Zatrzymuje się i bierze kilka głębokich oddechów. A potem, gdy już mają wyjść za róg, nagle pies kuca i zostawia małą kupę zaraz przy ścianie domu, w plamie popołudniowego słońca. Lucy sięga do torebki, żeby wyjąć foliówkę, ale powstrzymuje się. W ciągu godziny kupa upiecze się i będzie bulgotać jak rozpuszczony brie. To będzie pierwsza rzecz, którą Michael zobaczy następnym razem, kiedy wyjdzie z domu. Może nawet w nią wdepnie.

Zostawia ją tam.

12

W sobotę Libby miała wybrać się na grilla do znajomych. Nawet cieszyła się na to wyjście. Jej koleżanka April powiedziała, że zaprasza „wysportowanego kolesia z pracy”. „Myślę, że ci się spodoba – stwierdziła. – Nazywa się Danny”.

Jednak w sobotni poranek, zapowiadający kolejny gorący dzień z niebem bez jednej chmurki, Libby otwiera okno, które już zdążyło się piekielnie nagrzać, i jej głowy nie zaprzątają Danny ani słynna pikantna sałatka z kuskusem April, ani też błyszczący pomarańczowy aperol spritz w dłoni czy stopy moczące się w nadmuchiwanym basenie. Nie, myśli wyłącznie o tajemniczej sprawie Serenity Lamb i króliczej łapki.

Wysyła wiadomość do April.

Strasznie, strasznie Cię przepraszam. Mam nadzieję, że będziesz się świetnie bawić. Daj znać, jeśli impreza nie skończy się zbyt szybko, może wpadnę na drinka przy zachodzie słońca.

Potem bierze prysznic i zakłada kombinezon z tropikalnym printem oraz sandały ze złotej skóry, naciera ręce i ramiona kremem z filtrem, dorzuca jeszcze okulary przeciwsłoneczne i na koniec sprawdza, czy ma w torebce klucze do domu, po czym wychodzi na pociąg do Londynu.

Wkłada klucz do kłódki na drewnianej osłonie i przekręca, kłódka spada. Drugi klucz wkłada do dziurki w drzwiach frontowych. W głębi ducha spodziewa się, że ktoś położy jej rękę na ramieniu i zapyta, co takiego wyprawia, czy aby na pewno ma pozwolenie na to, by otwierać tym kluczem te drzwi.

Potem wchodzi do domu. Do swojego domu. I jest tutaj sama.

Zamyka za sobą i natychmiast cichną odgłosy sobotniego ruchu ulicznego, a piekące promienie słońca nie docierają już do jej karku.

Przez chwilę stoi praktycznie nieruchomo.

Wyobraża sobie w tym miejscu policję. Wszyscy mają na głowach staromodne hełmy. Wie, jak wyglądają, bo widziała zdjęcia w artykule z „Guardiana”. Funkcjonariusze Ali Shah oraz John Robbin. Przyjechali w odpowiedzi na anonimowe zgłoszenie „zatroskanego sąsiada”. Nigdy nie udało się go namierzyć.

Podąża za niewidzialnymi śladami Shaha i Robbina do kuchni. Wyobraża sobie, że zapach staje się intensywniejszy.

Shah w swojej relacji wspomniał o bzyczeniu much. Podobno myślał, że ktoś zapomniał wyłączyć maszynkę do strzyżenia albo szczoteczkę elektryczną. Ciała znajdowały się we wczesnym stadium rozkładu, wciąż można było w nich rozpoznać atrakcyjną ciemnowłosą trzydziestokilkulatkę oraz starszego mężczyznę z włosami przyprószonymi siwizną. Trzymali się za ręce. Obok nich leżały zwłoki drugiego mężczyzny, po czterdziestce, wysokiego, ciemnowłosego. Wszyscy byli ubrani na czarno: kobieta w tunikę i legginsy, mężczyzna w swego rodzaju długą szatę. Wyglądało na to, że ubrania te były uszyte przez mieszkańców domu. W jednym z pokojów na tyłach znaleziono później maszynę do szycia oraz resztki czarnego materiału w koszu.

Nie licząc bzyczących much, w środku panowała śmiertelna cisza. Funkcjonariusze powiedzieli, że nie szukaliby dziecka, gdyby nie zostało wspomniane w liście pozostawionym na stole w jadalni. Niemal przegapili garderobę za główną sypialnią, ale w pewnym momencie usłyszeli dobiegający stamtąd dźwięk – „uuu”, jak określił to Shah.

„Uuu”.

Libby wchodzi powoli schodami na górę i kieruje się do sypialni. Znajduje drzwi do garderoby i zagląda do środka.

I właśnie tutaj ją znaleźli! Taką śliczną kruszynkę! Właśnie tak to ujął funkcjonariusz Robbin: „Taka śliczna kruszynka!”.

Na widok malowanej kołyski dostaje gęsiej skórki. Mimo to zwalcza dyskomfort, wpatrując się w nią tak długo, aż przestaje na niej robić wrażenie. Po chwili czuje się na siłach, by jej dotknąć. Wyobraża sobie zaglądających do środka dwóch młodych policjantów. Wyobraża sobie samą siebie, w śnieżnobiałych śpioszkach, z gęstymi loczkami jak u Shirley Temple, chociaż miała dopiero dziesięć miesięcy, wierzgającą z ekscytacją nóżkami na widok dwóch wpatrzonych w nią przyjaznych twarzy.

„Próbowała się podnieść – powiedział Robbin. – Chwyciła się boków łóżeczka. Bardzo chciała, żeby ją ktoś wyjął. Nie wiedzieliśmy, co robić. W końcu stanowiła dowód. Czy powinniśmy ją dotykać? Wezwać posiłki? Byliśmy zbici z tropu”.

Ostatecznie postanowili jej nie ruszać. Shah śpiewał jej piosenki i czekali, aż dowództwo powie im, co robić. Libby żałowała, że tego nie pamięta; jakie piosenki mogła usłyszeć od młodego policjanta? Czy cieszył się, że może jej zaśpiewać? Czy czuł się zażenowany? Według autora artykułu Shah sam dorobił się piątki dzieci, ale kiedy znalazł Serenity Lamb w łóżeczku, nie miał jeszcze żadnego doświadczenia z niemowlętami.

Wkrótce w domu pojawił się zespół techników kryminalistyki oraz specjalna funkcjonariuszka oddelegowana do odebrania dziecka. Nazywała się Felicity Measures i miała wtedy czterdzieści jeden lat. Teraz ma sześćdziesiąt pięć, niedawno przeszła na emeryturę i mieszka w Algarve z trzecim mężem. W artykule zacytowano jej wypowiedź: „Przepiękne dziecko. Bardzo zadbane i dobrze wykarmione, ze złotymi loczkami. Uśmiechnięte i przytulaśne. Zupełnie nie pasowała do otoczenia, w którym ją znaleziono. Niesamowita sprawa. O tak, wręcz upiorna”.

Libby popycha kołyskę, która skrzypi żałośnie, dając wyraz swojej wiekowości. Dla kogo została kupiona? Dla niej? Czy dla poprzednich pokoleń niemowląt? Teraz Libby wie, że w tej historii są też inni bohaterowie. Nie tylko Martina i Henry Lamb oraz tajemniczy mężczyzna. Nie tylko ich zaginione dzieci. Sąsiedzi mówili nie o dwójce, ale „licznych dzieciach”, o ludziach, którzy „przyjeżdżali i wyjeżdżali”. W domu znaleziono mnóstwo niezidentyfikowanych śladów krwi i DNA, do tego włókna, włosy, dziwne wiadomości, wydrapane napisy na ścianach, ukryte przejścia, a także ogród pełen ziół, z których część została wykorzystana do rzekomego samobójczego paktu rodziców.

„Pragniemy uwolnić się od tych mizernych ciał, od tego nikczemnego świata, od bólu i rozczarowania. Nasza córka nazywa się Serenity Lamb. Ma dziesięć miesięcy. Prosimy, zadbajcie o to, by trafiła w dobre ręce. Żegnajcie, H.L., M.L., D.T.”. Tak brzmiała treść znalezionego przy nich listu.

Libby wychodzi z pokoju i powoli krąży po wnętrzu domu, wyszukując te dziwne rzeczy, na które natrafiono w trakcie oględzin. Autor artykułu napisał, że człowiek, który przebywał w domu w czasie samobójstwa, uciekł, zostawiając otwarte drzwi do szafy, jedzenie w lodówce, rozłożone książki na podłodze, kartki ewidentnie zerwane ze ściany, gdzie przyklejono je taśmą.

Udaje jej się znaleźć jeden z tych kawałków taśmy na ścianie w kuchni, żółty i wyschnięty. Odrywa fragment kartki i przez chwilę mu się przygląda. Co takiego znajdowało się na tym papierze, że ludzie uciekający z tego tonącego okrętu nie chcieli, by inni to zobaczyli?

W kuchni urządzonej w wiejskim stylu stoi lodówka, wielka, kremowo-beżowa, rdzewiejąca. Rodem z Ameryki – była pewnie dość niezwykłym widokiem w Wielkiej Brytanii w latach osiemdziesiątych. Libby otwiera ją i zagląda do środka. Plamy pleśni, dwie popękane i połamane plastikowe foremki do lodów, nic więcej. W szafkach znajduje puste puszki i mąkę tak starą, że zmieniła się w cegłę. Jest też zestaw białych filiżanek, chromowany czajnik, słoiki pełne ziół i przypraw, stojak na grzanki, duża taca pomalowana na czarno. Drapie ją paznokciem i pod spodem widać srebro. Libby zastanawia się, dlaczego ktoś miałby pomalować na czarno srebrną tacę.

A potem się zatrzymuje. Coś usłyszała. Odgłosy jakiegoś ruchu na piętrze. Odkłada tacę z powrotem do szafki i staje u podnóża schodów. Dźwięk się powtarza, trochę jak tępe łupnięcie. Zaczyna jej szybciej bić serce. Na paluszkach wchodzi na podest schodów. I znowu to samo. I znowu. A potem – puls dudni jej w uszach dwa razy głośniej – ktoś chrząka.

Pan Royle, myśli, to musi być pan Royle, ten prawnik. Nie może być nikt inny. Przecież po wejściu do środka zamknęła za sobą drzwi. Zdecydowanie.

– Halo? – woła. – Halo? Panie Royle, to pan?

 

Jednak odpowiada jej cisza. Zapadła natychmiast, celowo.

– Halo? – woła jeszcze raz.

Cisza przyczaiła się na samej górze jak drapieżnik. Libby niemal słyszy bicie serca drugiej osoby.

Przypomina sobie wszystkie tajemnice odkryte przez autora artykułu: zaginione dzieci właścicieli domu, osobę sprawującą opiekę nad niemowlęciem; napisy na ścianach, pasek materiału zwisający z grzejnika i ślady zadrapań; dziwną wiadomość zostawioną przez rodziców, niebieskie róże namalowane na skrzypiącej kołysce, kartki zerwane ze ścian, plamy krwi i zamki po zewnętrznej stronie drzwi pokojów dzieci.

Potem znów myśli o równo przystrzyżonym trawniku April, jej pikantnym kuskusie, neonowym pomarańczu aperol spritza, stopach moczących się w chłodnej wodzie w basenie. O przystojnym Dannym i potencjalnych dzieciach, które mogliby mieć, gdy Libby skończy trzydzieści lat. Albo wcześniej. Tak, dlaczego nie wcześniej? Dlaczego ma to odkładać? Może sprzedać ten dom razem z jego straszną, ponurą historią, zapleśniałą lodówką i zarośniętym ogrodem, a nawet hałasującym lokatorem na strychu. Może to wszystko sprzedać i będzie bogata, wyjdzie za Danny’ego i urodzi dzieci. Już jej nie obchodzi, co się tutaj stało. Już nie chce wiedzieć.

Sięga do torebki po klucze i zamyka za sobą wielkie drewniane drzwi wejściowe, a potem jeszcze zakłada kłódkę i z ulgą wychodzi na rozgrzany chodnik. Wyciąga telefon, żeby napisać wiadomość.

Zostaw mi trochę kuskusu. Będę za godzinę.

Inne książki tego autora