Idealna rodzinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Libby pracuje dla firmy projektującej ekskluzywne zabudowy kuchenne. Ma stanowisko kierowniczki działu sprzedaży, a jej biuro znajduje się w centrum St Albans, niedaleko katedry. Dowodzi zespołem składającym się z dwóch menedżerów sprzedaży i dwóch asystentów menedżera sprzedaży, a nad nią są jeszcze starszy dyrektor sprzedaży i dyrektor zarządzający. Znalazła się w połowie drabiny awansu, zaś wspinanie się po niej przez ostatnie trzy lata było jej głównym celem. W jej głowie zrodziło się przekonanie, że właśnie buduje most do życia, które rozpocznie się po trzydziestce. Jako trzydziestolatka zostanie dyrektorką sprzedaży, a jeśli nie, odejdzie do innej firmy. Potem weźmie ślub z mężczyzną, którego właśnie próbuje znaleźć zarówno w sieci, jak i w prawdziwym życiu; mężczyzną ze zmarszczkami mimicznymi, psem i/lub kotem, interesującym nazwiskiem, do którego będzie mogła dodać swoje własne. Będzie zarabiał tyle co ona albo więcej, lubił przytulanie bardziej niż seks i chodził w eleganckich butach. Będzie miał też piękną skórę bez tatuaży, ładne stopy i miłą mamę, a do tego minimum metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, chociaż najlepiej metr osiemdziesiąt i więcej. Zamiast życiowego bagażu dorobi się dobrego samochodu i rysującego się pod skórą sześciopaka, chociaż płaski brzuch wystarczy.

Ten mężczyzna jeszcze się nie zmaterializował i Libby zdaje sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie ma nieco zbyt proskryptywne podejście do poszukiwań. Niemniej zostało jej pięć lat na doprowadzenie do ślubu, potem pięć kolejnych na urodzenie dziecka, a może nawet dwójki, jeśli pierwsze jej się spodoba. Nie śpieszy się. Jeszcze nie. Będzie po prostu nadal przeglądać Tindera, szykować się na wyjścia, przyjmować zaproszenia na spotkania towarzyskie, myśleć optymistycznie, dbać o linię, trzymać ramę i przeć do przodu.

Kiedy Libby wstaje do pracy, wciąż jest jeszcze gorąco, a powietrze zdaje się mieć perłowy poblask już o ósmej rano.

Całą noc przespała przy otwartym oknie, chociaż wiedziała, że odradza się to kobietom. Ustawiła na parapecie rząd szklanek, żeby w razie włamania zapewnić sobie jakieś ostrzeżenie. Mimo to i tak przez całą noc wierciła się w łóżku; pościel rano była wymiętolona.

Słońce obudziło ją z krótkiego snu, niczym laser świeciło w wąskiej szczelinie między zasłonami, w ciągu kilku minut zdążyło nagrzać cały pokój. Przez chwilę wszystko wydawało się normalne. A potem przestało. Jej myśli gwałtownie wróciły do poprzedniego dnia, do ciemnego domu i drewnianych paneli na ścianach, ukrytej klatki schodowej, króliczej łapki, jasnoniebieskich różyczek na dziecięcym łóżeczku. Czy to wszystko naprawdę się wydarzyło? Czy dom nadal tam stał, czy może po jej odejściu rozsypał się w proch?

Tego dnia pojawia się w pracy jako druga. Dido, główna projektantka, zdążyła już włączyć klimatyzację i usiąść za biurkiem. Chłodne powietrze rozkosznie owiewa jej mokrą skórę, ale Libby wie, że za pół godziny będzie marznąć i żałować, że nie zabrała swetra.

– Dzień dobry – mówi Dido, nie podnosząc wzroku znad klawiatury. – I jak poszło?

Poprzedniego dnia powiedziała jej w tajemnicy, że potrzebuje wolnego, bo wybiera się na spotkanie z prawnikiem w sprawie spadku. Nie wspomniała o adopcji ani o tym, że być może odziedziczy dom, jedynie tyle, że chodzi o starszego krewnego i prawdopodobnie kilkaset funtów. Dido bardzo się podekscytowała wizją kilkuset funtów i Libby wydawało się, że może nie być gotowa na oglądanie jej reakcji, kiedy wyjawi jej prawdę. Ale teraz, we wtorkowy poranek, gdy już dotarła do biura, są tylko we dwie, swojej najbliższej koleżanki April nie zobaczy aż do weekendu, a nikomu innemu w zasadzie nie mogła się z tego zwierzyć, więc postanowiła jednak podzielić się tą historią. Może Dido, dwanaście lat od niej starsza, udzieli jej jakiejś mądrej albo użytecznej rady, która pomoże przetrawić coś tak niespotykanego.

– Odziedziczyłam dom – oznajmia Libby, nalewając wody do ekspresu.

– Bardzo śmieszne – rzuca Dido, wyraźnie jej nie wierząc.

– Ale to prawda. Dom w Chelsea, nad rzeką.

– Chelsea w Londynie? – dopytuje Dido, której opadła szczęka.

– Tak. Nad rzeką. Jest ogromny.

– Wkręcasz mnie, prawda?

– Nie – odpowiada, kręcąc głową.

– O mój Boże, czyli w zasadzie jesteś milionerką? – wypala Dido.

– Chyba tak.

– A jednak przyszłaś do pracy przy kuchniach we wtorkowy poranek jak zwykły, szary człowiek.

– Jeszcze to wszystko do mnie nie dotarło.

– Boże, Libby, na twoim miejscu docierałoby to do mnie przy lampce szampana w ogrodzie St Michael’s Manor.

– Jest za dwadzieścia dziewiąta.

– No to przy filiżance herbaty. I talerzu jajek po benedyktyńsku. Co ty tu jeszcze robisz, na Boga?

Libby czuje, że jej szwy rozluźniają się i rozchodzą na myśl, że nie musi tutaj być, że niezachwiana drabina, której trzymała się kurczowo, jakby od tego zależało jej życie, nagle zmieniła się w stertę złotych monet. Wszystko wywróciło się do góry nogami.

– Dowiedziałam się o tym raptem wczoraj! Jeszcze go nie sprzedałam. Może mi się to nie uda.

– Ta, jasne, bo nikt nie chce domu w Chelsea, z oknami wychodzącymi na Tamizę.

„Mniej więcej sześć albo siedem milionów funtów”. Właśnie taką szacunkową wartość podał jej poprzedniego dnia prawnik, kiedy wreszcie zebrała się na odwagę, by zapytać. Minus koszty opłat dla kancelarii. A potem jeszcze będzie trzeba uiścić podatek spadkowy. Powiedział, że zostanie z tego jakieś trzy i pół miliona.

Przybił jej piątkę. Pomylił ją z młodymi ludźmi, o których czytywał w gazetach. To było dziwne.

– Jest w kiepskim stanie – mówi Libby. – I ma nieciekawą historię.

– Jaką?

– Zmarli w nim ludzie. W podejrzanych okolicznościach. Moi dalecy krewni. – Już miała wspomnieć o niemowlęciu w łóżeczku, ale ugryzła się w język.

– Nie gadaj!

– No, trochę to szokujące. Dlatego na razie postanowiłam zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.

– Będziesz nadal sprzedawać kuchnie? W St Albans?

– Tak – oświadcza Libby, czując, że powoli wraca do stanu równowagi. – Zamierzam nadal sprzedawać kuchnie w St Albans.

8

Ostatecznie Marco i Lucy spędzili noc na plaży. Koło drugiej przestał padać deszcz, więc zebrali swoje rzeczy i przeszli dwudziestominutową drogę przez miasteczko na Promenade des Anglais, gdzie rozłożyli na mokrych kamieniach maty do jogi, zawinęli się w sarongi i patrzyli, jak po niebie suną resztki szarych chmur, a różowy księżyc ustępuje miejsca słońcu, które zaczęło przesączać się przez widnokrąg.

O ósmej rano Lucy zebrała wszystkie drobniaki z dna plecaka i torebki; było ich wystarczająco dużo, by kupić croissanty i kawę. Zjedli je na ławce, oboje otępiali przez brak snu i fatalne warunki w nocy. Później poszli z powrotem na drugą stronę miasteczka, żeby zabrać Stellę. Samia nie zaprosiła ich do środka na lunch, chociaż wybiło południe, a po nich było widać, że nie spali w łóżkach. Stella została wykąpana i przebrana w czyste ubrania, jej miękkie kręcone włosy były zaczesane do tyłu i przypięte różowymi spinkami. Kiedy znowu maszerowali przez miasto, Lucy pomyślała, że pewnie wyglądają, jakby ją razem z Markiem uprowadzili.

– Mogę ją wziąć jeszcze na jedną noc – powiedziała Samia, trzymając dłoń na ramieniu małej.

Lucy widziała, jak Stella niemal niezauważalnie próbuje się wyswobodzić i kręci głową.

– To bardzo miłe, ale znalazłam dla nas miejsce na nocleg. – Czuła na sobie palące spojrzenie Marca. – Niemniej jestem niezmiernie wdzięczna.

Samia przechyliła nieco głowę i zmrużyła oczy, w milczeniu przeprowadzając ocenę sytuacji. Lucy wstrzymała oddech, czekając na jakiś karcący komentarz na temat jej wyglądu, jej rodzicielstwa, jej udziału w potajemnej ucieczce ukochanego syna. Zamiast tego kobieta podeszła powoli do stolika znajdującego się w połowie korytarza i wyciągnęła z torebki portmonetkę. Zajrzała do środka i wyjęła dwadzieścia euro, które przekazała Lucy.

– To wszystko. Więcej nie mam – powiedziała.

Lucy przyjęła banknot, nachyliła się i uścisnęła Samię.

– Dziękuję. Niech Bóg ci błogosławi.

Teraz ona, dzieci i pies idą razem po Promenade des Anglais w palącym popołudniowym słońcu z torbą czystych ubrań z pralni samoobsługowej i brzuchami pełnymi kanapek z serem i coca-coli. Ruszają w stronę jednego z wielu klubów, które stoją na plaży w Nicei: Le Beach Club Bleu et Blanc.

Lucy w przeszłości zdarzało się tu jadać. Siedziała przy tutejszym stoliku z ojcem Marca, przed nią stał talerz z owocami morza i kieliszek szampana albo spritzera z białym winem, a ulgę od gorąca zapewniały im regularne pryśnięcia chłodnej wody z maleńkich dysz. Teraz nikt by jej tutaj nie poznał, żaden z tych zadzierających nosa starych kelnerów w absurdalnie modnych niebiesko-białych koszulkach polo. Dwanaście lat temu była zjawiskowa.

Na ławce w wejściu do lokalu siedzi kobieta. Jest jedną z tych blondynek, które można znaleźć tylko na południu Francji; taką z waniliowymi włosami i ciemną, spieczoną skórą. Zerka obojętnie na Lucy, obrzuca oceniającym spojrzeniem ją, Marca i psa, po czym znowu wbija wzrok w ekran komputera. Lucy udaje, że czeka na kogoś, kto ma przyjść z plaży, osłaniając oczy przed słońcem i wyglądając w stronę horyzontu do czasu, aż uwagi kobiety nie odwróci nadejście piątki gości.

– Teraz. Już – syczy.

Bierze psa na ręce i pcha Stellę przed siebie. Serce bije jej jak oszalałe, gdy maszeruje po drewnianej platformie za restauracją tak nonszalanckim krokiem, na jaki tylko ją stać, kierując się do pryszniców. Patrzy przed siebie.

 

– Nie zatrzymuj się – szepcze ostro do Stelli, która z jakiegoś powodu staje w połowie drogi. Potem wreszcie docierają na miejsce, do zawilgoconego, parnego półmroku pryszniców.

„Zarezerwowane wyłącznie dla gości Le Beach Club Bleu et Blanc”, głoszą liczne tabliczki przybite do drewnianych ścian. Betonowa podłoga jest zapiaszczona i mokra, a powietrze zatęchłe. Lucy prowadzi Stellę na prawo. Jeśli uda im się przedostać za wahadłowe drzwi i nikt ich nie zauważy, potem już pójdzie z górki.

No i weszli. Pod prysznicami nikogo nie ma. Pierwszy raz od niemal ośmiu dni mają z Markiem okazję się rozebrać. Lucy wyrzuca majtki do kosza; nie chce ich już nigdy więcej zakładać. Wyciąga z plecaka szampon i odżywkę, kostkę mydła oraz ręcznik. Zabiera ze sobą psa, wmasowuje szampon w jego sierść, pod ogonem, pod obrożą, za uszami. Zwierzę stoi spokojnie i bez ruchu, prawie jakby wiedziało, że to ważne. Potem Lucy przekazuje go Stelli, która czeka na zewnątrz. Psina otrzepuje się, opryskana dziewczynka chichocze. I wtedy Lucy może stanąć pod natryskiem, woda płynie jej po głowie, twarzy, uszach, pod pachami, między nogami i palcami u stóp. Wydarzenia ostatniego tygodnia zdają się znikać w odpływie razem z kurzem, błotem i solą. Lucy nakłada szampon na włosy, przeciąga po długich kosmykach. Podaje butelkę Markowi, który myje się w kabinie obok. Patrzy, jak w szczelinie między nimi łączą się strugi szarej, brudnej wody.

– Dobrze umyj włosy na karku, Marco – mówi. – Strasznie ci się posklejały. I pod pachami. Naprawdę porządnie wyszoruj pachy.

Po wszystkim siadają obok siebie na drewnianej ławce, owinięci w ręczniki. Przez szpary między deskami widzą ludzi przechodzących po drugiej stronie, paski niebieskiego nieba; w powietrzu unosi się zapach rozgrzanego słońcem drewna i smażonego czosnku. Lucy wzdycha. Spadł z niej ogromny ciężar, jednak nie jest jeszcze do końca gotowa na następny krok.

Zakładają czyste ubrania, psikają się dezodorantem, Lucy wklepuje krem nawilżający w skórę twarzy, a dzieciakom daje krem z filtrem. Na dnie kosmetyczki ma buteleczkę perfum, pryska się za uszami i między piersiami. Zwija mokre włosy w koczek i spina plastikową spinką. Spogląda na swoje odbicie w lustrze. Już prawie czterdzieści lat na karku. Bezdomna. Samotna. Bez grosza przy duszy. Nawet nie jest tą, za którą się podaje. Imię też ma fałszywe. Jest duchem. Żywym, oddychającym duchem.

Nakłada trochę maskary, odrobinę błyszczyka, poprawia wisiorek na złotym łańcuszku, żeby wylądował na jej opalonym dekolcie. Patrzy na dzieci: są piękne. Pies wygląda nieźle. Wszyscy ładnie pachną. Zjedli śniadanie. Już dawno nie było tak dobrze.

– Dobra – mówi do Marca, wciskając brudne ubrania do plecaka i zasuwając zamek. – Idziemy zobaczyć się z twoim tatą.

9

CHELSEA, 1988

Obserwowałem wszystko ze schodów, więc już wiedziałem. Mężczyzna z ciemnymi włosami, kapeluszem z szerokim rondem, w luźnej kurtce, tweedowych spodniach z nogawkami wsuniętymi w wysokie sznurowane buty. Stare walizki przypominające rekwizyty filmowe i wiklinowy kosz na kota spięty wyświechtanym skórzanym paskiem. I Birdie stojąca u jego boku, w sukience wyglądającej jak koszula nocna.

– Skarbie! – zawołała matka do ojca. – Chodź i poznaj Justina!

Patrzyłem, jak ojciec wychodzi z gabinetu. Trzymał w zębach cygaro i miał na sobie włochaty zielony sweter.

– Czyli jesteś chłopakiem Birdie, tak? – zapytał, ściskając dłoń mężczyzny, trochę zbyt mocno.

– Partnerem – wtrąciła Birdie. – Justin jest moim partnerem.

Ojciec popatrzył na nią jak zawsze, gdy wydawało mu się, że ktoś celowo robi z niego idiotę, jakby rozważał użycie przemocy. Jednak szybko mu przeszło i zaraz zmusił się do uśmiechu.

– Tak, oczywiście. Tak się teraz mówi, prawda?

Birdie powiedziała mojej matce, że ona i jej partner potrzebują miejsca do spania na kilka nocy. Właściciel mieszkania wyrzucił ich na bruk, bo przygarnęli kota – co za kretyn bierze kota, nie sprawdzając warunków wynajmu? Nie miałem nawet jedenastu lat, nigdy nie mieszkałem w wynajętym lokalu, a to wiedziałem – i Birdie nie miała się do kogo zwrócić o pomoc. Jako dorosły, liczący czterdzieści jeden lat mężczyzna używam tego stwierdzenia, gdy zależy mi, by ludzie zrobili to, co chcę. Jesteś moją ostatnią deską ratunku. W ten sposób pozbawiasz taką zmanipulowaną osobę drogi ucieczki. Jedynym wyjściem jest kapitulacja. I właśnie to zrobiła matka.

– Ależ my mamy tyle pustych pokojów – powiedziała, widząc moje niezadowolenie. – A poza tym to tylko na kilka dni.

Moim zdaniem matka po prostu chciała, by w jej domu zamieszkała gwiazda popu.

Siostra minęła mnie na schodach i zatrzymała się, wciągając gwałtownie powietrze na widok kociego koszyka.

– Jak się wabi? – zapytała i zaraz padła na kolana, żeby zajrzeć do środka.

– To kotka. Nazywa się Suki – odparła Birdie.

– Suki – powtórzyła siostra, wciskając palce w drewnianą kratkę. Kot otarł się o jej dłoń i głośno zamruczał.

Mężczyzna o imieniu Justin podniósł swoją walizkę-rekwizyt i powiedział:

– Gdzie możemy zostawić nasze rzeczy, Martino?

– Mamy dla was bardzo ładny pokój na samej górze. Dzieci, zaprowadźcie naszych gości do żółtego pokoju, dobrze?

Moja siostra poszła przodem. Była zdecydowanie bardziej towarzyska niż ja. Mnie dorośli trochę przerażali, ona wydawała się za nimi przepadać. Miała na sobie zieloną piżamę, a ja szlafrok w szkocką kratę i niebieskie filcowe

kapcie. Była już prawie dziewiąta i szykowaliśmy się do pójścia spać.

– Och – rzuciła Birdie, gdy siostra otworzyła ukryte w panelach ściennych drzwi, za którymi znajdowały się schody na górę. – Gdzie ty nas zabierasz?

– To są tylne schody. Prowadzą do żółtego pokoju.

– Masz na myśli wejście dla służby? – dopytywała Birdie, pociągając nosem.

– Tak – odparła moja siostra radośnie, bo chociaż była ode mnie tylko półtora roku młodsza, nie rozumiała jeszcze, że nie każdy spanie w ukrytych pokojach na szczycie ukrytych schodów uznałby za przygodę; niektórzy mogliby uważać, że należy im się porządny duży pokój, i poczuliby się urażeni.

Na końcu ukrytych schodów znajdowały się drewniane drzwi prowadzące do długiego, wąskiego korytarza, gdzie ściany były trochę krzywe i nierówne, a wypaczone deski parkietu uginały się pod stopami, przez co chodzenie po nich przypominało spacer w poruszającym się pociągu. Żółty pokój był najładniejszy ze wszystkich tutaj. Miał trzy okna w suficie i wielkie łóżko z żółtą kołdrą, która pasowała do żółtej tapety od Laury Ashley i modnych lamp z niebieskimi szklanymi kloszami. Matka włożyła do wazonu żółte i czerwone tulipany. Obserwowałem twarz Birdie, gdy patrzyła na to wszystko; pochyliła nieco głowę, jakby chciała powiedzieć: „Może wystarczy”.

Zostawiliśmy ich tam, a ja poszedłem za siostrą, która w podskokach wróciła na dół i udała się do kuchni.

Tata właśnie otwierał wino. Mama miała na sobie fartuszek z falbankami i mieszała sałatkę.

– Jak długo będą u nas mieszkać? – wypaliłem, nie potrafiąc się powstrzymać. Zobaczyłem, jak ojciec krzywi się, słysząc w moim głosie cień zuchwalstwa.

– Och, niedługo. – Matka zakorkowała butelkę czerwonego octu winnego i odłożyła ją na bok, uśmiechając się łagodnie.

– Możemy zostać do późna? – zapytała siostra, nie zastanawiając się nad długofalowymi konsekwencjami i dostrzegając tylko czubek własnego nosa.

– Nie dzisiaj. Może jutro, w końcu to weekend – powiedziała matka.

– A potem wyjadą, prawda? – drążyłem, delikatnie nadwyrężając cierpliwość ojca. – Po weekendzie?

Odwróciłem się, bo zauważyłem, że matka kieruje wzrok w punkt nad moim ramieniem. W progu stała Birdie z kotem na rękach. Zwierzę było brązowo-białe, z pyskiem przywodzącym na myśl egipską królową. Popatrzyła na mnie i oznajmiła:

– Nie zostaniemy długo, chłopcze. Tylko do czasu, aż znajdziemy z Justinem jakieś mieszkanie do wynajęcia.

– Nazywam się Henry – odparłem, bardzo zdumiony faktem, że obca osoba w moim własnym domu miała czelność zwrócić się do mnie per „chłopcze”.

– Henry – powtórzyła Birdie, obrzucając mnie ostrym spojrzeniem. – Tak, oczywiście. – A ponieważ moja siostra wpatrywała się intensywnie w kota, zapytała jeszcze: – Chcesz ją potrzymać?

Siostra pokiwała głową i zaraz w jej rękach znalazł się kot, lecz natychmiast obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni niczym kawałek giętkiego plastiku, który wrócił do swojego kształtu, i skoczył, zostawiając po sobie wyraźne czerwone zadrapanie po wewnętrznej stronie jej przedramienia. Zobaczyłem, jak w oczach małej wzbierają łzy, ale usta rozciągają się w pełnym odwagi uśmiechu.

– Nic się nie stało – zapewniła, kiedy mama zaczęła robić zamieszanie, przecierając jej ranę mokrą ściereczką.

– Henry, mój drogi, przynieś krem antyseptyczny z szafki w łazience na piętrze.

Mijając Birdie, spojrzałem na nią spode łba, żeby wiedziała, że nie umknęło mojej uwadze to, jak niezdarnie przekazała kota. Ona odwzajemniła spojrzenie, a jej oczy były tak małe, że prawie nie widziałem koloru tęczówek.

Byłem dziwnym dzieckiem. Teraz to dostrzegam. Od tamtego czasu poznałem podobnych do mnie chłopców: niechętnych do uśmiechania się, spiętych, ostrożnych i czujnych. Podejrzewam, że Birdie w dzieciństwie była jeszcze dziwniejsza. Może widziała we mnie odbicie samej siebie. Na pewno już wtedy mnie nienawidziła. Nie dało się tego nie zauważyć. Uczucie to było ze wszech miar odwzajemnione.

Przechodząc korytarzem, minąłem Justina. Trzymał w ręku poobijane pudełko czekoladek i wydawało mi się, że się zgubił.

– Znajdę tam twoich rodziców? – zapytał, wskazując mniej więcej miejsce, z którego przyszedłem.

– Tak, są w kuchni. Za tym łukiem.

– Merci beaucoup – odrzekł, a ja, choć miałem dopiero dziesięć lat, już poznałem, że jest pretensjonalny.

Krótko po tym zostaliśmy odesłani do łóżek, moja siostra z plastrem na przedramieniu, a ja z początkiem rozstroju żołądka. Byłem jednym z tych dzieci, u których emocje zbierają się w brzuchu.

Później tej samej nocy słyszałem szuranie na najwyższym piętrze. Nakryłem sobie głowę poduszką i znowu zasnąłem.

Następnego ranka zszedłem na dół wyjątkowo wcześnie i zobaczyłem nieotwartą bombonierkę na kuchennym stole. Kusiło mnie, żeby zdjąć celofan i otworzyć pudełko. Ten mały akt buntu poprawiłby na chwilę moje samopoczucie, ale potem poczułbym się znacznie, znacznie gorzej. Wyczułem jakiś ruch za plecami, obejrzałem się i ujrzałem kota przeciskającego się przez uchylone drzwi. Przypomniałem sobie zadrapanie na ręce siostry i niecierpliwe cmoknięcie Birdie. „To był wypadek, źle ją trzymała. Suki nigdy by nikogo celowo nie podrapała”.

Znowu zapłonął we mnie czerwony gniew. Syknąłem głośno na kota i wygoniłem go z kuchni.

Tamtego dnia poszedłem do szkoły niemal z ulgą, bo mogłem choć przez kilka godzin poczuć się normalnie. Właśnie zacząłem ostatni semestr w szkole podstawowej. W następnym miesiącu kończyłem jedenaście lat, jako jeden z najmłodszych chłopaków w klasie, a potem miałem się przenieść do większej szkoły, bliżej domu, bez pumpów. W tamtym momencie bardzo się na tym skupiałem. Zdecydowanie wyrosłem już z takiej szkoły, podobnie jak z towarzystwa, w którym dorastałem. Widziałem, że jestem inny, zupełnie inny. Nie było tam ani jednej takiej osoby jak ja i fantazjowałem o tym, jak idę do dużej szkoły i spotykam ludzi podobnych do mnie. W dużej szkole wszystko miało być lepsze. Wystarczyło przeżyć jeszcze dziesięć tygodni, potem długie i nudne lato, a później już czekało inne życie.

Nie miałem pojęcia, nawet cienia podejrzenia, jak wiele zmieni się przez te wakacje i jak odległe wydadzą się te wszystkie rzeczy, na które tak niecierpliwie czekałem.

Inne książki tego autora