Idealna rodzinaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Libby słyszy szept każdej chwili z czasów istnienia tego pokoju, czuje każdy oddech każdego, kto siedział w miejscu, w którym ona teraz siedzi.

– W tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym dziewiątym – powiedział pan Royle w odpowiedzi na jej wcześniejsze pytanie. – To jedna z najstarszych kancelarii w stolicy.

Pan Royle spogląda na nią teraz zza wypolerowanego na błysk biurka. Na jego ustach błąka się uśmiech, gdy mówi:

– No proszę. Cóż za prezent urodzinowy.

Libby uśmiecha się nerwowo.

– Nie jestem do końca przekonana, czy prawdziwy. Cały czas czekam, aż się okaże, że ktoś mnie wkręca.

Dobór słów – „ktoś mnie wkręca” – wydaje się nieodpowiedni w tym starym, budzącym respekt miejscu. Żałuje, że nie ujęła tego inaczej. Jednak pan Royle najwyraźniej się tym nie przejął. Nie przestając się uśmiechać, wyciąga rękę i podaje Libby gruby plik papierów.

– Zapewniam, że nikt tu nikogo nie wkręca, panno Jones. Proszę – mówi, wyjmując coś ze sterty dokumentów. – Nie byłem pewien, czy powinienem wręczać to pani w tej chwili. Może lepiej było wysłać pocztą. Razem z listem. Nie wiem, to naprawdę krępująca sytuacja. Miało się znaleźć w kopercie, ale na wszelki wypadek zostawiłem. Niemniej wydaje mi się, że powinna to pani zobaczyć. Więc proszę. Nie wiem, ile przybrani rodzice byli w stanie powiedzieć o pani biologicznej rodzinie, jednak proszę poświęcić chwilę i to przeczytać.

Libby rozkłada kartkę z przedrukiem z gazety i umieszcza na blacie biurka.

Bywalczyni salonów i jej mąż zmarli w wyniku samobójczego paktu. Zaginęły ich nastoletnie dzieci; znaleziono żywe niemowlę

Wczoraj w Chelsea do domu byłej bywalczyni salonów Martiny Lamb i jej męża Henry’ego wezwano policję z powodu podejrzenia potrójnego samobójstwa. Funkcjonariusze pojawili się na miejscu krótko po południu i odkryli ciała państwa Lambów, leżące obok siebie na podłodze w kuchni, a ponadto zwłoki drugiego mężczyzny, jeszcze niezidentyfikowanego. W pokoju na pierwszym piętrze znaleziono dziesięciomiesięczną dziewczynkę. Dziecku zapewniono już opiekę i nie stwierdzono uszczerbku na zdrowiu. Sąsiedzi zeznali, że w ostatnich latach w posiadłości mieszkało kilkoro dzieci, a także dorosłych, lecz na miejscu nie odnotowano obecności innych lokatorów.

Przyczyna śmierci pozostaje nieznana, aczkolwiek wczesne badania krwi zdają się sugerować, że troje zmarłych zażyło truciznę.

Henry Lamb (lat 48) był jedynym spadkobiercą majątku ojca, Harry’ego Lamba z Blackpool w Lancashire. W ostatnich latach uskarżał się na problemy ze zdrowiem i musiał korzystać z wózka inwalidzkiego.

Policja jest w trakcie poszukiwań córki i syna państwa Lambów, w wieku odpowiednio około czternastu i szesnastu lat. Osoby posiadające informacje na temat możliwego miejsca pobytu tych dzieci proszone są o zgłoszenie się na najbliższy komisariat. Funkcjonariusze proszą też o kontakt tych, którzy przebywali w domu państwa Lambów w ostatnich latach.

– Czy to…? – pyta Libby, wpatrując się w pana Royle’a. – Czy tym niemowlęciem jestem ja?

Prawnik kiwa głową. W jego oczach widać szczery smutek.

– Obawiam się, że tak. Ponura historia, nieprawdaż? I wielka tajemnica. Mam na myśli dzieci państwa Lambów. Fundusz powierniczy obejmował też ich, lecz żadne nie zgłosiło się po spadek. Mogę się domyślać, że już… nieważne. – Nachyla się do przodu, ściska krawat i uśmiecha się boleśnie. – Mogę zaproponować długopis?

Przechyla w jej stronę drewniany pojemnik wypełniony ewidentnie drogimi długopisami, a Libby wyciąga jeden z nich. Złotymi literami nadrukowano na nim nazwę kancelarii.

Przez chwilę wpatruje się w niego bezmyślnie.

Brat.

Siostra.

Samobójczy pakt.

Potrząsa nieznacznie głową, po czym chrząka i mówi:

– Dziękuję.

Jej palce mocno ściskają długopis. Ledwo przypomina sobie, jak wygląda jej podpis. Na brzegach dokumentów ktoś przykleił plastikowe strzałki w miejscach, gdzie powinna się podpisać. Skrobanie długopisu po papierze jest wręcz nieznośne. Pan Royle obserwuje niewinnie; przesuwa nieco filiżankę na biurku, raz w jedną, raz w drugą stronę.

Libby bardzo wyraźnie odczuwa wagę tej chwili; tę niewidzialną granicę oddzielającą poprzednią część jej życia od następnej. Po jednej stronie tej sterty papierów znajdują się skrzętne wędrówki z wózkiem po Lidlu, tydzień wakacji w roku i jedenastoletni vauxhall corsa. Po drugiej – klucze do ośmiopokojowego domu w Chelsea.

– Dobrze – mówi prawnik, niemal z ulgą, gdy Libby oddaje mu dokumenty. – Dobrze, dobrze, dobrze. – Przegląda je, spoglądając na miejsca obok strzałek, po czym podnosi wzrok na samą Libby i uśmiecha się. – Chyba nadszedł czas na przekazanie kluczy. – Wyciąga z szuflady niedużą kopertę z folią bąbelkową. Na etykiecie widać napis „Cheyne Walk 16”.

Libby zagląda do środka. Trzy zestawy kluczy. Jeden z metalowym brelokiem z logo Jaguara. Jeden z brązu, z wbudowaną zapalniczką. I jeszcze jeden bez kółka.

Prawnik wstaje zza biurka.

– Może obejrzymy dom? Przejdźmy się, stoi tuż za rogiem.

Żar leje się z nieba. Libby przez podeszwy płóciennych butów czuje ciepło bijące od chodnika, promienie słońca grzeją przez cienką warstwę chmur. Razem z prawnikiem idą w dół ulicy pełnej restauracji, wszystkie mają ogródki, w których stoliki ustawiono na specjalnych platformach, razem z rzucającymi na nie cień wielkimi kwadratowymi parasolami. Kobiety w dużych okularach siedzą po dwie albo trzy i popijają wino. Niektóre są w jej wieku i Libby zastanawia się, jakim cudem stać je na wino w eleganckiej restauracji w poniedziałkowe popołudnie.

– Jeśli zdecyduje się pani zamieszkać w domu, to może być pani osiedle – rzuca pan Royle.

Libby kręci głową i śmieje się nerwowo. Nie potrafi nawet sformułować odpowiedzi, to wszystko jest zbyt absurdalne.

Mijają maleńkie butiki i sklepy z antykami, a w nich wypchane lisy i niedźwiedzie z brązu, ogromne błyszczące żyrandole wielkości jej wanny. A potem zbliżają się do rzeki i Libby czuje jej zapach, zanim jeszcze ją zobaczy; przywodzi na myśl mokrego psa. Dwie szerokie łodzie przepływają obok siebie, później jakaś mniejsza, a na niej kolejni bogacze: szampan w srebrzystym wiaderku z lodem, na dziobie mrużący oczy w słońcu golden retriever ze zmierzwioną przez wiatr sierścią.

– Jeszcze kawałeczek, za minutę albo dwie będziemy na miejscu – odzywa się pan Royle.

Libby czuje, jak ocierają jej się uda, i żałuje, że nie założyła spodenek zamiast spódnicy. Pot wsiąka jej w materiał na samym środku stanika, gdzie zbiegają się miseczki. Domyśla się, że dla prawnika ubranego w dopasowany garnitur i koszulę ta pogoda jest również nieznośna.

– Oto on – mówi pan Royle i odwraca się w stronę szeregowca składającego się z pięciu czy sześciu ceglanych domów, z których każdy ma inną wysokość i szerokość. Libby od razu poznaje, który z nich należy do niej, jeszcze zanim dostrzeże zamaszystą szesnastkę namalowaną na szybie półkolistego okienka. Budynek ma trzy kondygnacje i cztery okna w rzędzie. Jest piękny, lecz, tak jak przewidywała, zabity deskami. Komin i rynny zarosły chwastami. Dom jest w opłakanym stanie.

Mimo to nadal jest piękny. Libby wciąga gwałtownie powietrze.

– Ogromny – rzuca.

– Tak, łącznie dwanaście pomieszczeń. Nie licząc piwnicy.

Budynek stoi w sporym oddaleniu od chodnika, za misternie zdobionym metalowym ogrodzeniem i zaniedbanym ogródkiem. Nad drzwiami wejściowymi znajduje się okap z podstawą z kutego żelaza, a po lewej stronie stoi działo na betonowym bloku.

– Chciałaby pani, żebym to ja czynił honory? – pyta pan Royle, wskazując na kłódkę zabezpieczającą drewnianą osłonę na drzwiach.

Libby kiwa głową i prawnik odpina kłódkę, po czym podważa osłonę. Słychać okropne skrzypienie i pokazują się duże, czarne drzwi. Mężczyzna pociera palce, a następnie metodycznie sprawdza każdy klucz, dopóki nie znajdzie właściwego.

– Kiedy ostatni raz ktoś wchodził do środka? – pyta Libby.

– Rany, chyba kilka lat temu, kiedy pękła jakaś rura. Musieliśmy wzywać hydraulików, naprawić parę rzeczy. Takie tam. Zapraszam.

Wchodzą do przedpokoju. Żar lejący się z nieba, odgłosy ruchu ulicznego, echo szumu rzeki – to wszystko zostaje za ich plecami. We wnętrzu panuje chłód. Parkiet z ciemnych desek jest porysowany i pokryty warstwą kurzu. Przed nimi znajdują się równie ciemne schody z wijącym się wzorem na poręczy i rzeźbioną miską pełną owoców na słupku. Drzwi mają rzeźbione zdobienia, podobnie jak klamki z brązu. Ściany do połowy wysokości są wyłożone panelami z tego samego ciemnego drewna, a wyżej wyklejone sfatygowaną tapetą w kolorze czerwonego wina, w której mole wyjadły duże łyse plamy. Powietrze jest zatęchłe, czuć w nim zapach kurzu. Jedynym źródłem światła są małe okienka nad drzwiami.

Libby wstrząsa dreszcz. W tym wnętrzu jest za dużo drewna i za mało światła. Za mało powietrza. Czuje się, jakby weszła do trumny.

– Mogę? – pyta, chwytając klamkę najbliższych drzwi.

– Proszę robić, co się pani żywnie podoba. To w końcu pani dom.

Za nimi mieści się długi i wąski pokój z czterema oknami wychodzącymi na porośnięty gęsto drzewami i krzewami ogród. Znowu drewniane panele. Drewniane okiennice. I parkiet pod stopami.

– A te gdzie prowadzą? – pyta pana Royle’a, wskazując wąskie drzwi wbudowane w panele.

– Do klatki schodowej dla służby. Można nimi wejść prosto do mniejszych pokojów na strychu. Na poziomie pierwszego piętra znajdują się jeszcze jedne takie ukryte drzwi. W starych domach to normalne. Zbudowano je jak klatki dla chomików.

 

Oglądają dom pokój za pokojem, piętro za piętrem.

– Co się stało ze wszystkimi meblami? Urządzeniami? – pyta Libby.

– Dawno przepadły. Rodzina wyprzedała wszystko do cna, żeby zdobyć fundusze. Spali na materacach. Szyli własne ubrania.

– Czyli byli biedni?

– Tak, w zasadzie można powiedzieć, że byli biedni.

Libby kiwa głową. Nie wyobrażała sobie biologicznych rodziców jako biedaków. Oczywiście pozwoliła sobie na stworzenie zmyślonej rodziny – takie fantazje mają nawet dzieci, które nie zostały adoptowane. Jej zmyśleni rodzice byli młodzi i towarzyscy. Ich dom nad rzeką miał dwie przeszklone ściany i taras dookoła. Mieli psy, małe, dwie suczki, z obrożami wysadzanymi diamentami. Jej zmyślona matka pracowała w modowej agencji PR, a zmyślony ojciec był grafikiem. Kiedy była jeszcze malutka, zabierali ją na śniadanie, sadzali w wysokim krześle, odrywali dla niej kawałki brioszek i trącali się stopami pod stołem, gdzie leżały ich pieski, zwinięte w kłębek. Wszyscy zginęli w drodze powrotnej z przyjęcia. Najprawdopodobniej w sportowym samochodzie.

– Znaleziono coś jeszcze? Oprócz listu pożegnalnego? – pyta.

Pan Royle kręci głową.

– Cóż, oficjalnie nie. Ale była taka jedna rzecz. Znaleziono coś przy dziecku, w łóżeczku. Zdaje się, że ciągle tutaj leży. W pokoju dziecięcym. Pójdziemy?

Podąża za prawnikiem do dużego pomieszczenia na pierwszym piętrze, z dwoma dużymi pionowo otwieranymi oknami. Powietrze jest zatęchłe i ciężkie, w wysokich kątach utworzyły się firanki pajęczyn i kurzu. Na drugim końcu pomieszczenia znajdują się nieduże drzwi, które prowadzą do niewielkiego pokoju. Ma rozmiar garderoby, trzy ściany są zastawione szafami i pomalowanymi na biało komodami ozdobionymi misternymi paciorkami. Na samym środku stoi dziecięce łóżeczko.

– Czy to…?

– Tak. To tutaj panią znaleźli. Zdaje się, że rumianą i radośnie gaworzącą.

Łóżeczko jest w zasadzie kołyską na metalowych biegunach. Pomalowano ją na maślany kolor, z bladoniebieskimi różami. Z przodu wisi mały metalowy znaczek z logo Harrodsa.

Pan Royle sięga na półkę na ścianie z tyłu i ściąga z niej nieduże pudełko.

– Proszę, ktoś umieścił to pod kocykiem. Założyliśmy, podobnie jak policja, że miała być dla dziecka. Przez lata leżała razem z innymi dowodami, lecz po zamknięciu śledztwa odesłali ją nam.

– A co to jest?

– Proszę otworzyć.

Odbiera niewielki karton i podnosi wieko. W środku znajdują się paski porwanych gazet. Libby wkłada między nie palce i natrafia na coś miękkiego. Wyjmuje to i chwyta opuszkami – to królicza łapka na złotym łańcuszku. Libby trochę się wzdryga, łapka zsuwa się i spada na drewnianą podłogę. Dziewczyna schyla się, żeby ją podnieść.

Przeciąga palcami po króliczej łapce, czuje zimną gładkość futra, ostre pazury. Przewleka łańcuszek między palcami drugiej dłoni. Jeszcze tydzień wcześniej miała głowę pełną myśli o nowych sandałach, babskim wypadzie, rozdwojonych końcówkach, podlewaniu kwiatów, a teraz zaprzątali ją tylko ludzie śpiący na materacach, martwe króliki i wielki, straszny dom, pusty, jeśli nie liczyć łóżeczka z Harrodsa z dziwnie upiornymi niebieskimi różami na bokach. Libby odkłada łapkę z powrotem do pudełka i trzyma ją niezręcznie. Potem powoli opuszcza dłoń na materacyk i szuka echa swojego drobnego, pogrążonego we śnie ciałka oraz ducha osoby, która jako ostatnia ją tutaj położyła, przykryła kocykiem i zaopatrzyła w króliczą łapkę. Oczywiście niczego nie czuje. Zostało tylko puste łóżeczko i zapach stęchlizny.

– A jakie nadano mi imię? Czy ktoś wie? – pyta.

– Tak – odpowiada pan Royle. – Było zapisane w liście, który zostawili pani rodzice. Serenity[1].

Nagle dopada ją klaustrofobia. Czuje przemożną potrzebę ucieczki z tego pokoju, lecz takie dramatyczne ruchy nie są w jej stylu. Zamiast tego mówi:

– Możemy teraz obejrzeć ogród? Przydałoby mi się trochę świeżego powietrza.

[1] Serenity w języku angielskim oznacza „spokój”.

5

Lucy wyłącza telefon. Musi zachować baterię na wypadek, gdyby Samia próbowała się z nią skontaktować. Odwraca się do Marca, który patrzy na nią z uwagą.

– No co? – rzuca.

– Co to była za wiadomość? W komórce? – pyta Marco.

– Jaka wiadomość?

– Ta, którą widziałem przed chwilą. „Dziecko kończy dwadzieścia pięć lat”. Co to znaczy?

– Nic nie znaczy.

– Coś musi znaczyć.

– Wcale nie. Chodzi tylko o dziecko koleżanki. Takie przypomnienie, że skończyło dwadzieścia pięć lat. Muszę jej wysłać kartkę.

– Jakiej koleżanki?

– Z Anglii.

– Ale nie masz żadnych koleżanek w Anglii.

– Oczywiście, że mam. Przecież się tam wychowałam.

– No dobra, a jak się nazywa?

– Kto jak się nazywa?

Marco stęka z frustracji.

– Twoja koleżanka z Anglii.

– A jakie to ma znaczenie? – odpowiada ostro Lucy.

– Takie, że jesteś moją mamą i chcę wiedzieć o tobie różne rzeczy. A nie wiem nic, dosłownie nic.

– To absurd. Wiesz o mnie bardzo dużo.

Patrzy na nią szeroko otwartymi oczami, oszołomiony.

– Na przykład co? No, wiem tyle, że twoi rodzice umarli, gdy byłaś jeszcze mała. Wiem, że wychowywała cię ciocia z Londynu, zabrała cię do Francji, nauczyła grać na skrzypcach i umarła, gdy miałaś osiemnaście lat. Więc znam twoją historię. Ale nie znam żadnych szczegółów. Na przykład gdzie chodziłaś do szkoły, kim byli twoi przyjaciele, co robiłaś w weekendy i jakie przydarzyły ci się ciekawe rzeczy albo nawet takie normalne.

– To skomplikowane – odpowiada Lucy.

– Wiem, że to skomplikowane, ale mam dwanaście lat i nie możesz mnie już dłużej traktować jak małe dziecko. Musisz zacząć mi mówić o różnych sprawach.

Lucy patrzy na swojego syna. Marco ma rację. Urósł i nie chce dłużej słuchać bajek. Przekonał się, że w życiu kryje się coś więcej niż tylko najważniejsze wydarzenia, że życie tworzą wszystkie chwile pomiędzy nimi.

Wzdycha.

– Nie mogę. Jeszcze nie.

– No to kiedy?

– Niedługo. Jeśli uda nam się pojechać do Londynu, opowiem ci wszystko.

– A jedziemy tam?

Znowu wzdycha i zagarnia włosy do tyłu.

– Naprawdę nie wiem. Nie mam pieniędzy. Ty i Stella nie macie paszportów. I pies. To wszystko jest takie…

– Zadzwoń do taty – przerywa jej Marco.

– Nie ma mowy.

– Możemy się spotkać w jakimś publicznym miejscu. Niczego nie będzie próbował.

– Marco, nawet nie wiemy, gdzie on jest.

Zapada dziwna cisza. Lucy czuje, że jej syn wierci się, znowu chowa twarz w psiej sierści.

– Ja wiem.

Lucy odwraca się szybko, patrzy ostro na chłopca. On zamyka oczy, za chwilę otwiera je z powrotem.

– Odebrał mnie ze szkoły.

– Kiedy?!

Marco wzrusza ramionami.

– Kilka razy właściwie. Pod koniec roku.

– I nic mi o tym nie powiedziałeś?

– Zabronił mi.

– Kurwa, Marco. – Bije pięścią w ziemię. – Co się stało? Gdzie cię zabrał?

– Nigdzie. Tylko się ze mną przeszedł.

– No i?

– Co no i?

– Co powiedział? Co tutaj robi?

– Nic. Przyjechał na wakacje. Z żoną.

– I gdzie teraz jest?

– Nadal tutaj. Będzie do końca lata. W domu.

– W domu domu?

– Tak.

– Boże, Marco! Dlaczego nic mi wcześniej nie mówiłeś?

– Bo wiedziałem, że się wściekniesz.

– Wcale się nie wściekam. Popatrz na mnie. Nie jestem ani trochę wściekła. Tak tylko sobie siedzę na twardej, mokrej ziemi pod wiaduktem i nie mam gdzie spać, a tymczasem twój ojciec pławi się w luksusie raptem kilometr czy dwa stąd. Dlaczego miałabym się wściekać?

– Przepraszam – rzuca Marco i cmoka z niezadowoleniem. – Mówiłaś, że nie chcesz go nigdy więcej oglądać.

– To było wtedy, gdy nie musiałam spać pod wiaduktem.

– Czyli jednak chcesz go jeszcze zobaczyć?

– Raczej chcę wydostać się z tego gówna. A on jest naszą jedyną szansą. Mógłby przynajmniej zapłacić za naprawę skrzypiec.

– Ach, no tak, bo wtedy już będziemy bogaci, prawda?

Lucy zaciska dłonie w pięści. Jej syn zawsze potrafi doskonale ubrać nieprzyjemną myśl w słowa i zdzielić ją nimi prosto w twarz.

– Jest środek lipca. Niedługo wszystkie brytyjskie i niemieckie szkoły będą miały zakończenie roku. Przyjedzie dwa razy więcej turystów. Zarobienie na wyjazd nie powinno mi zająć zbyt wiele czasu.

– Dlaczego nie możesz po prostu poprosić taty, żeby za nas zapłacił? Wtedy moglibyśmy wyjechać i tyle. Naprawdę chcę jechać do Londynu. Chcę uciekać stąd. Poproś tatę o pieniądze. Dlaczego nie możesz tego zrobić?

– Bo nie chcę, by wiedział, że jedziemy. Nikt nie może o tym wiedzieć. Nawet mémé, okej?

– Okej – odpowiada i kiwa głową.

Gdy chłopiec opuszcza brodę, Lucy widzi kępki matowych włosów, które utworzyły mu się z tyłu czaszki przez ten tydzień, gdy nie mieli dachu nad głową. Serce ją boli i obejmuje dłonią ten szczupły chłopięcy kark, ściska delikatnie.

– Przepraszam, syneczku. Przepraszam za wszystko. Jutro zobaczymy się z twoim ojcem i wtedy wszystko zacznie się poprawiać, obiecuję.

– Tak, ale nigdy nie będzie normalnie, prawda? – wypala Marco.

Nie, myśli sobie w duchu. Pewnie nie będzie.

6

CHELSEA, 1988

Birdie pojawiła się jako pierwsza. Birdie Dunlop-Evers.

Moja matka poznała ją w takim czy innym miejscu. Na jakimś przyjęciu. Birdie grała na skrzypcach w zespole pop o nazwie Original Version i była nawet trochę znana. Wydali jakiś skrzekliwy kawałek, który prawie wspiął się na pierwsze miejsce listy przebojów, dwa razy pojawili się w Top of the Pops. Nieszczególnie się tym interesowałem. Nigdy nie przepadałem za muzyką popularną, a traktowanie gwiazd jak półbogów trochę mnie brzydzi.

Siedziała w naszej kuchni i popijała herbatę z jednego z naszych brązowych kubków. Aż podskoczyłem na jej widok. Miała długie i cienkie włosy aż do pasa, męskie spodnie związane paskiem, pasiastą koszulkę i szelki, a do tego długi szary płaszcz i zielone rękawiczki bez palców. Wydawała się zupełnie nie na miejscu. Jedyni ludzie, jacy się u nas pokazywali, ubierali się w ręcznie szyte garnitury i ciętą na skos satynę, a czuć od nich było wodę po goleniu Christiana Diora albo l’Air du Temps.

Gdy wszedłem, Birdie podniosła na mnie wzrok, te swoje błękitne oczka z cienkimi narysowanymi ołówkiem brwiami. Jej surowe usta nie zamykały się do końca na dwóch rzędach drobnych zębów, a raczej słabo zarysowana broda wydawała się zapadać pod ciężarem pozbawionej radości twarzy. Myślałem, że się uśmiechnie, ale nie.

– Henry – odezwała się matka. – Poznaj Birdie! To ta pani z zespołu, o której ci opowiadałam.

– Dzień dobry – powiedziałem.

– Dzień dobry – odparła. Budziła we mnie mieszane uczucia; brzmiała jak dyrektorka mojej szkoły, ale wyglądała jak żebraczka.

– Zespół Birdie chce nagrać w naszym domu teledysk! – oznajmiła matka.

Przyznaję, że w tamtym momencie musiałem trochę udawać brak zainteresowania. Zachowałem beznamiętny wyraz twarzy i bez słowa ruszyłem w stronę słoika z ciasteczkami stojącego na kuchennym blacie, żeby jak zawsze po powrocie ze szkoły zjeść coś słodkiego. Wybrałem dwa herbatniki Malted Milk i nalałem sobie mleka. Dopiero potem powiedziałem:

– Kiedy?

– W przyszłym tygodniu. Mieliśmy już wybraną lokację, ale ich zalało czy coś. I odwołali – odrzekła Birdie.

– Dlatego zaproponowałam, żeby obejrzała nasz dom – ciągnęła opowieść matka.

– No i jestem.

– No i jest.

Pokiwałem głową od niechcenia. Chciałem zapytać, kiedy przyjadą i czy mógłbym zrobić sobie wtedy wolne od szkoły, żeby pomagać, jednak ani wtedy, ani później nie byłem człowiekiem okazującym entuzjazm. Dlatego zamoczyłem ciasteczko w mleku, tak jak zawsze, do „t” w nazwie Malted Milk, gdzie zad stojącej krowy spotyka się z głową tej siedzącej, a potem zjadłem je w milczeniu.

– Moim zdaniem to genialny pomysł – odezwała się Birdie, pokazując gestem wnętrze. – Właściwie wasz dom jest lepszy niż poprzednia lokacja. Zdaje się, że trzeba będzie podpisać parę rzeczy. – Przewróciła oczami. – No wiesz, zrzeczenie się roszczeń, w razie jakbyśmy wzniecili pożar czy coś. Albo na wypadek gdyby głowa łosia spadła na kogoś z ekipy i go zabiła. Takie tam.

 

– Tak, tak – rzuciła matka, jakby codziennie zdarzało jej się podpisywać papiery na wypadek śmiertelnych zdarzeń z udziałem wypchanych łosi. – To ma sens. Oczywiście muszę też porozmawiać z mężem, ale na pewno się ucieszy. Uwielbia waszą muzykę.

Podejrzewałem, że to nieprawda. Mój ojciec lubił przyśpiewki kibiców rugby i sprośne opery. Za to na pewno odpowiadałoby mu zamieszanie i przebywanie w centrum uwagi, a poza tym lubił swój dom, więc zachwycanie się nim to prosta droga do zdobycia jego przychylności.

Birdie wyszła kilka minut później. Na stole obok kubka zostawiła kopczyk obskubanych skórek i na jego widok zrobiło mi się trochę niedobrze.

Teledysk kręcili przez dwa dni i okazało się to znacznie nudniejsze, niż się spodziewałem. Większość czasu spędzali na niekończącym się dopracowywaniu oświetlenia i powtarzaniu ciągle tych samych ujęć. Wszyscy członkowie zespołu byli ubrani w brązowe ciuchy, które wyglądały, jakby mogły śmierdzieć, ale na pewno nie śmierdziały, bo kobieta zajmująca się garderobą przyniosła je w foliowych pokrowcach. Na koniec dnia ich piosenka brzęczała mi w czaszce jak uwięziona mucha. To był fatalny kawałek, a jednak wspiął się na szczyt listy przebojów i nie spadał przez dziewięć długich, potwornych tygodni. Teledysk puszczano absolutnie wszędzie; nasz dom oglądały miliony.

Muszę przyznać, że sam teledysk był dobry. Nawet trochę się ekscytowałem tym, że mogłem mówić ludziom, że nagrano go w moim domu. Lecz mijały tygodnie i podnieta wyparowała, bo długo po wyjściu ekipy filmowej, długo po tym, jak ten i następny kawałek spadł z list przebojów, Birdie Dunlop-Evers, ze swoimi oczkami jak paciorki i maleńkimi ząbkami, wciąż nie opuszczała naszego domu.

Inne książki tego autora