Ukryte

Tekst
Autor:Lisa Gray
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pamięci mojego taty

Utwór stanowi fikcję literacką. Nazwiska, postacie, organizacje, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki lub zostały wykorzystane w sposób fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub zmarłych, i wydarzeń jest czysto przypadkowe.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Sen zawsze wygląda tak samo.

Pełnia lata, noc tak gęsta od upału, że dałoby się ją kroić nożem. Czuje wdzięczność za dobiegające z wentylacji chłodne powietrze, które osusza pot na jej opalonej skórze. Zwisający z lusterka wstecznego breloczek w kształcie czterolistnej koniczynki podskakuje i chwieje się w podmuchach nawiewu z klimatyzacji. Sukienkę zadarła wysoko na uda, bose stopy oparła na desce rozdzielczej, paznokcie u nóg, tak samo jak u rąk, ma pomalowane na pastelowy róż.

Tupie w rytm piosenki z radia. To rockowa ballada jakiegoś brytyjskiego zespołu, o umieraniu w ramionach wieczorem. Lubi ten kawałek. Odchyla głowę i zaczyna śpiewać.

Oboje śmieją się z jej fałszowania. Kolejny raz zaciąga się jointem i wydmuchuje kółka dymu. Słodki zapach zioła wypełnia samochód. Dopija resztkę piwa i rzuca pustą butelkę, która z głuchym stukiem opada na podłogę przed siedzeniem pasażera, obok jej sandałów. Ociera wargi wierzchem dłoni i znów śpiewa refren.

Jest pijana, naćpana i szczęśliwa, nie może się doczekać reszty wieczoru. Czwarty lipca. Dzień Niepodległości. Czas świętowania. Z oddali słyszy gwizd, trzask i huk.

Fajerwerki.

Samochód skręca gwałtownie, zaczyna się trząść i podskakiwać – zjechali z gładkiego asfaltu na piaszczystą drogę. Kiwa się z boku na bok na siedzeniu, kiedy koła z trudem poruszają się po nierównym terenie. Robi się szaro. Końcówka jointa żarzy się w zapadającym zmroku. Światła autostrady, którą zostawili za sobą, maleją, aż w końcu znikają w ciemności. Nagle włączają się długie światła. Mruga, po kilku sekundach jej oczy się do nich przyzwyczajają, ale po obu stronach piaszczystej drogi widać jedynie zarysy drzewek Jozuego, których grube gałęzie wyciągają się ku grafitowemu niebu jak łapy groteskowych potworów.

Nadal słychać piosenkę, ale nastrój się zmienia.

Sen staje się koszmarem.

Najpierw ich słyszy, potem widzi.

Jęki i kwilenie, stęki i sapanie. Nie chce widzieć, co robią. Nie chce stawiać czoła rzeczywistości. Wie jednak, że musi to zrobić.

Wyciąga drżącą rękę i otwiera drzwi.

Najpierw czuje zapach.

Pot, piwo i… coś jeszcze.

Potem ich widzi.

On jest na górze. Koszula w czarno-białą kratę opina mu plecy, pod pachami widać plamy potu. Błękitne dżinsy ma opuszczone do kolan, naga skóra na pośladkach jest szokująco biała. Z dołu wyłania się blada, szczupła dłoń i chwyta go za spocone włosy z tyłu głowy.

Najpierw nie rozumie, co widzi.

Potem to do niej dociera.

Czuje gniew – wie, że to złe i że musi to przerwać.

Nie pamięta, jak sięga po nóż.

Ani jak do nich podchodzi.

Ani jak raz za razem wbija ostrze w miękkie ciało.

Ale pamięta krew.

I krzyki.

Rue Hunter otworzyła oczy.

Pasma wilgotnych włosów kleiły jej się do czoła, pot zbierał się pod piersiami okrytymi bawełnianą koszulą nocną. Szczęka i zęby bolały ją od zaciskania. Oddychała ciężko, a serce waliło jej jak młotem.

Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze. Wdech, wydech, wdech, wydech. Sen zaczął blaknąć, jej oddech wrócił do normy, bicie serca zwolniło.

Ale krzyki nie ucichły.

Nigdy nie cichły.

Krzyki, wycie i przekleństwa rozbrzmiewały wszędzie wokół, odbijając się echem od ścian pustych korytarzy. Dźwięki potępionych. Dwudziestu jeden kobiet czekających na śmierć, podobnie jak Rue Hunter.

Światło świtu przesączyło się przez maleńkie okienko i łagodnie oświetliło niewielką przestrzeń: wąską pryczę, stalową toaletę i umywalkę w rogu, biurko z kilkoma sfatygowanymi książkami w miękkiej oprawie, ściany wyłożone białymi płytkami, nieozdobione plakatami ani zdjęciami rodziny.

Zrzuciła z siebie cienki koc i powoli przełożyła nogi za krawędź pryczy. Postawiła bose stopy na zimnym betonie i trzema krokami dotarła na drugi koniec celi, mierzącej mniej niż dwa na trzy i pół metra.

Wyciągnęła ręce do światła padającego z okna. Pod paznokciami nie miała brązowawego osadu. Na knykciach i zagłębieniach między palcami nie widniały plamy karminowej czerwieni. Gęsta ciecz nie płynęła po nadgarstkach jak gorące, krwawe łzy. Opuściła ręce i zwinęła je w pięści, zaciskając palce tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.

Spojrzała przez zakratowane okno na słońce wznoszące się coraz wyżej nad horyzontem. Wiedziała, że nie zobaczy już zbyt wielu jego wschodów i zachodów.

Za dziesięć dni miała umrzeć.

Przywiązana do noszy koloru lodów pistacjowych. Z rękami rozłożonymi, jakby leciała. Przed upiorną publicznością za otaczającymi ją z trzech stron szybami. Więzienny zegar miał odliczać minuty i sekundy do chwili, kiedy leki popłyną w jej żyłach. Najpierw na uśpienie, potem na zwiotczenie mięśni, żeby zatrzymać oddech. Na koniec miało przestać bić serce.

Nie bała się śmierci.

Znacznie trudniejsze od niej było życie w takim miejscu.

Bała się, że nigdy nie pozna prawdy.

Nie dowie się, co się właściwie stało tamtej letniej nocy wiele lat wcześniej.

Rue Hunter musiała się dowiedzieć, czy naprawdę ma krew na rękach.

Zostało jej na to niecałe dziesięć dni.

1
JESSICA

Jessica Shaw mieszkała w miasteczku dopiero od sześciu miesięcy. Niewiele czasu, ale dość, by się zorientować, że samochód nie pochodził stamtąd.

Kiedy szła na lunch do Randy’ego ze swoim szefem Edem Crozierem, auto było zaparkowane po drugiej stronie drogi, około siedemdziesięciu metrów na wschód od niewielkiego biura detektywistycznego, gdzie pracowali. Nadal stało w tym samym miejscu, gdy wracali pół godziny później, i późnym popołudniem, kiedy wyszła przed lokal zapalić.

Pięciodrzwiowy rodzinny sedan w kolorze metalizowanego błękitu. Słońce odbijało się od przedniej szyby, a opuszczona osłona przeciwsłoneczna zasłaniała kierowcę. Samochód nie był może szczególnie okazały, ale i tak zdecydowanie zbyt wyszukany jak na Hundred Acres.

Do przedniego zderzaka przykręcona była tablica. Jessica nie mogła z tej odległości odczytać numeru rejestracyjnego, ale widziała, że ciemne znaki są wytłoczone na turkusowo-pomarańczowo-białym tle. Nie była to typowa kalifornijska tablica z niebieskim numerem na białym tle, a auto nie wyglądało na takie, które mogłoby mieć tablice specjalne, więc Jessica doszła do wniosku, że wóz musi pochodzić spoza stanu.

Większość samochodów z miasteczka już znała. Nie pamiętała jeszcze wszystkich kierowców, ale kojarzyła auta. To jedna z zalet pracy w biurze tuż przy szosie głównej. Duża witryna wychodziła na północ, na żółte zarośla ciągnące się kilometrami po drugiej stronie dwujezdniowej autostrady. Poza nimi było widać tylko kilka słupów elektrycznych i ciągnące się w oddali góry.

Poza ruchem ulicznym nie bardzo było na czym zawiesić oko.

Nieznane samochody prawie nigdy nie zatrzymywały się w miasteczku. Ciężarówki w długich i krótkich trasach, pikapy, kombi i coupé wykorzystywały autostradę Hundred Acres jako obwodnicę aglomeracji Los Angeles w drodze do Miasta Grzechu i z powrotem.

W przeciwieństwie do ich kierowców Jessica nigdzie się nie wybierała. Przynajmniej na razie.

Przez większą część życia – i pierwszych pięć lat pracy jako prywatna detektywka – mieszkała w Nowym Jorku. Po nagłej śmierci ojca wyniosła się stamtąd na dobre, sprzedała dom i ruszyła w trasę. Podróżowała od miasta do miasta, od sprawy do sprawy, wszędzie tam, gdzie znalazło się dla niej coś do roboty. W zeszłym roku śledztwo w Eagle Rock, w północno-zachodniej części Los Angeles, nabrało zdecydowanie zbyt osobistego charakteru i ledwie uszła z niego z życiem.

Szukała zaginionej osoby w hrabstwie Josephine w Oregonie, tuż za granicą stanu, kiedy wreszcie dopadł ją nowojorski Wydział Licencjonowania Usług. Upłynął termin ważności jej licencji detektywa, a urząd nie zgodził się jej przedłużyć o kolejne dwa lata, ponieważ Jessica pracowała poza granicami stanu. Jej dawny szef Larry Lutz robił, co mógł, żeby kryć ją po tym, jak wyruszyła w trasę, ale nawet on był bezradny, kiedy w prasie pojawiły się informacje o wydarzeniach w Eagle Rock, z których urząd dowiedział się, że detektywka działała poza dozwolonym terenem.

Jessica w żadnym razie nie mogła wrócić do Nowego Jorku, wyglądało więc na to, że jej kariera detektywistyczna dobiegła końca. Jason Pryce, detektyw z policji w Los Angeles i dawny znajomy jej ojca, zaproponował jednak rozwiązanie, dzięki któremu nie musiała szukać pracy jako kelnerka lub barmanka. Znajomy znajomego prowadził niewielkie biuro detektywistyczne w Hundred Acres, pustynnym miasteczku w Antelope Valley, około stu kilometrów na północ od Los Angeles. Mogła pomagać Edowi Crozierowi, weteranowi branży, czekając na rozpatrzenie wniosku o kalifornijską licencję. W ten sposób stanął przed nią otworem jeśli nie cały świat, to przynajmniej jeden stan.

 

– Kalifornia jest spora – stwierdził Pryce. – Będziesz mieć duże pole manewru.

Jessica wyłączyła laptop i zaczęła zbierać rzeczy. Ed wyszedł godzinę wcześniej, by „załatwić pewną sprawę” w sąsiednim miasteczku. Wiedziała, co to za sprawa: pojechał szybko się odświeżyć i załapać na końcówkę happy hour u Rubena w Shady Bluff. Crozier był już po sześćdziesiątce, po tym, jak pięć lat temu owdowiał, postanowił zestarzeć się bez godności i nie zamierzał zwalniać tempa.

Zerknęła na zegarek. Właśnie minęła szósta. W piątki rzadko wychodziła z pracy tak późno, ale chciała dokończyć papierkową robotę związaną z ostatnią sprawą. Trzydziestoletnia Michelle Foster, od urodzenia mieszkająca w Hundred Acres, miała stracić pracę w miejscowym sklepie monopolowym należącym do Jeda Lockermana, kiedy tylko detektywka dostarczy właścicielowi potwierdzenie, że zastępczyni kierownika fałszowała zamówienia i faktury, a skradziony alkohol sprzedawała nastolatkom z paki ojcowskiego pikapa.

Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że Michelle była kiedyś z facetem, z którym obecnie spotykała się Jessica, więc do awantury z nią musiało dojść wcześniej czy później – ale jeszcze nie teraz. Tajemniczy błękitny wóz nie mógł mieć nic wspólnego z Michelle Foster.

Detektywka wsunęła przeznaczony dla Lockermana egzemplarz akt sprawy Foster do szarej koperty i wcisnęła ją do torebki. Zamierzała w drodze do domu wrzucić ją do skrzynki pocztowej zleceniodawcy. Zgasiła światło w biurze i wyszła na zewnątrz, był ciepły, pustynny wieczór. Słońce jeszcze nie zaczęło zachodzić i Jessica wyraźnie widziała całą autostradę. Odwróciła się, żeby zamknąć drzwi. Sedan nadal stał na poboczu, kilka metrów od wielkiego, spłowiałego billboardu reklamującego klub nocny w odległym o sześćdziesiąt kilometrów Victorville.

Jessica już miała pójść do swojego chevroleta silverado, kiedy drzwi po stronie kierowcy się otworzyły i z sedana wysiadła kobieta. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo, w chmurze pyłu wzbitej wieczornym wiatrem, jakby wahała się, co zrobić dalej. W końcu wykorzystała przerwę w ruchu i zdecydowanym krokiem przeszła przez ulicę w stronę biura detektywistycznego.

Była po pięćdziesiątce, ubrana w beżowe spodnie w kant, białą koszulę i sandały z pasków na niskim obcasie. Miała jasnoblond włosy ostrzyżone na eleganckiego boba i olbrzymie okulary przeciwsłoneczne w stylu Jackie Kennedy. Kurczowo przyciskała do siebie białą skórzaną torebkę, jakby się bała, że jakiś złodziej skorzysta z okazji i jej ją wyrwie. Jessica przyglądała się nieznajomej. Z bliska wyglądała jak starzejąca się gospodyni. Zapewne udzielała się w komitecie rodzicielskim i robiła najlepsze ciasteczka na kiermasze, kiedy jej dzieci jeszcze były w szkole.

– Mogę w czymś pomóc? – spytała Jessica.

– Chciałam omówić warunki współpracy z panią.

W głosie przybyszki słychać było lekki wschodni akcent, zapewne z Arizony lub Teksasu. Brzmiała, jakby nie urodziła się w jednym z tych stanów, ale od dawna tam mieszkała.

– Przykro mi, zamknięte – wyjaśniła Jessica, wskazując głową tabliczkę z napisem „ZAMKNIĘTE” po drugiej stronie szklanych drzwi. – Proszę przyjść w poniedziałek po dziesiątej, to porozmawiamy.

– W poniedziałek będzie za późno. Muszę pomówić z panią dzisiaj.

– Dlaczego w takim razie nie przyszła pani wcześniej? Stała pani przy autostradzie całe popołudnie.

– Chciałam pomówić z panią na osobności.

Jessica zmarszczyła brwi.

– Mój szef wyszedł ponad godzinę temu. Miała pani dość czasu na rozmowę w cztery oczy.

– Chciałam się upewnić, że nie wróci.

– W porządku. O czym chce pani porozmawiać?

Kobieta wzięła głęboki, spazmatyczny wdech, jakby zbierała się na odwagę przed wypowiedzeniem kolejnego zdania, i zaczęła mówić pospiesznie, jakby chciała jak najszybciej wypluć z siebie słowa.

– Moja siostra ponad trzydzieści lat temu przyznała się do zabicia dwóch osób. Tutaj, w Hundred Acres. Od tamtej pory siedziała w celi śmierci. Jej egzekucja ma się odbyć za tydzień.

Jessica uniosła brwi. Wydawało jej się, że w tym sennym miasteczku nigdy nie dzieje się nic ciekawego, więc zaskoczyła ją informacja o jego mrocznej przeszłości.

– Cóż, nie tego się spodziewałam – przyznała. – Przykro mi z powodu pani siostry. Ale nie wiem, co mogłabym zrobić w tej sprawie.

Kobieta przez dłuższą chwilę przyglądała jej się zza okularów. Jessica widziała w dużych ciemnych szkłach swoje zniekształcone odbicie i ledwie skrywane zniecierpliwienie, z jakim zastanawiała się, kiedy sama będzie mogła skorzystać z happy hour.

Wtedy nieznajoma rzuciła:

– Chcę, żeby dowiodła pani niewinności mojej siostry, zanim ją zabiją.

2
JESSICA

Kobieta ponownie rozejrzała się dookoła.

– Możemy porozmawiać w środku? Nie chcę, żeby ktoś z miasteczka mnie tu zobaczył.

– Oczywiście.

Jessica wygrzebała w torebce klucze, otworzyła drzwi, weszła do środka i zapaliła światło. Jarzeniówka zamruczała głośno, zamrugała i obudziła się, zalewając pomieszczenie mdłym żółtym światłem. Nieznajoma weszła za detektywką do niewielkiego biura.

– Wie pani, mijałam to miejsce setki razy, ale nigdy wcześniej nie byłam w środku.

– Mieszkała pani w Hundred Acres? – spytała Jessica.

– Dorastałam tu. Jestem Rose Dalton, z domu Hunter. Moja siostra nazywa się Rue Hunter. Mieszkałyśmy z mamą przy Perry Street.

Rue Hunter.

Detektywka kojarzyła skądś to nazwisko, ale nie mogła przypomnieć sobie szczegółów.

Przyglądała się Rose Dalton, lustrującej pomieszczenie jak poszukiwacz domów oceniający nieruchomość. Trudno byłoby ją winić, gdyby teraz wyszła i zleciła sprawę eleganckiej agencji z Los Angeles, mieszczącej się w apartamencie na najwyższym piętrze, nie w pokoiku w suterenie.

Biuro nie wyglądało imponująco i zapewne niewiele zmieniło się od czasów, kiedy rodzina Hunterów mieszkała w mieście. Większą część jednej ze ścian zajmowało pięć metalowych szafek na dokumenty, z których każda mieściła po cztery szuflady. Pod drugą stał długi regał z materiałami piśmienniczymi, zepsutym wentylatorem i faksem, który nadal wypluwał tani, błyszczący papier. Poza tym w pomieszczeniu stały jeszcze dwa duże, stare, zmatowiałe drewniane biurka. Każde z nich miało po obu stronach sfatygowane skórzane krzesła, a na blacie zielono-złotą lampę bankierską i skrzynki z aktami prowadzonych obecnie spraw, mniej licznych, niż Ed by sobie życzył.

Biurko Croziera stało na tyłach pomieszczenia, aby klienci mieli dobry widok na oprawione w ramki certyfikaty wiszące na ścianie za nim. Biurko Jessiki znajdowało się przy witrynie, aby miała dobry widok na autostradę, którą pewnego dnia wyjedzie z tego cholernego miasteczka.

Detektywka usiadła za swoim biurkiem i gestem wskazała przybyszce krzesło po drugiej stronie.

– Proszę usiąść.

Rose Dalton przysiadła na brzegu krzesła. W jednej ręce wciąż ściskała leżącą na podołku torebkę, drugą odsunęła okulary na czubek głowy, odgarniając gęstą grzywkę i odsłaniając głębokie zmarszczki na czole, charakterystyczne dla osób, które przez większość czasu czują się zmieszane lub zmartwione. Miała opuchnięte, podkrążone oczy, jakby ostatnio kiepsko sypiała.

– Nie mogłam uwierzyć, kiedy się dowiedziałam, że Ed Crozier wciąż tu pracuje. Ma już chyba prawie siedemdziesiąt lat.

– Owszem – potwierdziła Jessica. – I nadal grzebie w cudzych śmieciach, i ujawnia szokujące zdrady w Hundred Acres, Shady Bluff i Silverdale. Oraz wszędzie indziej, gdzie da się zarobić trochę grosza. A co właściwie ma pani do Eda? Dlaczego tak pani zależało, żeby nie rozmawiać przy nim?

– To nic osobistego – odpowiedziała Rose pospiesznie. – Z pewnością jest bardzo dobry w swoim fachu. Ale znał mnie i moją siostrę. Nie jakoś szczególnie blisko, wystarczająco jednak dobrze, żeby witać się z nami na ulicy. I jak wszyscy mieszkańcy miasteczka, którzy mogą pamiętać tamte wydarzenia, z pewnością od dawna wierzy w winę Rue. Potrzebny mi ktoś, kto jest kojarzony w Hundred Acres i zna trochę okolicę, ale da radę spojrzeć na sprawę obiektywnie. Zobaczyłam pani zdjęcie na stronie internetowej biura i uznałam, że będzie pani w sam raz.

– A to dlaczego?

– Po pierwsze, jest pani zbyt młoda, żeby znać moją siostrę. Przypominam, do zdarzeń doszło ponad trzydzieści lat temu. Po drugie, nie wygląda pani na kogoś, kto spędził całe życie w Hundred Acres. A teraz mogę też powiedzieć, że nie brzmi pani na tutejszą.

– Pochodzę z Nowego Jorku. A jak wygląda ktoś z Hundred Acres?

Rose odchyliła się na krześle i zmierzyła ją wzrokiem. Jessica była szczupła, miała metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i włosy tlenione na blond. Jej prawe ramię pokrywały jaskrawe tatuaże, a maleńki diamentowy kolczyk w nosie lśnił we fluorescencyjnym świetle. Pociła się w obcisłych skórzanych spodniach i starej koszulce klubu CBGB.

– Inaczej.

Jessica się uśmiechnęła. Nie była pewna, czy ta uwaga miała stanowić komplement, ale tak właśnie postanowiła ją przyjąć.

– Proszę streścić sprawę i zobaczymy, czy dam radę się nią zająć.

Rose Dalton znów przycisnęła do siebie torebkę jak maluch tulący ukochany kocyk i zaczęła opowiadać swoją historię.

Do zabójstw doszło w upalne lato 1987 roku, dokładnie czwartego lipca. Była to sobota i większość młodych ludzi z okolicy siedziała tam, gdzie zwykle w sobotnie wieczory – na przedmieściach, w barze U Coopera.

Detektywka wiedziała, o którym lokalu mówi Rose. Budynek z pustaków już od wielu lat stał opuszczony, ze ścian łuszczyła się czerwona i biała farba, a z resztek zapadniętego, płaskiego dachu wyrastały kępy chwastów. O tym, że rudera widziała kiedyś lepsze czasy, świadczył jedynie wypłowiały szyld. O lokalu na przedmieściach dawno zapomniano. Jessica była przerażona, kiedy po przyjeździe odkryła, że z jedynego baru w Hundred Acres została skorupa na spalonej słońcem pustyni, gdzie jakąkolwiek oznakę życia stanowiła tylko kępa drzewek Jozuego.

Wyjęła z górnej szuflady biurka notatnik i długopis, żeby w razie potrzeby robić zapiski z opowieści Rose Dalton.

Rose siedziała w barze U Coopera z grupą znajomych, wydając to, co zarobiła w napiwkach przez tydzień kelnerowania u Randy’ego. Noc była duszna, bar – zatłoczony. Okna pokryły się parą, skroplona woda spływała strumyczkami po lodowatych butelkach piwa. Rozgrzane ciała przyciskały się do siebie. Unosił się lekki zapach słodkich, tanich perfum i rozlanego alkoholu. Z głośników na przemian brzmiały blues i rock and roll. Wszyscy dobrze się bawili. Niektórym odrobinę szumiało w głowach, inni pili na umór.

Rose Hunter należała do tych pierwszych, Rue Hunter – do tych drugich.

Rose pamiętała, że kiedy dostrzegła młodszą siostrę w tłumie na drugim końcu sali, pomyślała, że dziewczyna idzie na całość – wychylała kolejne shoty tequili i butelki piwa coors, jakby spodziewała się ogłoszenia kolejnej prohibicji. Rue nie mogła jeszcze legalnie kupować alkoholu, miała tylko osiemnaście lat, ale właściciele się tym nie przejmowali, dopóki mogli zarobić. A Rue kupowała alkohol przez całą noc. Sama jak zwykle była bez grosza, ale wciąż znajdował się ktoś gotowy postawić jej drinka.

Rose wyjaśniła, że tamtego wieczoru U Coopera nie trzymały się razem i nie zamieniły w barze ani słowa. Czteroletnia różnica wieku wydawała się wtedy ogromna, a siostry obracały się w zupełnie innych kręgach. Rose i jej znajomi siedzieli w boksach w głębi sali, z dala od grupy licealistów. Byli zbyt fajni, żeby zadawać się z małolatami. Kiedy znów się obejrzała, Rue już nie było.

Jessica podniosła wzrok znad notatek.

– Wyszła z kimś?

– Nie mam pojęcia – przyznała Rose. – Nie jestem pewna, co się wtedy stało. Większość jej paczki wciąż siedziała U Coopera. Nie było Lucasa i Megan, więc uznałam, że poszła się spotkać z nimi.

– Lucasa i Megan?

– Lucasa Jamesa i Megan Meeks. Chłopaka Rue i jej najlepszej przyjaciółki. Od dzieciństwa byli nierozłączni. W ciągu ostatniego roku przyjaźń między Rue a Lucasem przerodziła się w coś więcej, ale nadal trzymali się we trójkę. To Lucas i Megan zginęli tamtej nocy.

Jessica zauważyła, że kobieta użyła słowa „zginęli”, nie „zostali zabici” czy „zamordowani” – jakby zmarli w tragicznym wypadku.

 

– Co się stało?

Rose wbiła wzrok w biurko. Jej knykcie miały ten sam odcień bieli co ściskana w dłoniach torebka. Jessica zastanawiała się, ile razy przez ostatnie trzydzieści lat kobieta odtwarzała w głowie wydarzenia z czwartego lipca.

– Dopiero następnego dnia rano zorientowałam się, że coś jest nie tak. Bardzo wcześnie, przed świtem. Obudziło mnie walenie w drzwi, a o tej porze to zawsze zły znak. Najpierw pomyślałam, że coś się stało Rue. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do jej pokoju. Spała. W pomieszczeniu unosił się mdlący zapach, mieszanka smrodu wymiocin i wybielacza. Uznałam, że widocznie zwymiotowała w środku nocy i próbowała po sobie posprzątać. Ktoś znów zaczął walić w drzwi, tym razem jeszcze głośniej i szybciej. Okazało się, że to szeryf Holten i jeden z jego zastępców. Widać było po nich, że stało się coś okropnego. Obaj mieli bardzo poważne miny i wyglądali na wstrząśniętych. Spytali, czy Rue jest w domu i czy nic się jej nie stało. Oznajmili, że muszą natychmiast z nią pomówić.

– A nic jej się nie stało?

Rose przez chwilę milczała, a później skinęła głową.

– Zastępca szeryfa znalazł w koszu na pranie sukienkę, którą Rue miała wtedy na sobie. Była przesiąknięta krwią, ale cudzą. Rue była cała, nie licząc drobnych skaleczeń i zadrapań na podeszwach stóp, i otarć w miejscach, które za mocno szorowała szczotką do paznokci. W wannie nadal stał wybielacz. Szeryf Holten powiedział, że Lucas i Megan nie żyją. Ich ciała znaleziono przy Devil’s Drop.

– Devil’s Drop? Szatańskiej Skarpie?

Ta nazwa też obiła się Jessice o uszy, ale skojarzenie, które zatliło jej się z tyłu głowy, zgasło, zanim zdołała je złapać.

– To było lokalne miejsce schadzek – wyjaśniła Rose. – Leżeli na tylnym siedzeniu auta Lucasa. Oboje zostali zadźgani. Rue siedziała w koszuli nocnej, trzęsąc się mimo upału. Nie reagowała, nie odezwała się ani słowem. Wyglądała na oszołomioną. Bałam się, że zwymiotuje albo zemdleje. Wiedziałam, że muszę być silna. Dla niej. Mamy nie było – została na noc u swojego najnowszego gacha – więc ja musiałam zaopiekować się siostrą. Usiadłam przy niej na kanapie, otoczyłam ją ramieniem i głaskałam po włosach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze.

Głos Rose lekko się załamał i kobieta spojrzała na Jessicę. W jej opuchniętych oczach błyszczały łzy. Kilka razy głośno przełknęła ślinę, próbując się uspokoić, zanim zacznie mówić dalej.

– Myliłam się – rzuciła w końcu. – Wkrótce miało być znacznie gorzej. Zastępca Holtena znalazł w koszu na pranie nie tylko sukienkę.

– A co jeszcze? – spytała Jessica.

Rose znów zamilkła. A później wykrztusiła:

– Narzędzie zbrodni.