W UKRYCIU

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W UKRYCIU
W UKRYCIU
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
W UKRYCIU
W UKRYCIU
Audiobook
Czyta Anna Szawiel, Michał Podsiadło
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


MOŻESZ UCIEKAĆ. MOŻESZ SIĘ UKRYWAĆ. ALE NIE LICZ NA TO, ŻE PRZESZŁOŚĆ CIĘ NIE ODNAJDZIE.

Makabryczne odkrycie. W ruinach dawnego zakładu psychiatrycznego kilku nastolatków trafia na przerażające znalezisko. Ściągnięta na miejsce policja znajduje zmumifikowane zwłoki sześciu dziewczynek. Tylko jedną z nich udaje im się zidentyfikować – Annabelle M. Granger.

Dziewczyna, która od lat się ukrywa. Miała siedem lat, kiedy wraz z rodzicami po raz pierwszy musiała uciekać. Potem były ciągłe przeprowadzki, nieustanne zmiany tożsamości. Teraz, po latach, kiedy wreszcie gdzieś się zadomowiła, dowiaduje się z prasy, że policja zidentyfikowała zwłoki dziewczynki, która nosiła to samo imię i nazwisko co ona. Przypadek?

Owładnięty obsesją morderca. Detektyw sierżant D.D. Warren i jej kolega z policji stanowej, Bobby Dodge, błą dzą po omacku wśród dziesiątków możliwych tropów. A kiedy się okazuje, że Annabelle nie umarła i ktoś wciąż czyha na jej życie, sprawa przestaje dotyczyć tylko przeszłości.

LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło ponad dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de „Elle”. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka w New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

SAMOTNA

W UKRYCIU

POWIEM TYLKO RAZ

CZYSTE ZŁO

Wkrótce

SĄSIAD

Tytuł oryginału:

HIDE (DETECTIVE D.D. WARREN #2)

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2007

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Copyright © 2008, 2018 for the Polish translation by Katarzyna Procner-Chlebowska under exclusive license to „Sonia Draga” Sp. z o.o.,

sublicensed to Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Korekta: Sabina Raczyńska, Jolanta Rososińska

Zdjęcie na okładce: © Malajim Rábago/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-741-3


Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Rek


woblink.com

Spis treści:

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Podziękowania

Rozdział 1

Kiedy miałam siedem lat, ojciec wytłumaczył mi, że świat to tylko rządzący się pewnymi prawami system, nic więcej. Systemem jest też szkoła. I sąsiedztwo. Miasta, władze, każda większa grupa ludzi. Idąc dalej, systemem jest też ludzkie ciało, napędzane do życia mniejszymi biologicznymi podsystemami.

Sądownictwo karne? System, bez dwóch zdań. Kościół katolicki. Zawody sportowe, Organizacja Narodów Zjednoczonych i oczywiście konkurs Miss America.

„Nie wszystkie systemy muszą ci się podobać – tłumaczył. – Nie musisz w nie wierzyć ani się z nimi zgadzać, ale musisz je zrozumieć. A jeśli poznasz prawa, którymi się rządzą, na pewno przetrwasz”.

Rodzina to też system.

Tamtego dnia, gdy wróciłam ze szkoły, zastałam oboje rodziców w salonie. Tata, profesor matematyki na MIT*, rzadko wracał do domu przed dziewiętnastą, wtedy czekał jednak przy ukochanej kwiecistej kanapie mamy, z pięcioma walizkami u stóp. Mama płakała. Kiedy otworzyłam drzwi, próbowała się odwrócić, zasłaniając twarz, ale trudno było nie zauważyć, jak drżą jej od płaczu ramiona.

Oboje mieli na sobie grube wełniane płaszcze, co wydawało się dziwne, zważywszy, że październikowe popołudnie było dosyć ciepłe.

Pierwszy odezwał się ojciec:

– Musisz iść do swojego pokoju. Weź tylko dwie rzeczy. Jakiekolwiek chcesz. Ale pospiesz się, Annabelle, nie mamy zbyt wiele czasu.

Mamie coraz bardziej drżały dłonie. Odłożyłam tornister. Poszłam do swojego pokoju i stałam tam przez chwilę, starając się ogarnąć wzrokiem swoje różowo-zielone królestwo.

 

Ze wszystkich chwil mojego dzieciństwa to właśnie do tej najchętniej cofnęłabym się w czasie. Do tych trzech minut, które spędziłam w dziecięcym pokoju, delikatnie gładząc wyklejone nalepkami biurko, omijając oprawione zdjęcia dziadków, przeskakując nad grawerowaną posrebrzaną szczotką do włosów i dużym podręcznym lusterkiem. Ominęłam książki. Kolekcja szklanych kulek odpadła na wstępie, podobnie jak stos przedszkolnych prac plastycznych. Pamiętam bolesny wybór pomiędzy moim ulubionym pluszowym psem a najnowszym skarbem, wystrojoną w strój weselny Barbie. W końcu wzięłam psa, Boomera, a potem chwyciłam ukochany kocyk z ciemnoróżowej flaneli, wykończony jasnoróżową satyną.

Nie pamiętnik. Nie pakiet śmiesznych pobazgranych liścików od najlepszej przyjaciółki, Dori Petracelli. Nawet nie album, dzięki któremu miałabym jakieś zdjęcia mamy na wszystkie te czekające mnie lata.

Byłam przerażoną małą dziewczynką i zachowałam się dziecinnie.

Myślę, że tata wiedział, co wybiorę. I chyba też wiedział, co nas czeka. Już wtedy wiedział.

Wróciłam do salonu. Tata na zewnątrz pakował rzeczy do samochodu. Mama stała przytulona do kolumny oddzielającej salon od jadalni. Przez moment wydawało mi się, że nie będzie w stanie jej puścić, że postawi się ojcu, zażąda, by skończył z tą błazenadą.

Ale zbliżyła się do mnie i delikatnie odgarnęła kosmyk moich długich ciemnych włosów.

– Tak bardzo cię kocham. – Objęła mnie i mocno przytuliła, przyciskając czubek mojej głowy do swych mokrych od łez policzków. Po chwili odepchnęła mnie, pospiesznie wycierając twarz. – A teraz szybko przed dom, kochanie. Tata ma rację, musimy się pospieszyć.

Ściskając obiema rękami kocyk, z Boomerem pod pachą, podążyłam za nią do samochodu.

Każdy zajął swoje miejsce: tata za kierownicą, mama jako pilot na siedzeniu pasażera i ja z tyłu.

Tata wycofał naszą niewielką hondę z podjazdu. Za szybami samochodu tańczyły unoszone na wietrze żółto-pomarańczowe bukowe liście. Przytknęłam palce do szyby, jakbym próbowała je złapać.

– Pomachaj sąsiadom – nakazał ojciec. – Udawaj, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego.

Wtedy po raz ostatni widzieliśmy uliczkę z rzędami dębów po obu stronach, przy której stał nasz dom.

Rodzina to system.

Pojechaliśmy do Tampy, bo – jak twierdził ojciec – mama zawsze chciała zobaczyć Florydę. Czyż po tylu zimach w Nowej Anglii nie byłoby wspaniale zamieszkać wśród palm i piaszczystych plaż?

Skoro mama wybrała lokalizację, tata wybrał nasze nowe imiona. Teraz nazywałam się Sally. Tata miał na imię Anthony, a mama Claire. Ale zabawa! Nowe miasto, nowe imię. To dopiero przygoda!

Na początku miewałam koszmary. Straszne, okropne sny, po których budziłam się z krzykiem: „Widziałam coś! Widziałam coś!”.

– To tylko zły sen – mówił uspokajająco tata, głaszcząc mnie po plecach.

– Ale ja się boję!

– Ciiii. Jesteś jeszcze za mała, żeby wiedzieć, czym jest strach. Od tego są tatusiowie.

Nie mieszkaliśmy wśród palm i piaszczystych plaż. Rodzice nigdy o tym nie mówili, ale patrząc na to teraz, z perspektywy dorosłej osoby, wiem, że doktor matematyki, zwłaszcza pod przybranym nazwiskiem, nie mógł liczyć na posadę równie dobrą jak ta, którą zostawił. Tata został więc taksówkarzem. Polubiłam jego nową pracę. On mógł większą część dnia spędzać w domu, a ja wracać codziennie ze szkoły osobistą taksówką.

Moja nowa szkoła była większa. Nauczyciele więcej wymagali. Pewnie nawiązałam jakieś przyjaźnie, ale z czasów, kiedy mieszkaliśmy na Florydzie, tak naprawdę niewiele pamiętam. Mam raczej ogólne niewyraźne wspomnienia miejsca i czasu, który upływał mi, jak każdemu pierwszoklasiście, na przyswajaniu szkolnych technik przetrwania. Czasu, kiedy nawet rodzice wydawali się z innej planety.

Ojciec nic, tylko snuł się po niewielkim mieszkaniu, nieustannie nas zamęczając.

– Co ty na to, Sally? A może byśmy udekorowali palmę na Boże Narodzenie? O tak, doskonała zabawa!

Mama nuciła pod nosem zamyślona, malując salon farbami w koralowych odcieniach, chichotała, kupując strój kąpielowy w listopadzie, i wydawała się szczerze zaskoczona, ilekroć odkrywała kolejny przepis na przyrządzenie filetów z białej ryby.

Wydaje mi się, że rodzice byli szczęśliwi na Florydzie. A przynajmniej bardzo się starali. Mama urządziła nasze mieszkanie. Tata powrócił do dawnego hobby i znów rysował. W te wieczory, kiedy nie pracował, mama siadywała przy oknie, żeby mu pozować. Leżąc na kanapie, czerpałam prawdziwą przyjemność z obserwowania zręcznych dłoni ojca, które kilkoma zwinnymi pociągnięciami węgla drzewnego potrafiły uwiecznić zalotny uśmiech mamy.

Aż do dnia, w którym po przyjściu ze szkoły ujrzałam spakowane walizki i ponure miny rodziców. Tym razem nie musiałam pytać. Sama pomaszerowałam do swojego pokoju. Zabrałam Boomera. Chwyciłam kocyk. Poszłam do samochodu i zajęłam miejsce z tyłu.

Minęło dużo czasu, zanim któreś z nas się odezwało.

Rodzina to system.

Dziś ciężko by było zliczyć wszystkie miasta, w których mieszkaliśmy. I wszystkie nazwiska, które przybraliśmy. Moje dzieciństwo przypomina kolaż nowych twarzy, nowych miejsc i tych samych starych walizek. Przyjeżdżaliśmy na miejsce, szukaliśmy najtańszego lokum, tata wychodził kolejnego dnia wcześnie rano i wracał, oznajmiając, że znalazł pracę jako kierownik w McDonaldzie, sprzedawca albo że zahaczył się w punkcie wywoływania zdjęć. Mama rozpakowywała nasz skromny dobytek. Mnie posyłali do kolejnej szkoły.

Przestałam być taką gadułą jak kiedyś. Mama też jakoś zmarkotniała.

Tylko tata był konsekwentnie, na przekór wszystkiemu, pogodny.

– Phoenix! Zawsze chciałem się przekonać, jak to jest mieszkać na pustyni. Cincinnati! Wreszcie miasto dla mnie. St. Louis! Wprost idealne miejsce dla naszej trójki!

Nie przypominam sobie, żebym miewała koszmary. Albo przestały mnie nawiedzać ot tak, albo zostały zepchnięte gdzieś na bok przez bieżące problemy, z którymi przyszło mi się borykać. Kiedy wracałam ze szkoły, mama coraz częściej leżała kompletnie zamroczona na kanapie. Musiałam przejść przyspieszony kurs gotowania, bo nie była już w stanie wstawać. Zaparzałam kawę i usiłowałam wmusić w nią choć odrobinę. Szperałam po jej torebce w poszukiwaniu portfela, żeby zrobić jakieś zakupy, zanim ojciec wróci z pracy.

Tak naprawdę po dziś dzień nie mam pewności, ale wolę wierzyć, że o tym wiedział. W każdym razie dla mnie i dla mamy każda zmiana nazwiska wiązała się z oddaniem kawałka siebie. I tak stawałyśmy się coraz bardziej małomówne, z dnia na dzień upodabniając się do eterycznych cieni, którym przyszło podążać za porywistym nurtem wyznaczanym przez ojca.

Zrobiła to, kiedy miałam czternaście lat. W Kansas City. Mieszkaliśmy tam dziewięć miesięcy. Tata awansował na dyrektora oddziału motoryzacyjnego Sears. Ja szykowałam się do pierwszej potańcówki.

Wróciłam do domu. Mama – wtedy nazywała się Stella – leżała na kanapie twarzą w dół. Tym razem żadne szturchnięcia jej nie obudziły. Jak przez mgłę pamiętam bieg przez korytarz. Dobijanie się do drzwi sąsiadów.

– Moja mama, moja mama, moja mama! – krzyczałam. A biedna pani Torres, której nikt z nas nigdy nie uraczył uśmiechem ani kiwnięciem ręką, otworzyła drzwi, popędziła korytarzem i po chwili ze łzami w oczach stwierdziła, że mama nie żyje.

Przyjechała policja. I karetka. Patrzyłam, jak wynoszą ciało mamy i jak z jej kieszeni wyślizguje się pomarańczowa fiolka po tabletkach na receptę. Jeden z policjantów podniósł ją z podłogi. Popatrzył na mnie pełen współczucia.

– Czy powinniśmy kogoś zawiadomić?

– Tata będzie niedługo w domu.

Zostałam u pani Torres. Siedziałyśmy w jej salonie wśród unoszącego się zapachu papryki jalapeño i tamales. Podziwiałam jej krzykliwe kwieciste poduszki na zniszczonej brązowej kanapie i zasłony w jaskrawe pasy. Zastanawiałam się, jak by to było mieć znowu prawdziwy dom.

W końcu tata wrócił. Gorąco podziękował pani Torres i pospiesznie wyprowadził mnie z jej mieszkania.

– Rozumiesz, że nie możemy im nic powiedzieć? – powtarzał w kółko, dopóki nie znaleźliśmy się w naszym mieszkaniu. – Zdajesz sobie sprawę, że musimy być ostrożni. Nie możesz pisnąć ani słówka, Cindy. Ani słówka. Stąpamy po cienkim lodzie.

Kiedy wrócili policjanci, to on z nimi rozmawiał. Ja podgrzewałam w tym czasie rosół w naszej maleńkiej kuchni, bo choć nie byłam głodna, bardzo chciałam, żeby w naszym mieszkaniu zapachniało jak u pani Torres. Strasznie chciałam też, żeby była z nami mama.

Zastałam później ojca skulonego na kanapie, jak tulił jej postrzępiony różowy szlafrok i nie mogąc się dłużej powstrzymać, szlochał, szlochał i szlochał.

Wtedy po raz pierwszy spał w moim łóżku. Wiem, co myślicie, ale zapewniam, że nie chodziło o żadną z tych rzeczy.

Rodzina to system.

Na wydanie ciała mamy czekaliśmy trzy miesiące, bo śledczy domagali się przeprowadzenia sekcji zwłok. Nigdy się nie dowiedziałam dlaczego. W końcu nam ją wydano. Towarzyszyliśmy jej w drodze z kostnicy do domu pogrzebowego. Ciało ułożono w pudle podpisanym obcym nazwiskiem i wsunięto do pieca.

Tata kupił wcześniej dwie małe fiolki na łańcuszku. Jedną dla siebie. Jedną dla mnie.

W ten sposób – wytłumaczył mi – mama zawsze miała być blisko naszych serc.

Leslie Ann Granger. Tak się naprawdę nazywała. Tata napełnił fiolki popiołem i zawiesiliśmy je sobie na szyi. Resztę rozrzuciliśmy na wietrze.

Po co kupować grobowiec, który tylko scementowałby kłamstwo?

Wróciliśmy do mieszkania i tym razem ojciec nie musiał nawet nic mówić, walizki spakowałam już trzy miesiące wcześniej. Nie musiałam się też już martwić o Boomera i kocyk. Włożyłam je do drewnianego pudła ze zwłokami mamy, aby razem z nią poszły do ognia.

Kiedy umiera ci matka, czas najwyższy wydorośleć.

Wybrałam dla siebie imię Sienna, a dla taty Billy Bob, choć pozwoliłam mu używać skrótu B.B. Przewrócił tylko oczami i jakoś to przebolał. Skoro tym razem to ja wybrałam imiona, jemu pozostawiłam wybór miasta, a ponieważ zawsze chciał pojechać na Zachodnie Wybrzeże, udaliśmy się do Seattle.

Radziliśmy tam sobie całkiem nieźle, każde na swój sposób. Tata ponownie zatrudnił się w Sears i nawet nie ujawniając tego, że kiedyś już dla nich pracował, piął się po szczeblach kariery, awansując na coraz to wyższe stanowiska. Mnie przyjęto do kolejnej przepełnionej, niedofinansowanej szkoły, gdzie zniknęłam w bezimiennym tłumie przeciętniaków.

Zaliczyłam też swój pierwszy bunt młodzieńczy: wstąpiłam do Kościoła Kongregacjonalnego. Niewielka świątynia znajdowała się przecznicę dalej. Przechodziłam tamtędy codziennie w drodze do szkoły i z powrotem. Któregoś dnia z ciekawości wsunęłam głowę do środka. Kolejnego dnia usiadłam. Trzeciego dnia ucięłam sobie pogawędkę z wielebnym.

Bardzo chciałam wiedzieć, czy Bóg wpuści do nieba kogoś, kogo pochowano pod innym nazwiskiem.

Tego popołudnia długo z nim rozmawiałam. Miał okulary grubości denek od słoika, rzadkie siwe włosy i miły uśmiech. Kiedy wróciłam do domu, było już po szóstej, tata czekał na mnie, ale na stole nie było żadnego jedzenia.

– Gdzie byłaś? – zapytał.

– Trochę się spóźniłam, bo…

– Nawet nie wiesz, jak się martwiłem.

– Nie zdążyłam na autobus. Zagadałam się z nauczycielką o pracy domowej. I… musiałam wracać na piechotę do domu. Nie chciałam cię niepokoić w pracy – paplałam bez ładu i składu. Policzki mi płonęły i sama słyszałam, że moje wykręty nie brzmią przekonująco.

Tata długo marszczył czoło.

– Zawsze możesz do mnie zadzwonić – powiedział nagle. – Tkwimy w tym razem, maleńka.

Zmierzwił mi włosy, a ja poczułam ogromną tęsknotę za mamą.

Przygotowując w kuchni zapiekankę z tuńczyka, odkryłam, że od kłamstwa, tak jak od każdej innej rzeczy, można się uzależnić. Wiedziałam już, że powiem ojcu, że zapisałam się do jakiejś grupy dyskusyjnej, i dzięki temu będę mogła spędzać popołudnia w kościele, słuchając prób chóru, rozmawiając z wielebnym i zwyczajnie chłonąc atmosferę tego miejsca.

Zawsze miałam długie włosy. Kiedy byłam mała, mama zaplatała mi je w warkocz. Jako nastolatka zaczęłam ich używać jako zasłony, pod którą starałam się ukryć jak największą część twarzy. Któregoś dnia doszłam jednak do wniosku, że nie ma sensu zasłaniać tego, co mam najładniejsze, wstąpiłam więc do fryzjera i ścięłam je.

 

Tata nie odzywał się do mnie przez tydzień.

Potem, siedząc w kościele i obserwując przewijających się tam ludzi, odkryłam, że moje za duże bluzy są bez wyrazu, a powypychane spodnie – niedopasowane. Podobali mi się ludzie, których ubrania były w żywych kolorach. Podobał mi się sposób, w jaki ich twarze wzbudzały zainteresowanie i sprawiały, że każdy zwracał uwagę na ich uśmiech. Ci ludzie wyglądali na szczęśliwych. Normalnych. Kochających. Założę się, że kiedy ktoś pytał ich o imię, nie musieli się najpierw ładnych kilka sekund zastanawiać nad odpowiedzią.

Tak więc kupiłam nowe ciuchy. Niby na potrzeby grupy dyskusyjnej. Zaczęłam też spędzać każdy poniedziałkowy wieczór w jadłodajni dla bezdomnych – szkolny wymóg, wyjaśniłam ojcu. Każdy musiał odpracować pewną liczbę godzin na rzecz społeczności. Był tam taki jeden chłopak, też pracował jako wolontariusz. Szatyn. Brązowe oczy. Matt Fisher.

Matt zabrał mnie pewnego razu do kina, nie pamiętam już, co to był za film, ale pamiętam, jak poczułam jego rękę na swoim ramieniu, potem swój własny przyspieszony oddech i pocące się dłonie. Po kinie poszliśmy na lody. Padało, a on przytrzymywał swój płaszcz nad moją głową.

A potem, gdy stałam opatulona w jego skropiony wodą kolońską płaszcz, po raz pierwszy mnie pocałował.

Do domu wracałam jak na skrzydłach. Rękami obejmowałam się w talii, na twarzy miałam rozmarzony uśmiech.

Tata powitał mnie przy drzwiach wejściowych. W głębi domu majaczyło pięć walizek.

– Wiem, co robiłaś – oznajmił.

– Ciii – powiedziałam i przytknęłam palec do ust. – Ciii…

Tańcząc, minęłam osłupiałego ojca i udałam się do swojego małego pokoiku bez okien. I przez osiem godzin po prostu leżałam, pozwalając sobie na bycie szczęśliwą.

Do dzisiaj myślę czasem o Matcie Fisherze. Czy jest żonaty? Czy doczekał się trójki dorodnych dzieciaków? Czy czasem wspomina dziewczynę, którą raz pocałował i której nie spotkał już nigdy więcej?

Kiedy wstałam rano, ojca nie było. Wrócił koło południa z kolejnymi fałszywymi dokumentami.

– I nie chcę słyszeć żadnych narzekań na imiona – zaznaczył, widząc, jak się krzywię na widok danych Tanyi Nelson, córki Michaela. – I tak kosztowało mnie to dwa patyki.

– Ale to ty wybrałeś imiona.

– Tylko takie mogli mi zaoferować.

– Tak czy siak, to ty załatwiłeś imiona – upierałam się.

– W porządku, w porządku, niech będzie.

W obu rękach trzymał już walizki. Wyprostowałam się i skrzyżowałam ręce na piersi. Starałam się być stanowcza.

– Ty wybrałeś imiona, ja wybieram miasto.

– W porządku, jak tylko wsiądziemy do samochodu.

– Boston – oznajmiłam.

Zauważyłam, jak lekko rozszerzyły mu się źrenice. Byłam niemal pewna, że walczy ze sobą, że bardzo chciałby się sprzeciwić. Ale zasady to zasady.

Rodzina to system.

Kiedy całe życie uciekasz przed Czymś Strasznym, musisz się czasem zastanawiać, jak to będzie, kiedy To cię wreszcie dopadnie. Tata nigdy się o tym jednak nie przekonał.

Policja poinformowała mnie, że nieostrożnie zszedł odrobinę z krawężnika, czekając na przejściu dla pieszych. Pędząca taksówka nie dała mu szans. Zginął na miejscu. Jego ciało zostało odrzucone na sześć metrów, a latarnia, na której się zatrzymał, wygięła się od ogromnej siły uderzenia.

Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Wreszcie przebrnęłam przez z pozoru nieskończoną ścieżkę edukacyjną. Pracowałam w Starbucksie. Dużo spacerowałam. Odkładałam pieniądze na maszynę do szycia. Założyłam własny interes: zajmowałam się dekoracją okien oraz projektowaniem ozdobnych poduszek.

Polubiłam Boston. Wróciłam do miasta swojego dzieciństwa i wcale nie paraliżował mnie strach. Wręcz przeciwnie, czułam się całkiem bezpiecznie wśród ciągle przemieszczających się tłumów. Uwielbiałam przechadzać się po Public Garden, oglądać wystawy sklepowe na Newbury Street. Polubiłam nawet powroty jesieni, kiedy to w powietrzu czuło się zapach dębów, a noce stawały się rześkie i coraz chłodniejsze. Znalazłam niewyobrażalnie małe mieszkanko w pobliżu cukierni Mike’s, tak by móc wpadać na ulubione cannoli, kiedy tylko miałam ochotę. Powiesiłam zasłony. Kupiłam psa. Nauczyłam się nawet przyrządzać tamales. Wieczorami, wyglądając przez zakratowane okno na piątym piętrze, obserwowałam anonimowych przechodniów, ściskając w ręce fiolkę z prochami mamy.

Powiedziałam sobie, że jestem już dorosła, że nie mam się czego bać. Przeszłością kierował mój ojciec. Ale przyszłość należała do mnie i nie zamierzałam jej spędzić na ucieczce. Nie przez przypadek wybrałam Boston i to tu chciałam zapuścić korzenie.

I nagle pewnego dnia wszystko wróciło. Spojrzałam na pierwszą stronę „Boston Herald”. Po dwudziestu pięciu latach obwieszczono światu, że nie żyję.

* MIT, Massachusetts Institute of Technology, jedna z najbardziej renomowanych uczelni technicznych w USA.