3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Szukaj mnie

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szukaj mnie
Szukaj mnie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,40  58,72 
Szukaj mnie
Szukaj mnie
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Szukaj mnie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Look for Me

Copyright © 2017 by Lisa Gardner, Inc.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2020 for the Polish translation by Daria Kuczyńska-Szymala (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński/ monikaimarcin.com

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk, Joanna Habiera

ISBN: 978-83-66460-99-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl www.soniadraga.pl www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2020

Konwersja: eLitera s.c.

.

Nakładem Wydawnictwa Sonia Draga

ukazały się następujące książki tej autorki:

Dom dla lalek

Dziecięce koszmary

Kochać mocniej

Nie bój się

Niepewność

Pożegnaj się

Samotna

Sąsiad

W ukryciu

Zaginiona

Złap mnie

Znajdź ją

Mojej idealnie nieidealnej rodzinie.

Nie chciałabym żadnej innej.

Prolog

Rok później Sarah najlepiej pamiętała ten moment, gdy obudził ją chichot.

– Cii! Nie tak głośno! Moje współlokatorki nie cierpią, kiedy przyprowadzam chłopaków do domu. Te sztywniary muszą się wyspać, żeby ładnie wyglądać.

– Czyli żadnych hałasów, na przykład takich? – Pod drzwiami pokoju Sarah rozległo się wycie wilka.

Znowu chichot. A potem głośny hurgot, gdy ktoś, prawdopodobnie Heidi, wpadł na stolik do kawy, kanapę, a w końcu na lampę stojącą.

– No cóż – oznajmiła Heidi. – Z ciszy nici. Zresztą ja lubię pohałasować i jestem z tego dumna.

Męski głos:

– Wiedziałem, że wybrałem w barze odpowiednią dziewczynę. Lubię te hałasujące. Zawsze lubiłem.

Ponowny chichot, a po nim znowu jakiś łomot.

Sarah jęknęła, przewróciła się na wąskim materacu na brzuch i naciągnęła poduszkę na głowę. Bez wątpienia za ścianą Christy i Kelly zrobiły to samo. Heidi Raepuro w ostatniej chwili dołączyła do grona lokatorek. Była znajomą znajomej, ale liczyło się przede wszystkim to, że była gotowa płacić ekstra za osobną sypialnię, a Sarah, Christy i Kelly, które znały się od pierwszego roku, bardzo chciały wynająć to trzypokojowe mieszkanie. Boston College w odległości paru minut na piechotę, okna wykuszowe, drewniane podłogi, listwy sufitowe. Gdy Sarah pierwszy raz tu weszła, poczuła się jak dorosła. Koniec z minilodówkami, koniec z pokojem w akademiku, tak ciasnym, że ledwo dało się do niego wejść. Koniec z gołym materacem, na którym spała w zatłoczonej norze z dwójką młodszego rodzeństwa.

Długie wieczory poświęcone nauce, kiedy jej koleżanki balowały albo powtarzały napędzane narkotykami błędy swoich rodziców, wreszcie się opłaciły.

I również dlatego zakochała się w tym jasno oświetlonym mieszkaniu – spędziła całe dzieciństwo na dzieleniu się, dzieleniu wszystkim, a to miejsce oferowało jej największy możliwy luksus: jej własny pokój. Owszem, ledwo mieścił się w nim podwójny materac, pomieszczenie przypominało raczej garderobę niż sypialnię, zapewne zostało przerobione przez sprytnego właściciela, który chciał policzyć za pierwotnie dwupokojowe mieszkanie jak za trzy pokoje, ale Sarah to nie przeszkadzało. Skromne rozmiary pasowały do jej budżetu. Christy i Kelly stać było wspólnie na duży pokój, a głupiutka i banalna Heidi płaciła za sypialnię, więc wszyscy wydawali się zadowoleni. Zwłaszcza Sarah, umoszczona wygodnie w swoim maleńkim kawałku raju.

Poza takimi nocami jak ta.

Kolejny rumor, a potem jęk. Dobry Boże, czy Heidi nigdy nie ma dość?

Dziwne drapanie.

– Hej – głos Heidi, z lekką czkawką, gdyż dyszała z wysiłku.

Sarah przewróciła oczami i mocniej naciągnęła poduszkę na uszy.

– Czekaj... Ja nie chcę... Nie!

Sarah usiadła dokładnie w chwili, kiedy Heidi krzyknęła. Głośno, przenikliwie i...

Czy krzyk ma smak? Ognia? Popiołu? Czerwonych ostrych cukierków cynamonowych, które Sarah lubiła w dzieciństwie, gdy rozpuszczały się jej na czubku języka?

A może krzyk ma kolor? Zielone i złote śmiechy, fioletowe i niebieskie rechoty albo taki dźwięk jak ten. Roztopiona biel. Rozpuszczająca gałki oczne, osmalająca włoski na ramionach, jaskrawa, jaskrawa biel. Kolor zbyt połyskliwy jak na naturę, przenikający do szpiku kości.

Taki właśnie był krzyk Heidi. Roztopiona biel.

Przebił cienkie ściany i wydawało się, że rozbije szyby. Wstrząsnął Sarah, która siedziała wyprostowana jak struna.

I absolutnie, w żaden sposób, nie była w stanie się ruszyć.

Tego nadal nie mogła sobie za bardzo przypomnieć. Nawet po upływie roku. Policja wypytywała ją oczywiście o szczegóły. Detektywi, technik medycyny sądowej, potem kolejni śledczy i specjaliści od miejsc zbrodni.

A ona mogła im tylko powiedzieć, że ta noc zaczęła się od zielonych i złotych śmiechów, a skończyła roztopioną bielą krzyków. Krzyk Heidi był najbielszy i najjaskrawszy, ale łaskawie krótki.

Christy i Kelly. Dwie dziewczyny w jednym pokoju. Najlepsze przyjaciółki, zawodniczki lacrosse’a. Uprzedzone i ostrzeżone walczyły. Ciskały w niego trofeami. Czy szczęk metalu ma smak albo kolor? Nie, to tylko brzęk. A potem krzyki, we wszystkich kolorach i smakach. Strach, wściekłość, cierpienie. Determinacja, gdy jedna z nich trafiła go kijem do lacrosse’a. Przerażenie, kiedy wrócił ze swoim ostrzem.

Trafił Kelly prosto w brzuch (Sarah czytała potem raport), ale ona złapała go za kostki. Owinęła się wokół niego niczym pancernik. A on ciął i ciął, a gdy jego ciosy odbijały się od jej żeber, Christy zdołała chwycić kołdrę z dołu piętrowego łóżka i rzucić ją na niego, unieruchamiając mu ręce.

– Sarah! – krzyczały obie. – Sarah, pomocy! Dziewięćset jedenaście, dzwoń!

Sarah zadzwoniła. Tego też nie pamiętała, ale później na swoją prośbę wysłuchała zgłoszenia. Nagrania własnego głosu, drżącego, ledwie słyszalnego szeptu, gdy połączono ją z dyspozytorem: „Proszę nam pomóc, pomocy, on je zabija. On zabije nas wszystkie”.

Wyszła z pokoju. Musiała to zrobić. U siebie byłaby jak w pułapce, niczym przysłowiowa sardynka w puszce. Musiała dostać się na otwartą przestrzeń.

Żeby się chronić?

Żeby uratować współlokatorki?

Nie wiedziała. Pytanie to będzie sobie zadawać w kolejne bezsenne noce.

Wyszła z pokoju.

Ruszyła do pokoju dziewczyn. Zobaczyła w progu otwartą dłoń, rozciągnięte palce Kelly, i nie zastanawiając się, chwyciła ją. Czy zamierzała odciągnąć koleżankę w bezpieczne miejsce? Podnieść i wynieść każdą z nich na korytarz? Nie miała czasu na myślenie. Musiała coś zrobić. Więc chwyciła rękę Kelly i mocno pociągnęła.

I została z tą ręką w dłoni. Samą ręką...

Bo gdy Kelly owinęła się niczym pancernik wokół kostek szaleńca, on w końcu znudził się dźganiem jej i po prostu ją rozczłonkował.

Usłyszała krzyki, Christy wciąż walczyła. A z tyłu dotarło błaganie:

– Sarah...

Nie wiedziała, dokąd pójść. Te dźwięki, te sceny, ta noc, nie ogarniała tego. Nie potrafiła.

Przyciskając ciepłą i mokrą rękę Kelly do piersi, powoli obróciła się w kierunku głosu dobiegającego zza jej pleców. Znalazła się twarzą w twarz z Heidi. Dziewczyna przyczołgała się ze swojego pokoju. Skóra jej nagich ramion wydawała się srebrzysta w świetle wpadającym przez okna. Idealna, nietknięta. Lecz jasnowłosa dziewczyna była dziwnie skulona, trzymała się za brzuch, a Sarah poczuła zapach przebitych jelit.

Kolejne krzyki z sypialni. Ale nie roztopiona biel. Czerwień lawy. Czysta wściekłość gwiazdy sportu, która nie chciała dać się pociąć, gdy dopiero co weszła w dorosłość.

I Sarah już wiedziała, co musi zrobić. Odwróciła się od pięknej, głupiutkiej i wypatroszonej Heidi. Mocniej chwyciła rękę biednej Kelly i dołączyła do bijatyki.

Christy wycofała się w sam róg, naprzeciwko piętrowego łóżka. Była uzbrojona w kij do lacrosse’a. Szaleniec, który uwolnił się już od kołdry, tańczył wokół rozciągniętego na podłodze ciała. Bawił się, bez pośpiechu.

– Przepraszam – powiedziała Sarah.

Rzucił się w kierunku Christy. Dziewczyna zamachnęła się kijem. W ostatnim momencie skręcił w lewo i wbił ostrze w miękkie miejsce pod jej żebrami. Mokry, gąbczasty odgłos, a zaraz potem głuchy jęk Christy. Szarpnęła kijem, trafiła napastnika w bok głowy. Nie mocno, ale się wycofał.

 

Żadnych krzyków. Tylko chrapliwe oddechy. Wszyscy dyszeli z wyczerpania.

– Przepraszam – powiedziała ponownie Sarah.

Po raz pierwszy mężczyzna z ostrzem zamarł. Odwrócił się, marszcząc pokrytą krwią twarz. Sarah wbiła w niego wzrok. Czuła, że powinna go zobaczyć. Że musi go zapamiętać. Albo to wszystko nie będzie prawdziwe. Zwłaszcza ten moment, gdy wyciągała ręce, oferując odrąbane ramię swojej przyjaciółki człowiekowi, który ją zamordował.

Ciemne włosy. Wysokie kości policzkowe. Twarz jak wyrzeźbiona. Dokładnie taki facet, jakiego Heidi przyprowadziłaby z baru. Taki, który był poza zasięgiem Sarah.

– Zapomniał pan tego – powiedziała, cały czas trzymając w wyciągniętych dłoniach rękę Kelly.

(– Co takiego? – przerwała jej policjantka. – Co powiedziałaś?

– Musiałam. – Sarah próbowała jej to wytłumaczyć.

Tyle że czegoś takiego chyba nie da się wytłumaczyć. Po prostu wiedziała, że musi coś zrobić. Powstrzymać go. Przerwać mu. Sprawić, żeby te wszystkie szkarłatne i białe krzyki zniknęły. Więc weszła do pokoju i zaoferowała mu jedyną rzecz, jaką miała: zakrwawione ramię Kelly).

I wtedy ruszył na nią. Opuścił ostrze i rozsunął wargi, odsłaniając zęby.

Patrzyła, jak podchodzi. Nie drgnęła. Nie krzyknęła. Czuła się niczym mała dziewczynka, która stoi w kuchni, gdy jej ojciec podnosi czajnik z gotującą się wodą. „Co, do kurwy nędzy, durna babo? Jak chcę pieniędzy, to masz mi je dać! To ja tu rządzę. Rób, jak mówię, bo cisnę ci tym czajnikiem prosto w tę twoją kurewsko brzydką twarz. I zobaczymy wtedy, kto się będzie chciał tobą zająć!”

Nie odwracaj wzroku, ani piśnij. Tego nauczyła się od matki przez te wszystkie lata. Jeśli mają cię skrzywdzić, niech to robią, patrząc ci prosto w oczy.

Szaleniec zatrzymał się tuż przed nią, ostrze cały czas miał u boku. Czuła zapach krwi na jego policzkach i whisky w jego oddechu.

Powiedział do niej:

– Krzycz.

I powoli, bardzo powoli, zaczął unosić nóż. Wyżej i wyżej, i wyżej.

Za jego plecami Christy upuściła kij. Chciała coś zrobić. Wykorzystać sytuację. Ale kij wypadł jej z drżących palców. Zabrzęczał, gdy osuwała się po ścianie na podłogę. Westchnienie jak z oddali: koniec wściekłości gwiazdy sportu, sama akceptacja. A więc tak się człowiek czuje, kiedy umiera.

– Krzycz – szepnął ponownie.

Sarah wpatrywała się w niego i po jego wzroku poznała, co dokładnie zamierza. Nie był jej ojcem nieudacznikiem. Nie miał napadów wściekłości, nie wpadał w pijacki szał. Nie. Ten nóż myśliwski w jego dłoni i krew na jego twarzy... On to lubił. Nie czuł wstydu ani wyrzutów sumienia. Krzyki Heidi, walka Christy, jej milcząca postawa – miał ubaw najlepszy od lat.

– Choćbym szedł ciemną doliną – usłyszała swój szept – zła się nie ulęknę.

A potem zamknęła oczy i przycisnęła ramię Kelly do siebie, gdy mężczyzna, radośnie chichocząc, ciął nożem prosto w jej pierś.

Wybuch. Dwa, trzy, cztery, pięć. Ból, ramię, klatka piersiowa, gardło. Dźgnął ją, pomyślała, kiedy upadała na podłogę. Nie, postrzelił ją. Ale to nie miało sensu...

Urywany szloch za nią, a potem zbliżający się odór śmierci. Heidi pełzła po drewnianej podłodze.

I trzymała mały pistolet, jak zauważyła Sarah. Heidi miała broń.

– Przepraszam – szepnęła Heidi. Płakała, łzy spływały jej po twarzy, mieszając się z krwią na policzkach. – Nie powinnam... była...

– Cii – powiedziała Sarah.

Heidi oparła głowę na jej ramieniu. Sarah się skrzywiła; Heidi postrzeliła ją, mierząc do niego. Lecz to nie miało teraz znaczenia. Krew wzbierająca jej w gardle i spływająca po plecach, tyle bólu, ale to wydawało się odległe, abstrakcyjne.

Szaleniec się nie ruszał. Roztopione krzyki ucichły. Teraz było już tylko to. Ostateczna chwila.

Sarah i Heidi położyły dłonie na ręce Kelly.

– Przepraszam – wymamrotała ponownie Heidi.

Sarah usłyszała jej ostatni bulgoczący oddech.

– Zła się nie ulęknę – szepnęła w ciszę, która zapadła. – Zła się nie ulęknę, nie ulęknę, nie ulęknę.

Policja wpadła przez drzwi mieszkania. Ratownicy medyczni ruszyli na pomoc.

– Jezu Chryste – jęknęła policjantka, zatrzymując się pośrodku pokoju.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała do niej Sarah.

I po raz kolejny wyciągnęła ręce z odciętym ramieniem Kelly.

Rok później Sarah najlepiej pamiętała ten moment, gdy obudził ją chichot.

Czy krzyk ma smak? Ognia? Popiołu? Czerwonych ostrych cukierków cynamonowych, które Sarah lubiła w dzieciństwie, gdy rozpuszczały się jej na czubku języka?

– Przepraszam. Zapomniał pan tego.

Chichot. Roztopiona biel krzyków.

Zła się nie ulęknę...

Rok później, rok później, rok później...

Pukanie do drzwi. Głośne. A potem ponowne pukanie.

Sarah obudziła się gwałtownie w swoim malutkim mieszkaniu. Zlana potem, z urywanym oddechem. Leżała bez ruchu, nasłuchując. I wtedy rozległo się znowu. Pukanie. Dudniące. Ktoś domagał się wejścia.

Powoli sięgnęła do górnej szuflady nocnego stolika. Nie było tam schowanego noża. Nie mogła nawet patrzeć na noże. Ani pistoletu. Próbowała, ale dłonie za bardzo jej się trzęsły. Więc gaz pieprzowy. Służący do odstraszania niedźwiedzi podczas wędrówki po lesie i dostępny w każdym sklepie z wyposażeniem na kemping. Aerozole miała poupychane po całym jednopokojowym mieszkaniu i w każdej torebce.

Wyciągnęła gaz i ześlizgnęła się z materaca, gdy pukanie rozległo się ponownie.

Cuchnęła. Czuła odór własnego potu i strachu. Noc w noc.

Krzyk jednak ma kolor. Teraz rozumiała już tylko to. Krzyk ma barwę, a ona znała doskonale wszystkie odcienie rozpaczy.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała sama do siebie, przykładając oko do judasza i wpatrując się w kiepsko oświetlony korytarz.

Samotna kobieta. Przed trzydziestką, może tuż po. Ubrana na sportowo, w dżinsy i bluzę, wyglądała jak ktoś, kogo Sarah powinna znać. Może spotkała ją kiedyś. Mimo wszystko druga w nocy to dziwna pora na odwiedziny.

– Wszystko w porządku – odezwała się kobieta, bez wątpienia wyczuwając wzrok Sarah. Uniosła obie dłonie, jakby chciała pokazać, że nie ma broni. – Nic ci nie zrobię.

– Kim jesteś?

– Szczerze? Będziesz musiała otworzyć, żeby się dowiedzieć. Taka jest umowa. Jestem tu po to, żeby ci pomóc, ale to ty musisz zrobić pierwszy krok.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała Sarah, zaciskając dłoń na pojemniczku z gazem.

– To głupie – stwierdziła kobieta. – Świat jest pełen zła. A strach zapewnia nam bezpieczeństwo.

– Kim jesteś?!

– Kimś, kto nie zamierza tu stać wiecznie. Decyduj się, Sarah. Kryj się za banałami albo uczyń świat lepszym miejscem.

Sarah się zawahała. Jej palce dotknęły jednak pierwszego zamka. A potem drugiego. I trzeciego. W tej kobiecie coś było. Nie w tym, co mówiła, ale w samej jej postawie.

Christy, pomyślała nagle Sarah. Ta kobieta stoi jak Christy, dawno temu. Rzucająca wyzwanie, gotowa stawić czoło światu.

Powoli, bardzo powoli Sarah uchyliła drzwi, aż stanęła twarzą w twarz z niespodziewanym gościem.

– Niezły gaz – skomentowała kobieta. Weszła do małego mieszkanka Sarah. Obeszła je wkoło, rozglądając się. Skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.

Odwróciła się, stanęła przed Sarah i wyciągnęła rękę.

– Nazywam się Flora Dane – oznajmiła. – Rok temu ocalałaś. A ja teraz nauczę cię, jak znowu żyć.

Rozdział 1

Idealny jesienny dzień. I to był właśnie problem. Sierżant bostońskiej policji D.D. Warren wiedziała z doświadczenia, że idealnym dniom nigdy nie wolno ufać. Jednak jej pięcioletni syn Jack chichoczący z ekscytacją, gdy zakładał bluzę, i jej mąż Alex, ekspert od badania miejsc zbrodni, cały w uśmiechach, gdy wyciągał z szafy płócienną torbę L.L.Bean... Trudno było nie poddać się tej atmosferze. Wybierali się na zbieranie jabłek. To była jedna z tych zwariowanych rodzinnych czynności, które robili inni, a teraz będą to robić oni. Najpierw zbieranie jabłek w ten słoneczny, rześki poranek, a potem od dawna wyczekiwana wizyta w lokalnym schronisku.

Pies.

Najprawdziwszy pies.

Jack błagał o psa, odkąd tylko zaczął mówić. Kilka miesięcy temu Alex nagle stanął po jego stronie.

– Zwierzę domowe to dobry pomysł dla dziecka – wyjaśniał cierpliwie D.D. – Uczy odpowiedzialności.

– Nigdy nie ma nas w domu. Jak możemy być odpowiedzialni, skoro ciągle nas nie ma?

– Poprawka. To ciebie nigdy nie ma w domu. Ale ja i Jack...

Cios poniżej pasa, pomyślała wtedy D.D. Choć rzeczywiście często tak to właśnie wyglądało. A więc: projekt „Pies”. Dla prześlicznego chłopczyka. I uroczego i nadal bardzo atrakcyjnego męża. A drobnym drukiem: wszyscy muszą się zgodzić co do wyboru pieska.

D.D. osobiście nie była zainteresowana słodkim, wiercącym się szczeniaczkiem, który obgryzałby wszystko dokoła. Ale taki dojrzały pitbull o poważnym spojrzeniu... Uwielbiała oddanie i zawziętość tej rasy. Samica pitbulla, dwu- lub trzyletnia – właściwie już zdecydowała. Na tyle młoda, żeby bawić się z Jackiem i przywiązać do rodziny, a jednocześnie na tyle dojrzała, żeby natychmiast zrozumieć obowiązek służenia i ochrony. D.D. wyobraziła sobie siebie i tego teoretycznego pitbulla, jak bez słowa dogadują się w sprawie nieustannego czuwania nad chłopcem.

Idealny jesienny dzień. Zbieranie jabłek, a potem adopcja psa, co wywoła totalne szaleństwo i chaos, czyli dokładnie to, co pasuje do rodziny z pięcioletnim dzieckiem.

Lecz gdy tylko sięgnęła po swoją ulubioną karmelową skórzaną kurtę, zadzwoniła jej służbowa komórka. A po chwili prywatna. Zerknęła najpierw na pierwszą, potem na drugą.

– K... – Ledwo się powstrzymała. – K... kurka.

Jack zamarł w wąskim korytarzu. Zdążył już buntowniczo wysunąć dolną wargę. Alex popatrzył za to na nią ze współczuciem.

– Czerwony alert – szepnęła do niego. Wiadomość ze służbowego telefonu, co w slangu wydziału zabójstw oznaczało: wszystkie ręce na pokład. Czyli że to, co stało się pod adresem właśnie przesłanym jej na komórkę, wymagało natychmiastowej uwagi całego zespołu.

W tych czasach jej pierwszą myślą było, że to ma związek z terroryzmem. Jednak Phil, jej były partner z patrolu, a obecnie podległy detektyw, przesłał do niej wiadomość na prywatną komórkę. Ostrzeżenie i oznaka empatii ze strony kogoś, kto też jest rodzicem.

Przemoc domowa – napisał. A potem bardziej szczegółowo: Dzieci.

Idealny jesienny dzień.

Powinna się była domyślić.

D.D. wysłała Alexa i Jacka na zbieranie jabłek i wybieranie psa. Który dołączy do rodziny, która nigdy nie była do końca jej. Bo nawet gdy się zakochała, a potem, niespodzianka nad niespodzianki, urodziła dziecko, w głębi serca pozostała tą samą kobietą, co zawsze: detektywem z wydziału zabójstw, poślubioną przede wszystkim swojej pracy.

Alex, starszy i mądrzejszy, niż gdy się poznali, zapewniał, że rozumie. Twierdził, że kocha ją tak samo. Lecz D.D. zdążyła się zorientować, że małych chłopców trudniej jest przekonać. Jack nie miał bagażu doświadczenia, na którym mógłby się oprzeć. Miał pięć lat, kochał swoją mamę i nie cierpiał, gdy wychodziła.

Obietnica wyprawy po psa złagodziła jego rozpacz, co powinno ulżyć D.D., ale sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej. Że tak łatwo ją zastąpić. Że ta sobota będzie kolejnym dniem, gdy jej mąż i syn doświadczą czegoś razem, a ona poogląda sobie później zdjęcia.

Ten, kto powiedział, że nie można mieć wszystkiego, miał rację.

Lecz mimo to...

Czuła, jak tętno jej przyśpiesza, kiedy na włączonym sygnale jechała prosto do Brighton. Bała się, to prawda, bo odkąd została matką, zdarzenia z udziałem dzieci okazywały się dla niej trudniejsze. Ale to był czerwony alert. Wezwanie do wszystkich, co z definicji musiało oznaczać coś więcej niż zabójstwo rodzinne, samobójstwo rozszerzone, czy jak to tam nazywali kryminolodzy. Czerwony alert oznaczał coś niezwykle pilnego i o szerokim zakresie. Kryzys, który cały czas trwał.

Nic nie mogła na to poradzić. Alex rozumiał i szanował to, że ona żyje właśnie dla takich chwil.

 

W soboty w Bostonie zawsze tworzyły się korki. Zjazd z autostrady w kręte uliczki gęstej zabudowy Brighton wymagał zręcznego korzystania z klaksonu i świateł, by skłonić innych uczestników ruchu do ustąpienia. A i tak paru kierowców (słusznie zwanych dupkami z Bostonu) ją zlekceważyło.

D.D. przedzierała się kolejnymi ulicami wzdłuż ciasno rozstawionych szeregowców i kamienic. Brighton znane było niegdyś jako małe bostońskie Cambridge. Nawet teraz zamieszkiwali je głównie biali, dość młodzi i dobrze wykształceni. Mimo to jak wszystkie zatłoczone miejskie obszary ono również dzieliło się na ministrefy dla wygranych i przegranych. Od wysadzanych drzewami ulic z odremontowanymi willami, których ceny szły w miliony, aż po rozpadające się dwupiętrowe kamienice z zapadniętymi fundamentami, podzielone na maleńkie mieszkanka, które i tak pewnie wynajmowano za kwoty dwa, trzy razy wyższe od raty kredytu D.D. za domek pod miastem.

Sercem tej okolicy był szpital Świętej Elżbiety i w tym właśnie kierunku zmierzała D.D. Jeszcze jeden skręt w lewo i rząd zaparkowanych jeden za drugim radiowozów i samochodów należących do detektywów wskazał jej miejsce docelowe. Nawet nie próbowała wjechać w wąską uliczkę. Umundurowany policjant stał na skrzyżowaniu i kierował ruchem. Podjechała i mignęła blachą.

– Następna przecznica – doradził. – Dowolne miejsce na chodniku.

D.D. skinęła głową. Parkowanie na chodnikach było uświęconym długą tradycją zwyczajem bostońskich policjantów.

Wjechała w kolejną ulicę, wcisnęła się między dwa radiowozy, a potem dała sobie chwilę. Głęboki wdech i głęboki wydech.

Cokolwiek teraz zobaczy, jej praca nie miała nic wspólnego z emocjami. Jej zadaniem było rozwikłać tę sprawę.

Otworzyła drzwi auta i ruszyła do pracy.

Bez problemu odnalazła właściwy dom. Pierwszą wskazówką była żółta taśma policyjna, a drugą – karetka zaparkowana tuż przed wejściem. Budynek nie wyglądał najlepiej. Mały, piętrowy, obłożony zielonym plastikowym sidingiem, przytłoczony z obu stron przez bardziej imponujące domy. Działkę otaczała druciana siatka, rzadkość w tej okolicy, gdzie ogródki były mikroskopijnej wielkości. Na płocie wisiały tabliczki ostrzegające przed złym psem.

Cudownie, pomyślała. Temat przewodni dnia.

Musiała przebrnąć przez tłumek gapiów, a potem po raz drugi wylegitymowała się przed umundurowanym policjantem z patrolu, który stał na zewnątrz przerdzewiałej siatki. Sumiennie zanotował jej wejście na miejsce zbrodni. Phil już na nią czekał. Stał przy otwartych drzwiach od frontu.

– Pięcioosobowa rodzina – oznajmił natychmiast, gdy zbliżyła się na tyle, by go usłyszeć. – Dwoje dorosłych, troje dzieci, dwa psy. Wezwanie przyszło tuż po dziewiątej, zgłoszenie strzałów. Pierwsi na miejscu funkcjonariusze znaleźli cztery ciała. Najstarszego dziecka, szesnastoletniej dziewczyny, i dwóch psów nadal nie odnaleziono.

– Może zabrała je na spacer? – zasugerowała D.D., unosząc brew. – I dlatego ich nie ma?

– Możliwe, ale chyba za długo by to trwało. Wysłałem opis dziewczyny z prośbą o czujność. Roxanna Baez, metr pięćdziesiąt pięć, Amerykanka latynoskiego pochodzenia, długie ciemnobrązowe włosy. I, a co to szkodzi, opis psów też. Dwa starsze spaniele bretońskie, które, co ciekawe, są ponoć ślepe.

D.D. aż zamrugała.

– Okej. – Zerknęła na zegarek. Prawie dziesiąta, niemal godzina minęła od zgłoszenia strzałów. Rzeczywiście długo jak na spacer nastolatki i dwóch ślepych psów. Poza tym te wszystkie radiowozy i migające światła raczej zwróciłyby jej uwagę.

– Mundurowi przeczesują ulice – kontynuował Phil – i szukają dziewczyny z psami, natomiast detektywi zaglądają do sąsiadów. Wiesz, jaka jest procedura.

D.D. wiedziała doskonale. W takiej sytuacji jak ta, z zaginionym dzieckiem, które mogło po prostu wyjść albo zostało porwane, musieli jak najszybciej załatwić podstawowe sprawy. Mundurowi byli ich piechotą w terenie i szukali nastolatki, która mogła spacerować z psami, bawić się z koleżankami albo cokolwiek innego. Natomiast detektywi mieli trudniejsze zadanie: pukali do drzwi sąsiadów i grzecznie, ale stanowczo domagali się wpuszczenia do środka, żeby się rozejrzeć. Każdy, kto odmówił, był odnotowywany do późniejszego sprawdzenia. Zakładając oczywiście, że dziewczyna nie pojawi się nagle w magiczny sposób w domu, zdziwiona, co robi tam policja.

A zadanie D.D. w tym całym szaleństwie? Oceniać i ustalać strategię. Czy mieli do czynienia z zamkniętą sytuacją, gdzie czworo członków rodziny zostało zamordowanych, a piątemu udało się uciec? Czy też był to trwający nadal kryzys, cztery trupy i jedno porwanie, co oznaczałoby, że opis Phila posłuży do ogłoszenia child alertu i dziewczyny szukać będą wszyscy stróże prawa w Nowej Anglii?

Weszła za Philem do domu. Korytarz miał półtora metra i wypełniała go ciemnoczerwona ławka zawalona kurtkami i butami. Kolejne okrycia wisiały na ścianie, a stojące wysoko na półce wiklinowe kosze zawierały zapewne czapki i rękawiczki. Mały dom jak na tak dużą rodzinę, i widać to było na pierwszy rzut oka. D.D. musiała przejść nad parą dziecięcych sportowych butów, granatowych z błyszczącymi światełkami z boku. Jack byłby nimi zachwycony.

Nie o tym powinna teraz myśleć.

Weszli do salonu naprzeciwko. D.D. omiotła wzrokiem lśniącą drewnianą podłogę – najwyraźniej niedawno odnowioną, dość nowy płaski telewizor i ciemnoszary narożnik z jasnoczerwonymi poduszkami. Na kanapie siedział mężczyzna w średnim wieku, ze zwieszoną do przodu głową i trzema plamami czerwieni na klatce piersiowej, w makabryczny sposób pasującymi do ozdobnych poduszek.

Po lewej stał policyjny fotograf, pstrykający zdjęcia. D.D. uniosła dłoń na powitanie. Fotograf skinął głową i kontynuował pracę.

– Charlie Boyd – powiedział Phil, wskazując na ciało. – Czterdzieści pięć lat, lokalny przedsiębiorca budowlany i obecny właściciel tego domu. Według sąsiadów kupił go kilka lat temu i sam remontował.

– To by wyjaśniało podłogi – stwierdziła D.D. Podeszła na tyle blisko, żeby poszukać śladów spalonego prochu wokół ran, jednocześnie starała się nie przeszkadzać fotografowi. Żadnych plam na skórze, żadnego pistoletu zwisającego z dłoni denata. Choć z tego, co wiedziała, raczej trudno popełnić samobójstwo, strzelając sobie trzykrotnie w pierś.

Phil poszedł dalej, a ona za nim podążyła. Weszli do malutkiej kuchni, z pomalowanymi na biało szafkami na dłuższej ścianie i blatem na krótszej. Musieli przecisnąć się wzdłuż prostokątnego stołu, zdecydowanie za dużego na tę kuchnię i prawdopodobnie za małego dla pięcioosobowej rodziny. Przykryty był kolorowym obrusem w kwiatowy wzór i zastawiony artykułami spożywczymi.

Tu znajdowało się ciało numer dwa. Kobieta w średnim wieku, zastrzelona, po lewej stronie stołu, tuż przy otwartej szafce. Upadła na bok, puszka zupy grzybowej leżała kilka centymetrów od jej palców. Również kilka ran wlotowych, żadnych śladów spalonego prochu, więc to nie były strzały z bliska.

– Juanita Baez, trzydzieści osiem lat, pracowała na nocną zmianę jako pielęgniarka w Świętej Elżbiecie – kontynuował Phil. – Wprowadziła się do Charliego w zeszłym roku. Matka trójki dzieci.

D.D. pokiwała głową. Zarejestrowała szereg przypadkowych szczegółów. To, że Juanita Baez miała lśniące czarne włosy i delikatne kości, co sprawiało, że nawet martwa wydawała się atrakcyjna. To, że dom miał na wpół przeszklone tylne wyjście zamykane na zasuwę, teraz odsuniętą. Że Juanita została postrzelona w pierś, a nie w plecy, jakby w ostatniej chwili odwróciła się od otwartej szafki, z puszką zupy w dłoni, i stanęła przodem do zabójcy.

Oraz to, że czarna skórzana portmonetka kobiety leżała obok zakupów, prawdopodobnie nietknięta. Tak samo jak zestaw całkiem niezłej elektroniki w salonie.

Phil wskazał na prawo, gdzie schody prowadziły na piętro. Ruszyli w tamtym kierunku.

– Wcześniej – poinformował D.D., gdy wchodzili po schodach – ten dom podzielono na dwa mniejsze mieszkania, jedno na górze, drugie na dole. Najwyraźniej pierwszą rzeczą, jaką zrobił Boyd, było połączenie ich z powrotem. Dogodnie, skoro związał się potem z kobietą z trójką dzieci.

D.D. pokiwała głową. Musiała teraz oddychać przez usta, bo w miarę pokonywania schodów zapach robił się coraz silniejszy. Nie tylko zapach krwi, który był gęsty i obrzydliwy, ale też odór amoniaku. Mocz. Bo gdy ludzie mówią, że posikali się ze strachu, wcale nie żartują. D.D. poznała już dość miejsc zbrodni, by o tym wiedzieć.

Na górze panował większy ruch. Przyciszone głosy dobiegały z tylnej sypialni: lekarz medycyny sądowej Ben Whitely, partnerzy Phila z patrolu, czyli Neil i Carol, albo technicy od badania śladów. Mimo wszystko było tu dość spokojnie, choć D.D. podejrzewała, że to dzięki staraniom Phila. W tak małej przestrzeni, z czterema ciałami i niezliczoną ilością pilnych pytań, łatwo było zwołać tu wszystkich – co nieuchronnie spowodowałoby zanieczyszczenie miejsca zbrodni.