Powiem tylko raz

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Powiem tylko raz
Powiem tylko raz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Powiem tylko raz
Audio
Powiem tylko raz
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TRZY KOBIETY

DWIE TRAUMATYCZNE HISTORIE

I SEKRET, SKRYTY GŁĘBOKO POD WARSTWAMI PÓŁPRAWD I KŁAMSTW

Dom w spokojnej okolicy. Wezwana policja zastaje martwego mężczyznę. Ktoś oddał trzy strzały do niego i dwanaście do jego komputera. Oczywistą podejrzaną jest Evie Hopkins, żona ofiary. Przed szesnastu laty zabiła własnego ojca i uznano to za nieszczęśliwy wypadek.

Detektyw D.D. Warren, która wtedy prowadziła śledztwo, teraz za wszelką cenę chce dociec prawdy. Czyżby poprzednio dała się zwieść morderczyni?

Tymczasem Flora Dane na opublikowanych w prasie zdjęciach rozpoznaje zastrzelonego mężczyznę, lecz nie widzi w nim ofiary, a jednego z oprawców, którzy bezpowrotnie zniszczyli jej życie. Teraz będzie musiała przypomnieć sobie każdy szczegół swojego porwania, by wraz z detektyw D.D. Warren i agentką FBI Kimberly Quincy odkryć, co tak naprawdę zdarzyło się za zamkniętymi drzwiami.


LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarń trafiło dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów

„New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix des lectrices de „Elle”. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tytuł oryginału:

NEVER TELL

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2019

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2020

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcia na okładce: Boris SV/Getty Images (zasłony), © Victor Korchenko / Arcangel (rama okienna), © plainpicture/Narratives/Jan Baldwin (wnętrze pokoju)

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Kaitlin Kall

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-250-0

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Rozdział 1. EVIE

Rozdział 2. D.D.

Rozdział 3. FLORA

Rozdział 4. EVIE

Rozdział 5. D.D.

Rozdział 6. FLORA

Rozdział 7. EVIE

Rozdział 8. D.D.

Rozdział 9. FLORA

Rozdział 10. EVIE

Rozdział 11. D.D.

Rozdział 12. FLORA

Rozdział 13. EVIE

Rozdział 14. D.D.

Rozdział 15. FLORA

Rozdział 16. EVIE

Rozdział 17. D.D.

Rozdział 18. FLORA

Rozdział 19. EVIE

Rozdział 20. D.D.

Rozdział 21. FLORA

Rozdział 22. EVIE

Rozdział 23. D.D.

Rozdział 24. FLORA

Rozdział 25. EVIE

Rozdział 26. D.D.

Rozdział 27. FLORA

Rozdział 28. EVIE

Rozdział 29. D.D.

Rozdział 30. FLORA

Rozdział 31. EVIE

Rozdział 32. D.D.

Rozdział 33. FLORA

Rozdział 34. EVIE

Rozdział 35. D.D.

Rozdział 36. FLORA

Rozdział 37. EVIE

Rozdział 38. D.D.

Rozdział 39. FLORA

Rozdział 40. EVIE, D.D. I FLORA

Rozdział 41. EVIE, D.D. I FLORA

Rozdział 42. EVIE

Podziękowania

Przypisy

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorce

5  Strona redakcyjna

6  Spis treści

7  Dedykacja

8  Rozdział 1. EVIE

9  Rozdział 2. D.D.

10  Rozdział 3. FLORA

11  Rozdział 4. EVIE

12  Rozdział 5. D.D.

13  Rozdział 6. FLORA

14  Rozdział 7. EVIE

 

15  Rozdział 8. D.D.

16  Rozdział 9. FLORA

17  Rozdział 10. EVIE

18  Rozdział 11. D.D.

19  Rozdział 12. FLORA

20  Rozdział 13. EVIE

21  Rozdział 14. D.D.

22  Rozdział 15. FLORA

23  Rozdział 16. EVIE

24  Rozdział 17. D.D.

25  Rozdział 18. FLORA

26  Rozdział 19. EVIE

27  Rozdział 20. D.D.

28  Rozdział 21. FLORA

29  Rozdział 22. EVIE

30  Rozdział 23. D.D.

31  Rozdział 24. FLORA

32  Rozdział 25. EVIE

33  Rozdział 26. D.D.

34  Rozdział 27. FLORA

35  Rozdział 28. EVIE

36  Rozdział 29. D.D.

37  Rozdział 30. FLORA

38  Rozdział 31. EVIE

39  Rozdział 32. D.D.

40  Rozdział 33. FLORA

41  Rozdział 34. EVIE

42  Rozdział 35. D.D.

43  Rozdział 36. FLORA

44  Rozdział 37. EVIE

45  Rozdział 38. D.D.

46  Rozdział 39. FLORA

47  Rozdział 40. EVIE, D.D. I FLORA

48  Rozdział 41. EVIE, D.D. I FLORA

49  Rozdział 42. EVIE

50  Podziękowania

51  Przypisy

Pamięci Wayne’a Rocka,

wspaniałego detektywa i człowieka.

Brak nam Ciebie, Przyjacielu.

Rozdział 1
EVIE

WJEŻDŻAM DO GARAŻU I CZUJĘ, jak drżą mi dłonie na kierownicy. Próbuję sobie tłumaczyć, że nie mam się czym denerwować. Że nie zrobiłam nic złego. Chwilę siedzę bez ruchu ze wzrokiem utkwionym wprost przed siebie, jakby na szybie miało się ukazać jakieś magiczne zaklęcie, które wskaże mi wyjście z koszmaru, jakim stało się moje życie.

Nic się nie ukazuje.

Przy zachowaniu ostrożności jestem w stanie zsunąć się z siedzenia kierowcy. Jestem już grubsza, ale nie aż tak bardzo. Chwilę walczę z puchatym płaszczem i paskiem wielkiej torby i gramolę się zza kierownicy. Torbę dostałam w zeszłym roku na Gwiazdkę od Conrada. Jest od Coacha, z prawdziwej skóry. Wybulił za nią co najmniej dwieście dolców. Sprawił mi nią taką radość, że zarzuciłam mu ręce na szyję i zaczęłam piszczeć. Roześmiał się i wyjaśnił, że zauważył, jak się w nią wpatrywałam na wystawie sklepowej, i uznał, że po prostu musi mi ją kupić.

Przytuliłam się do niego wtedy, a on mnie objął. Śmiałam się radośnie i niecierpliwie przeglądałam niezliczone schowki we wnętrzu wielkiej popielatej torby; Conrad śmiał się razem ze mną.

To było na Boże Narodzenie. Prawie rok temu.

Czy od tamtej pory się obejmowaliśmy? Albo się śmialiśmy?

Mój sterczący brzuch świadczy o tym, że coś musiało się między nami dziać, ale gdyby nie łańcuchy kolorowych lampek i krzykliwe świąteczne dekoracje na domach sąsiadów, to nie wiem, czy w ogóle czułabym świąteczny nastrój. Prawdę mówiąc, nasz dom jest jednym z ostatnich na osiedlu, który nie jest świątecznie przyozdobiony. Wisi tylko mały wieniec z jedliny na drzwiach i nic poza tym. Weekend po weekendzie obiecywaliśmy sobie kupno choinki. I weekend po weekendzie mijał bez niej.

Z wysiłkiem wieszam torbę na ramieniu i odwracam się twarzą do drzwi prowadzących z garażu do domu.

Chodzący trup, myślę. I coś we mnie pęka. Nie wybucham płaczem, ale sama nie bardzo wiem dlaczego.

Drzwi są otwarte. Lekko uchylone. Jakbym wychodząc, niedokładnie je za sobą zamknęła. Wypuszczasz z domu całe ciepło, skarciłby mnie mój tata i ta myśl powoduje nowy spazm bólu.

Wchodzę do środka i starannie zamykam za sobą drzwi. No już. Jestem w domu. Stoję w przedpokoju. Minął kolejny dzień. Przede mną kolejna noc.

Odkładam torbę. Zdejmuję płaszcz. Stawiam teczkę na ławce. Wieszam żakiet. Buty zostawiam na macie. Wygrzebuję z torby komórkę, kładę na stoliku i podłączam, żeby się ładowała. A potem spinam się w sobie.

Wdech. Wydech.

Nasłuchuję jego odgłosów.

W kuchni? Mógłby siedzieć przy kuchennym stole i czekać z wystygłą kolacją. Albo ostentacyjnie przełykać ostatni kęs. Albo mógłby przenieść się do salonu i rozsiąść w swoim fotelu z nogami na dostawce, ze szklanką piwa w dłoni i ze wzrokiem utkwionym w transmisję meczu na kanale ESPN. Niedziela znaczy futbol. Do boju, Patriots! Mieszkam w Bostonie na tyle długo, by to wiedzieć. Ale we wtorek? Sport nigdy mnie nie pociągał. On oglądał mecze, ja czytałam. W czasach, gdy byliśmy tak bardzo nierozłączni, to, że mamy różne zainteresowania, wydawało się czymś naturalnym.

Z kuchni nie dochodzi szczęk sztućców, z salonu nie dobiega odgłos włączonego telewizora.

Drzwi były otwarte – to pamiętam. Rozpłaszczam lewą dłoń na wciąż niewielkiej, ale już zauważalnej wypukłości brzucha.

Z przedpokoju przechodzę do kuchni. Pod oknem stoi stół na cienkich nóżkach, na którym nie ma śladu kolacji. A potem w zlewozmywaku dostrzegam umyty talerz.

Wdech. Wydech.

Powinnam coś wymyślić. Przygotować jakąś wymówkę. Coś zmyślić. Cokolwiek. Ale w narastającej ciszy w głowie mi tylko wiruje, myśli przez nią przelatują.

Chodzący trup… Chodzący trup kobiety?

Zbiera mi się na wymioty. To może być przez ciążę. Wszystko można zwalić na ciążę. Źle się czuję, jestem zmęczona, jestem głupia, straciłam poczucie czasu. Niemowlęcy móżdżek, ciążowe hormony. Przez całe dziewięć miesięcy nic nie musi być moją winą. A jednak…

Dlaczego wróciłam dziś do domu? Pomijając oczywiście to, że gdzie indziej miałabym pójść? Od chwili poznania Conrada dziesięć lat temu… Dostrzegł mnie. Spojrzał na mnie. Wybaczył mi.

A ja go kochałam.

Kochałam go przez całe dziesięć lat.

Wychodzę z kuchni. Jest mała i jak cała reszta domu z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku wymaga zasadniczej modernizacji. Kupiliśmy go na fali nadziei i wielkich aspiracji. To prawda, że stoi na działce wielkości znaczka pocztowego, a każde kolejne pomieszczenie jest mniejsze od poprzedniego, ale na taki było nas stać. Należał do nas. Jesteśmy młodzi i sprawni, więc go odpowiednio odpicujemy i sprzedamy za furę kasy.

Przechodzę wąskim przedpokojem z odłażącymi płatami tapety i staram się tego nie zauważać.

Salon. Tak naprawdę dzienny pokój. Z ukochanym rozkładanym fotelem Conrada, skromną kanapą i oczywiście ogromnym plazmowym telewizorem. Fotel jest pusty, telewizor wyłączony. W pokoju nie ma nikogo.

Drzwi były otwarte, znów sobie przypominam.

W garażu mieści się tylko jeden samochód, ale w Bostonie nawet to jest luksusem. Conrad parkuje swojego jeepa na ulicy. O czym się właśnie teraz upewniam. Bo zauważyłam go, wjeżdżając na podjazd. Tak, stoi tam. Czarny jeep. Zaparkowany przy krawężniku tuż przed domem. Idealne miejsce, na którym z radością musiał go stawiać. Nawet dla posiadaczy pozwoleń na parkowanie dla mieszkańców jest to gratka, bo popyt znacznie przewyższa podaż. Stąd uprzejme pozostawienie miejsca w garażu dla mnie.

Nie ma sprawy, kochanie. Nie chcę, żebyś chodziła wieczorem sama po ulicy. Chcę mieć pewność, że nic ci nie grozi.

Chodzący trup. Chodzący trup.

Tylko nie wymiotuj.

A potem…

Potem…

– Otwarte drzwi – szepczę. I w końcu dociera do mnie to, co powinnam była od razu poczuć.

WOŃ. NASŁUCHIWAŁAM ODGŁOSÓW MĘŻA. Brzęku sztućców w kuchni. Skrzypienia jego fotela w salonie. Ale nie słychać było żadnych dźwięków. Panuje cisza.

Dom stoi cichy i spokojny.

Jak wymarły.

I tylko ta woń.

Schody prowadzące na górę są – jak wszystko w tym domu – wąskie i ciasne. I skrzypią. Trzy miesiące temu Conrad wzmocnił poręcz. Zaraz po tym, jak mu powiedziałam. Kiedy oboje staliśmy w sypialni i wpatrywaliśmy się w pasek testu. Ręce tak mi się trzęsły, że musiał wyjąć mi go z dłoni.

Pamiętam, że wtedy też miałam mdłości. Walczyłam ze sobą, by nie zwymiotować, choć to właśnie niemal codzienne poranne mdłości skłoniły mnie do zrobienia testu ciążowego. Małżeństwo to mozaika tysięcy momentów, setek wspomnień. Ten dzień, gdy patrzyłam na jego dłonie przy moich. Jego mocne, pokryte odciskami palce. Pewnym ruchem wyjął pasek ciążowy z mojej dłoni i uniósł do oczu.

Ogarnęło mnie to surrealistyczne uczucie, jakie niekiedy mnie nawiedza. Gdy nie jestem obecna w swoim życiu, tylko mimo upływu lat znów stoję w kuchni rodziców, trzymam w rękach strzelbę i czuję zapach krwi.

A Conrad, jak to Conrad, spojrzał prosto na mnie. Właściwie bardziej we mnie niż na mnie.

– Evie – powiedział. – Zasługujesz na to. Oboje na to zasługujemy.

I znów go kochałam. Po prostu. W tym momencie wręcz go uwielbiałam. Chwyciliśmy się za ręce, a on się rozpłakał. Zaraz potem musiałam uwolnić się z uścisku, żeby naprawdę zwymiotować, ale oboje skwitowaliśmy to śmiechem. Potem wytarł mi twarz ścierką, a ja mu na to pozwoliłam.

Tysiące momentów. Setki wspomnień.

Znów ukłucie bólu, gdzieś głęboko. Opieram się o ścianę z dala od poręczy, której już nie ufam, i wspinam się wąskimi schodami na górę.

Znów ta woń.

Smród staje się coraz silniejszy. Nie ma w nim żadnej subtelności, drażni mi nozdrza. To jest to. Czy od początku to przeczuwałam? Od skrętu w podjazd? Od wjazdu do garażu? Drzwi są otwarte, otwarte, otwarte.

Co podpowiadała moja podświadomość, nim jeszcze w pełni dotarło to do świadomości?

Na piętrze, nie w sypialni, tylko w drugim pokoju używanym przez Conrada jako gabinet, drzwi też są otwarte.

Woni towarzyszą dźwięki. Wycie syren. Dochodzące gdzieś z zewnątrz. Coraz głośniejsze. Coraz bliższe. Ależ oczywiście.

Kuchnia moich rodziców.

Gabinet mojego męża.

Krew.

Ciemna i lepka. Rozbryzg. Kałuża.

Nic na to nie poradzę. Mam szesnaście lat. Mam trzydzieści dwa lata. Wyciągam rękę. Dotykam miejsca najbliżej mnie. Rozmazuję czerwień na końcach palców. Patrzę, jak znikają w niej linie papilarne mych odcisków.

Mój ojciec. Mój mąż.

Krew.

Hałas się wzmaga. Walenie do drzwi. Tak odległe. Wrzaski, żądania, rozkazy.

Ale tu nic z tego się nie liczy. Tu jestem tylko ja i ostatnia chwila z Conradem. Jego ciało rozciągnięte na fotelu przy biurku, drobiny tkanki mózgowej rozbryźnięte na ścianie za jego głową.

 

Boję się tego, co zobaczę na ekranie jego komputera, ale i tak się zmuszam i patrzę. Przez chwilę się wpatruję, rejestruję ten obraz. To jego komputer. Na to patrzył mój mąż na chwilę przed śmiercią.

Jeszcze bardziej natarczywe walenie. To policja. Zjawili się, bo ktoś ich zawiadomił o strzelaninie. Nie można ich nie wpuścić.

To był wypadek, słyszę w uchu gorączkowy szept matki. To tylko nieszczęśliwy wypadek.

Sięgam do komputera i zamykam obraz na ekranie. Ale wiem z doświadczenia, że to nie wystarczy, więc wyjmuję pistolet z martwych dłoni męża, ujmuję radełkowaną rękojeść i wsuwam palec w chłodną osłonę spustu.

A potem zaczynam strzelać.

GDY POLICJA W KOŃCU wyważa drzwi, stoję u szczytu schodów z rękami uniesionymi nad głową i pistoletem w dłoni, zwrócona lekko bokiem, tak by nie można było nie zauważyć wypukłości mojego brzucha.

– Rzuć broń, rzuć broń, rzuć broń! – krzyczy policjant stojący najbliżej schodów.

Spełniam polecenie.

Wbiega na schody z kajdankami w ręce. Mam nadzieję, że nie przyjdzie mu do głowy oprzeć się o poręcz.

Małżeństwo to mozaika. Tysiące momentów. Setki wspomnień.

Policjant wykręca mi ręce na plecy, skuwa kajdankami w nadgarstkach i oklepuje mnie, jakby się spodziewał, że mam gdzieś ukrytą dodatkową broń. Przez wyważone drzwi wpada do środka więcej policji.

– Mój mąż – słyszę własny głos. – Nie żyje. Zastrzelony.

– Czy w domu jest ktoś jeszcze, proszę pani?

– Nie.

Tysiąc momentów. Sto wspomnień.

– Ma pani prawo zachować milczenie. Wszystko, co pani powie, może zostać użyte przeciwko pani w sądzie. Ma pani prawo do kontaktu z adwokatem oraz do obecności adwokata w czasie przesłuchania.

Policjant sprowadza mnie po schodach i wychodzimy z domu, z dala od zwłok mojego męża.

– Myśli pan, że pozwolą mi urządzić mu pogrzeb? – pytam.

Obrzuca mnie dziwnym spojrzeniem i wpycha do radiowozu na twarde plastikowe siedzenie z tyłu.

Jeszcze więcej glin. Jeszcze więcej wycia syren. Z domów wyglądają sąsiedzi, ciekawi, co tu się dzieje. Wiem, co teraz będzie. Zawiozą mnie do komisariatu. Tam zdejmą mi z rąk ślady krwi i prochu strzelniczego, pobiorą odciski palców, zajmą się mną.

A potem zajrzą do komputera i poznają moją przeszłość…

To wypadek, szepcze mi w głowie matka. To tylko nieszczęśliwy wypadek.

Nie mogę się opanować i zaczynam dygotać.

Mama się mną zajmie. I ta myśl, na równi ze wszystkim innym, powoduje, że kładę dłonie na wypukłości brzucha i mówię mojemu dziecku – temu kruchemu ulotnemu życiu, które nawet nie dostało swojej szansy – jak bardzo jest mi przykro.

Rozdział 2
D.D.

– DOBRA, DZIAŁAMY JAK zawsze. Ja idę prosto, Alex zachodzi od lewej. Jack, jesteś gotów?

Jack skinął głową. Detektyw sierżant D.D. Warren wypuściła powietrze, żeby uspokoić oddech. Ich troje, ona jedna. Cóż może pójść nie tak?

Pierwszy krok do przodu z ostrożnym przeniesieniem ciężaru z pięty na palce, by nie robić hałasu. Alex stosuje tę samą technikę i przesuwa się w bok, by odciąć drogę ucieczki. Robili to już wiele razy i wiedzą, że kluczem do sukcesu jest zachowanie ciszy. Zaalarmuj cel za wcześnie i masz przerąbane. Zwłaszcza że D.D. miała wrażenie, że cel jest szybszy i sprytniejszy od nich trojga razem wziętych.

To mocno komplikowało sprawę, jako że stawką w grze był ulubiony czarny skórzany botek D.D.

Wemknęła się do jadalni, gdzie Kika ze swą zdobyczą czujnie ukryła się pod stołem. Najwspanialsza łaciata suczka w kraju leżała wygodnie rozciągnięta, ogryzając obcas botka D.D. i nie przejmując się manewrem oskrzydlającym w wykonaniu swojej pani i Alexa.

Pięcioletni Jack zajął pozycję w drzwiach pokoju z zadaniem złapania Kiki, gdy ta zostanie ostatecznie wypłoszona spod stołu z wiśniowego drewna. D.D. sądziła, że pies, mając do wyboru dwoje dorosłych mieszkańców domu i Jacka, wybierze drogę ucieczki w stronę swego wspólnika w licznych przestępstwach…

Deska w podłodze skrzypnęła pod ciężarem nogi i D.D. zamarła. Kika podniosła łeb.

Czas stanął w miejscu. Policjantka i pies spojrzeli sobie w oczy, D.D. w jednym botku na nodze, Kika z drugim w łapkach.

Alex zaszedł psa od lewej strony.

– Kika! Zostaw to! Niedobry pies!

Suczka chwyciła but w zęby i rzuciła się do ucieczki.

D.D. skoczyła w prawo. Był to z jej strony akt rozpaczy i obie zdawały sobie z tego sprawę. Kika, mieszaniec dalmatyńczyka i krótkowłosego niemieckiego pointera, złożony głównie z długich nóg i niewyczerpanych zapasów energii, bez trudu wymknęła się z zasadzki. Alex skoczył za nią.

Pies bez chwili namysłu pognał w stronę Jacka, który z dziecięcym entuzjazmem wykrzyknął: „Ruuu, ruuu, ruuu!” i podrzucił w powietrze ulubioną zabawkę Kiki.

Zgodnie z psią naturą, Kika natychmiast wypuściła z pyska but i rzuciła się na swego wypchanego hipopotama.

D.D. podniosła botek, a pies wgryzł się w swoją zabawkę, po czym w przypływie nieokiełznanej szczenięco-chłopięcej energii zaczęli z Jackiem gonić się po pokoju.

– Coś uszkodziła? – spytał Alex, stając obok żony. Wciąż jeszcze próbował złapać oddech. D.D. zresztą też.

Przyjrzała się botkowi. Na obcasie zostały ślady zębów, ale skórzana cholewka była nietknięta.

– Powinnaś chować je do szafy – powiedział Alex, przypatrując się śladom.

– Tak, wiem.

– Wyrośnie z tego, ale nie tak zaraz.

– Wiem.

– Jak myślisz, czyje szkolenie potrwa dłużej: jej, twoje czy moje? – spytał.

D.D. warknęła na męża, a on się uśmiechnął.

– Ruuu, ruuu, ruuu! – zakrzyknął Jack z drugiego końca pokoju. Zdążył wgramolić się na kanapę i zaczął podskakiwać na poduszkach. Kika przysiadła na podłodze i z uwagą go obserwowała. To Alex i Jack wymyślili, że wezmą szczeniaka z miejscowego schroniska. D.D., detektyw sierżant z wydziału zabójstw bostońskiej policji, próbowała ich przekonywać, że za rzadko bywają w domu, na co Alex brutalnie szczerze odpowiadał, że to ona jest za rzadko w domu. Jako wykładowca w akademii policyjnej, prowadzący zajęcia z badania miejsc przestępstw, pracował w określonych porach, godziny zajęć przedszkolaka Jacka też nie należały do uciążliwych. A chłopiec powinien mieć psa, dodawał.

Co na podstawie dotychczasowych doświadczeń chyba się sprawdzało. Bóg świadkiem, że Jack i Kika stali się nierozłączni. Roczna suczka w czarno-białe łaty spała z nim w jego łóżku, siedziała mu przy nogach przy kuchennym stole i robiła wszystko to co on, od skakania po meblach po uganianie się po podwórku.

Syn D.D. był szczęśliwy, jej mąż też był szczęśliwy, a w końcu pogryziony obcas botka był niewielką ceną, jaką za to musiała zapłacić. Jakby na potwierdzenie tych myśli Kika i Jack zaczęli radośnie biegać wokół pokoju.

– Muszę jechać do pracy – powiedziała.

– Weź mnie ze sobą – bąknął Alex.

– Miałabym cię pozbawić tego magicznego momentu?

– A jak ładnie poproszę?

– Nic z tego. – D.D. już wciągała na nogę pogryziony but. – Wczoraj w nocy żona zastrzeliła męża. Została aresztowana, ale chcę obejrzeć miejsce przestępstwa. A ty nie byłbyś obiektywny.

– Kobieta została aresztowana, a ty nadal musisz oglądać miejsce przestępstwa? – zdziwił się Alex. W związku z obrażeniami odniesionymi przed dwoma laty w trakcie pełnienia obowiązków służbowych D.D. została przeniesiona na stanowisko kierowniczo-administracyjne w wydziale zabójstw. Jak koledzy detektywi mogli zaświadczyć, a Alex potwierdzić, D.D. podchodziła do swych obowiązków z dużo większym zaangażowaniem, niż to było konieczne.

– Jestem tą sprawą osobiście zainteresowana – mruknęła, ruszając do drzwi. Otworzyła je i potoczyła wzrokiem po srebrzyście zmrożonej ziemi. Zawróciła i sięgnęła po czarny wełniany płaszcz. Jeszcze miesiąc temu powietrze było rześkie, ale słońce nadal zdrowo przygrzewało. A teraz nagle to. Witajcie w Nowej Anglii.

D.D. obrzuciła spojrzeniem dwie śmigające po mieszkaniu smugi, syna i psa, i mimo robionego przez nich bałaganu – nie, z powodu tego bałaganu – poczuła narastające w piersi ciepło.

– Oni naprawdę się kochają – szepnęła.

– Boże, zmiłuj się nad nami – jęknął Alex. Stał tuż obok niej. Właśnie spędzili pełne cztery dni bez chodzenia do pracy, co było rzadkim świętem w ich życiu. I jak zawsze po takich wolnych dniach czuli na sobie ciężar obowiązków zawodowych D.D. Alex z szacunkiem traktował pracoholizm żony, ale zdarzało się, że nawet ona wzdragała się przed wejściem do kolejnej króliczej nory, jaką było każde śledztwo w sprawie śmierci. Zwłaszcza ostatnio.

– Co jest w tej sprawie osobistego? – spytał Alex.

D.D. zapięła guziki płaszcza.

– Już kiedyś prowadziłam śledztwo w sprawie o zabójstwo, w którym występowała ta sama osoba, niejaka Evelyn Carter, z domu Hopkins.

– Poprzedniego męża też zabiła?

– Nie. Rzekomo „niechcący” zastrzeliła ojca. Ale ile śmiertelnych postrzeleń może obciążać jedną kobietę?

Alex ze zrozumieniem pokiwał głową.

– I tym razem ją dopadniesz?

D.D. uśmiechnęła się, objęła męża i cmoknęła go w policzek, po czym pomachała na pożegnanie swojemu zwariowanemu synowi i jego psu.

– Absolutnie.

EVELYN CARTER I JEJ mąż Conrad mieszkali w Winthrop, jednym z najmniejszych i najstarszych miasteczek w stanie Massachusetts. Dzięki historii sięgającej roku 1630, położeniu na półwyspie i niewielkiej odległości od lotniska Logana, miejscowość oferowała szczęśliwcom widok na Atlantyk, a wszystkim pozostałym poczucie stłoczenia w gęstej zabudowie i ludzkiej masie. Dom Carterów sąsiadował z rzędami podobnych budynków w stylu kolonialnym z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, które zapewne kiedyś miały charakter osiedla robotniczego, straciły go jednak w związku z cenami nieruchomości w rejonie Bostonu, zwłaszcza tak blisko oceanu. Widok tylu domów, które zachowały swój pierwotny wygląd, był dla D.D. zaskoczeniem. Dziś miało się wrażenie, że każdy dom w Bostonie jest poddawany radykalnej renowacji, deweloperzy wyburzają starą zabudowę i zastępują ją większymi i elegantszymi willami. D.D. wolała starsze domy z charakterem, ale przy jej zarobkach w policji i tak nie miała szans na zamieszkanie w tej okolicy.

Phil, jej dawny partner z patrolu i mentor w pracy policyjnej, zadzwonił z samego rana, by powiadomić ją o strzelaninie. Jego zdaniem sprawa wyglądała całkiem klarownie. Policję wezwali na miejsce sąsiedzi, którzy usłyszeli odgłos strzałów. Patrol mundurowych znalazł żonę ofiary na szczycie schodów z pistoletem w ręce. Bez oporu dała się zatrzymać i została zawieziona do zakładu karnego w South Bay.

Kobieta jest w ciąży, dorzucił Phil. Na tyle zaawansowanej, że daje się to zauważyć, ale do rozwiązania zostało jeszcze trochę czasu.

D.D. nie bardzo mogła to sobie wyobrazić. Evie Hopkins, z którą kiedyś się zetknęła, była wówczas szesnastolatką z rzadkimi jasnymi włosami o szarym odcieniu i wielkimi jak u łani brązowymi oczami. Siedziała przy kuchennym stole metr od zakrwawionych zwłok ojca i spazmatycznie dygotała.

Nie płakała, co D.D. – wówczas świeżo upieczonej śledczej z wydziału zabójstw – wydało się dziwne, ale w twarzy dziewczyny było otępienie, które w połączeniu z dygotem wyglądało przekonująco i świadczyło o przeżytym szoku. Było to coś w rodzaju opóźnionej reakcji na cios i D.D. uwierzyła, że dziewczyna naprawdę cierpi, a jej ból jest tak ogromny, że sobie z nim nie radzi.

Nie mogli jej wyciągnąć z kuchni, by ją przewieźć do komisariatu na przesłuchanie. W tym momencie nie wydawało się to tak ważne, bo Evie – mocno zakrwawiona – niczemu nie przeczyła. Tak, strzelba w jej ręce wystrzeliła. Tak, zabiła ojca.

A teraz nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Nie była w stanie zrobić kroku. Mimo starań i prób podniesienia jej z miejsca D.D. i jej partner, leciwy śledczy Gary Speirs, nie mogli sobie z nią poradzić. Speirs podjął wtedy decyzję, że nie zastosują przemocy fizycznej, w obawie że doprowadziłoby to dziewczynę do ataku histerii i uniemożliwiło jej przesłuchanie.

W rezultacie tkwili wszyscy metr od ciała ofiary, zakrwawionych szafek i pomazanej krwią lodówki.

Matka wycofała się do pokoju, a właściwie autentycznej bawialni, której widok niemal zahipnotyzował D.D. Słyszała o istnieniu takich pomieszczeń, ale teraz widziała je na własne oczy. Jak przystało na rodzinę profesora z Harvardu, Hopkinsowie mieszkali w Cambridge, w eleganckiej rezydencji w stylu kolonialnym. Dom był wymuskany i wszystko leżało na swoim miejscu. Oczywiście nie licząc krwawej sceny w kuchni.

Czy to wpłynęło na nastawienie D.D. do całej sprawy? Ta rezydencja ludzi z wyższych sfer? Ta perfekcyjnie zadbana matka? Ta zdruzgotana i roztrzęsiona szesnastolatka?

Przesłuchana w bawialni matka potwierdziła słowo w słowo wersję podaną przez córkę. Strzelba była niedawnym nabytkiem, a do jej kupna skłoniła ich seria włamań do domów w sąsiedztwie. Ojciec ją wyjął, by zademonstrować córce, a ta wzięła broń do ręki i spróbowała opróżnić komorę nabojową. Strzelba wypaliła i pocisk trafił w klatkę piersiową ojca z odległości kilkunastu centymetrów. Ot, tragiczny wypadek. Późniejsze śledztwo nie wykazało żadnych dowodów na istnienie zadawnionych waśni między ojcem a córką. Wręcz przeciwnie, wszyscy opisywali Hopkinsów jako bardzo zgodną rodzinę i uważali ich za dobrych sąsiadów. Córka była utalentowaną pianistką, żona udzielała się w działalności oświatowej i organizacji pomocy dla dręczonych kobiet. Sprawa zaliczała się do tych nielicznych w karierze policyjnej D.D., wobec których nie miała żadnych wątpliwości.

I teraz to.

Dom był odgrodzony od przodu żółtą taśmą policyjną, na ulicy zostało kilka wolnych miejsc parkingowych, zapewne po śledczych, którzy pracowali tu niemal całą noc i dopiero niedawno rozjechali się do domów. Na miejscu zostały już tylko dwa samochody służbowe.

W sumie wszędzie panował spokój. Nie było widać wścibskich sąsiadów, wokół domu nie kręcili się kryminalistycy, na ulicy nie było policji. Jak twierdził Phil, sprawa wydawała się jasna. Mąż został zastrzelony, żonę zabrano do aresztu.

D.D. wysiadła z samochodu i podeszła do wejścia; zobaczyła poharatane drzwi z przekrzywionym świątecznym wieńcem. Policjanci musieli je wyłamać. Ciekawe.

Weszła do środka. Jak większość domów stawianych pośpiesznie dla zapewnienia dachu nad głową powojennemu wyżowi demograficznemu, ten miał prosty standardowy rozkład pomieszczeń. Wąskie schody wspinały się po lewej ścianie na piętro, po prawej znajdowało się wejście do pokoju dziennego z oknami wychodzącymi na ulicę; wąski korytarzyk na wprost prowadził do kuchni połączonej z jadalnią. Po prawej były drzwi do łazienki, w kuchni po lewej znajdowały się drzwi do przedsionka, którym przechodziło się do garażu.

Kuchnia wyglądała na niedawno odnowioną. Nowe szare szafki, szare nakrapiane blaty, urządzenia kuchenne ze stali nierdzewnej. Hol z odłażącą pożółkłą tapetą i mocno sfatygowaną podłogą dopiero czekał na odnowienie.