Czyste zło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyste zło
Czyste zło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Czyste zło
Audio
Czyste zło
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10
FLORA

NIE MOGĘ ZASNĄĆ. ZDARZA mi się to często, nawet kiedy jestem w domu. To jedna z tych rzeczy, o których lekarze mówią, że w końcu miną. Nocne koszmary, bezsenność, adrenalina, która każe mi bezustannie czuwać. Któregoś dnia to przejdzie. Prześpię najpierw jedną, potem dwie godziny więcej i w końcu, voilà!, stanę się znów normalnym człowiekiem.

Na razie nie ma o tym mowy.

Przemierzam hotelowy pokój, kręcąc się między tanim fotelem, śmierdzącymi zasłonami i miniaturowym kącikiem kuchennym. Przysiadam na skraju łóżka. Potem staję w oknie. Zapalam i gaszę światło. Włączam i wyłączam telewizor. Kładę się, wstaję i tak w kółko.

Agentka specjalna Quincy spotkała się z nami w recepcji taniego motelu, gdzie musieliśmy poczekać na naszą kolej za przysłowiową czteroosobową rodziną. Szukając w portfelu właściwej karty kredytowej, ojciec wydawał się już rozstrojony, a umęczona matka starała się upilnować dwójkę bachorów, które za nic w świecie nie chciały stać spokojnie. Starsza dziewczynka co chwila śmigała za biurko recepcjonisty, który z wrażenia dostał czkawki. Młodszy chłopczyk, w wieku pięciu, sześciu lat, wpatrywał się uparcie w mój prawy but, jakby wiedział, że mam w nim motylkowy nóż.

Uznałam, że w przyszłości zostanie seryjnym mordercą, ale tak naprawdę nigdy nie miałam serca do dzieci.

Kiedy podeszliśmy w końcu do kontuaru i Kimberly pokazała legitymację FBI, recepcjonista zmierzył nas bardziej niechętnym spojrzeniem niż to, którym obdarzał piekielne bachory. Za każdym razem, gdy na niego zerkałam, miałam ochotę sięgnąć po moją tajną broń.

Spróbuj zaprzyjaźnić się z miejscowymi, uprzedziła mnie wcześniej Kimberly. Ta kobieta widzi wszystko.

Przy kolacji opowiedziała, co nas czeka rano. Pierwsze pójdą psy, po nich ludzie. Dadzą każdemu z nas kilkanaście pomarańczowych chorągiewek i przydzielą konkretny sektor terenu. Spenetrujemy go, postaramy się zbytnio nie odwodnić swoich organizmów i będziemy się często meldować.

W jej ustach brzmi to jak bułka z masłem. Mimo to zdaję sobie sprawę, że czekający nas dzień nie będzie łatwy.

Chciałabym już teraz znaleźć się w tym lesie, opukiwać drzewa i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odnaleźć żebra, kręgi i kości paliczków Lilah Abenito. A może nawet kość udową z wydrapanym napisem Jacob Ness. Chcę poznać odpowiedzi na dręczące mnie pytania, ale wiem, że nic z tego, czego się dowiem, nie wyjaśni, co przytrafiło się Lilah. Należymy do elitarnego klubu – dwie dziewczyny, które pewnego dnia spotkały na swojej drodze autentycznego potwora. Tyle że ja przeżyłam.

A teraz wróciłam do Georgii i liczę, że zobaczę coś, co wyda się znajome. Że skręcę na rogu albo wejdę do restauracji i doznam nagłego déjà vu. Czuję, że powinnam coś wiedzieć. Muszę coś wiedzieć. Albo Jacob po raz kolejny będzie górą.

Słyszę dobiegający z sąsiedniego pokoju hałas. Odgłos otwieranych, a potem zamykanych drzwi. Kroki w korytarzu. Ciche, dyskretne. Kroki kogoś, kto nie chce zwracać na siebie uwagi.

Zaalarmowana, podchodzę natychmiast do drzwi. Mam na nich założony łańcuch i zamkniętą zasuwkę, ale w porównaniu z zabezpieczeniami w moim mieszkaniu to kpina. Tandetne zamki w tandetnym pokoju.

Wyjmuję zza paska na plecach motylkowy nóż. Żeby zabrać go do Atlanty razem z resztą moich zabawek, musiałam odprawić bagaż rejestrowany. D.D. spiorunowała mnie wzrokiem. Wiedziała, dlaczego nie spakowałam rzeczy do małej torby, którą mogłabym zabrać na pokład samolotu. Cały czas będą ci asystowali uzbrojeni stróże prawa, syknęła, ale wiedziałyśmy obie, że w tej kwestii nigdy nie ustąpię. Nadałam swoją torbę. A kiedy przylecieliśmy, wyjęłam z niej nóż, otworzyłam go, zamknęłam, otworzyłam, zamknęłam, a potem złożyłam elegancko niczym wachlarz i schowałam do kieszeni.

Teraz otwieram go ponownie i w padającym spod drzwi świetle widzę dwa bliźniacze cienie nóg, które się zatrzymują. Nieruchomieją.

Ktoś stanął za moimi drzwiami.

Keith. Który w oczekiwaniu na jutrzejszą przygodę najwyraźniej też nie może zasnąć. Który twierdzi, że mu na mnie zależy, być może tak bardzo, żeby zaproponować… Co? Rozmowę? Słowa otuchy? Rozrywkę w środku nocy? A może coś więcej: jakieś fizyczne interludium, które odwiodłoby nasze umysły od poważniejszych spraw?

Mogłabym go wpuścić. Mogłabym wyciągnąć rękę, zdjąć łańcuch, zwolnić zasuwkę i otworzyć drzwi na oścież, by nic nas nie dzieliło. Keith mógłby wejść do mojego pokoju.

I co wtedy?

Tego właśnie chcą inne dziewczyny. Inni ludzie. Czerpać otuchę, skąd tylko się da. Szukać chwil, które pozwolą im zapomnieć o niespokojnym życiu.

Czy seks był dla mnie zapomnieniem? Już tego nie wiem. Kiedyś byłam aktywną, zdrową nastolatką. Idąc na studia, z całą pewnością nie byłam dziewicą. Ale tamte dni, tamta dziewczyna… wydają się tak odległe w czasie. Jakbym nie wspominała własnego życia, lecz oglądała fragmenty filmu. Przecież ja nigdy tak bezwstydnie nie flirtowałam. Nigdy nie odrzucałam zalotnie do tyłu włosów. Nie wbijałam paznokci w plecy mężczyzny, wołając: „Szybciej, mocniej, głębiej”!

Zaczynam szybciej oddychać. Może nie jestem taka uodporniona, jak mi się wydaje.

Bliźniacze cienie nadal się nie poruszają. Stojąca na korytarzu osoba tak jak ja zbiera się na odwagę.

Podnoszę dłoń i kładę ją na taniej sklejce drzwi, powoli i bezszelestnie. Zamykam oczy. I przez chwilę wyobrażam sobie dłoń Keitha po drugiej stronie. Dłoń Keitha, która łączy się z moją. Nasze dotykające się palce.

Biorę głęboki oddech, po czym cofam dłoń, wracam do łóżka, kładę się na boku i patrzę na padające od drzwi smugi światła do chwili, kiedy cienie w końcu poruszają się i znikają.

SCHODZĘ DO HOTELOWEGO LOBBY pół godziny przed czasem. Keith już tam jest i wygląda jak facet z reklamy „Jogger’s Monthly”. Czarne obcisłe spodnie do biegania, jaskrawoniebieska koszulka antypotowa i długa wiatrówka z milionem suwaków, rzepów i odblaskowych pasków. Całości dopełniają czarne sportowe buty ze srebrzystymi i niebieskimi paskami.

Ja, w workowatych bojówkach, wyblakłym bawełnianym T-shircie i sfatygowanej bluzie GAP, wyglądam, jakbym miała wsiąść do metra, on – jakby startował w bostońskim maratonie.

I to sprawia, że zaczyna drżeć mi dolna warga. Chichoczę i w końcu parskam śmiechem. Bo, słowo daję, żadne z nas nie wygląda jak członek ochotniczej ekipy ratowniczej. Keith też chyba to sobie uświadomił, bo głośno parska.

– Witaj w drużynie marzeń – mówi, podchodząc bliżej. – Kawy?

– Cały dzbanek.

Prowadzi mnie do skromnego śniadaniowego bufetu, na który składają się owoce w koszu, opakowane w celofan kanapki, słodycze i kawa. Biorę Pop-Tarts z jagodami.

Kiedy kończę ją jeść i dopijam pierwszy kubek kawy, do małego lobby wparowuje D.D., zaspana i poirytowana. Jak na stuprocentowego mieszczucha ubrała się lepiej od nas – w szare bojówki i granatowy sweter z wyszytym nad piersią po lewej logo bostońskiej policji. Ma nawet plecak z wsuniętymi do bocznych kieszeni dwiema butelkami wody.

– Czarną kawę, proszę – mruczy.

Keith nalewa jej bez słowa.

– Skąd masz ten turystyczny ekwipunek? – pytam. – Mówiłaś, że nie chodzisz po górach.

– Ćwiczenia treningowe – odpowiada, po czym bierze kawę od Keitha i choć jest piekielnie gorąca, wypija jednym haustem pół kubka. – Dowództwo pilnuje, żebyśmy byli w formie.

– Czy ja też nie powinnam mieć plecaka? – pytam, widząc jej zapasy wody. Znów zaczynam się denerwować.

– Dadzą ci niewielki plecak na starcie. Z chorągiewkami do oznaczania terenu, mapą, wodą, może nawet kompasem.

– Nie wiem, jak posługiwać się kompasem – odpowiadam.

– Mam aplikację w telefonie – mówi Keith, podnosząc rękę.

– Wcale w to nie wątpiłam. – D.D. dopija kawę i podnosi kubek w oczekiwaniu na dolewkę. Zastanawiam się, czy nie powinniśmy jej dać całego dzbanka.

– Coś do jedzenia? – pytam.

To wyraźnie poprawia jej humor. Bierze z bufetu dwa opakowania Pop-Tarts, jabłko i banana. Ma zamiar rozprawić się z tym już teraz. Kolejne opakowanie Pop-Tarts i jeszcze jedno jabłko lądują w jej plecaku.

Brak plecaka coraz bardziej mnie niepokoi. Wpycham pozostałe dwa ciastka Pop-Tarts do przedniej kieszeni bluzy i dorzucam jabłko. Wyglądam jak kangur, ale przecież nigdy nie przejmowałam się nakazami mody.

Keith znika i pojawia się po chwili z lekkim plecakiem do biegania. Wkłada do niego owoce i dwie butelki wody.

I tak to wygląda. Mamy maratończyka, menelkę i policjantkę. Prawdziwa drużyna marzeń.

D.D. rusza w stronę samochodu, a ja i Keith podążamy za nią.

DOJAZD DO SZLAKU TRWA krótko. Ochotnicy już tam przybywają i D.D. musi się porządnie nagimnastykować, żeby znaleźć miejsce do parkowania. W ślad za innymi – kobietami i mężczyznami, młodymi i starymi, wszystkimi ubranymi stosowniej niż my – idziemy do stolika, gdzie rządzi najwyraźniej agentka specjalna Quincy w wiatrówce FBI oraz jakaś starsza kobieta w bluzie z emblematem biura szeryfa, którą nosi z podobną dumą, z jaką inne kobiety mogłyby nosić kaszmirowy sweter.

D.D. zgłasza naszą trójkę. Nie zamienia wielu słów z Quincy. Kolejka jest długa i nie ma na to teraz czasu. Na stole agentka FBI rozłożyła wielką mapę podzieloną na sektory. Z boku widzę objaśnienia. Różowe sektory należą do Nate’a Marlesa, zielone do Mary Rose Zeilan. Domyślam się, że to szefowie grup.

Quincy daje nam niewielką mapę z uwagami. Nasze pierwsze zadanie. Odnajduję ten punkt na większej mapie. Jest jakieś czterysta metrów powyżej miejsca, gdzie odnaleziono szczątki. To mnie rozczarowuje, ale potem przypominam sobie, co powiedziała antropolożka – wiele zwierząt padlinożernych lubi wycofywać się ze swoimi skarbami wyżej. Więc może odnajdziemy tam norę szopa pracza albo opuszczoną dziuplę wiewiórki. Chcę, żebyśmy coś znaleźli. Żebyśmy dokonali przełomu.

 

– Psy złapały trop? – pyta D.D. Na sąsiednim stoliku są butelki z wodą, kiście bananów i siatkowe torby z malutkimi chorągiewkami.

– Jedna torba na jeden zespół – tłumaczy szybko Quincy, bo kolejka za nami robi się coraz dłuższa. – Jeśli zobaczycie coś, co waszym zdaniem może być istotne, zatykacie w tym miejscu flagę. Pod numerem flagi zapisujecie markerem współrzędne, a potem nanosicie miejsce na mapę i zgłaszacie to waszemu szefowi zespołu. Zrozumiano?

– Zrozumiano – odpowiada prawie radosnym tonem D.D.

– Kiedy skończą wam się chorągiewki, wysyłacie po nie kogoś z waszego zespołu. – Quincy podnosi wzrok i przygląda się przez chwilę Keithowi. – Na przykład jego. Wydaje się szybki.

Keith patrzy na nią bez zmrużenia oka.

– Jak wiatr – zapewnia.

D.D. nie może powstrzymać uśmiechu.

– Nie spieszcie się – ostrzega Kimberly. – Miejcie oczy szeroko otwarte. Powoli, krok za krokiem. Powodzenia.

Idziemy wzdłuż rzędu stolików i uzupełniamy zaopatrzenie. Starsza pani z biura szeryfa prosi nas po raz drugi o podanie nazwisk, sprawdza je na liście i to chyba wszystko.

Idziemy w góry.

NIE MAM NIC PRZECIWKO górskim wycieczkom. Prawie codziennie biegam, choć może nie w tak odlotowych ciuchach jak Keith. Kobieta, która jest wiecznie czujna, musi biegać, żeby spuścić z siebie parę. A poza tym podnosić ciężary i penetrować opuszczone budynki. Nie mogę ukoić swoich lęków, mówiąc sobie, że najgorsze nigdy się nie zdarzy. Bo najgorsze już mi się zdarzyło, wszystkie lęki okazały się uzasadnione, cała groza prawdziwa. Więc staram się to przezwyciężyć, grając różne role. Znajduję opuszczony magazyn i próbuję się z niego wydostać. Samuel, mój wiktymolog z FBI, pierwszy opowiedział mi o tej technice – łagodzeniu niepokoju przez budowanie w sobie siły – ale nie spodziewał się chyba, że zajdę na tej drodze tak daleko.

Kiedy spoglądam teraz na otaczające nas wysokie drzewa i gęste liściaste krzaki – ktoś rzuca chyba nazwę „kalmia szerokolistna” – przychodzą mi do głowy nowe wzorce ucieczek, które mogłabym realizować.

Prę do przodu. D.D. i Keith nie mają problemu z dotrzymaniem mi kroku. Najwyraźniej wszyscy jesteśmy szurnięci.

Nikt się nie odzywa. Mijamy znak informujący, że pokonaliśmy półtora kilometra. Zaraz potem wychodzimy na niewielką polanę, na której stoi z podkładką i notesem kolejny stróż prawa. Odnotowuje, że dotarliśmy tak daleko, i poważnym tonem informuje nas, jak mamy znaleźć nasz sektor poszukiwań.

Przez kilka minut rozmawia z D.D. Widzę, że Keith gapi się gdzieś ponad jego ramieniem, jakby chciał coś dostrzec w gęstwinie. Po chwili to do mnie dociera. Jesteśmy w punkcie zero, miejscu, w którym turysta wyruszył na poszukiwanie kija i znalazł zamiast niego kość.

Spoglądam w dół, tam, skąd przyszliśmy. I po raz pierwszy czuję się nieswojo.

Dystans, jaki pokonaliśmy, to dla mnie bułka z masłem. Ale dla Jacoba? Faceta, który przez cały dzień siedział za kółkiem, żywił się smażonym gównem i słynął ze swoich tygodniowych alkoholowych i narkotykowych ciągów…

Jacob w ogóle mi tutaj nie pasuje. Czy to oznacza, że nigdy nie był w tych stronach? Że okłamał mnie, mówiąc o chacie w Georgii? Albo że nie znałam go tak dobrze, jak mi się wydawało? Że ukrywał przede mną pewne rzeczy, choć całkowicie mu się poddałam?

– Nie zadręczaj się – odzywa się Keith.

Uświadamiam sobie, że zacisnęłam dłonie w pięści.

– On nie wygrał. To ty przyjechałaś tutaj, żeby pomóc wrócić do domu zamordowanej dziewczynie. To ty jesteś górą.

– Przestań zaglądać mi do głowy – mówię.

– Więc nie dawaj się tak łatwo rozgryźć.

Piorunuję go wzrokiem, ale czuję się trochę lepiej. I chyba po to właśnie mnie wkurzył. Keith zawsze sprawia wrażenie, jakby mnie zbyt dobrze znał. Dlatego w ogóle mu nie ufam.

D.D. dostaje nasze współrzędne i ruszamy dalej w górę.

DO NASZEGO SEKTORA DOCIERAMY w samych koszulkach. Od czasu do czasu słyszymy głosy innych poszukiwaczy, ale ich nie widzimy. Każdy sektor jest dość duży, bo musimy przeszukać spory obszar.

– W akcjach poszukiwania zwłok, w których brałam udział, formowaliśmy tyralierę, ruszaliśmy wszyscy w tym samym tempie i dłubaliśmy ziemię kijami – mówi D.D. – Szuka się miękkich miejsc, takich, gdzie grunt został niedawno wzruszony. Tutaj jest zupełnie inaczej. Właściwie wcale nie wiem, jakie byłoby najlepsze podejście. Trudno będzie zaglądać pod każdy liść, szukając małych przypadkowych kostek, więc podoba mi się rada doktor Jackson: szukajmy śladów zwierzęcej aktywności. Opukujcie spróchniałe drzewa, badajcie leżące na ziemi kłody. Może będziemy mieli szczęście. W tym miejscu schodzimy ze szlaku. Ważne, żebyśmy trzymali się razem. Keith, czas na twoją magiczną aplikację kompasową. Lepiej, żeby za kilka godzin nie musieli nas szukać inni członkowie ekipy.

Keith wyciąga telefon. Wszyscy jesteśmy spoceni. W cieniu drzew jest trochę chłodniej, ale teraz wpatruję się w ten cień z niepokojem. Szlakiem szło się dość łatwo. Był szeroki, usłany liśćmi. Tymczasem po jego bokach rosną gigantyczne kępy kalmii, przez które nie sposób się przedrzeć. Tylko gdzieniegdzie są między nimi luki.

D.D. wybiera jedną z nich. Keith i ja przeciskamy się w ślad za nią.

Po drugiej stronie drzewa rosną rzadziej, niż sądziłam. Grunt pokrywają kamienie, liście i inne organiczne szczątki. Do niskich, rozłożystych krzaków dociera niewiele słońca.

Ziemia pachnie iłem. Budzi to we mnie wspomnienia z farmy matki, z dzieciństwa, które spędziłam, biegając po lasach nieróżniących się aż tak bardzo od tego. Zawsze czułam się bardziej swojsko na łonie natury, ale już wiele lat temu zamieniłam je na bostońskie ulice.

– Powinniśmy chyba sformować tyralierę i ruszyć do przodu – mówi Keith. – Proponowałbym, żebyśmy poszli na zachód, wzdłuż granicy naszego sektora. Kiedy dotrzemy do współrzędnych, przy których się kończy, skręcimy na północ, a potem na wschód. Tak jakbyśmy odkurzali dywan.

– Mnie to pasuje – odpowiada D.D. – Pamiętajcie o jednym, Drużyno Roomba: musimy trzymać się razem.

Ruszamy na zachód. Staram się jednocześnie patrzeć w dół, w górę i wokół siebie i w rezultacie nie widzę niczego. Muszę się skupić. Najpierw to, co mam na wysokości wzroku – ślady gniazd, dziupli, zwierzęcej aktywności – potem wyżej.

Daje mi to poczucie jakiejś dyscypliny, ale rezultaty dalej są mizerne.

Keith znajduje dwa gniazda, D.D. bada wydrążoną kłodę. Nadal nic.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że niczego nie znajdziemy. Musicie się z tym pogodzić – mówi D.D. godzinę później, kiedy robimy sobie krótką przerwę, żeby napić się wody. Jest coraz cieplej. Choć idziemy przez las powoli, zalewa nas pot. Moja bawełniana koszulka klei się do ciała. – Mowa jest o kilkudziesięciu małych kostkach rozrzuconych na obszarze całego zbocza góry. Większość szukających nie znajdzie absolutnie nic. Musimy po prostu mieć nadzieję, że niektórzy na coś trafią.

Kiwam głową. Wiem, że D.D. ma rację. Ale świadomość, że mimo całego tego wysiłku możemy niczego nie znaleźć… Nienawidzę porażek. Po wyrazie twarzy Keitha widzę, że myśli mniej więcej to samo. Nie włożył swojego komicznego stroju biegacza, by wracać do domu z pustymi rękami.

Pijemy jeszcze trochę wody, zakręcamy butelki i wracamy do gry.

Przede mną rośnie wielkie drzewo. Widzę, że jego pień został częściowo wydrążony, przez dzięcioła albo jakieś inne zwierzę. Czując, jak przyśpiesza mi puls, podchodzę do niego na palcach, zapalam latarkę w telefonie i kieruję promień światła w stronę otworu. Nie widzę żadnych wpatrzonych we mnie małych oczek. Wkładam tam rękę i delikatnie obmacuję wnętrze. Puchate pióra, liście i coś bardziej konkretnego. Niewielki stos gałązek. A może to kości?

Nie wolno nam niczego dotykać. Z drugiej strony nie mogę przecież oflagować czegoś, czego nie zbadałam. Znajduję na ziemi kolejny kij i grzebię nim w dziupli, szukając tego, co wyczułam wcześniej ręką. Powoli przesuwam to coś w swoją stronę. Coraz bliżej i bliżej…

Pociągam kijem zbyt szybko i wszystko wysypuje się nagle na ziemię. Odruchowo odskakuję, a potem natychmiast kucam przy znalezisku. Wygląda mi to na kości. Całe mnóstwo maleńkich kości.

Udało mi się. Znalazłam…

– To szkielet myszy – informuje mnie Keith.

Piorunuję go wzrokiem i przez chwilę jeszcze grzebię w nich kijem.

Niech to szlag! Te kości są rzeczywiście zbyt małe i teraz, kiedy wspomniał o myszy, widzę, że układają się jakby w jej kształt.

– To pewnie dziupla sowy – dodaje Keith. – Wygląda na to, że miała prawdziwą ucztę.

– Czy sowy nie połykają przypadkiem swoich ofiar w całości? – pytam. – A potem zwracają sowie wypluwki, czy jak to się tam nazywa?

Keith mruga.

– No tak. Chyba masz rację.

– Jeden do zera, jeśli idzie o edukację w dziczy – mówię mu. – Dotykałam nawet jednej z takich wypluwek w parku krajobrazowym. Więc zwierzę, które zostawiło te resztki, na pewno nie było sową. Ale nie mylisz się, to są chyba mysie kostki.

W tym momencie słyszymy dochodzące z oddali szczekanie.

D.D. podbiega do nas bliżej.

– Psy chyba coś odkryły – rzuca.

Szczekanie nie milknie.

– To na pewno coś ważnego. – D.D. wyjmuje komórkę, która w tym samym momencie zaczyna dzwonić. – Quincy – informuje nas, zerknąwszy na ekran. – Tak? – mówi do telefonu. – Rozumiem. Co takiego? Jesteś pewna? W porządku. Ruszamy w tamtym kierunku.

D.D. kończy rozmowę i patrzy na nas szeroko otwartymi oczami.

– Psy odkryły brakujące kości? – zwraca się do niej Keith.

– Nie. Znalazły kolejne zwłoki.

Przez chwilę żadne z nas się nie odzywa. Żadne nie jest w stanie się odezwać.

– Jest więcej zwłok? – pytam cicho.

– Co najmniej jeszcze jeden grób. Quincy chce, żebyśmy im pomogli.

– Ta góra to cmentarzysko – komentuje Keith. – Miejsce, w którym seryjny zabójca zakopuje swoje ofiary.

Wydaje się podekscytowany. Wiem, że nie może się powstrzymać. Lecz ja czuję w tym momencie wszechogarniający smutek. Jestem przerażona i zagubiona.

Znów jestem jedną z tych dziewcząt.

– Jeśli chcesz, możesz wrócić do hotelu – mówi łagodnym tonem D.D.

Tak jakbym mogła to zrobić.

Kręcę głową i odwracam się tam, skąd przyszliśmy. Keith zmienia coś w swojej aplikacji. A potem jak jeden mąż ruszamy na spotkanie zmarłych.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?