Czyste zło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyste zło
Czyste zło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Czyste zło
Audio
Czyste zło
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

KĄTEM OKA WIDZĘ JAKIŚ ukradkowy ruch. Nie mogę się powstrzymać, by tam nie spojrzeć.

Dziewczyna natychmiast mierzy mnie gniewnym spojrzeniem.

Do spódniczki przycisnęła mały nożyk do obierania warzyw. Widząc, jak na mnie patrzy, odwracam wzrok. W drugim końcu kuchni krząta się Kucharka; wyjmuje z lodówki tace z jedzeniem, żeby przygotować kolację. Wkrótce zacznę wypełniać kuchenne obowiązki: przynosić to lub owo, doglądać tego czy tamtego. W tym momencie kończę zdejmować gorące talerze z przesuwającego się taśmociągu przemysłowej zmywarki. Trzeba to robić szybko, zanim dojadą do końca i roztrzaskają się na podłodze. Na początku parujące talerze parzyły mnie w palce i ból sprawiał, że zwalniałam. Wtedy spadały i tłukły się, a kara była jeszcze boleśniejsza. Teraz, po tylu latach, nie czuję już gorąca.

Dziewczyna podchodzi bliżej, starając się sprawiać niewinne wrażenie. Kucharka podnosi wzrok. Chcę pokręcić głową, dać znak dziewczynie, żeby sobie odpuściła, ale w ten sposób tylko zwrócę na nas większą uwagę. Skupiam się więc na swojej pracy, rzędzie maszerujących ku mnie, ustawionych pionowo lśniących, białych talerzy.

– Nic nie widziałaś – szepcze mi do ucha dziewczyna, przechodząc obok. W jej głosie słyszę twardy ton, ale ją rozumiem. Ma gładką skórę o barwie migdałów, gęste czarne włosy i jest bardzo piękna. W tym miejscu, z tymi ludźmi… uroda tylko pogarsza sytuację.

Kucharka patrzy na nas obie. Pomocom kuchennym nie wolno ze sobą rozmawiać. Ale chodzi w końcu tylko o mnie. Ile można sobie pogadać z Głupią Niemową?

Chcę powiedzieć dziewczynie, żeby odłożyła nożyk. Chcę jej opowiedzieć, jak po raz pierwszy udało mi się zwinąć nóż z kuchni. A Zły Człowiek odkrył to i mi go zabrał. Myślałam, że uda mi się go zranić albo przynajmniej zginę, próbując to zrobić. Tymczasem nóż do masła w mgnieniu oka powędrował z mojej dłoni do jego. Nie widziałam nawet, jak to się stało. Tyle trudu, tyle ryzyka z mojej strony. Tak długo się do tego szykowałam, kombinowałam, jak ukraść nóż z kuchni, planowałam następne etapy ucieczki.

I nagle w drzwiach stanął Zły Człowiek.

Po sekundzie… było po wszystkim. Tak po prostu. Nie wiem nawet, czy otworzyłam usta, żeby zaprotestować. Chwilę wcześniej wydawało mi się, że jestem bardzo sprytna. Chwilę później…

Czasami wydaje mi się, że Zły Człowiek wie, co zamierzamy, zanim jeszcze przyjdzie nam to do głowy. Tak jakby nie był istotą ludzką. Dlatego potrzebuję swojego imienia. Żeby wspomogła mnie miłość mojej matki, bo najwyraźniej nic na tej ziemi nie jest w stanie pokonać kogoś, kto porusza się jak dym i uderza jak piorun.

Tamtego dnia Zły Człowiek wyciągnął z buta własny nóż. Nie tępy nóż do masła, ale myśliwski: z jednej strony gładki, z drugiej ząbkowany.

Pamiętam, że stałam w niemym przerażeniu, kiedy wziął mnie łagodnie za rękę i przyciągnął do siebie. A potem zaczął wodzić ostrzem po gładkiej brązowej skórze mojego przedramienia. Sącząca się krew tworzyła delikatne czerwone linie, a ja trzęsłam się, syczałam z bólu i robiłam wszystko, by nie poruszyć się gwałtownie. Jego nóż wyrzynał kręte wzory na moim ciele. Hipnotyzujące, na swój sposób piękne.

Oboje się w nie wpatrywaliśmy. Urzeczeni ich formą, świadomi, że jeśli spróbuję wyszarpnąć rękę, ten ostry szpetny nóż wbije mi się w ramię, przetnie arterie, zniszczy to, co mogło się komuś we mnie spodobać.

Później powiedział, że powinnam mu podziękować. Zmienił moją rękę w dzieło sztuki.

Noszę teraz długie rękawy. Lecz w nocy wodzę palcami po bliznach. I nie mogę się powstrzymać, by nie podziwiać ich rysunku. Jestem Głupią Niemową ze strzaskaną skronią, nierówną linią włosów i zniekształconym okiem. Nie jestem pod żadnym względem atrakcyjna. Z wyjątkiem tych misternych linii na prawym ramieniu, świadectwa jego władzy i mojego bólu.

A teraz ta piękna dziewczyna z wielkimi ciemnymi oczami… Zły Człowiek jej nie upiększy. Odetnie jej ucho. Wyłupi oko. Wyrżnie literę V na policzku i zostawi grube blizny na szyi. Odbierze jej całą urodę. Widziałam wcześniej, jak to robił, słyszałam krzyki dziewczyn, oglądałam je później, kuśtykające powoli korytarzami.

Gdy zmywam noże, Kucharka już mnie nie pilnuje. Wie, że nie mam w sobie woli oporu. Wie, że nie musi się obawiać kogoś tak słabego i upośledzonego umysłowo jak ja.

Nie mogę jednak opowiedzieć tej dziewczynie swojej historii. Nie mogę jej ostrzec przed tym wszystkim.

Posyłam jej tylko spod opuszczonych rzęs wymowne spojrzenie. Próbuję jej przekazać, że wiem, że też się boję i że nie jest sama.

I widzę, że piękna dziewczyna zaczyna się wahać.

Dziś w nocy umrze. Obie to wiemy. Nożyk jest za mały, ukradła go zbyt późno. Nie jest świadectwem woli oporu, ale przyznaniem, że wszystko stracone. Czasami czymś takim jest strach: chcesz tylko, żeby to się skończyło.

Dziewczyna zaczyna drżeć i robi znak krzyża. Moje oczy powiedziały jej zbyt wiele.

– Wy dwie! – wrzeszczy Kucharka. – Do roboty!

Ale dziewczyna nie jest w stanie powstrzymać drżenia.

Próbuję złagodzić siłę swojego spojrzenia, sprawić, by stało się ponownie puste, jak się tego wszyscy spodziewają, wyzbyte mrocznej wiedzy, której ostatnio zbyt często dostępuję. Żałuję, że nie mogę jej spytać o imię. Dodałabym je do listy, którą hołubię w głowie. Imię to coś tak drogocennego. Każdy powinien mieć przynajmniej tyle. Coś, co się nosi, zostawia po sobie, po czym jest się pamiętanym.

I może mój wzrok jest silniejszy ode mnie, bo dziewczyna nagle szeptem się przedstawia.

– Jestem Stacey. Stacey Kasmer. Moja rodzina…

Kucharka wali dłońmi w stół ze stali nierdzewnej.

– Nie zmuszajcie mnie, żebym do was podeszła! – krzyczy.

– …mieszka w małym miasteczku, o którym nigdy nie słyszałaś – mówi dalej dziewczyna. – Ale gdybyś ich spotkała… wydostała się stąd… a ja nie…

Nie kończy zdania. Obie wyczułyśmy, że coś się zmieniło. Zawsze działy się tu złe rzeczy. Ale teraz, kiedy przyjeżdżają jacyś ludzie, wszystko zaczyna toczyć się szybciej. O wiele za szybko.

– Powiedz moim rodzicom, że mi przykro – szepcze dziewczyna i nagle krzyczy: – Bierz ten talerz, zanim spadnie, durnoto!

W ostatniej chwili łapię przechylający się talerz, a potężnie zbudowana Kucharka, która lubi wymachiwać żeliwnymi garnkami, kijami od szczotek i marmurowymi wałkami do ciasta, rusza w naszą stronę.

Nóż znika, wciśnięty gdzieś pod spódniczkę dziewczyny. Nie wolno nam mieć kieszeni, więc nie mam pojęcia, gdzie go schowała. Swój wsadziłam za gumkę od majtek i Zły Człowiek musiał się tego domyślić, bo kiedy już ozdobił zawijasami moją rękę, zabrał mi je i oddał dopiero po sześciu miesiącach.

Kucharka łapie dziewczynę za ramię i odciąga na bok. A potem wymierza mi silny cios. W ogóle się tego nie spodziewałam i wpadam na ostry kant zmywarki, tak że wbija mi się w brzuch. Zanim udaje mi się odzyskać oddech, Kucharka uderza mnie jeszcze raz, a potem, na dokładkę, wymierza cios dziewczynie.

– Wracać. Do. Roboty.

Dziewczyna grzecznie dyga. Zastanawiam się, kim była w innym życiu. Tancerką? Cheerleaderką? Czy zwykłą dziewczyną marzącą o wspaniałej przyszłości? Większość z nich, kiedy tu przybywa, jest starsza ode mnie. Ja sama właściwie nie mam pojęcia, jak tu trafiłam.

Ale inne… Niektóre, jak sądzę, szukały tu pracy. Są tu również dziewczyny mówiące językami, których żadna z nas nie rozumie. Nie wydaje mi się, żeby same wybrały to miejsce. Nigdy nie zagrzewają tu zbyt długo miejsca. To Te, Których Nie Wolno Oglądać.

Choć ja próbuję je zobaczyć. Staram się zobaczyć wszystko.

Piękna dziewczyna… Stacey… odwraca się. Nie stawia zbyt pewnie kroków. Mam nadzieję, że Kucharka uzna, że zatacza się po uderzeniu. Dziewczyna robi trzy, cztery, pięć kroków.

I nagle to widzę. Kroplę krwi. Po której na podłogę kapią następne.

Głośny brzęk.

Nóż wypada jej spod spódniczki.

Trochę zbyt późno zerkam na Kucharkę. Może tego nie zauważyła. Może zdążę tam podbiec i go przydeptać…

Ale Kucharka patrzy prosto na nóż, na krew, na dziewczynę, która nie idzie już do przodu, lecz lekko się chwieje. Kucharka krzyżuje na piersi swoje potężne ręce.

– Głupia dziewczyna – mruczy.

Dłonie Stacey unoszą się, jej ciało osuwa się na podłogę i wtedy to do mnie dociera. Leży tam z otwartymi szeroko oczami, w powiększającej się kałuży krwi. Nie chciała czekać na to, co się wydarzy. Czekać, aż znajdą u niej nóż, odbiorą go, zrobią coś gorszego. Bo oni wiedzą wszystko, wyprzedzają każdą naszą myśl, a potem rozrywają nas na strzępy.

Ale coś takiego… Żeby przeciąć sobie tętnicę we własnym udzie. Nawet Zły Człowiek nic na to nie poradzi.

Stacey nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Widzę, jak gaśnie światło w jej oczach.

Ostatnie tchnienie i już jej nie ma. Rozglądam się gorączkowo dokoła. Chcę to zobaczyć. Duszę wychodzącą z ciała. Chcę zobaczyć, jak frunie w górę. Chcę wierzyć, że unosi się nad nami. Może jest już w połowie drogi do nieba. Może odnajdzie moją matkę, a ona weźmie tę biedną ładną dziewczynę w ramiona i szepnie jej, że jest bezpieczna.

Czy to jest jej dusza? Ta purpurowa smuga w rogu kuchni? Czy dusze są purpurowe? A może kolor zależy od osoby, bo kiedy widzę moją matkę, wydaje mi się zawsze srebrzysta. Tak naprawdę tego nie wiem. Po prostu chcę w to wierzyć. Muszę się o coś oprzeć, kiedy kałuża krwi sięga prawie do moich stóp.

– Posprzątaj ten bałagan – prycha Kucharka i wraca do stołu ze stali nierdzewnej.

Epizod dobiegł końca. Dziewczyna jest martwa, nasza niewola trwa dalej.

 

Wyłączam wciąż pracującą zmywarkę. Układam na półkach wysterylizowane talerze.

A potem podchodzę ostrożnie do leżącego na podłodze ciała dziewczyny. Omijając tę wielką plamę, tę kałużę krwi.

Przyklękam i delikatnie zamykam jej oczy. Ciemne gęste rzęsy spoczywają na bardzo bladych policzkach.

Zły Człowiek przyjdzie i zabierze jej ciało, zarzuci je sobie na ramię. Ja zmyję z podłogi krew. Minie kolejny dzień.

Ale teraz jest szczególny moment.

Ściągam wargi. Ponownie żałuję, że utraciłam przed laty tę zdolność, dzięki której, poruszając wargami i językiem, mogłam sformułować choć jedno słowo.

A na razie, w duchu, gdzie jestem silniejsza, mądrzejsza i dzielniejsza, niż kiedykolwiek będę w realnym świecie, szepczę „Stacey”.

Zapamiętuję jej imię. I po raz kolejny przysięgam, że za wszystko zapłacą.

Rozdział 9
KIMBERLY

KIMBERLY WYSZŁA ZA MĄŻ za prawdziwego trapera. Mac był agentem w Biurze Śledczym Georgii i uczył już ich dwie córki polowania, wędkowania, a pewnie i walki wręcz z niedźwiedziem. Ona za to była biegaczką. Lubiła biegać długimi krętymi alejkami wokół kompleksu budynków, w którym mieściło się jej biuro, albo – jeśli potrzebowała egzotyki – wiejskimi drogami.

Nie była wielką fanką gór. Nie sprzyjały temu ich nazwy w Georgii. Blood Mountain1. Slaughter Creek2. Nie mówiąc o tym, że kiedy była tu ostatnim razem, w ciąży, i ścigała seryjnego zabójcę, Blood Mountain okazała się godna swojej nazwy. Kimberly nigdy nie rozmawiała o tym z mężem. Blood Mountain to była tylko jej sprawa. „Znów to samo?”, pytał Mac, gdy dręczyły ją koszmary, a ona odpowiadała „Tak” i oboje odpuszczali sobie wyjaśnienia.

Człowiek przyjmuje do wiadomości różne rzeczy i idzie dalej, tak jak potrafi. Kiedy dręczyły ją koszmary, budziła się i zamiast wpychać upiory z powrotem do pudełka, wyjmowała je i pozwalała im się pobawić. Pamiętała tamtego chłopca i to, co zobaczyła na jego twarzy, nim odszedł, bo nikt inny tego nie zapamiętał, a on na pewno sobie na to zasłużył.

Biorąc pod uwagę tamte doświadczenia, trudno się dziwić, że malownicza Dahlonega przyprawiała ją o dreszcze. Trzymając obie ręce na kierownicy, Kimberly podjechała prosto pod biuro szeryfa, po wschodniej stronie zabytkowego miejskiego placu, jakich wiele w miasteczkach Georgii. Pośrodku był skwer z ławkami i drzewami, których liście szeleściły cicho w powiewach słabego wiatru. Stojący obok sądu szary niski budynek biura szeryfa prawdopodobnie dobudowano później i przypominał bardziej areszt niż siedzibę stróżów prawa, choć być może w tych stronach pełnił obie funkcje.

Otworzyła frontowe drzwi, poczuła na twarzy zimny podmuch klimatyzacji i zmusiła się, by wejść do środka.

To, że jutro rano po raz drugi w życiu ruszy Szlakiem Appalachów w poszukiwaniu zwłok, nie oznaczało wcale, że historia się powtarza.

Siedząca za biurkiem starsza pani w różowym swetrze uśmiechnęła się na jej widok. Była zaskakująco wysoka i barczysta, co bez wątpienia mogło jej pomóc zapanować nad niesfornymi gośćmi. Dokładny wzrost trudno było ocenić z powodu wielkiej platynowej koafiury odpornej na upał, wilgotność i siłę grawitacji. Kimberly podała jej rękę. Kobieta mocno ją uścisnęła.

– Francine Bouchard. Proszę mi mówić Franny. Wszyscy tak się do mnie zwracają.

– Dzięki. Jestem…

– Agentka specjalna Kimberly Quincy z biura FBI w Atlancie. Oczywiście. Szeryf spodziewa się pani.

– Zna pani wszystkich, którzy wchodzą przez te drzwi?

– W tych stronach nie sposób nie znać wszystkich, skarbie. Wody, herbaty, kawy?

– Wystarczy sam szeryf.

– O wilku mowa – wycedziła Franny, wskazując głową korytarz, w którego końcu pojawił się właśnie szeryf Smithers.

Wielki przysadzisty facet wyglądał zdaniem Kimberly jak typowy gliniarz z Południa. Ogorzała szeroka twarz z kurzymi łapkami w kącikach oczu świadczyła o tym, że często się uśmiechał i spędzał długie godziny na świeżym powietrzu. W tym zakątku gór miał pewnie na głowie wiele różnych spraw i żeby się wyrobić, pracował do późna w nocy. Zważywszy, że w nadchodzących dniach i tygodniach mieli ze sobą blisko współpracować, Kimberly tylko to cieszyło.

– Udało się dojechać? – zapytał, idąc do niej korytarzem.

– W górach zawsze jest pięknie – odparła, niekoniecznie zgodnie z prawdą.

– Wody, herbaty, kawy? Franny postawi panią na nogi. – Wskazał swoją recepcjonistkę, która wstała z krzesła. Była prawie takiego samego wzrostu jak on, a mimo to wyglądała całkiem elegancko z delikatnym złotym naszyjnikiem na szyi. Tylko kobiety z Południa potrafią tak o siebie zadbać, pomyślała z zazdrością Kimberly. Ona nigdy nie opanowała tej sztuki.

– Jeśli można, napiję się wody – zgodziła się tym razem. – Bardzo pani dziękuję.

Franny wyjęła z minilodówki za swoimi plecami butelkę wody, posłała Kimberly kolejny promienny uśmiech, po czym skinęła grzecznie głową, usiadła za biurkiem i skupiła ponownie uwagę na ekranie komputera. Szeryf zaprowadził agentkę FBI do siebie.

Nie miał specjalnie dużego gabinetu. W ciasnym pomieszczeniu stało zawalone aktami ogromne drewniane biurko z lat osiemdziesiątych. Szeryf zgarnął z niego trochę papierów i rozejrzał się za miejscem, w którym mógłby je położyć. W końcu umieścił je na ostatnim wolnym kawałku linoleum.

– Przepraszam. Nie mamy ostatnio czasu na porządki – mruknął. – Ani dość miejsca na cokolwiek. Przestaliśmy się tu mieścić jakieś dwadzieścia lat temu. Niestety, władze hrabstwa są innego zdania. Według nich jesteśmy miłą turystyczną osadą. W górach nie ma przestępczości, prawda? Szkoda, że nikt nie poinformował o tym miejscowych dilerów.

Kimberly dobrze go rozumiała. Wyborcy z wiejskich rejonów chcą wierzyć, że złe rzeczy zdarzają się tylko w dużych miastach. Tymczasem każdy diler wie, że dzięki niewielkiej gęstości zaludnienia te tereny nadają się idealnie na produkcję amfetaminy, plantacje konopi i działalność eksportowo-importową. Nie wspominając o tym, że ćpuny mieszkają wszędzie i wywodzą się ze wszystkich środowisk.

Kimberly i szeryfowi nie płacono jednak za to, by kwestionowali swoje niskie budżety, ale żeby robili, co do nich należy.

Zasiadłszy za masywnym biurkiem, szeryf Smithers zniknął prawie cały za zwałami akt. Kimberly usiadła naprzeciwko niego.

– Załatwiłem psy tropiące – oznajmił. – Dwa owczarki od kumpla, który zajmuje się poszukiwaniami i ratownictwem. Doświadczone psy, które obleciały cały świat, tak mi przynajmniej powiedział.

– Udało się je ściągnąć w tak krótkim czasie? – zdziwiła się Kimberly.

Szeryf wzruszył ramionami.

– To chyba dobrze. Ostatnio nie wydarzyła się żadna naturalna katastrofa ani tragedia, która wymagałaby ich obecności. Opiekun psów ma na imię Dennis. Mówi, że jego owczarki powinny pójść pierwsze. Zbyt dużo kręcących się po terenie ludzi psuje trop. To nie znaczy, że psy go nie znajdą… mocno to zaznaczył… ale będą musiały się bardziej napracować i szybciej się zmęczą. Biorąc pod uwagę wielkość terenu poszukiwań…

– Rozumiem.

– Zmienia to godziny pracy ochotników – podjął szeryf. – Nie mogę ich nawet wysłać do oznaczenia sektorów lasu, bo mogliby zniszczyć tropy.

Kimberly pokiwała głową.

– Uznałem więc, że ja i jeden z moich zastępców wybierzemy się tam skoro świt razem z Dennisem. Pozostali będą mogli wystartować dwie godziny później.

– Chciałabym ruszyć razem z psami.

Smithers wzruszył ramionami.

– Proszę bardzo, ale niech pani pamięta, że ekipa poszukiwawcza będzie potrzebowała kogoś doświadczonego. A ja mam tylko jednego dobrego zastępcę… Nie dwóch.

Najwyraźniej sugerował, że powinni podzielić siły i wtedy osiągną cel. On będzie koordynował działania psów, ona działania ludzi. W lasach psy przemieszczają się o wiele szybciej i potrafią sprawdzić więcej zakamarków niż ludzie. Kimberly musiała mu przyznać rację.

– Ma pan koordynatora poszukiwań? – zapytała.

Wiedziała, że upilnowanie wszystkich członków ekipy to połowa sukcesu. Od jakiegoś czasu nie kierowała już podobnymi akcjami w terenie, ale czytając raporty z tej sprawy, zrozumiała, że nie ma nic gorszego od zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań, w których połowa sektorów okazuje się nieobsadzona albo źle opisana. Szczegóły są ważne i następny dzień miał okazać się intensywnym ćwiczeniem z logistyki.

– Będzie nią Franny, nasza recepcjonistka. – Smithers wskazał podbródkiem korytarz. – Jest dobra. Dorastała w tych górach, zna dobrze wszystkich i wie, jak utrzymać w ryzach tych, którzy za bardzo się ekscytują. A także zwykłych głupców.

– Robi wrażenie – zgodziła się Kimberly. – Łatwo jej będzie wydawać polecenia własnym sąsiadom? To może się okazać problemem.

– Bynajmniej. Znam Franny od prawie trzydziestu lat, od czasów, gdy byłem tu zwykłym zastępcą. Pracowała jako kelnerka w moim ulubionym barze. I nagle zaszła w ciążę. Prawdopodobnie z jakimś żonatym facetem, ale nigdy tego nie zdradziła. W tamtych czasach ciężarna nastolatka nie miała lekko, zwłaszcza w naszych stronach. Ale Franny trzymała głowę wysoko i nie przejmowała się plotkami. Dalej pracowała w barze i dawała sobie radę ze wścibskimi koleżankami i osądzającymi ją krytycznie sąsiadami. Niestety, dziecko urodziło się martwe. Po kilku tygodniach Franny wróciła do pracy i nadal nalewała nam kawę i czyściła stoliki. Kiedy tam zaszedłem, spojrzała mi prosto w oczy. „Popełniłam już chyba w życiu dość błędów – oświadczyła. – Co pan proponuje?” Odparłem, żeby skończyła liceum i się do mnie zgłosiła. I tak też zrobiła.

– Imponujące – mruknęła Kimberly.

Szeryf pokiwał głową i odchylił się na krześle.

– Moim zdaniem powinniśmy jutro zacząć poszukiwania na początku szlaku. Ciało zostało oczywiście odnalezione dwa kilometry dalej, ale nie wiadomo, czy nie znajdziemy pojedynczych kości niżej. Nie chcę, żebyśmy mieli klapki na oczach.

– Zabójca nie chciał zostawiać zwłok zbyt blisko siedzib ludzkich, ale chce pan powiedzieć, że szopy pracze nie miały z tym problemu?

– Właśnie.

– Ilu mamy ludzi?

– Trzydziestu sześciu. W większości z okolicy. Niektórzy są doświadczonymi ratownikami, bo dość często szukamy zaginionych turystów. Oczywiście będą i tacy, którzy chcą się tylko pokazać.

Kimberly wiedziała, co ma na myśli szeryf: ludzi przyciągał sam fakt, że szukano w lesie czyichś szczątków.

– Ale mamy też kilku solidnych górskich przewodników i miejscowych myśliwych. Znają dobrze ten teren. Ziemię, po której wędrują ludzie i zwierzęta.

W uszach Kimberly zabrzmiało to całkiem nieźle.

– W takim razie do zobaczenia na szlaku o wpół do szóstej – powiedziała, wstając.

Smithers pokiwał głową.

– Czytałem o pani ojcu – rzucił nagle.

– Wszyscy znają mojego ojca.

– Niełatwo sprostać takiemu dziedzictwu.

– Dlatego dobrze, że stąpam twardo po ziemi.

– A ta detektyw z Bostonu i dwoje cywilów?

– Pracowałam z nimi już wcześniej. Dadzą radę.

– Nawet ta samozwańcza strażniczka prawa? Może i mieszkam na zadupiu, ale potrafię zajrzeć do Google’a.

Kimberly nie mogła się nie roześmiać.

– Flora jest czasem trudna. Ale wie o rzeczach, o których nie wie nikt inny. A jeżeli ta sprawa jest związana z Jacobem Nessem…

Szeryf powoli pokiwał głową.

– Kiedy pomyślę, że kręcił się tu gdzieś pod moim nosem… Albo nawet mieszkał, bo tak właśnie pani sądzi, prawda? Że miał w tych lasach jakąś chatę, rodzaj meliny…

– Sprytny z pana facet, szeryfie Smithers.

Zmierzył ją uważnym spojrzeniem.

– Choć robi mi się niedobrze na myśl, że w moim hrabstwie grasował ktoś w rodzaju Nessa, to ta druga alternatywa…

Że zwłok Lilah Abenito nie zakopał ktoś obcy, ale ktoś stąd, ktoś, kto dobrze zna te tereny i należy do miejscowej społeczności. Biorąc pod uwagę, jak jest niewielka, być może nawet jeden z sąsiadów albo znajomych.

Kimberly nie próbowała go nawet pocieszać, bo trudno byłoby jej znaleźć odpowiednie słowa.

Wyciągnęła rękę i zakończyli spotkanie uściskiem dłoni.