Czyste zło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyste zło
Czyste zło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Czyste zło
Audio
Czyste zło
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90  19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6
FLORA

ZA KIEROWNICĄ SIEDZI D.D. Samochód jest wynajęty na jej nazwisko i wiadomo, że nigdzie się bez niej nie ruszę. Keith siedzi z tyłu. Widziałam, że wahał się, czy do nas dołączyć. Jego troska o mnie walczyła z pragnieniem, by ruszyć za informatyczką z FBI i dobrać się do laptopa Jacoba. W końcu jednak wybrał mnie. Czy powinno mi to pochlebiać?

Żadne z nas się nie odzywa. Gapimy się przez szyby na jasne niebo i betonowy pejzaż Atlanty.

Już tu kiedyś byłam. W miejscowym szpitalu, po nalocie na pokój w motelu. Potem przesłuchano mnie w terenowym biurze FBI, które mieściło się wtedy gdzie indziej, w szkaradnym czarnym szklanym wieżowcu, wyglądającym jak siedziba jakiejś korporacji. Ten nowy ceglany budynek pasuje przynajmniej do image’u agencji rządowej. Ale nic tutaj nie budzi żadnych wspomnień. Nic… z niczym się nie kojarzy.

Nadal jestem dziewczyną z gór. Tym trudniejsze będzie dla mnie to, co czeka nas w drugiej części dnia: wyjazd na północ i szukanie ludzkich szczątków wzdłuż górskich leśnych szlaków. Las powinien być miejscem wytchnienia.

Ale ja mogę teraz myśleć tylko o Jacobie, który prowadzi ścieżką na śmierć jakąś biedną dziewczynę.

ANTROPOLOŻKA SĄDOWA, DOKTOR REGINA Jackson, energiczna czarnoskóra kobieta, wcale nie jest zaskoczona naszą wizytą, co oznacza, że agentka Quincy musiała do niej wcześniej zadzwonić. Ma na sobie turkusowy strój chirurga, na który zarzuciła biały laboratoryjny fartuch, a na nogach granatowe crocsy. Nie znam się zbytnio na sądowej antropologii, wiem tylko tyle, co zobaczyłam w telewizji. Zdziwił mnie ten strój chirurga. Czyżby wykonywała sekcję zwłok?

Mój wzrok przyciągają jej gęste czarne włosy, zwinięte z tyłu w ciasny kok, spod którego nie widać ani kawałka skóry. Keith też gapi się na nią szeroko otwartymi oczami, ale on traktuje wszystkich ekspertów kryminalnych z rewerencją, jaką inni ludzie rezerwują dla gwiazd sportu. Zanim mnie poznał, prawie cała jego wiedza o praktyce dochodzeniowej pochodziła z tego, co wyczytał w sieci na temat nierozwiązanych spraw. Teraz regularnie odwiedza bostońską komendę policji, bierze udział w odprawach FBI i ściska dłonie sądowym antropologom. Może zabrał się ze mną, bo spotykam się właśnie z takimi osobami?

Po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa doktor Jackson prowadzi nas długim sterylnym korytarzem, który kojarzy mi się ze szpitalami, kostnicami i budynkami rządowymi. Podłoga jest tu z polerowanego betonu, ściany pomalowano na popielaty kolor. Pod sufitem wiszą jarzeniówki. Na koniec dnia wszyscy muszą mieć cholerny ból głowy.

Doktor Jackson otwiera ciężkie podwójne drzwi i wchodzimy do dużego chłodnego pomieszczenia. W rogu widzę wejście do małego gabinetu. Obok widnieje tabliczka z jej nazwiskiem, ale doktor wcale nas tam nie prowadzi. Zamiast tego mija kilka dużych stołów ze stali nierdzewnej – na zwłoki, na kości? Po prawej stronie są rzędy metalowych regałów, wypełnionych pojemnikami, które wyglądają jak bardzo długie pudełka na buty – wszystkie w tym samym kremowym kolorze i wszystkie z nagryzmolonymi z boku czarnymi cyframi.

Numery spraw. A w środku zapewne kości. Dziesiątki, setki ludzkich szczątków.

Nasza trójka podąża w milczeniu za antropolożką. Słychać tylko stukot obcasów D.D. Przy przeciwległej ścianie stoją nakryte solidnym blatem szafki z jasnego drewna. Na blacie leżą najprzeróżniejsze narzędzia, papiery i rupiecie: to kolejna przestrzeń robocza. Na uprzątniętym miejscu widzę Lilah Abenito. Jej zrekonstruowana twarz przypomina rzeźbione popiersie. Świdruje mnie swoimi ciemnymi niewidzącymi oczami. Ma długie brązowe włosy, gęste brwi, delikatnie zarysowaną szczękę.

Wszyscy troje zwalniamy.

Młoda, myślę. Piękna. Niewinna.

Właśnie takie dziewczyny Jacob lubił niszczyć.

DOKTOR JACKSON WYJAŚNIA NAM metodologię rekonstrukcji twarzy.

– Mamy tu na szczęście miejscową artystkę, Deenah, którą uważam za najlepszą w całej okolicy. W realu jest rzeźbiarką i choć jak każda ekspertka preferuję naukowe podejście, wierzę jej, gdy mówi, że każda czaszka chce odzyskać swoją skórę.

Zerka na nas i zdaję sobie sprawę, że mówi serio. Dotykam palcami policzków. Czy moja czaszka kocha moją skórę? Widzę, że stojący obok mnie Keith robi to samo. Oboje się jednocześnie wzdrygamy.

– Pierwszy krok – kontynuuje doktor Jackson – to umieszczenie na czaszce markerów w celu ustalenia grubości tkanki miękkiej na czole, policzkach, szczęce i tak dalej. Kiedy markery zostaną umieszczone… a dokładne pomiary mogą zająć całe tygodnie… Deenah wypełnia przestrzeń wokół każdego z nich gliną. Używamy zawsze gliny koloru ziemi i barwimy oczy na brązowo. W teorii kości nie mówią nam nic o kolorze skóry, więc brąz jest uważany za barwę neutralną. W przypadku Lilah, biorąc pod uwagę jej latynoskie pochodzenie, kolor jest chyba dobrany trafnie.

Doktor Jackson mierzy nas uważnym spojrzeniem.

– Ostatnim krokiem jest sfotografowanie modelu. Deenah robi to osobiście. Ważne jest właściwe oświetlenie. Czaszkę trzeba sfotografować z różnych kątów. Zdjęcia są zawsze czarno-białe… jak mówiłam, nie mamy pewności co do koloru skóry. Umieszczamy je w ogólnokrajowej bazie osób zaginionych. W przypadku Lilah Abenito do identyfikacji doszło w ciągu kilku dni.

Doktor Jackson wymawia imię i nazwisko dziewczyny nieco ciszej i uświadamiam sobie, że ta sprawa stała się dla niej osobista. Pracowała razem z rzeźbiarką, chcąc, by odnaleziona czaszka przestała być anonimowa. Mając nadzieję, że dziewczyna doczeka się w końcu jakiejś sprawiedliwości, a jej rodzina jakiegoś zamknięcia sprawy.

– Kiedy dysponowaliśmy już nazwiskiem, poprosiłam o pełne akta sprawy Lilah, także o jej dane medyczne. Trafiłam w nich na notatkę na temat złamania lewej kości ramiennej, które udało się potwierdzić na podstawie oględzin szkieletu.

– Innymi słowy, jest pani pewna, że to ona – odzywa się D.D.

– Jeśli w tego rodzaju pracy można w ogóle mówić o absolutnej pewności.

– Ale nie udało się pani ustalić przyczyny śmierci?

– Szczątki Lilah składają się wyłącznie z kości. Niestety, jest wiele przyczyn śmierci, których nie można odkryć wyłącznie na podstawie oględzin szkieletu. Uduszenie. Przedawkowanie narkotyków. Otrucie. Nawet wykrwawienie. Jeżeli ostrze noża nie uszkodzi jakiejś kości, nie będziemy wiedzieli o zadanych ofierze ranach lub innych aktach przemocy, które doprowadziły do jej śmierci.

– Może nam pani powiedzieć, czy Lilah Abenito była torturowana? – Nie wiem, jak zadać to pytanie. – Chodzi mi o ślady cięć, zabawy nożem. Bardziej subtelnej, niepowodującej koniecznie ciężkich obrażeń.

– Gdyby ostrze dotarło do kości, to owszem, moglibyśmy to odkryć. Pod warunkiem oczywiście, że mielibyśmy tę kość. Niestety, w tym przypadku wciąż brakuje ważnych fragmentów szkieletu. Nie mamy na przykład prawie żadnych żeber. W tym momencie więcej jest rzeczy związanych z tymi szczątkami, których nie wiem, niż tych, które są dla mnie jasne.

– Ślady napaści seksualnej? – pyta D.D.

– Żeby to przesądzić, musiałabym mieć tkankę miękką.

– Ale to możliwe, że została porwana, zgwałcona i zabita?

– Na szkielecie mogą pozostać ślady po więzach, zwłaszcza jeśli ofiara była skrępowana przez długi czas.

Doktor Jackson zerka w moją stronę i uświadamiam sobie, że dobrze wie, kim jestem. To oczywiste. Machinalnie masuję prawą rękę. Wciąż mam sine blizny na obu nadgarstkach. Zdarzały się chwile, zwłaszcza na początku, kiedy szarpałam więzy tak mocno, że wrzynały mi się w ciało aż do kości.

To niemiła myśl. Wiedziałam, że Jacob będzie zawsze żył w mojej głowie. Ale gdy pomyślę, że nadal jest w moich kościach, że nawet jeśli przeżyję jeszcze pięćdziesiąt lat, po śmierci, kiedy zostanie po mnie tylko szkielet, wciąż będę dziewczyną, którą przez czterysta siedemdziesiąt dwa dni więził…

Keith muska lekko palcami mój łokieć. Jak zwykle zgaduje, o czym myślę.

– A co z opuszkami palców? – pytam. – Czy można stwierdzić jakieś ślady urazów? – Spowodowanych na przykład trwającym miesiące drapaniem wieka skrzyni nieróżniącej się rozmiarami od trumny?

– Nie mam żadnych kości paliczków do ewentualnego przebadania. Małe kości są w pierwszej kolejności rozwlekane przez drapieżniki. Część może być poupychana w pobliskich norach.

– Fajnie będzie je przeszukiwać – mruczy D.D.

Antropolożka wzrusza ramionami.

– Chcecie więcej informacji, dostarczcie więcej kości. Na razie, na podstawie analizy degradacji lipidów w szpiku prawej kości piszczelowej, udało mi się ustalić, że do zgonu doszło piętnaście lat temu.

– Lilah zginęła przed piętnastu laty? – pytam niepewnie.

– Analiza degradacji lipidów? – powtarza pytającym tonem Keith.

– To całkiem nowa metoda ustalania czasu śmierci na podstawie szczątków składających się wyłącznie z kości. Wiemy, że lipidy pozostają w szpiku kości przez dziesiątki lat. Więc po pobraniu szpiku z piszczeli analizuję go przy użyciu spektrometru masowego wysokiej rozdzielczości i oceniam poziom rozpadu lipidów. W rezultacie mogę z dużym prawdopodobieństwem określić, że ta dziewczyna zmarła przed piętnastu laty. Czy mogę również stwierdzić, że została wtedy pogrzebana? Nie. Ale biorąc pod uwagę stan kości, wydaje się to całkiem możliwe.

Kiwam powoli głową i ponownie przyglądam się zrekonstruowanej twarzy Lilah Abenito.

Jeśli to, co mówi doktor Jackson, jest prawdą, Lilah zginęła, zanim jeszcze poszłam na studia, zanim tańczyłam beztrosko na plaży i obudziłam się z krzykiem w sosnowej skrzyni. Ale czuję się związana z tą dziewczyną. Choć nie znamy jeszcze odpowiedzi na wiele pytań, wiem, że patrzyła na wykrzywioną w szyderczym grymasie twarz Jacoba, wzdrygała się pod dotykiem jego tłustych paluchów, że uderzał ją w nozdrza smród jego ciała.

 

Sala konferencyjna robi się nagle bardzo mała. Zaciskam dłonie w pięści, próbuję się skupić. Wszyscy się na mnie gapią. Antropolożka, D.D., Keith. Myślą, że wybuchnę płaczem, załamię się, zacznę krzyczeć.

Ale nie chcę, żeby się nade mną użalali.

Nie dam Jacobowi tej satysfakcji.

– Ma pani jakieś wskazówki w kwestii szukania kolejnych szczątków? – zwracam się do doktor Jackson.

– Psy – odpowiada natychmiast. – Mam sprzęt laboratoryjny kosztujący miliony dolarów i zapewniam was, że nie może się równać z psim węchem. Widziałam na własne oczy, jak psy odkrywały stuletnie szczątki. Trudno powiedzieć, co konkretnie wyczuwają. Na tym etapie nie ma tam żadnej materii organicznej, a kość nie różni się od wyschniętej gąbki. Ale psy zawsze wiedzą.

– Jaki w przybliżeniu powinien być obszar poszukiwań? – pyta Keith.

Doktor Jackson kręci głową.

– Nie sposób powiedzieć. Łatwiej oczywiście jest schodzić w dół. Kiedy szukamy czaszki, która się stacza, to może być słuszne podejście. Ale czaszkę akurat mamy. Szukamy kręgów, żeber i kości paliczków, a wiele zwierząt, chcąc ukryć swoje skarby, kieruje się nie w dół, lecz w górę.

– Innymi słowy, mamy się wspinać. – D.D. wzdycha ciężko.

– Odnajdywałam kości w spróchniałych drzewach – dodaje antropolożka. – W gnijących kłodach buduje sobie fantastyczne nory wiele małych zwierząt. Tam właśnie powinniście szukać.

– To znaczy, że mamy opukiwać rosnące w pobliżu drzewa? – pyta zniecierpliwiona D.D.

– Otóż to.

D.D. otwiera szerzej oczy.

– Byłaś kiedykolwiek w lesie? – pytam, bo nie mogę się powstrzymać.

– Szłam kiedyś szlakiem – odpowiada niepewnie. Zdaję sobie nagle sprawę, że D.D. jest nie tylko policjantką z wielkiego miasta, ale też stuprocentowym mieszczuchem.

– A ty? – pytam Keitha.

– No, nie wiem… mam chyba gdzieś zdjęcie drzewa. Może na wygaszaczu ekranu?

– Mój Boże, jestem tu jedyną osobą, która dorastała na łonie natury.

– Nie możemy wszyscy dorastać w Maine – rzuca gderliwym tonem D.D. – Bo to w końcu Maine.

Teraz czuję się tym bardziej za wszystko odpowiedzialna.

– Coś jeszcze? – Patrzę na doktor Jackson.

Przygląda mi się przez dłuższą chwilę.

– Badajcie topografię terenu. Wypatrujcie, którędy płynie woda. Niech psy tropią każdą najmniejszą strugę, ponieważ często spływają nimi małe kości. Zwracajcie szczególną uwagę na naturalne spiętrzenia, bo mogły tam utknąć jakieś części szkieletu. W tym stadium rozkładu przypominają niewielkie okorowane patyki, więc przygotujcie się na to, że będziecie brodzić w wodzie i badać z bliska różne odpadki. Na koniec szukajcie śladów aktywności zwierząt i ich nor. Na początku procesu rozkładu najgorsze są szopy pracze. Potrafią wślizgnąć się nawet do wnętrza klatki piersiowej i obgryzać żebra, nie mówiąc już o szkodach, jakie zadają dłoniom.

Spaliłam kiedyś żywcem faceta. Ale kiedy tego słucham, robi mi się niedobrze.

– Małe gryzonie… szczury, myszy, wiewiórki… kradną kości, kiedy wyschną. Wiele brakujących żeber i kości paliczków może leżeć w ich norach. Dlatego nie możecie wyłącznie wpatrywać się w ziemię. Musicie bacznie się rozglądać i jeśli możecie, poprosić o pomoc miejscowego eksperta od dzikiej przyrody. Kogoś, kto potrafi wytropić niewielkie zwierzęta. Prowadziłam kiedyś poszukiwania, w trakcie których znaleźliśmy ramię i pół klatki piersiowej w norze kojota. Tego rodzaju znalezisko może mieć dla nas kolosalne znaczenie. Rozumiem, że skompletowaliście już grupę poszukiwawczą?

Doktor Jackson zerka na D.D., a ta kiwa głową.

– Obowiązują standardowe zasady – ciągnie antropolożka. – Podzielcie teren na sektory i przeszukujcie je jeden po drugim. I… nasłuchujcie. – Spogląda na zrekonstruowaną twarz Lilah. – Kości mówią. A wszystkie dzieci chcą po prostu wrócić do domu.

Rozdział 7
D.D.

D.D. RZADKO OPUSZCZAŁA NOWĄ Anglię. W Georgii była wcześniej tylko raz, gdy przesiadała się na lotnisku w Atlancie. Teraz, korzystając z zamontowanego w wynajętym aucie GPS-u, wyjechała ze stolicy stanu na północ, w stronę gór.

– Pierwszym dużym miastem, przez które będziemy przejeżdżać, jest Dahlonega – trajkotał z tyłu Keith, wpatrzony w ekran smartfona. – Uważana za bramę Szlaku Appalachów. Tak się składa, że w tysiąc osiemset dwudziestym ósmym roku właśnie tam zaczęła się gorączka złota w Stanach Zjednoczonych. Wiecie, skąd pochodzi słynne powiedzenie „W tamtych górach jest złoto”? Właśnie z Dahlonegi.

– Ciekawe – mruknęła D.D., bo ktoś musiał coś na to odpowiedzieć, a po wyjściu z gabinetu antropolożki sądowej Flora przestała się odzywać.

– Dahlonega słynie ze swojego zabytkowego miejskiego placu. Miasto otaczają winnice i luksusowe ośrodki odnowy biologicznej. Jest jakaś szansa, że tam się zatrzymamy?

D.D. głośno się roześmiała.

– Witaj w świecie prawdziwej policji. Zatrzymujemy się w najtańszych pensjonatach, jemy pizzę i jesteśmy z tego dumni.

– Ja nie jestem prawdziwym policjantem…

– Możesz zamieszkać, gdzie tylko chcesz – zapewniła go D.D. – Ale nie oczekuj, że będziemy do ciebie dzwonić z każdą ekscytującą informacją.

Keith ciężko westchnął.

– Zdaniem agentki Quincy – podjęła D.D. – miejscowy szeryf…

– Nazywa się Smithers – przerwał jej Keith. – Objął urząd przed dwudziestu laty. Aktywny w Edukacji na rzecz Przeciwdziałania Narkotykom, w jej ramach prowadzi zajęcia w miejscowych szkołach. Jest także bardzo dumny ze swojego programu Bezpiecznych Polowań i z kursów obchodzenia się z bronią dla cywilów.

Komputerowy nerd, w dodatku udający, że wie wszystko.

– Szeryf Smithers udostępnił swoje biuro na siedzibę zespołu roboczego – powiedziała D.D. – Mieści się w samym środku hrabstwa, niedaleko Dahlonegi. W tym momencie stara się zarezerwować dla nas kilka pokoi w miejscowym motelu. Dowiemy się więcej, kiedy tam dotrzemy.

– Ale punkt zero oddalony jest od Dahlonegi przynajmniej o trzydzieści kilometrów – zauważył Keith, który bez wątpienia sprawdził to wcześniej na mapie.

– Zgoda, ale jeśli przyjrzysz się miejscowości, o której mowa, to tylko punkt na mapie. Jest tam podobno jeden sklep z mydłem i powidłem, kilka uroczych pensjonatów, restauracji i na tym koniec.

– Nazywa się Niche – uściślił szybko Keith. – Położone w odległości prawie dwóch godzin jazdy na północ od Atlanty, na wysokości dziewięciuset metrów, znane z czystego górskiego powietrza, sklepów z pamiątkami i łatwego dostępu do Szlaku Appalachów. Mieszkańcy, w liczbie trzech tysięcy, żyją głównie z turystyki, ale buduje się tam również coraz więcej osiedli dla seniorów, których przyciągają do tego miejsca uroki życia w małym miasteczku oraz piękno natury.

– Łatwo tam dojechać? – odezwała się w końcu Flora.

Wzrok miała utkwiony w szybie. Ostentacyjnie przyglądała się krajobrazowi, lecz prawdopodobnie wciąż miała przed oczami zrekonstruowaną twarz Lilah Abenito. D.D. mogła powiedzieć to samo o sobie.

Nie wiedziała, co myśleć o wyrażonej przez Florę chęci „spotkania się” z ofiarą. Uważała, że dziewczyna za bardzo obwinia się o to, że poddała się terrorowi Jacoba Nessa. I właściwie nie wiedziała, w jakim stopniu jej działalność w roli samozwańczej strażniczki prawa wynika z chęci zapewnienia sobie bezpieczeństwa, a w jakim z potrzeby pokuty.

– W Dahlonedze kończy się stanowa droga numer czterysta, którą teraz jedziemy – oznajmił Keith. – Potem są wiejskie drogi, niektóre całkiem strome i kręte. Do Niche dojedziemy sześćdziesiątką.

– Coś tutaj wydaje ci się znajome? – zapytała D.D., zerkając na Florę.

– Wszystkie drogi wyglądają tak samo – odparła dziewczyna, wzruszając ramionami. – Minęliśmy kilka tirów, więc Jacob mógł podróżować tą trasą. Najczęściej jednak jeździł na linii wschód-zachód, nie północ–południe.

– Z dzienników podróży Nessa wynika… – odezwał się Keith.

– Czytałeś jego dzienniki przewozów? – przerwała mu D.D.

– Pani nie?

– Nieważne.

– Najczęściej jeździł dwudziestką i osiemdziesiątkąpiątką. Ale jeśli przemieszczał się z północy na południe, o wiele sensowniejsza wydaje się międzystanowa siedemdziesiątkapiątka niż stanowa droga numer czterysta.

– Pamiętasz, żebyś kiedykolwiek była przewożona mniejszym pojazdem: samochodem osobowym albo pick-upem? – wypytywała dalej D.D.

– Nie pamiętam niczego zaraz po porwaniu. Tańczyłam na plaży i nagle… zorientowałam się, że leżę w sosnowej skrzyni w wilgotnej piwnicy. Kiedy powiedział, że musimy jechać, na zewnątrz stał jego ciągnik siodłowy. Bez przyczepy. Sama kabina.

– Zapamiętałaś coś z otoczenia domu? – zapytał Keith, wychylając się do przodu.

Flora pokręciła głową.

– Zawiązał mi na oczach opaskę, więc niewiele widziałam. Tylko wąskie szpary na górze i na dole. Miałam wrażenie, że otaczają nas wysokie drzewa. I czułam na policzkach rześkie powietrze. To było w górach. Zdecydowanie. Przypominało mi rodzinne strony.

– Okolice Niche słyną ze szlaków, przy których rośnie kalmia szerokolistna. W zimie pada tam śnieg. Generalnie to miejsce nie różni się aż tak bardzo od dzikich rejonów Maine.

Flora milczała.

– Kiedy stamtąd wyjeżdżał, nie widziałaś żadnych nazw miejscowości, drogowskazów, czegokolwiek? – nie dawał za wygraną Keith.

Obróciła się w końcu i na niego spojrzała.

– Leżałam w skrzyni. W ciężarówce też zbudował dla mnie specjalną sosnową skrzynię.

– Miał swoją ciężarówkę – odezwała się D.D. – Dobrze wiedzieć. Od momentu, kiedy zostałaś uratowana, minęło siedem lat, ale o Jacobie Nessie było bardzo głośno, zwłaszcza tutaj. Jestem pewna, że wiele osób wciąż go pamięta i może nie chcieć o nim mówić, gdy zobaczy jego zdjęcie. Ludzie z reguły nie chcą się mieszać w takie sprawy. Ale jeśli pokażemy im tak po prostu fotografię wielkiej ciężarówki, może nas to do czegoś doprowadzić.

Pochylony do przodu, z ramionami na wysokości przednich zagłówków, Keith pokiwał głową.

Wjechali do następnej miejscowości i D.D. zwolniła. Zobaczyli obsadzony pięknymi drzewami plac, parkowe ławki i niewysokie ceglane budynki z białymi fryzami. Bardzo malownicze, bardzo urocze.

– Dahlonega – ogłosił z tylnego siedzenia Keith.

Co ty powiesz, pomyślała D.D. Skręciła w prawo, przepuściła na przejściu pieszego i przyjrzała się uważniej otoczeniu.

– Skręcamy w lewo i jedziemy na północ do Niche – odezwał się ponownie Keith.

Flora nadal intensywnie wpatrywała się w szybę.

– Nieprawda – rzuciła D.D. – Zatrzymujemy się tu i jemy lunch. Widzę knajpę! – Z nagłym entuzjazmem wjechała na parking, a Flora zbudziła się w końcu z letargu.

– Nie! Musimy jechać do Niche, spotkać się z szeryfem i zacząć poszukiwania. – W jej głosie brzmiała desperacja.

– Która jest godzina? – zapytała D.D.

– Parę minut po drugiej – poinformował ją Keith.

– Ile czasu zostało do zachodu słońca?

Spojrzał na ekran smartfona.

– Pięć godzin i czterdzieści siedem minut.

– Czy teren poszukiwań został podzielony na sektory? Zgłosili się ochotnicy? Dowieziono psy?

Teraz to Keith i Flora wbili w nią wzrok.

– Dzisiaj przygotowujemy dopiero całą operację – wyjaśniła D.D., trzymając dłoń na klamce. – Rano mieliśmy odprawę w Atlancie, teraz organizujemy punkt dowodzenia w Niche. Innymi słowy, do akcji przystępujemy jutro. Spędziliśmy pół nocy w samolocie, spaliśmy tylko kilka godzin, a ja zjadłam na śniadanie jednego banana i cztery pączki. Jeśli nie wrzucę czegoś na ruszt, zabiję was oboje.

Flora i Keith posłusznie wysiedli z samochodu.

– Poza tym musimy zaplanować własną strategię – dodała D.D., prowadząc ich do knajpy.

KIEDY USIEDLI, KELNERKA PODAŁA kawę i wodę. Keith zaczął pytać o jakiś dziwny białkowy omlet ze szpinakiem i fetą; zdaniem D.D., szkoda było knajpy na coś takiego. Flora oznajmiła, że nie jest głodna.

– Zamówisz coś i zjesz – powiedziała D.D., wciskając jej do ręki menu. – Jesteś członkiem zespołu roboczego i masz się wziąć w garść i zacząć normalnie funkcjonować. Jesteś nam to winna.

Dziewczyna posłała jej kolejne nieruchome spojrzenie.

– Wezmę owsiankę – zakomunikowała stojącej na baczność kelnerce.

 

– Tu jest Georgia, skarbie. Co powiesz na kaszę kukurydzianą?

– Może być.

– Do tego jogurt i świeże owoce – odezwała się D.D. – Ja poproszę o zestaw Hungry Man. Dwa słabo ścięte jajka, ciepłe bułeczki z masłem, szynka i co tam jeszcze uda się pani zmieścić na talerzu.

Kelnerka z aprobatą pokiwała głową. D.D. wiedziała, jak zamawiać jedzenie w takich miejscach.

– Co miała pani na myśli, mówiąc, że musimy zaplanować własną strategię? – zapytał Keith, gdy tylko kelnerka odeszła od stolika.

– Chodzi o to, że zespół roboczy to prawdziwy wrzód na dupie. Wielu ważniaków, z których każdy chce postawić na swoim, wiele różnych ekspertyz i wiele zmiennych elementów. – D.D. ze śmiertelnie poważną miną oparła łokcie na stole.

Flora, która budziła się chyba z letargu, zmierzyła ją szczerym spojrzeniem.

– Jutro zaczną się poszukiwania brakujących fragmentów szkieletu – powiedziała D.D. – Bierzemy w nich udział?

– Oczywiście – odparła natychmiast dziewczyna.

– Swoją drogą, jakie masz doświadczenie w szukaniu kości?

– Znam przynajmniej lasy – mruknęła Flora.

– To prawda. I jeśli chcesz to robić, nie będę cię powstrzymywać. Ale mogę ci powiedzieć, że w grupie poszukiwawczej najważniejsze będą psy. Słyszałaś doktor Jackson. Więc co ty możesz wnieść do tej grupy?

– Oczy. Stopy. Po rozmowie z doktor Jackson wiedzę, gdzie i czego należy szukać.

– Tymi informacjami podzielimy się oczywiście z resztą – zapewniła ją D.D.

– Nie bardzo rozumiem – odezwał się Keith. – Co mamy robić według pani?

D.D. uważnie mu się przyjrzała.

– Co najbardziej miałeś ochotę robić dziś rano? – zapytała.

– Przeanalizować zawartość laptopa Nessa – odparł natychmiast.

– Właśnie. Bo masz odpowiednie umiejętności. Bo w śledzeniu internetowej aktywności Nessa poczyniłeś większe postępy w dwa dni niż FBI w siedem lat. Dlatego powinieneś zająć się komputerem. A ty jutro chcesz iść do lasu?

Zerknął na Florę. W skórzanej kurtce i zielonym kaszmirowym swetrze wyraźnie odstawał od reszty klienteli. Zdecydowanie zbyt metroseksualny jak na tę okolicę. To, co włoży jutro, będzie z pewnością jeszcze bardziej odlotowe. Mimo to D.D. musiała mu oddać szacunek. Sądząc po spojrzeniu, jakie posłał Florze, miał zamiar iść tam gdzie ona.

– Jeśli chcecie brać udział w poszukiwaniach, możemy to zrobić wszyscy – zgodziła się. – Ale powinniśmy być szeregowymi członkami grupy. Musimy wnieść jakąś wartość dodaną. Innymi słowy, co możemy zrobić i co być może wiemy, czego nie mogą zrobić i czego nie wiedzą inni?

W tym momencie popatrzyła wymownie na Florę.

– Chcesz, żebym przespacerowała się po Niche – odparła powoli dziewczyna. – Przekonała się, czy czegoś nie poznaję. Tyle że ja nigdy nie widziałam tego miasteczka. – Podniosła głos. – Przeszłam tylko z tej głupiej piwnicy do tej głupiej ciężarówki.

Kelnerka wróciła z jedzeniem dla Flory i spojrzała na nią nerwowo. Ta odchyliła się na oparcie i kiedy na stole pojawiła się miska z kaszą, owoce i jogurt, spojrzała bez zbytniego entuzjazmu na swój zestaw.

– Zjesz to – rzuciła D.D. po odejściu kelnerki. – Bo jak nie, to wsadzę cię do następnego samolotu do Bostonu.

Odpowiedzią było wściekłe spojrzenie. I bardzo dobrze. Wściekła Flora była skuteczniejsza od przygnębionej.

D.D. poczekała, aż dziewczyna przełknie pierwszą łyżkę kaszy.

– Dodaj syropu klonowego – poradził jej Keith, widząc, jak się krzywi. – Albo miodu.

– Skąd wiesz?

– Czytałem.

– Czytałeś o kaszach?

– Lecąc do Atlanty…

Flora spojrzała na niego z ukosa, ale dolała do miski syropu. Druga łyżka była chyba lepsza.

– Możesz nie pamiętać samego miasteczka – podjęła D.D. – ale jesteś z nim w pewien sposób związana. Moim zdaniem nad tym właśnie ty i Keith powinniście popracować.

– Chwilę, myślałem, że jestem guru od komputerów!

– Niestety, laptop zabrała o wiele od ciebie ładniejsza ekspertka z FBI. Poza tym pamiętaj, co powiedziałam. Może i odkryłeś login i hasło Nessa w darknecie, ale niestety, stało się to o sześć lat za późno. Potrzebujemy czegoś więcej… albo przynajmniej czegoś aktualnego.

– Głupia ładna ekspertka z FBI – mruknął Keith i Flora po raz kolejny spojrzała na niego z ukosa.

Kelnerka przyniosła mu omlet z białek oraz zestaw Hungry Man dla D.D. Ta spojrzała na swój kopiasty talerz i zamruczała z radości. Od wielu dni nie była taka szczęśliwa.

– A zatem – wzięła do ręki widelec – nadal jesteś specem od komputerów. Przestań tylko myśleć o laptopie Nessa, a w każdym razie przestań o nim myśleć teraz. I pamiętaj, że szukamy dwóch rzeczy.

– Kości – mruknęła Flora, zanurzając łyżkę w jogurcie.

– Oraz chaty Nessa, w której byłaś na początku przetrzymywana. Czy któreś z nas zna się na szukaniu fragmentów szkieletu?

Oboje, Keith i Flora, pokręcili głowami.

– Moim zdaniem, powinniście przejść się po mieście ze zdjęciem ciężarówki Nessa i pytać o nią miejscowych. Ty – wymierzyła widelcem we Florę – będziesz widziała, czy ktoś ją rozpoznaje. A Keith może próbować się zorientować, czy ktoś rozpoznaje ciebie.

– Uważasz, że ktoś w Niche może mnie rozpoznać? – Flora zupełnie przestała się interesować kaszą.

– Musi być jakiś powód, dla którego przyjechał w te góry. Nie wiedzie tędy żadna ważna trasa ciężarówek, nie znaleźliśmy żadnych nieruchomości zapisanych na jego nazwisko. Co ponownie skłania nas do przekonania…

– …że ktoś mu pomagał – dokończył za nią Keith. – Wspólnik albo ktoś bliski.

D.D. pokiwała głową.

– To obiecująca teoria, zwłaszcza teraz, kiedy policja odkryła kolejne zwłoki, które można powiązać z jego modus operandi.

– On stąd nie pochodził – powiedziała powoli Flora. – Cała jego rodzina mieszkała na Florydzie. Mimo to przywiózł mnie tutaj. I Lilah Abenito chyba też. Dlaczego do północnej Georgii? Akurat tutaj, w to miejsce?

– I kto nam odpowie na te pytania? – podsumował Keith.

– Strategia… – odpowiedziała z pełnymi ustami D.D. – Jeśli chce się coś osiągnąć w zespole roboczym, trzeba iść własną ścieżką, wykorzystywać swoje mocne strony i bez względu na to, jak bardzo wtrąca się góra, robić to, co do nas należy. Nie przyjechaliśmy tu, by pić sobie z dziubków z federalnymi. Przyjechaliśmy, żeby dowiedzieć się czegoś nowego, czegokolwiek, o Jacobie Nessie. Czy to jasne?

Flora i Keith pokiwali głowami.

– Mimo to nadal chcę się jutro wybrać do lasu – oświadczyła cicho Flora.

– Po co?

– Ja po prostu… Muszę to zobaczyć. Muszę wiedzieć.

– Torturowanie się nie pomoże naszej misji, Floro.

– Wiem. Ale wciąż myślę o tym, co powiedziała doktor Jackson. Wszystkie dzieci chcą wrócić do domu. Jeśli uda mi się coś znaleźć, nawet jedno żebro, i to oddać… – Flora wbiła wzrok w stół. – Potrzebuję tego.

– W porządku. Jutro dołączymy do grupy poszukiwaczy. A potem…

– Potem pójdziemy na całość! – zawołał Keith.

D.D. zmierzyła go krytycznym spojrzeniem.

– Chyba za bardzo się tym wszystkim ekscytujesz – powiedziała.

Keith uśmiechnął się.

– To dlatego, że jestem w takim towarzystwie – odparł i po raz kolejny zerknął na Florę.

Detektyw sierżant Warren pokręciła z dezaprobatą głową.