Czyste zło

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czyste zło
Czyste zło
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Czyste zło
Audio
Czyste zło
Audiobook
Czyta Anna Szawiel
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W GÓRACH GEORGII ODNALEZIONO SZKIELET KOBIETY.

ALE PRAWDA O TEJ ZBRODNI WCIĄŻ JEST POGRZEBANA.

Sprawa psychopatycznego porywacza Jacoba Nessa pozostaje otwarta, choć on sam od dawna nie żyje. Agentka specjalna FBI Kimberly Quincy i detektyw bostońskiej policji D.D. Warren nieustannie szukają śladów, które pozwolą ujawnić prawdziwą skalę jego zbrodni.

Wydaje się, że makabryczne odkrycie w Appalachach ma związek z działalnością Nessa. Do małej mieściny w górach przyjeżdżają więc obie, Kimberly i D.D., i zabierają ze sobą jedyną osobę, która ma szansę poskładać nowe dowody w całość: Florę Dane, ocalałą ofiarę psychopaty.

W miasteczku wydarzyło się coś naprawdę złego. To, co z początku przypominało gotycką tajemnicę, staje się jeszcze bardziej przerażające, kiedy okazuje się, że najgorsze sekrety Nessa wciąż kryją się w mroku.

Jedynej pomocy śledczym może udzielić pewna młoda dziewczyna, która wprawdzie nie mówi, ale jej milczące wołanie o sprawiedliwość jest głośniejsze od krzyku.


LISA GARDNER

Amerykańska autorka powieści kryminalnych. Urodziła się i wychowała w Oregonie, studiowała na Uniwersytecie Stanu Pensylwania. Po opublikowaniu debiutanckiej książki, Mąż doskonały, która okazała się niesamowitym sukcesem, zajęła się pisaniem na pełny etat. Dotychczas do księgarni trafiło dwadzieścia jej powieści, z których większość miesiącami zajmowała czołowe miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”. Sąsiad został uznany przez International Thriller Writers za Thriller Roku 2010 i nagrodzony francuską Grand prix de lectrices de Elle. Książki Lisy Gardner ukazały się w ponad 30 krajach.

Autorka obecnie mieszka New Hampshire i kiedy nie pisze, zajmuje się ogrodem i zwierzętami, podróżuje lub wybiera się na piesze wędrówki.

lisagardner.com

Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

POWIEM TYLKO RAZ

CZYSTE ZŁO

Wkrótce

SAMOTNA

Tytuł oryginału:

WHEN YOU SEE ME

Copyright © Lisa Gardner, Inc. 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2021

Redakcja: Joanna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: © Miguel Sobreira/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-591-4

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2. FLORA

Rozdział 3. D.D.

Rozdział 4

Rozdział 5. KIMBERLY

Rozdział 6. FLORA

Rozdział 7. D.D.

Rozdział 8

Rozdział 9. KIMBERLY

Rozdział 10. FLORA

Rozdział 11. KIMBERLY

Rozdział 12. D.D.

Rozdział 13. KIMBERLY

Rozdział 14. FLORA

Rozdział 15. D.D.

Rozdział 16. FLORA

Rozdział 17. KIMBERLY

Rozdział 18. D.D.

Rozdział 19. KIMBERLY

Rozdział 20

Rozdział 21. D.D.

Rozdział 22. FLORA

Rozdział 23. KIMBERLY

Rozdział 24. FLORA

Rozdział 25. D.D.

Rozdział 26. FLORA

Rozdział 27

Rozdział 28. KIMBERLY

Rozdział 29. FLORA

Rozdział 30. KIMBERLY

Rozdział 31. D.D.

Rozdział 32. FLORA

Rozdział 33

Rozdział 34. KIMBERLY

Rozdział 35. D.D.

Rozdział 36. FLORA

Rozdział 37. D.D.

Rozdział 38. KIMBERLY

Rozdział 39

Rozdział 40. FLORA

Rozdział 41. D.D.

Rozdział 42

Rozdział 43. KIMBERLY

Rozdział 44

Rozdział 45. KIMBERLY

Rozdział 46. D.D.

Rozdział 47. FLORA

Rozdział 48

Epilog. BONITA

Podziękowania

Przypisy

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorce

5  Tej autorki w Wydawnictwie Albatros

 

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Prolog

10  Rozdział 1

11  Rozdział 2. FLORA

12  Rozdział 3. D.D.

13  Rozdział 4

14  Rozdział 5. KIMBERLY

15  Rozdział 6. FLORA

16  Rozdział 7. D.D.

17  Rozdział 8

18  Rozdział 9. KIMBERLY

19  Rozdział 10. FLORA

20  Rozdział 11. KIMBERLY

21  Rozdział 12. D.D.

22  Rozdział 13. KIMBERLY

23  Rozdział 14. FLORA

24  Rozdział 15. D.D.

25  Rozdział 16. FLORA

26  Rozdział 17. KIMBERLY

27  Rozdział 18. D.D.

28  Rozdział 19. KIMBERLY

29  Rozdział 20

30  Rozdział 21. D.D.

31  Rozdział 22. FLORA

32  Rozdział 23. KIMBERLY

33  Rozdział 24. FLORA

34  Rozdział 25. D.D.

35  Rozdział 26. FLORA

36  Rozdział 27

37  Rozdział 28. KIMBERLY

38  Rozdział 29. FLORA

39  Rozdział 30. KIMBERLY

40  Rozdział 31. D.D.

41  Rozdział 32. FLORA

42  Rozdział 33

43  Rozdział 34. KIMBERLY

44  Rozdział 35. D.D.

45  Rozdział 36. FLORA

46  Rozdział 37. D.D.

47  Rozdział 38. KIMBERLY

48  Rozdział 39

49  Rozdział 40. FLORA

50  Rozdział 41. D.D.

51  Rozdział 42

52  Rozdział 43. KIMBERLY

53  Rozdział 44

54  Rozdział 45. KIMBERLY

55  Rozdział 46. D.D.

56  Rozdział 47. FLORA

57  Rozdział 48

58  Epilog. BONITA

59  Podziękowania

60  Przypisy

Dla mojej pięknej mamy, mimo że na wieczorach autorskich opowiada, jak to wysadzała mnie na nocnik. Dzięki, że wierzysz w moje powieści, mamo, i dajesz mi odwagę, żebym próbowała. Kocham Cię!

Prolog

MOJA MAMA LUBI NUCIĆ pod nosem. Stoi przy kuchni, miesza jakąś potrawę albo jej próbuje i bez przerwy nuci, nuci, nuci.

Siedzę na krześle przy stole. Mam do wykonania zadanie. Ucieram ser. To łatwe. Queso blanco kruszy się przy pierwszym dotyku. Ale i tak jestem dumna, że biorę udział w przygotowywaniu posiłku.

Mama twierdzi, że nie trzeba być wcale bogaczem, by jeść po królewsku. Mówi tak pewnie dlatego, że bardzo lubi gotować. Wszyscy przychodzą do naszej kuchni, żeby zjeść jej domową salsę, jej niepowtarzalny sos mole albo moje ulubione małe cynamonowe churros oblane czekoladą.

Mam pięć lat, dosyć, by mieszać czekoladę, która topi się w garnku na kuchni. Lentamente, mówi mama. Ale też nie za wolno, bo się przypali.

Roztopiona czekolada jest gorąca. Za pierwszym razem wsadziłam do garnka mały palec, bo chciałam jej spróbować. Sparzyłam najpierw palec, a potem usta, gdy go oblizałam. Mama pokręciła głową, kiedy wybuchłam płaczem. Otarła mi fartuchem policzki i powiedziała, że ze mnie głupiutka chiquita i muszę dorosnąć i zmądrzeć. I nigdy już mam nie wsadzać ręki do garnków, w których coś się gotuje.

Ja to jej chiquita. Ona to moja mamita. Tak na siebie mówimy. Uwielbiam patrzeć, jak mamita krząta się po kuchni. Kiedy to robi, jest szczęśliwa. Na jej twarzy nie kładzie się cień. Wydaje się wyższa. Wygląda znów jak moja mama, a nie smutna kobieta, która wychodzi rano z domu w szarym uniformie pokojówki. Albo, co jeszcze gorsze, jak wystraszona kobieta, gdy wraca czasem w środku dnia, wciska mnie do szafy i ostrzega, żebym nawet nie pisnęła.

Zawsze słucham mamy. To znaczy, raz jej nie posłuchałam. Pobiegłam za brązowym szczeniakiem, bo chciałam go pogłaskać, i jakiś samochód przejechał obok mnie tak szybko, że poczułam wiatr we włosach. Chwilę później mama złapała mnie za ramię i na mnie nakrzyczała. Nie, nie, nie! Tak nie wolno! Dała mi klapsa i to zabolało. Potem siadła ze mną na czerwonej ziemi i płacząc i kołysząc się, trzymała mnie w objęciach. A to zabolało jeszcze bardziej. Jednocześnie kłuło mnie w brzuchu i piersiach.

– Musisz mnie słuchać, kochanie. Mamy tylko siebie. Więc musimy na siebie bardzo uważać. Ty jesteś moja, a ja jestem twoja, na zawsze.

Tamtego dnia otarłam łzy z policzków mamy. Oparłam czoło o jej drżące ramię i obiecałam, że zawsze będę grzeczna.

Teraz, kiedy mam pięć lat, sama chodzę do szkoły i sama z niej wracam. A potem siedzę sama przez całe popołudnie i to jest, jak mówi mama, nasz sekret. Innym mogłoby się to nie spodobać. Mogliby mnie zabrać.

Nie chcę, żeby mnie zabrali. Dlatego jestem dzielną dziewczynką. Wracam do domu, włączam nasz mały telewizor, oglądam kreskówki i czekam. Czasami rysuję. Uwielbiam kolorować i malować. I zawsze pamiętam, żeby po sobie posprzątać. Moja mamita ciężko pracuje, szorując i sprzątając po innych. Codziennie wychodzi w uprasowanym uniformie i wykrochmalonym białym fartuszku. I codziennie wieczorem wraca zmęczona i pozbawiona sił. A to są te dobre dni. Kiedy indziej wraca do domu smutna i przerażona i musi ściągnąć z siebie szary strój, włożyć kolorową spódnicę i ruszyć prosto do kuchni, by móc się znowu uśmiechnąć.

Teraz jest wieczór. Jemy burritos z gotowaną na wolnym ogniu czarną fasolą i kawałkami kurczaka. To musi być wyjątkowy wieczór, bo nie zawsze jemy kurczaka. Mięso dużo kosztuje, a my musimy oszczędzać.

Mama jest jednak szczęśliwa i miesza w garnku fasolę. W piekarniku pieką się tortille. Nasza kuchnia jest mała, ale jasna. Czerwone kafelki, niebieskie i zielone ściany. Garnki odziedziczone przez mamę po swojej matce, którą musiała opuścić dawno temu i której nigdy już nie zobaczy. Ale dostała je właśnie od niej, więc jej mama będzie z nią zawsze, a pewnego dnia będzie i ze mną.

– Człowiek nie potrzebuje wielu rzeczy – lubi powtarzać moja mama. – Potrzebuje tylko tych właściwych.

Słyszę dobiegające z oddali wycie. To kojoty, które do siebie śpiewają. Mamą wstrząsa dreszcz, gdy je słyszy, ale mnie się to podoba. Chciałabym odrzucić do tyłu głowę i wydać taki sam żałosny krzyk.

Zamiast tego nucę pod nosem jak mama. A potem bawię się z nią w moją ulubioną grę.

– Mamita – mówię.

– Chiquita – odpowiada ona.

– Bonita mamita – mówię.

Mama się uśmiecha.

– Linda chiquita – odpowiada.

– Muy bonita mamita.

– Muy linda chiquita.

Chichoczę, bo jesteśmy jedną drużyną, małą dwuosobową drużyną, i to my teraz śpiewamy do siebie.

Ale z ciebie głupiutka chiquita – mówi mama, a ja znowu chichoczę, kradnę kawałek queso blanco i przebieram pod krzesłem nogami z radości.

– Kolacja – ogłasza mama, wyjmując z piecyka tortille.

Kojoty znów wyją. Mama robi znak krzyża. Chyba cieszę się, że ja jestem jej, a ona jest moja.

ZŁY CZŁOWIEK PRZYCHODZI PO kolacji. Mama stoi przy zlewie i zmywa naczynia. Ja stoję obok i je wycieram.

Zły Człowiek puka do drzwi, mocno i głośno. Mama zastyga przy zlewie. Na jej twarzy pojawia się cień, lecz ja nie wiem, o co chodzi.

Wiem tylko, że się boi. A jeśli ona się boi, ja boję się także.

– Do szafy – szepcze do mnie.

Ale jest już za późno. Mężczyzna otwiera na oścież tylne drzwi i włazi do środka. Zajmuje prawie całe wolne miejsce. Kuchnia, zawsze w sam raz dla naszej dwuosobowej drużyny, teraz wydaje się strasznie mała.

Nie ma się w niej gdzie ukryć.

Widzę jego padający na ścianę wielki mroczny cień, który wydaje się bardziej cieniem bestii niż człowieka.

– Coś ty zrobiła? – pyta od razu mamę. Nie krzyczy. Mówi spokojnym, zimnym głosem. Słysząc go, cała się trzęsę i mam ochotę się przeżegnać.

– N…n…nic – odpowiada łamiącym się głosem mama.

Ona też cała się trzęsie. Wiem, że kłamie, i wie o tym także Zły Człowiek.

– Naprawdę myślałaś, że się nie dowiem? Naprawdę myślałaś, że mnie przechytrzysz?

Mama nie odpowiada. Wpatruję się bardzo długo w jej twarz. Jest nieprzenikniona i gładka, ale uświadamiam sobie, że rzeczywiście zrobiła to, o co oskarża ją ten mężczyzna. A on to odkrył. I teraz wydarzy się coś strasznego.

Jesteśmy dwuosobową drużyną. Chcę ją wziąć za rękę. Chcę być dzielną dziewczynką. Nie mogę jednak opanować drżenia nóg. Siedząc na moim małym taborecie, nie mogę się poruszyć.

Mama wstawia nagle garnek do zlewu. Grobową ciszę przerywa głośny brzęk.

– Może coś zjesz? – pyta mama. – Mamy na kolację burritos. Usiądź, proszę, zaraz ci podam. – Mówiąc o jedzeniu, odzyskuje spokój. Daje krok do przodu, stając między mną i mężczyzną.

– Jasne – odpowiada Zły Człowiek, ale coś w jego głosie sprawia, że znów przechodzi mnie dreszcz.

Żałuję, że nie ukryłam się w szafie. Ale teraz nie mogę już do niej wskoczyć. Nie mogę się poruszyć tak, żeby tego nie widział. Poza tym ta tkwiąca we mnie głupia, uparta, wsadzająca palec do gorącej czekolady dziewczynka nie chce nigdzie iść, nie chce zostawiać tej bestii w ludzkiej skórze sam na sam z mamą.

 

Mama bierze talerz, który przed chwilą wytarłam, i podchodzi do kuchenki, na której stoi garnek z zimną fasolą i niezjedzone przez nas tortille. Nie spieszy się. Bierze tortillę. Nakłada na nią łyżkę fasoli. Dodaje szczyptę tartego sera. Zawija tortillę i wkłada ją do piekarnika. Bierze z półki salsę i stawia ją na stole.

– Piwo – rzuca mężczyzna.

Mama podchodzi do małej lodówki i wyjmuje jedną ze stojących z tyłu puszek.

Wydaje się bardzo opanowana, ale bez przerwy miętosi palcami swoją jaskrawoczerwoną spódnicę.

– Siadaj ze mną – mówi mężczyzna, kiedy mama wyjmuje burrito z piekarnika.

– Muszę dokończyć zmywanie.

– Siadaj ze mną.

Mama siada. Zerka na mnie. Widzę po jej oczach, że próbuje mi coś przekazać. Siedzę na swoim taborecie i nie mam pojęcia co. Nie wiem, dokąd pójść, co zrobić. Musimy na siebie uważać, mówiła. Ale nie wiem, jak mam na nią teraz uważać.

Chcę po prostu, żeby Zły Człowiek sobie poszedł i żebyśmy znów były same w naszej kuchni.

Mężczyzna je burrito. Kęs po kęsie. Pije piwo. Nic nie mówi i od tego milczenia zaczyna mnie boleć brzuch.

Kiedy ostatni kęs burrito znika w ustach Złego Człowieka, mama wypuszcza z płuc powietrze. Opadają jej ramiona. Podjęła jakąś decyzję, ale nie wiem jeszcze jaką.

Mężczyzna zerka w moją stronę.

– Jest bardzo ładna – mówi.

– To jeszcze dziecko – rzuca chłodnym tonem mama i wstaje. – Wyjdźmy na zewnątrz.

On unosi brew.

– Co, próbujesz się stawiać?

– Chcesz pogadać? To wyjdźmy na zewnątrz.

– No, nie wiem. Podoba mi się w twojej kuchni. Jest tak przytulnie. Może powinnaś posprzątać ze stołu. Moglibyśmy pokazać twojej córce, w czym jesteś naprawdę dobra.

Mama wpatruje się w Złego Człowieka. I nagle obchodzi stół dokoła i rusza prosto na niego. Mężczyzna wzdryga się zaskoczony, a ja jestem dumna z mojej mamy, że się przed nią cofnął. Nie zwalniając kroku, mama trąca biodrem jego rękę, jakby chciała mu dać coś do zrozumienia. A potem otwiera na oścież tylne drzwi i zanim mężczyzna ma czas zareagować, wychodzi na zewnątrz.

Zły Człowiek w końcu wstaje. Długo mi się przygląda. Nie podoba mi się to, co widzę w jego oczach.

– Jak masz na imię, mała? – pyta.

Otwieram usta, ale nie pada z nich żadne słowo. Nadal za bardzo się trzęsę.

Mama woła go.

Mężczyzna rzuca mi ostatnie spojrzenie, po czym rusza w stronę drzwi.

– Głupia dziewczyna – mruczy.

Trzymam w ręce ściereczkę. Siedząc sama w kuchni, wpatruję się w nią, żałując, że nie zostało już nic do wytarcia. Żałując, że nie można cofnąć czasu i że nie mogę znów siedzieć przy stole, trąc ser i słuchając, jak mama nuci pod nosem.

Słyszę kolejne dźwięki. Głos mężczyzny, tubalny i wściekły.

Głos mojej mamy. „Nie!”, powtarza raz po raz. Najpierw stanowczo, potem uparcie, wreszcie błagalnie. Słyszę trzask i plaśnięcie. Kulę się. Rozpoznaję te dźwięki. Zły Człowiek ją bije. Mama znów się odzywa, ale mówi tak cicho, że prawie jej nie słyszę. Łamie jej się głos. Zranił ją i coś w niej pękło.

Gniewne głosy milkną. Wszystko zamiera. Cisza przeraża mnie jeszcze bardziej niż wcześniejsze hałasy.

Jesteśmy jedną drużyną. Mamy tylko siebie. Musimy na siebie…

Ostrożnie schodzę z taboretu i zbliżam się do otwartych drzwi. Wyglądam na zewnątrz.

Mama klęczy. Mężczyzna stoi nad nią i trzyma coś w ręce. To pistolet. Celuje z niego w głowę mamy.

W ogóle nie myśląc, puszczam się sprintem w jej stronę. Chcę wierzyć, że pędzę jak wiatr, ledwie widać moje śmigające dłonie i stopy. Podbiegam do mamy i rzucam się w jej ramiona.

Nie! – krzyczy mama. – Uciekaj! Uciekaj, chiquita, uciekaj!

Odgania mnie, mimo że łapię ją za ręce. Odpycha mnie od siebie.

– Uciekaj! – woła. – Uciekaj!

Widzę, że łzy płyną jej po policzkach. Widzę w jej oczach przerażenie.

Nie uciekam. Nie mogę.

Wyciągam do niej ręce. Mamy tylko siebie. Musimy na siebie…

Zły Człowiek pociąga za spust.

Później będzie mi się to śniło noc w noc. Później ta jedna chwila będzie wszystkim, co mi pozostało. Ostatni raz, kiedy się odezwałam. Ostatni raz, gdy słuchałam nucenia mamy. Ostatni raz, gdy wyciągałam ręce do kogoś, kto mnie kochał.

Kula rozrywa szyję mamy. Tryska krew. Jej ręka poniewczasie podrywa się w górę.

Kula leci dalej i trafia mnie w skroń. Przewracam się do tyłu. Ląduję na czerwonej ziemi. Półprzytomna, ranna, oszołomiona.

Zły Człowiek podchodzi do mnie. Dotyka palcami mojej szyi.

– Niech to szlag – mruczy.

A potem, tuż nim stracę przytomność, podnosi mnie z ziemi. Nie opieram się. Krew zalewa mi oczy. Patrzę przez tę krew na ciało mamy. I czuję, jak pali mnie kula, która przeszła przez nią i mnie raniła. Która mnie z nią połączyła.

Nie ma już naszej dwuosobowej drużyny.

Rozdział 1

– WODA?

– Jest.

– Batoniki granola?

– Są.

– Jabłka? Kanapki z masłem orzechowym i galaretką?

– Są. Są. – Janet podniosła wzrok znad prowiantu ułożonego na pikowanej kołdrze w pensjonacie. – Ile wody?

– Powiedziałbym, że dwie butelki na osobę – odparł Chuck. Wkładał akurat trekkingowe buty, tupiąc przy tym energicznie w drewnianą podłogę, żeby ułożyły się w nich dobrze pięty.

– Na dworze jest naprawdę gorąco – zauważyła Janet.

Uciekli na weekend z gorącej Atlanty w góry tylko po to, by odkryć, że na północy wilgotność powietrza jest niewiele niższa niż w mieście, które zostawili za sobą. Tego właśnie potrzebowali: fali upałów w Appalachach.

Chuck przeanalizował sprawę.

– Włóż lepiej po trzy butelki na głowę – odpowiedział. – Żebyśmy się nie odwodnili.

– Jasne – mruknęła Janet, starając się, by nie usłyszał w jej głosie sarkazmu. Tak jakby wiedzieli dobrze, co robią. Jakby trekkingowe buty Chucka nie zostały dopiero co kupione w sportowym markecie, a plecaki wyciągnięte z czeluści garażu jego rodziców. Ona nie postarała się nawet o prawdziwe turystyczne buty, zadowalając się tenisówkami. Chuck ostrzegł ją, że na szlaku może sobie skręcić kostkę. Tak naprawdę zależało jej na romantycznym weekendzie w pensjonacie. Byli ze sobą od roku – na tyle krótko, że nadal się starali, i wystarczająco długo, by weekend za miastem wydawał się świetnym pomysłem.

Ale górska wspinaczka? Chuck chyba właśnie tak wyobrażał sobie miło spędzony czas. Ona wolałaby seks i posiłki do pokoju, ale biorąc pod uwagę, jak jej chłopak chodził teraz tam i z powrotem, głośno tupiąc i ciesząc się ze swoich nowych butów, nie wchodziło to raczej w grę. Może pod koniec dnia. Zakładając, że którekolwiek z nich będzie wtedy w stanie się ruszyć.

– Masz mapę? – zapytała, bo była miastową dziewczyną i wiedziała, że będą jej potrzebować.

– Tak. Szlak jest zaznaczony. Pętla o długości siedmiu kilometrów, różnica wysokości sześćset metrów. Pestka.

Chuck zatrzymał się na chwilę, by poruszyć śmiesznie brwiami i zaoferować jej krzepiącego całusa. Janet wychyliła się i cmoknęli się w usta. Potrafił być czarujący, ze swoją strzechą brązowych włosów, gęstymi rzęsami i ciemnymi jak u szczeniaka oczami. I był wysportowany: w nieodległej przyszłości asystent prokuratora hrabstwa, rozładowujący frustracje z sali rozpraw na trasach półmaratonów. Biorąc pod uwagę, jak bardzo lubiła każdy centymetr ciała tego długodystansowca…

Dobrze, pójdzie w góry. Ludzie robią gorsze rzeczy z miłości.

Cofnęła się, złapała pierwszy plecak i stęknęła cicho, uświadamiając sobie, jaki jest ciężki.

– Zasłużymy sobie na te butelki wody – stwierdziła.

Chuck zarzucił sobie na plecy drugi plecak, jakby ten ważył tyle co piórko.

– Damy radę.

– Obiecujesz, że będziesz mnie niósł?

– Nie chcę się przeforsować. Nadal mam pewne plany na wieczór. Słyszałem, że widoki w wyższych partiach gór są niesamowite. Ale zastanawiam się… – nachylił się jej do ucha – czy nie lepszy byłby seks na szczycie góry.

– W strugach potu i z sosnowymi igłami pod pupą – odparła, lecz zdecydowanie przykuł jej uwagę.

Górska wspinaczka. Hm. Nie lubiła nawet siłowni. Ale wspaniała wycieczka połączona z obietnicą właściwej nagrody…

– Damy radę – powtórzyła za nim schrypniętym głosem. A potem po krótkiej walce z paskami plecaka wyszła z pokoju za swoim szczupłym, wartym grzechu chłopakiem.

BŁĄD PIERWSZY: TO CHUCK narzucił tempo. Był maniakiem treningów kardio i kręte, strome ścieżki górskie nie stanowiły dla niego żadnego problemu. Janet dostała zadyszki i szybko przeszła od romantycznych uniesień do snucia morderczych planów. Uznała, że w składzie ławy przysięgłych będzie co najmniej jedna kobieta. To z pewnością wystarczy, by uniewinniono ją od zarzutu spowodowania śmierci Chucka, do której musiało dojść, jeśli zaraz nie zwolni kroku, by ulżyć cierpieniom swojej dziewczyny.

Błąd drugi: Chuck włożył nowe buty. Po przejściu pierwszego kilometra zaczął gubić krok. A wkrótce potem krzywić się z bólu.

Janet była technikiem weterynarii, co czyniło z niej specjalistkę również od ludzkiego zdrowia. I oznaczało, że to ona musi zakończyć ten marsz śmierci, kazać Chuckowi usiąść na głazie i domagać się, by ściągnął but.

Na pięcie lewej skarpety widać było plamy krwi.

– Jezu, a tak krytykowałeś moje gówniane tenisówki – skomentowała, bo nie mogła się po prostu powstrzymać.

Chuck spiorunował ją wzrokiem i widziała, że on również nie myśli już o seksie, ale o poważnych uszkodzeniach ciała. Niektóre rzeczy nie są wcale tak zabawne, jak się powszechnie wydaje. Janet uznała, że należą do nich również górskie wspinaczki.

Kazała Chuckowi ściągnąć grubą skarpetę trekkingową. Choć siedzieli w cieniu, oboje byli zlani potem i z trudem łapali oddech. Janet już nigdy w życiu nie miała zamiaru opuszczać klimatyzowanych pomieszczeń.

Przetrząsnęła swój plecak i znalazła apteczkę, kolejny dokonany w ostatniej chwili zakup. Przejrzała jej skąpą zawartość i wyjęła maść antybiotykową i plastry opatrunkowe.

Chuck skrzywił się, gdy dotknęła jego pięty, a potem zaczął wydawał ciche, piskliwe odgłosy. To tyle, jeśli chodzi o wizerunek bezwzględnego, niebiorącego jeńców asystenta prokuratora hrabstwa. On w tym związku miał być tym, który podchodzi do wszystkiego poważnie, ona – tą, która wniesie lekkość bytu.

Janet nie chciało się tłumaczyć mu, że nie wie, ile trzeba odwagi, by udzielać pomocy rannym zwierzętom, i jakim trzeba czasem być twardzielem, by uświadomić sobie, że dalsze leczenie nie ma sensu i tym spoglądającym na ciebie ufnie oczom możesz zaoferować tylko jedno ostateczne rozwiązanie.

Pozwoliła Chuckowi zachować resztki męskiej dumy, nakładając delikatnie maść antybiotykową na zdartą do żywego mięsa piętę, a potem nalepiając na nią plaster. Wiedziała, że nie jest to idealne rozwiązanie, bo sztywne buty dalej będą go obcierać.

– Powinniśmy wracać – zasugerowała.

– Nie ma mowy. Nie tak blisko szczytu.

– Do szczytu mamy jeszcze dwa kilometry, nie mówiąc o schodzeniu w dół.

– Poradzę sobie. To tylko głupi pęcherz.

– Nie mówiłeś kiedyś, że pęcherze to najgorszy wróg długodystansowca?

– To nie jest długi dystans.

– Jesteś szalony.

– Za to właśnie mnie kochasz.

– Myślałam, że za te twoje szczenięce oczęta.

– Nie mam szczenięcych ocząt! – Chuck wkładał już z powrotem skarpetę.

– To może za szczenięce włosy? – Wiedziała, że i tak przegrała już tę potyczkę. Schowała apteczkę do plecaka i odwróciła wzrok, kiedy jej chłopak wsuwał stopę w but. Zgrzytał przy tym mocno zębami.

Wstała i patrzyła, jak Chuck zawiązuje sznurowadło, a potem kuśtyka, jakby nagle, cudownym sposobem, poczuł się lepiej.

Wyciągnęła z bocznej kieszeni plecaka butelkę z wodą i pociągnęła długi łyk. Wcale jej to nie pomogło. Była zgrzana, spocona i miała zdecydowanie dosyć.

CHUCK RUSZYŁ DALEJ. MIAŁ zamiar poharatać sobie stopę na dobre, nie było co do tego wątpliwości. Zedrze z niej całą skórę i będzie długo cierpiał. A ona będzie musiała słuchać jego utyskiwań. Przez całe dni. Tak jak w przypadku męskiej grypy, tyle że tu będzie chodziło o stopę.

Nowy cel: zdobyć szczyt, obejrzeć widok, strzelić sobie selfie, zejść na dół i nigdy nie wspominać o tym dniu.

Jej chłopak coraz mocniej utykał. Janet dreptała za nim, czekając, aż…

W pewnym momencie zatrzymał się tak nagle, że o mało na niego nie wpadła.

– Potrzebuję kija – powiedział.

– Kija?

– Czegoś w rodzaju laski. Chyba mi się przyda.

– Jasne.

Kij miałby spowodować, że nowy but nie będzie mu obcierał pięty?

Ale Chuck był teraz facetem, który ma plan. Doszli do miejsca, gdzie szlak skręcał. Teren był bardziej płaski, ale na tej wysokości drzewa rosły niższe i Janet nie widziała żadnych leżących na ziemi gałęzi. Jej chłopak zsunął plecak z ramion. Ona, choć nie do końca wiedziała, o co chodzi, zrobiła to samo, zadowolona, że przez chwilę odpocznie.

Oparli oba plecaki o głaz i Chuck zszedł ze szlaku, podążając głębiej w cień drzew. Janet nie bardzo się to spodobało, ale ruszyła w ślad za nim.

Wszędzie rosły niskie liściaste krzaki. Nie miała pojęcia, jak się nazywają. Między zaroślami wiodła ledwie widoczna wąska ścieżka. Chuck kuśtykał nią, wypatrując odpowiedniego kija, gałęzi, czegokolwiek. Janet co chwila oglądała się za siebie, na miejsce, gdzie zostawili plecaki.

Czy nie tak właśnie giną w górach ludzie? Kiedy schodzą ze szlaku i znika po nich wszelki ślad?

Chuck dotarł do niewielkiej polany. Grunt był tutaj bardziej płaski i kamienisty. Znaleźli się zdecydowanie z dala od utartych szlaków, cały teren pokrywała gruba warstwa zbutwiałych liści. Janet poczuła zapach pleśni i zmarszczyła nos. Ale na wprost przed nimi rosło wielkie liściaste drzewo, a wokół niego – tak! – leżało na ziemi wiele patyków.

Jej chłopak dokuśtykał do pnia drzewa i zaczął go obchodzić. Janet została z tyłu, zerkając kątem oka na ścieżkę, którą mieli wrócić na szlak.

– Hej, popatrz na to! – Chuck wyłonił się z drugiej strony pnia, trzymając w ręce pobielały kij.

Janet zmarszczyła czoło.

– Nie jest za krótki? – zapytała.

– Tak, oczywiście. Ale po prostu mu się przyjrzyj. Zobacz, jaki ma srebrzystoszary odcień, jaki jest gładki. – Przesunął palcami po całej długości kija. – Ani śladu kory. Jest doskonale przesuszony, a mimo to twardy jak skała. Ciekawe, jak długo tu leżał? Ile trzeba lat, by osiągnąć taki stopień fosylizacji?

Podszedł do niej bliżej i na jego twarzy znów pojawił się ten uśmiech. Jak u szczeniaka, który ma nową zabawkę, pomyślała. I w tym momencie przyjrzała się uważnie znalezisku.

– Chuck…

– Co? – zapytał, stając obok niej.

– To nie jest kij.

Podniósł to coś. Było długie, wysuszone i gładkie, dokładnie tak, jak to opisał. Z dwoma wyraźnie zaokrąglonymi gałkami na końcach.

Janet nie miała ochoty mówić tego, co musiała powiedzieć.

– To?

– To jest kość, Chuck. Jeśli miałabym zgadywać, udowa. I biorąc pod uwagę jej długość i grubość, nie należy do żadnego znanego mi zwierzęcia. Co oznacza…

Chuck rzucił kość na ziemię. I kiedy jej nieustraszony chłopak wydał z siebie głośny wrzask, plany Janet na weekend legły nieodwołalnie w gruzach.

PEWNE RZECZY ZABIERAJĄ WIĘCEJ czasu, niż ludzie skłonni byliby sądzić. Najpierw miejscowe biuro szeryfa musiało wysłać ludzi w góry, żeby zabezpieczyli teren. Potem wezwano stanową antropolożkę sądową, by potwierdziła, że to rzeczywiście ludzkie szczątki, i przeprowadziła pracochłonną ekshumację.

Sporządzono szkice. Przesiano ziemię w poszukiwaniu dowodów. Kiedy stało się jasne, że szkielet rozwłóczyli padlinożercy, poszerzono teren poszukiwań. Nieco dalej odkryto kilka mniejszych kości. Wielu innych nie udało się odnaleźć.

Po jakimś czasie antropolożka sądowa zabrała szkielet do Atlanty, w zacisze swojego laboratorium. Tam złożono kości w osobnym pudle i nadano sprawie numer. Laboratorium odwiedziło kilku ekspertów, a także studentów medycyny z czwartego i piątego roku. Wszyscy byli pod wrażeniem jakości znaleziska. Nikt nie potrafił udzielić odpowiedzi.