Szalone, złe i smutne. Kobiety i psychiatrzyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wprowadzenie

I. W PRZEDEDNIU

1. Szalona i zła

II. ROZWÓJ NOWEJ NAUKI

2. Namiętności

3. Szpital

4. Nerwy

5. Histeria

6. Sen

III. PRZEŁOM STULECI

7. Seks

8. Schizofrenia

9. Miłosne zaburzenia

10. Matka i dziecko

11. Psychiatra na całe życie

IV. W STRONĘ WSPÓŁCZESNOŚCI

12. Buntowniczki

13. Szaleństwo ciała

14. Molestowanie

15. Leki

Epilog

Podziękowania

Wybrana bibliografia

Przypisy

Tytuł oryginału Mad, Bad, Sad

Przekład JAN DZIERZGOWSKI

Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja RYSZARDA KRZESKA

Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK

Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL

Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 2008, Lisa Appignanesi

Copyright © for the translation by Jan Dzierzgowski

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021

Warszawa 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66671-16-4

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Josha Appignanesiego i Katriny Forrester,

moich dwojga wspaniałych dzieci,

które doprowadzają mnie do szaleństwa

i pozwalają mi zachować zdrowy rozum

Czyste Szaleństwo to najwyższy Rozum –

Gdy je przeniknąć Zrozumienia błyskiem –

A czysty Rozum to upadek w Obłęd –

Lecz Większość – jak we Wszystkim –

Narzuca swoje Kategorie –

Przyjmuj je – jesteś Normalny –

Odrzuć – czekają na Furiata

Kajdany i Kaftany

Emily Dickinson

(w przekładzie Stanisława Barańczaka)

Wprowadzenie

Najprościej będzie zacząć od tego, że opowiem tu o szaleństwie, złu i smutku oraz o tym, jak przez ostatnie dwieście lat rozumiano te kategorie. Rozgraniczenia między nimi oraz podejścia były po części ustalane i egzekwowane przez rozrastającą się grupę specjalistów: „lekarzy umysłów”. W XIX i XX wieku nazywano ich rozmaicie. Mieliśmy do czynienia z alienistami, psychiatrami, psychologami, psychoanalitykami, psychoterapeutami, neurologami i patologami; ostatnio dołączyli do nich neurobiolodzy i psychofarmakolodzy. Wszyscy ci specjaliści uważali, że w ten czy inny sposób docierają do ciemnych zakamarków ludzkiego umysłu i gromadzą wiedzę na temat jego funkcjonowania. Pomagali im kryminolodzy, sędziowie, statystycy i epidemiolodzy. Oraz, co najistotniejsze, pacjenci i pacjentki.

Opowiem więc także, w jaki sposób szaleństwo, zło i smutek – znane pod różnymi imionami w różnych okresach i różnie diagnozowane – były doświadczane przez kobiety. Szał, opętanie, mania, melancholia, rozstrojenie nerwowe, urojenia, aberracje behawioralne, dramatyczne tiki, namiętna miłość i nienawiść, seks, halucynacje wzrokowe i słuchowe, fobie, fantazje, zaburzenia snu, dysocjacje, rozmowy ze zmarłymi lub ze zmyślonymi przyjaciółmi, uzależnienia, samookaleczenia, głodzenie się, depresja – oto dramatis personae mojej historii. Czasami kryją się one za łacińskimi i greckimi nazwami, ukutymi przez diagnostyków, stąd choćby monomania, histeria, dementia praecox, schizofrenia czy anoreksja; czasami, jak choćby obecnie, na czoło wysuwają się naukowe akronimy: MPD, ADHD, OCD i tak dalej.

Leczenie umysłu, na dobre i na złe, nie sprowadza się wyłącznie do badania i zgłębiania tajemnic mózgu, psyche, emocji i czynów, ale też do interwencji mających na celu poprawę. Dlatego w książce nie mogę pominąć najprzeróżniejszych terapii: moralnych, chirurgicznych, galwanicznych, elektrowstrząsowych, farmaceutycznych, opartych na rozmowie, czasem nawet na pisaniu.

Od dawna zdawałam sobie sprawę, że zdrowie psychiczne jest rzeczą dość kruchą. Większość z nas mogła się o tym przekonać w ten czy inny sposób. Szaleństwo, a przynajmniej irracjonalność zawsze są na wyciągnięcie ręki. Każdy pamięta z dzieciństwa chwile, gdy rodzic nagle wpadł w furię. Ba, niektórzy pamiętają nawet (skądinąd słabiej) własne ataki gniewu. Wszyscy śnimy i czasem sny uporczywie nas męczą, nie dają spokoju. Przeskakujemy w nich w czasie i przestrzeni, czasem nagle zmieniamy postać, robimy się na przykład maleńcy niczym Alicja spotykająca Gąsienicę, i mogłoby się zdawać, że zaciągnęliśmy się jego opiumową fajką. Na jawie zdarza się, że człowiek prowadzi samochód i nagle zapomina, kim jest i dokąd jedzie. Niekiedy nasi zmarli bliscy nie chcą nas opuścić. Towarzyszą nam całymi dniami, jak gdyby byli obok nas w pokoju, bardzo blisko, zbyt blisko. Zdarza się, że ty albo twój partner budzicie się i nie możecie się zwlec z łóżka, bo cały świat zupełnie poszarzał, stracił blask i nigdy już go nie odzyska. Wszystko jest zbyt przytłaczające, zbyt trudne, zbyt ponure. Po co wkładać skarpetki, skoro i tak nic się nie zmieni? Prześladuje nas przygnębiający krzyk, że całe nasze życie jest nie takie, jakie być powinno – a potem pojawia się myśl, że tylko samobójstwo zdoła ów krzyk zagłuszyć.

Powyższe przykłady są najzupełniej powszechne, podobnie jak objawy występujące u osób ewidentnie zdrowych na ciele. Jeśli którykolwiek z przedstawionych tu stanów trwa długo albo się nasila – u naszych rodziców, dzieci, u nas samych – pojawia się lęk, a może również i wstyd. Człowiek ma obawę, że własny umysł stał się mu obcy. Wstydzi się czynów, słów i emocji, które wymykają się spod kontroli. Pragnie ukryć to za wszelką cenę albo znaleźć jakąś prostą fizjologiczną przyczynę. Żyjemy w społeczeństwie terapii, liczymy zatem, że wystarczy wizyta u lekarza pierwszego kontaktu albo specjalisty od psychiki, który przepisze nam tabletki zdolne nas wyleczyć.

Postanowiłam podjąć się pracy, której zwieńczeniem jest ta książka, częściowo dlatego, że dookoła zaczęło nagle przybywać newsów i badań w rodzaju: „Połowa Amerykanów na przestrzeni życia spełnia podane w DSM-4[1*] kryteria zaburzeń psychicznych”, „Jedna na pięć kobiet zachoruje na depresję”, „W czternastu krajach przeprowadzono badanie ankietowe poświęcone postrzeganiu niepełnosprawności: psychoza znalazła się na trzecim miejscu na liście chorób i zaburzeń, które zdaniem respondentów i respondentek zakłócają normalne funkcjonowanie. Uplasowała się przed paraplegią i ślepotą”. W latach 1992–2002 spożycie leków antydepresyjnych wzrosło o 234 procent[1]. Trzy czwarte kobiet osadzonych w więzieniach w Wielkiej Brytanii ma problemy ze zdrowiem psychicznym[2].

Owe porażające dane sprawiły, że zapragnęłam dowiedzieć się, czy wkroczyliśmy w epokę, w której smutek, szaleństwo, a co dopiero zło naprawdę się rozpanoszyły, czy też może zaczęliśmy diagnozować i opisywać za pomocą liczb zjawiska do tej pory klasyfikowane zupełnie inaczej lub w ogóle niekwantyfikowane? Mówiąc prościej, zaczęłam się zastanawiać, czy termin „zaburzenia psychiczne”, tak jak go dzisiaj rozumiemy, ma szerszy lub inny zakres znaczeniowy niż w czasie, kiedy dorastałam (które zdają się bardzo odległe), albo sto lat wcześniej. Historycy, podobnie jak powieściopisarze, z zawodowego obowiązku są nieufnie nastawieni do tego, co wokół uchodzi za oczywistość. Postanowiłam więc zbadać też, czy niepohamowana epidemia chorób psychicznych nie wiąże się aby z niepohamowanym przyrostem liczby potencjalnych leków. Wszak ilekroć słyszymy o odkryciu nowych pigułek, słyszymy też więcej o samej chorobie. Nasze złe samopoczucie lub cierpienie bywają przekształcane, by lepiej pasowały do kategorii diagnostycznych dominujących w danym okresie. Niekiedy tabletki lub inne formy terapii przynoszą realną poprawę, ale mogą też przyczynić się do pogorszenia samopoczucia, choćby nawet nauka wspierała je swym autorytetem. To zagadnienie również musiałam poruszyć.

 

Dziedzina zdrowia psychicznego to pole bitewne. Im bardziej postępuje medykalizacja cierpienia i złego samopoczucia, im więcej zachowań i stanów wpada w określoną szufladkę diagnostyczną, im szybciej przybywa chorych, tym szerszej oferty terapeutycznej domagają się ludzie. Chcą kolejnych tabletek i nowych rodzajów terapii, choćby nawet w postaci aplikacji komputerowych. Domagają się, by lekarze zajmowali się ich dziećmi, jeśli te zachowują się w niekontrolowany sposób i nie potrafią skupić uwagi (ADHD), mają myśli samobójcze lub odmawiają jedzenia. Społeczeństwo oczekuje też kontroli i nadzoru nad „zboczeńcami”, nad ludźmi stanowiącymi potencjalne zagrożenie dla siebie i innych – albo też oczekuje udzielenia im pomocy w uporaniu się z problemami, z którymi sami nie dadzą sobie rady.

Równocześnie jednak przybywa osób rozczarowanych lekarzami umysłów, również w ich własnych szeregach. Kolonizowanie przez medycynę naszego życia umysłowego i psychicznego oraz naszych emocji, wprowadzanie na rynek tabletek, dzięki którym rzekomo poczujemy się „lepiej niż dobrze” – wszystko to rozbudziło chyba zbyt wielkie oczekiwania, czego skutki obecnie widzimy. Założenie, że powodem smutku, nawet w najokrutniejszej postaci, jest brak równowagi chemicznej mózgu, to nie do końca pożyteczna hipoteza i niespecjalnie trafna. Będzie mi smutno, jeśli umrze mój pies. Owszem, fakt ten zainicjuje pewne procesy w moim mózgu, ale sama emocja ma w ostatecznym rozrachunku zewnętrzną przyczynę. Wszystko, co robią żywe istoty, począwszy od oglądania meczu piłki nożnej przez całowanie się aż po jedzenie, uruchamia skomplikowane reakcje chemiczne. Niemniej, choćbym wydzielała nie wiem ile serotoniny, pan Darcy nie zapuka do moich drzwi, Anglia nie wygra mistrzostw świata, kraje prowadzące wojnę nie podpiszą porozumienia pokojowego ani nie zostaną zatrzymane zmiany klimatu. Do żadnej z tych rzeczy nie doprowadzi również najnowsze cudowne rozwiązanie, czyli psychoterapia kognitywno-behawioralna. Lekarze umysłów zajęli się mnóstwem spraw w naszym życiu, choć prawdopodobnie byłoby lepiej, gdyby pozostawić je w społecznych albo politycznych sferach interpretacji i działania.

Zgłębianie historii szaleństwa i terapii ukazuje wszystkie te sprawy jak w soczewce. Niektórym mogłoby się zdawać, że zestawienie ze sobą różnych okresów historycznych, kategorii diagnostycznych i objawów sprawi, że ułoży się nam opowieść o postępującym rozwoju nauki, aż do obecnej epoki cudotwórczej medycyny i farmacji. Owszem, bez wątpienia wiemy więcej o działaniu układu nerwowego i o biochemii, niż śniło się Sigmundowi Freudowi czy Philippe’owi Pinelowi, twórcy alienizmu. Dysponujemy skuteczniejszymi lekarstwami, stawiamy wyrafinowane hipotezy. Choć jednak nasze diagnozy nie są już tak uproszczone jak kiedyś, a z całą pewnością zapanowała większa ich standaryzacja, choroby nadal się mnożą i przybierają coraz bardziej skomplikowane formy. Idea terapii przeniknęła cały świat Zachodu i niektórym wydaje się, że lekarze umysłów rozwiążą każdy problem. Tymczasem historia jasno pokazuje, że lekarstwa rzadko kiedy działają w stu procentach albo raz na zawsze.

Filozof Ian Hacking w typowym dla siebie stylu rzucił kiedyś uwagę: „Każde pokolenie dyktuje swoim wariatom określone zasady zachowania”. Antropologowie od dawna kolekcjonowali i porządkowali rozmaite manifestacje szaleństwa w obcych nam kulturach oraz praktykowane tam terapie. Zresztą kultury krajów rozwiniętych mimo globalizacji też nie są w tym względzie w pełni homogeniczne. W 2006 roku BBC wyemitowało program o Japonii, gdzie na skutek starzenia się populacji upowszechniła się ostatnio wyjątkowo dotkliwa forma „stresu”, określana przez specjalistów mianem „zespołu męża emeryta”. Japońskie kobiety tłumią strach przed rychłą zmianą życiową, która nastąpi, gdy ich mężowie przestaną chodzić do pracy i będą spędzali więcej czasu w domu, a kulturowe wzory posłuszeństwa i służby znajdą jeszcze uciążliwszy wyraz. Do objawów tego stresu mogą zaliczać się wysypka skórna, wrzody, astma i podwyższone ciśnienie[3].

Zbierając materiały do książki, uświadomiłam sobie, że objawy i diagnozy w poszczególnych okresach tworzyły całkiem spójną całość. Schorzenia i zaburzenia stawały się zwierciadłem swych czasów – powszechnych trosk, ograniczeń, lęków. Anoreksja to z reguły choroba epoki obfitości, a nie głodu. Depresja szerzy się, gdy panuje pokój i dobrobyt, a nie w latach wojny. Nikogo chyba nie zaskoczy, że obecnie, kiedy mamy dostęp do większej ilości informacji niż kiedykolwiek wcześniej, do najpowszechniejszych zaburzeń zaliczają się nadpobudliwość i brak koncentracji uwagi. Nic dziwnego: wszak lekarze umysłów definiują choroby, konstruują je, nazywają – czyli, mówiąc prosto, diagnozują je – a nawet sugerują. Pamiętajmy jednak, że pacjenci – i w ogóle ludzie – nie są bierni. Mówimy tu o chorobach umysłowych i psychicznych. Pacjenci, czy to szaleńcy, czy osoby zupełnie zdrowe, są równie podatni na rozpowszechnioną w społeczeństwie wiedzę jak lekarze. Potrafią się przed nią chronić lub wykorzystywać ją na rozmaite sposoby.

Historycy medycyny coraz częściej postrzegają chorobę jako produkt subtelnej gry między rozmaitymi perspektywami kulturowymi a twardą wiedzą z zakresu biologii (która skądinąd nieustannie się zmienia). Taki sposób ujmowania sprawy okazuje się w przypadku chorób psychicznych szczególnie trafny. W latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku George Man Burrows był pewny, że udało mu się dowieść związku między układem macicznym a zaburzeniami mózgu. Równie wielką pewność mają obecnie niektórzy lekarze i firmy farmaceutyczne, że przyczyny tak zwanej kobiecej dysfunkcji seksualnej sprowadzają się do funkcjonowania określonych hormonów[4]. U schyłku XX wieku panowało absolutne przekonanie, że przyczyną chorób psychicznych są reakcje chemiczne zachodzące w mózgu – tak przynajmniej głosiły firmy produkujące leki. Ale już w nowym stuleciu zmieniło się nasze postrzeganie biologii.

Jeśli nawet objawy i zaburzenia stanowią czasem pod pewnymi względami owoc współpracy między pacjentami a lekarzami, nie znaczy to oczywiście, że ból i cierpienie powodowane przez źle funkcjonujący umysł nie są realne. Interwencja medyczna naprawdę może przynieść poprawę, choć jej konkretna forma – opieka, tabletki, rozmowa terapeutyczna, czas spędzony z dala od rodziny – nie zawsze ma tak wielkie znaczenie, jak się niekiedy uważa. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że odsetek wyleczeń nie zmienił się zasadniczo w ciągu ostatnich dwustu lat (choć oczywiście trzeba pamiętać, że na przestrzeni tego okresu niekoniecznie leczono te same zaburzenia). Zmieniły się natomiast formy interwencji w przypadku skrajnych form manii czy urojeń.

Postanowiłam, że opowiem historię o objawach, diagnozach i leczeniu umysłów przez pryzmat doświadczeń kobiet. Powodów było kilka. Po pierwsze, znamy całe mnóstwo fascynujących opowieści o sławnych pacjentkach. Częściowo właśnie dzięki temu zorientowaliśmy się, że psychoprofesje stanowią w istocie konstrukt społeczny. Razem z Johnem Forresterem zajmowaliśmy się owymi zagadnieniami, pracując nad książką Kobiety Freuda.

Ale jest też „po drugie”. Otóż krąży obecnie mnóstwo statystyk, z których wynika, że kobiety częściej narażone są na problemy psychiczne zaliczane, by odwołać się do tytułu tej książki, do kategorii „smutek”. Informują nas o tym setki stron internetowych (niekoniecznie tylko dlatego, że kobiety stanowią większy odsetek wśród ogółu osób kupujących leki):

Kobiety są dwukrotnie bardziej narażone na depresję niż mężczyźni.

Depresja stanowi główną przyczynę niepełnosprawności kobiet.

Blisko 15 procent kobiet cierpiących na ciężką depresję popełni samobójstwo.

Około 7 milionów kobiet w Stanach Zjednoczonych cierpi na kliniczną depresję. W Wielkiej Brytanii jedna na dziewięć kobiet szuka pomocy w związku ze stanami lękowymi i depresją.[5]

40 procent osób składających wniosek o zasiłek z powodu niezdolności do pracy w Wielkiej Brytanii jako powód podaje chorobę psychiczną. Kobiety stanowią w tej grupie większość.[6]

Dane te są może nawet prawdziwe, a jeśli nie, to znaczy, że mamy do czynienia z wyjątkowo silnym złudzeniem kulturowym. Czasopisma w rodzaju brytyjskiego „Psychologies”, poświęcone łagodniejszym problemom z zakresu zdrowia psychicznego, zawsze mają na okładce zdjęcie kobiety, jak gdyby psychologia i w ogóle wszystko, co dotyczy zgłębiania (zaburzonych) umysłów i relacji, należały wyłącznie do sfery żeńskiej, nawet jeśli część lekarzy to mężczyźni. Nie jest więc zaskakujące, że dwie trzecie osób korzystających z konsultacji psychologicznych dla pracowników i pracownic uniwersytetu w Cambridge to właśnie kobiety[7].

Badania poświęcone kobietom, szaleństwu i lekarzom umysłów mają już długą historię. Wiele zmian dokonało się na tym polu, odkąd Simone de Beauvoir pierwszy raz zabrała się do jego eksplorowania, pisząc Drugą płeć. Owa książka dobitnie ukazała, że definicje kobiecości i męskości obowiązujące w danej epoce wiążą się ściśle z definicjami szaleństwa. Kto nie chce dopasowywać się do normy, ryzykuje, że otrzyma etykietkę dewiantki lub wariatki, a czasem też trafi do zakładu zamkniętego. Betty Friedan, Kate Millett, Germaine Greer i inne wybitne feministki drugiej fali uważały lekarzy umysłów za wrogów, agentów patriarchatu, którzy autorytatywnie przypisują kobietom określone cechy psychologiczne i tym samym zamykają je w pułapce, pacyfikują je za pomocą pigułek lub terapii, skazują albo na „dom wariatów”, albo na życie w ciasnych ramach konwencji. Feminizm tamtych czasów obiecywał zatem, że jeśli tylko kobiety zdobędą lepszą pozycję we wszystkich zawodach, ów stan rzeczy się zmieni.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku historycy wykazali istnienie pewnych ukrytych uprzedzeń w sposobie postrzegania i traktowania kobiet. Podkreślano ponadto, że z pozoru oczywiste i bezproblemowe idee postępu dziejowego czy obiektywności trzeba poddać krytycznej analizie. Stało się jasne, że choroba, podobnie jak gender czy biologia, nie są powszechnikami danymi nam raz na zawsze, istniejącymi poza kontekstem danej epoki czy społecznej percepcji. Okazało się, że historii psychiatrii nie da się opowiadać, jakby był to wspaniały marsz gościńcem nauki ku odkryciu twardych praw rządzących działaniem umysłu oraz ku lekarstwom na wszelkie choroby. Analogicznie dziś należałoby postawić pytanie, czy neurochemia i neuroobrazowanie, przy wszystkich swoich zaletach, faktycznie pozwolą odkryć prawdę ostateczną na temat umysłu i jego zaburzeń.

Napisałam tę książkę również po to, by przekonać się, czy wzrost liczby kobiet we wszystkich zawodach w dziedzinie zdrowia psychicznego przełożył się na zmiany obowiązujących praktyk – słowem, czy faktycznie poprawiła się sytuacja pacjentek i czy przedefiniowano „kobiece przypadłości”. Ostateczne ustalenia, przedstawione w ostatniej części książki, okazały się nie do końca takie, jakich bym sobie życzyła. Nie można jednak porzucić krytycznej analizy historii ani teraźniejszości tylko dlatego, że zmieniła się płeć głównych aktorów. Z drugiej zaś strony bez względu na moje osobiste pragnienie, by zupełnie oddzielić biologię od przeznaczenia, pod wpływem pracy nad książką musiałam uznać, że pewne wydarzenia w życiu kobiety – choćby poród lub menopauza – w niektórych przypadkach faktycznie wiążą się z większą podatnością na zaburzenia psychiczne.

Wybitny antropolog Clifford Geertz pisał niegdyś o „rozmytych gatunkach” – sposobie myślenia i pisania, który czerpie z wielu różnych, interdyscyplinarnych źródeł, ostatecznie umożliwiając tak zwany gęsty opis. Celowo sięgnęłam więc po bardzo rozmaite materiały, na pierwszy rzut oka mogące robić wrażenie przypadkowych. Będę przywoływała dzieła filozoficzne i podręczniki, notatki lekarzy, pamiętniki, listy, biografie i czasopisma popularne. Przekopałam się także przez prace akademickich historyków, którzy w ostatnich dekadach natrudzili się, by uzupełnić naszą wiedzę o różnych sposobach myślenia o człowieku i towarzyszących im praktykach. Cały czas starałam się przy tym skupiać na przypadkach pojedynczych osób. Studia przypadków są szczególnie pouczające. Pozwalają dostrzec, co dzieje się na przecięciu kultury, praktyk psychiatrycznych i choroby w danym okresie historycznym. Dzięki badaniu losów konkretnych ludzi dowiadujemy się o cierpieniu, które stanowi skutek danego zaburzenia, ale i o tym, jak żyje się z tym zaburzeniem. Nawiasem mówiąc, z historii takich płynie istotna lekcja: życie może być owocne, nawet jeśli przeplatają się w nim szaleństwo i smutek, a co dopiero zło.

 

Przyciągały mnie dwa rodzaje przypadków. Pierwszy pozwala retrospektywnie odtworzyć rozmaite sposoby myślenia powszechne w danym okresie. Posłużą temu historie Mary Lamb, Alice James, Celii Brandon, Sylvii Plath i Marilyn Monroe. Drugi rodzaj to przypadki, które przyczyniły się do przełomów w psychiatrii albo definiowania zaburzeń psychicznych – spotkamy tu Henriette Cornier, pannę Beauchamp, pacjentkę Charcota Augustine i Annę O., pacjentkę Freuda i Breuera. Historie tych kobiet przedstawiano publice, przez co objawy i diagnozy mogły się rozprzestrzeniać i być naśladowane. Ponieważ interesuje mnie zjawisko proteuszowego kształtowania się objawów, celowo nie stroniłam od osób sławnych. Weźmy choćby Sylvię Plath. W opowieści o niej spotykają się wybitny talent, depresja i samobójstwo. Z tego właśnie powodu Plath stała się ważnym modelem jednej z form kobiecości.

Książka zaczyna się w roku 1796 od Mary Lamb, w przededniu pojawienia się pierwszych lekarzy umysłów w nowoczesnym znaczeniu tego terminu (choć istniały już wówczas pewne prądy filozoficzne, które z czasem miały ukształtować praktykę owych lekarzy). Losy Lamb są znakomitym punktem odniesienia dla tego, co nadeszło później. W kolejnych trzech częściach przedstawiony zostanie rozwój nowej nauki, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Francji i wreszcie w Ameryce, aż do czasów współczesnych. Każdy rozdział skupia się na dominującym w danym okresie lejtmotywie kulturowym albo na rozpowszechnionych interpretacjach, które znajdują swój wyraz w kategoriach diagnostycznych i w objawach obserwowanych u pacjentek. „Teoria”, którą tu przedstawiam (o ile w ogóle można mówić o teorii), kryje się właśnie w owej strukturze książki i w sposobie doboru przypadków.

W miarę postępu prac stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że z rozmaitych przyczyn w poszczególnych okresach na pierwszy plan wysuwały się wybrane symptomy chorób psychicznych i że towarzyszyły im wybrane diagnozy lub wyjaśnienia. Za sprawą głęboko zachodzących procesów historycznych pewnego rodzaju zaburzenia i terapie nagle nabierają mocy (przy czym niekiedy te drugie pojawiają się najpierw, a dopiero potem dobiera się te pierwsze). Namiętności, nerwy, sny, seks, jedzenie, przemoc – każda z owych spraw miała swój złoty wiek, czy to jako objaw, czy też jako przedmiot naukowych analiz.

Co do terapii, zwyczajna ludzka troska (a wszak w ostatecznym rozrachunku dobra opieka lekarska sprowadza się właśnie do troski połączonej z silnym efektem placebo) bywa często skuteczniejsza niż metody naukowe. Dowodzą tego rozmaite pary, które spotykamy, interesując się historiami chorób psychicznych, czy to rodzeństwa, małżeństwa albo duety pacjentka-terapeuta. Osoby zajmujące się kształtowaniem polityki publicznej powinny zwrócić uwagę na fakt, że zasadniczo ilekroć rośnie populacja pacjentów zakładów psychiatrycznych, tylekroć spada populacja więzienna i odwrotnie. Bez względu na to, na jaką formę odosobnienia postawi się w danym czasie i miejscu, ludzka troska, zainteresowanie i opieka są autentycznie pomocne. Względnie rzadko zdarza się, by ktoś był szalony, zły lub smutny przez cały czas i przez całe życie. Cierpienie jest przerażające, nieznośne i niszczycielskie, również dla otoczenia, ale zdarza się, że po prostu samo odpuszcza: kiedy rzecz dotyczy szaleństwa i smutku, nie ma żadnych ścisłych reguł. Nadto historia uczy, że mimo szaleństwa, zła lub smutku człowiek może żyć pełnią życia i że prawdziwi bohaterowie i bohaterki trafiają się po obu stronach granicy między pacjentem a lekarzem, która przez ostatnie sto lat stawała się skądinąd coraz mniej wyraźna.

Słyszałam czasem pytania, dlaczego ja, autorka tworząca wcześniej literaturę piękną, postanowiłam zająć się historią nauki – zwłaszcza że o tej akurat dziedzinie pisało i pisze wielu praktyków. Czy sama mam jakieś doświadczenie zawodowe? Czy jestem pacjentką?

Odpowiadałam, że jako pisarka wierzę po prostu w spojrzenie z zewnątrz i że zawsze fascynowały mnie dziwactwa ludzkiego umysłu. Poza tym interesowanie się szaleństwem bywa niekiedy strategią przetrwania. W książce Żegnając umarłych opisałam moje dzieciństwo. Nie przypominało ono raczej telewizyjnego sitcomu: wychowali mnie rodzice, którzy po Holokauście uciekli do bezpiecznej Kanady. Z perspektywy czasu wydaje mi się też logiczne, że moja praca magisterska była poświęcona Edgarowi Allanowi Poemu, nękanemu przez umarłych i nieumarłych. Pracowałam ponadto na część etatu w nowojorskim wydawnictwie zajmującym się literaturą z zakresu psychoanalizy i przerabiałam ekspercki bełkot na porządną prozę. Obroniłam doktorat o konstruowaniu kobiecości przez wybitnych pisarzy z przełomu XIX i XX wieku: Henry’ego Jamesa (którego siostra Alice pojawi się w niniejszej książce), najwspanialszego psychologa wśród pisarzy, czyli Marcela Prousta, oraz Roberta Musila, sąsiada Freuda.

Moje późniejsze książki – Kobiety Freuda oraz powieści Memory and Desire [Pamięć i pożądanie], Sanctuary [Schronienie] i Paris Requiem [Paryskie requiem] – są przystankami na tej samej drodze. W każdej z nich pojawiają się postaci psychiatrów. Moja matka chorowała na alzheimera, co dobitnie uświadomiło mi, jak kruchy i zarazem niezwykły jest ludzki umysł. W tamtym czasie zaczęłam zapuszczać się na terytoria nauk ścisłych. Przez dwa lata mogłam obserwować Laboratorium Mózgu i Zachowań na Open University, gdzie neurolog Steven Rose prowadzi badania nad pamięcią. Oglądałam umysł i mózg z perspektywy biochemicznej dzięki lekturze rozmaitych publikacji i uczestnictwu w konferencjach. Wszystko to znalazło wyraz w mojej powieści The Memory Man [Człowiek z pamięci]. I rzecz jasna przygotowało mnie do pracy nad niniejszą książką.

Można powiedzieć, że pisałam Szalone, złe i smutne przez całe życie.