Marius Pośrodek - Misja słodyczeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Line Kyed Knudsen

Marius Pośrodek
Misja słodycze

Saga

Marius Pośrodek - Misja słodycze

Przełożyła

Agata Lubowicka

Tytuł originału

Marius Midtimellem - Mission Slik

Copyright © 2014, 2019 Line Kyed Knudsen i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrze?one

ISBN: 9788711867853

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Gdybym miał napisać jakąś historię, która mi się przydarzyła, zacząłbym pewnie od słów: „Był sobie zupełnie zwykły chłopiec, który miał na imię Marius i uwielbiał słodycze. I który potrafił być tak samo bezczelny, jak i miły”.

Ale sprawa wygląda tak, że chodzę dopiero do pierwszej klasy, więc jeszcze nie nauczyłem się pisać. To znaczy, potrafię napisać megaogromną ilość słów, ale kiedy przychodzi do zestawiania ich ze sobą, jest to bardzo trudne i zajmuje dużo czasu. Dużo lepiej wychodzi mi mówienie i dlatego wolę opowiedzieć historię o dniu, kiedy nasze piątkowe słodycze niespodziewanie zniknęły. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, tylko katastrofę i tego dnia nigdy nie zapomnę. Mówimy tutaj bowiem o naprawdę dużych ilościach słodyczy, które zaginęły: dwa wielkie opakowania z mieszanką Haribo. Moja rodzina to bowiem nienasycone głodomory, jeśli chodzi o słodycze. W szafce kuchennej prawie zawsze trzymamy paczki ogromnych rozmiarów zawierające żelki i pianki, niektóre o smaku lukrecjowym, inne owocowe w ponętnym kształcie tłustych larw. Które niestety wolno mi jeść tylko raz w tygodniu, a dokładnie w piątek wieczorem, kiedy w telewizji leci „Disney Show”. Dlatego piątek to oczywiście mój ulubiony dzień.


Ale zanim zacznę opowiadać historię słodyczy, które zniknęły, powinienem najpierw powiedzieć trochę więcej o sobie. Właśnie ukończyłem siedem lat i mieszkam w pierwszym domu na naszej ulicy. Mam dwoje rodziców i troje rodzeństwa. Mamy cztery zwierzątka domowe, a w moim pokoju stoi pięć zdalnie sterowanych samochodów i sześć pudełek z klockami Lego. Ale moja rodzina nie jest zwyczajna. To trochę przechlapane, bo sam jestem zupełnie zwyczajny. Mama często mówi: „Marius, nie jesteśmy do końca zwyczajni, ale to dobrze. Bycie zwyczajnym jest takie nudne”.

Ja z kolei uważam, że bycie niezwyczajnym jest beznadziejne. Oczywiście kocham moją rodzinę – no, może nie zawsze, jeśli chodzi o młodszą siostrę – ale bardzo chciałbym mieć zupełnie zwyczajną rodzinę. Mamę i tatę, którzy każdego dnia jadą samochodem do biura, pracują przy komputerze i uśmiechają się do wszystkich, i wychodzą do domu o szesnastej, i odbierają po drodze dwoje słodkich dzieci, które nigdy nie zachowują się niegrzecznie. A na kolację chciałbym jeść kotlety mielone albo pieczony schab i zwykłe lody waniliowe. Niestety w mojej rodzinie tak nie jest. Mama i tata nie mają pracy biurowej przy komputerach. Mama pracuje w domu i potrafi na przykład wyjechać gdzieś z walizką, a tata jeździ każdego dnia czarnym samochodem ubrany w brązowy roboczy uniform. Nie jemy też normalnych potraw, tylko same dziwne, bo mama nienawidzi zwykłego jedzenia.


„Zjemy dziś coś egzotycznego!” – woła mama każdego popołudnia i rzuca strzałką do gry. Wszyscy pochylamy wtedy głowy, ale mama szczęśliwie zawsze trafia do celu. Pośrodku ściany w naszej kuchni wisi wielka mapa świata. Na kolację jemy jedzenie przyrządzone w sposób, jak się to robi w kraju, w który trafia strzałka. Wczoraj na przykład mama zrobiła jakąś beznadziejną potrawę z kraju, który nazywa się Etiopia. Jedyne, co mi się podobało, to że wolno nam było jeść palcami. Już dawno narysowałem wokół Danii czerwone kółko i mam cichą nadzieję, że mama kiedyś trafi w nie strzałką, żebyśmy w końcu zjedli parówki albo pieczeń schabową z ziemniakami polanymi gęstym brązowym sosem.

O czym to ja jeszcze miałem powiedzieć... Aha, mam dużo rodzeństwa. Na przykład starszego brata dziwaka, który ma jedenaście lat, a na imię Otto. Raz przezwano go „kotkiem Otto”, ale teraz to surowo zabronione, bo Otto strasznie się rozgniewał, kiedy nasza młodsza siostra krzyknęła: „Kotek Otto w mieście!”. Zaczął wtedy prychać i przebierać nogami jak prawdziwy kocur. Mimo wszystko uważam, że z Otto jest niezły chojrak, bo w swoim pokoju trzyma prawdziwego żywego węża. Węża zbożowego o imieniu Król Karl, który każdego dnia zjada mrożoną mysz i potrafi leżeć zupełnie nieruchomo przez bardzo długi czas, tak że wygląda, jakby nie żył. Otto też zachowuje się bardzo cicho. Prawie nigdy się nie odzywa ani słowem, natomiast Oline jest jego zupełnym przeciwieństwem. Oline to moja starsza siostra wariatka, która ma trzynaście lat.


„Jestem strasznie brzydka!” – wykrzykuje Oline za każdym razem, kiedy przechodzi obok jakiegoś lustra. „Jesteś bardzo piękna!” – odkrzykuje do niej wtedy mama, i tak potrafią w nieskończoność, aż tata zwraca im szeptem uwagę, że Otto właśnie szuka swoich nauszników przeciwhałasowych. Wtedy wszyscy się uciszają.

Ale Otto i Oline są moim rodzeństwem tylko w połowie. Oczywiście, niedosłownie w połowie, jak na przykład pół litra mleka w proszku albo pół chleba posmarowanego topionym serkiem. To trochę skomplikowane i nasza młodsza siostra jeszcze tego nie pojęła. Wciąż nie rozumie, dlaczego Oline zwraca się do rodziców „mama” i „Klaus od Kawy”, a Otto z kolei mówi „tata” i „Hanne”. Ale ja to rozumiem. To dlatego, że Oline ma innego tatę, a Otto ma inną mamę niż moja. Mama i tata poznali się bowiem, zanim ja się urodziłem. I byli strasznie szczęśliwi, ponieważ każde z nich miało już dziecko, którego imię zaczynało się na literę „O”, ale nie mieli nikogo, z kim mogliby spać w jednym łóżku. Dlatego kupili duże łóżko i duży stary dom w centrum miasta, tata zabrał ze sobą Ottona, a mama wzięła Oline.

Otto i Oline mieszkają z nami tylko przez połowę czasu. Wygląda to trochę tajemniczo, że co chwila się wprowadzają i wyprowadzają. Trochę jak czary. I mama, i tata, i ja i moja młodsza siostra zachowujemy się trochę inaczej, kiedy nie ma z nami Ottona i Oline. Albo też stajemy się kimś innym, kiedy tutaj mieszkają. Trudno to jednoznacznie stwierdzić, ale kiedy ich tu nie ma, wtedy ja jestem najstarszym chłopcem w rodzinie i muszę pomagać przy nakrywaniu do stołu, wynoszeniu śmieci i być miły dla młodszej siostry. A kiedy trampki Oline i Ottona w każdy poniedziałek przekraczają próg naszego domu, jestem zmuszony krzyczeć dużo głośniej, żeby mama i tata o mnie nie zapomnieli. Z drugiej strony, dobrze jest raz na jakiś czas być zapomnianym. Mam wtedy święty spokój i mogę się bawić wodą w łazience ile dusza zapragnie albo mazać po ścianie za drzwiami do mojego pokoju.

Otto i Oline bardzo się od siebie różnią. Właściwie w ogóle nie są ze sobą spokrewnieni, ale nie można o tym mówić głośno, bo mama i tata się wtedy gniewają. „Jesteśmy jedną wielką, dziwną rodziną!” – krzyczy w takich chwilach mama, wymachując rękami.

Moja młodsza siostra ma na imię Marie. Bez wątpienia najsłodsza jest, kiedy śpi. Z otwartymi ustami i pieluchą w górze. Kiedy nie śpi, nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć. Ma na imię Marie, ale wśród przyjaciół nazywana jest Marie Krzykaczką, bo zawsze krzyczy, kiedy coś dzieje się nie po jej myśli. Jest bardzo młoda i wciąż trzyma się z przedszkolakami. „Marie ma tylko pięć lat” – tłumaczy mama, kiedy jestem bliski uderzenia Krzykaczki. „Dlatego masz być dla niej dobrym starszym bratem, Marius”.

Ale dość trudno być dobrym, kiedy Marie zawsze się tak głupio zachowuje. Mama tego w ogóle nie rozumie. Może i Marie ma tylko pięć lat, ale za to jest przebiegła. I myśli tylko o słodyczach. Sam chętnie przyznaję, że też kocham słodycze, ale moja siostra ma na ich punkcie obsesję. A ponieważ wolno nam jedynie jeść smakołyki w piątek, to Marie przez resztę tygodnia zajmuje się tropieniem wszystkiego, co może zaspokoić jej cukrowy głód, i czasami udaje się jej także dorwać się do naszych piątkowych słodyczy, uprowadzić je i pożreć wszystko w największym sekrecie, tak że w piątek o godzinie siódmej wieczorem, kiedy zaczyna się „Disney Show”, nic już nie zostaje. Wtedy mama się na nią gniewa, a Marie zaczyna się drzeć. A ja jestem megarozczarowany, bo przez cały tydzień cieszyłem się na tę chwilę, kiedy będę mógł zasiąść przed telewizorem ze swoją miseczką i napychać buzię słodyczami.


Na szczęście mamy duży dom. Kiedy więc Marie krzyczy, po prostu biegnę do piwnicy – do pokoju Ottona i Króla Karla albo na poddasze do Oline.

Wchodząc do pokoju Oline, nigdy nie wiem, czy akurat przytuli mnie serdecznie i wepnie we włosy giętą spinkę czy też rzuci mi lodowate spojrzenie i wypchnie za drzwi. Natomiast u Ottona zawsze jestem mile widziany. Tam więc udaję się najczęściej. Otto siedzi zawsze przed komputerem i gra w różne gry, a jeśli zachowuję się zupełnie cicho i nie hałasuję ani nie oddycham, wolno mi nawet usiąść obok niego. I kiedy siedzę tak cicho jak mysz pod miotłą przez minimum godzinę, Otto podaje mi klawiaturę. „Masz” – mówi krótko. „Rozwal wszystkich w zielonych mundurach”.

 

Robię zatem, jak mi nakazuje brat, podczas gdy Król Karl wije się w klatce, i siedzimy tak aż do pojawienia się mamy, która mnie stamtąd wyciąga. Mama nie jest bowiem zbyt szczęśliwa z tego naszego rozwalania wroga. I nie lubi Króla Karla.

Oline też go nie lubi. Jeśli Królowi Karlowi uda się wyślizgnąć z klatki, Oline wrzeszczy jeszcze głośniej niż Marie. Prawie jak syrena przeciwpożarowa.

Na szczęście mamy jeszcze kota, a dokładniej kotkę – Karlssona, która potrafi szybko wytropić węża, zanim reszta rodziny zdąży ulec panice. Oline uwielbia natomiast nasze dwa króliki, Dolle i Dulle.

Ale Otto i Oline bardzo się od siebie różnią. Także z wyglądu. Oline jest wysoka jak wieża i ma długie, jasne włosy, natomiast Ottonowi nie wychodzi za bardzo rośnięcie wzdłuż, no i jego włosy są czarne, jest też napakowany niczym niezgorszy samochód ciężarowy, jak mówi tata. Ja jestem gdzieś pomiędzy nimi. Moje włosy nie są ani zbyt jasne, ani do końca ciemne. Można byłoby pokusić się o nazwanie ich jasnobrązowymi, nie jestem też jakoś specjalnie wysoki ani zupełnie niski. No tak, można mnie ulokować gdzieś pośrodku między nimi i dlatego Oline nazywa mnie Mariusem Pośrodkiem.

Rozdział 2

Rano budzę się zawsze jako pierwszy. Tak było też tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło. No dobra, Karlsson potrafi się czasami obudzić przede mną, ale akurat tego dnia moja młodsza siostra była jedynym żywym okazem, leżąc i chrapiąc przez sen na drugim końcu naszego pokoju.



Tego dnia, kiedy ta historia się zaczęła, leżałem w łóżku i cieszyłem się z tego, że Marie jeszcze się nie obudziła. Kiedy w domu panuje zupełna cisza, słychać ptaki świergoczące w naszym ogrodzie, jeśli jest lato. A zimą słychać, jak trzeszczą ściany, kiedy dmie silny wiatr. Tego dnia słyszałem mamę i tatę chrapiących na wyścigi w pokoju obok, aż musiałem zakryć sobie uszy. Przez moment miałem uczucie, jakby moja głowa była zupełnie pusta. Nie było w niej nawet jednej myśli i dziwiło mnie to, ponieważ mój mózg zazwyczaj wypełniają ich tysiące. Ale tego ranka w mojej głowie panowała pustka i ziewałem, i przeciągałem się, i próbowałem sobie przypomnieć, jaki jest dzień tygodnia. Sobota, a może środa? Nie pamiętałem także, jak się nazywam. Leżałem w łóżku i wyobrażałem sobie, że jestem małym, mądrym psem astronautą wystrzelonym w kosmos.

Łóżko było moją ultraszybką rakietą, a lampka nocna Słońcem, wokół którego przemknąłem kilka razy, aż mnie połaskotało w brzuchu. Wtedy przypomniałem sobie, że to piątek. Najlepszy ze wszystkich dni w tygodniu, bo wtedy zawsze jemy słodycze.

Wyskoczyłem z łóżka i przypomniałem sobie, że nazywam się Marius.

– Marius Pośrodek przedstawia... – zawołałem i zamachałem rękami – piątek ze słodyczami na antenie!

Marie spała dalej. Podkradłem się do niej. Słońce prześwitywało przez zasłony, a ja pomyślałem, że to będzie dobry dzień. Nie wiedziałem jeszcze, jak okrutnie się pomylę. Ustawiłem się obok Marie i zastanawiałem się, czy nie krzyknąć jej czegoś prosto do ucha albo pogłaskać po głowie. Wybrałem to drugie, bo pomyślałem, że Marie na pewno zacznie się drzeć jak opętana, bo zawsze tak robi, i to z najbardziej błahych powodów.

Przez większość czasu jestem naprawdę dobrym starszym bratem. Bardzo rzadko jej dokuczam. Tylko jeśli przechodzi na moją stronę pokoju. Mama narysowała linię na podłodze. Do mnie należy północna część, a Marie panuje nad południową. I jeśli przekracza granicę, posiadam pełne prawo do tego, żeby ją uderzyć. Zwłaszcza jeśli nadepnie na któryś z moich pięciu zdalnie sterowanych samochodów albo kopnie wagoniki elektrycznej kolejki głęboko pod łóżko. Wtedy potrafi mi przyjść do głowy, żeby ją mocno odepchnąć albo uszczypnąć lekko w ramię. Jeśli natomiast ja zapuszczę się zbyt daleko na południe i przez przypadek nadepnę na szmacianego królika, mogę być pewien, że Marie usiądzie na środku podłogi i zacznie się drzeć.


No dobrze. Ale tego ranka wciąż jeszcze stałem i głaskałem Marie po głowie. Okej, dość mocno ją poklepywałem, ale nie wydaje mi się, żeby ją to bolało.

– Marie? – zapytałem, szarpiąc nią lekko.

Marie w końcu otworzyła oczy.

– Dziś jest piątek! – oznajmiłem, a mój głos był pełen dumy.

– Czyli dzisiaj jemy słodycze! – powiedziała Marie i jednym ruchem wyprostowała się.

– Dopiero wieczorem – przypomniałem.

Ale trudno jest nauczyć czegoś Marie, skoro nawet nie chodzi jeszcze do szkoły. Poza tym, kiedy jest głodna, zawsze włącza się u niej „misja słodycze”. Zwłaszcza rano, zanim mama i tata się obudzą.

– Teraz, Marius – oświadczyła Marie z dzikim spojrzeniem i wyskoczyła z łóżka. – Zjemy je teraz!

Znowu pokręciłem surowo głową, ale widziałem, że to nie przyniosło żadnego efektu.

– Czy Klaus od Kawy i Hanne już się obudzili? – zapytała Marie szeptem, rozglądając się na wszystkie strony, jakby była włamywaczem skradającym się w nocy.

Znowu pokręciłem głową. Tym razem bardziej w tylu starszego brata.

– Powinnaś mówić „mama” i „tata” – pouczyłem ją z uniesionym palcem wskazującym. – Nigdy o tym nie zapominaj!

Marie ma bowiem trochę nierówno pod sufitem. Często zdarza się jej nazywać naszego kochanego tatę Klausem od Kawy, a mamę Hanne. To znaczy, Klaus od Kawy jest w porządku, wymyśliła to Oline, bo tata przepada za kawą. Pije ją, kiedy przez cały dzień jeździ swoim czarnym kawowym samochodem i naprawia wielkie ekspresy do kawy w eleganckich restauracjach. Nocą lunatykuje. I to jest niebezpieczna sprawa. Bo czasami próbuje we śnie zrobić sobie filiżankę kawy, ale budzi się, kiedy parzy go gorąca woda. Kiedyś śniło mu się także, że był na basenie, i obudziłem się akurat wtedy, gdy właśnie chciał wyskoczyć przez okno w kąpielówkach. No tak, ale poza tym to pasuje do niego przezwisko Klaus od Kawy. Tata musi pić dużo kawy, żeby nie zasnąć za dnia, skoro w nocy przez cały czas lunatykuje. Ale Hanne?! To brzmi okropnie. Jak jakaś niemiła opiekunka z domu dziecka. A to przecież chodzi o naszą mamę. Mamie i tacie też jest przykro, kiedy Marie woła na nich Klaus od Kawy i Hanne. Nie mówią tego głośno, ale widzę to po nich. Przestają wtedy się odzywać i długo wpatrują w Marie.

Gdzie to ja skończyłem? Aha, już wiem. Zacząłem opowiadać o tym, kiedy nastał kolejny cudowny słodki piątek.

– Ja chcę słodkie pianki – oznajmiła Marie i wymknęła się na schody.

– Marie, ale nie wolno nam przecież – zaprotestowałem, ale z uśmiechem, zbiegając za nią do kuchni. Oczywiście dobrze wiedziałem, że mama dostanie szału, ale wiem także, że jeśli w grę wchodzą pianki, Marie jest nie do zatrzymania. I tak to się właśnie zaczęło. Marie chciała się dorwać do słodyczy, a ja nie mogłem z tym nic zrobić.


Rozdział 3

Zapomniałem dodać, że piątek to dzień, kiedy najbardziej przypominamy zupełnie normalną rodzinę. Mimo że Oline i Otto zawsze znikają w swoich pokojach z miseczką pełną słodyczy w dłoni, tata zasypia na kanapie, a mama akurat teraz musi uszyć czapeczkę dla jakiegoś niemowlęcia z materiału w drobne kwiatki. Często zdarza się też, że dochodzi między mną a Marie do bójki o ostatnie słodycze, co zawsze kończy się wyniesieniem wrzeszczącej Marie do łóżka. Ale to nic nie szkodzi. Mam wtedy chwilę dla siebie. Kiedy mama układa Marie do snu, a tata śpi, zostaję sam na sam z telewizyjnymi wiadomościami.

No dobrze, na czym skończyłem? Aha, był piątek rano, a ja biegłem za Marie do kuchni, myśląc o pieniądzach i wiadomościach w telewizji.

– Musimy być cichutko jak myszki, Marius. – Marie przyłożyła palec do ust i wspięła się na krzesło. Ostrożnie otworzyła szafkę, w której przechowuje się piątkowe słodycze.

Wstrzymałem oddech i nasłuchiwałem. W domu panowała cisza jak makiem zasiał. Mama i tata przestali chrapać.


– Marie, nie można – szepnąłem, podrygując nerwowo po zimnej podłodze w kuchni, podczas gdy siostra otwierała drzwiczki szafki. Taka misja słodyczowa o świcie jest wyjątkowym pokazem głupiej odwagi, bo z jakiegoś powodu jedzenie zakazanych słodkości jest dużo bardziej niezdrowe rano niż wieczorem.

Właśnie kiedy Marie udało się schwycić dwie wielkie paczki z bajecznie kolorowymi i niezwykle kuszącymi żelkami Haribo, nagle wyrosła przed nami mama w żółtym jak melon szlafroku i wyjątkowo tajemniczo rozczochranych włosach, wpatrując się w nas surowym wzrokiem.

– Marius i Marie! – krzyknęła, biegnąc w naszą stronę. – Przecież wiecie, że nie wolno wam jeść rano słodyczy!

– No pewnie, że wiemy! – odkrzyknąłem z przerażeniem, próbując wyglądać na grzecznego.

– Schodzić mi stamtąd, ale to już! – rozkazała mama, ściągając z krzesła Marie, która oczywiście zaczęła zawodzić. Upuściła obie paczki na podłogę. Upadły na ziemię z głośnym plaśnięciem, które sprawiło, że Karlsson podskoczyła do góry na pół metra. Mnie jakby wmurowało. Nie mogłem oderwać oczu od torebek leżących tuż obok moich nagich stóp. Zawierały porcję piątkowych słodyczy na cały wieczór.

– To Marius mnie namówił! – płakała Marie, ta perfidna zdrajczyni, wisząc na ramieniu mamy i majtając nogami jak pluszowa zabawka.

Moje ręce wystrzeliły w powietrze niczym dwie ogniste rakiety.

– Co to, to nie! – wykrzyknąłem i nabrałem ochoty, żeby zbić siostrę na kwaśne jabłko. Ale zamiast tego zrobiłem krok do przodu i niechcący nadepnąłem na jedną z torebek. Coś lekko trzasnęło, a mnie napłynęła ślinka do ust.

Marie darła się i wyła nieprzerwanie, a znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że przez resztę dnia zrobi wszystko, żeby dobrać się do tych paczek. Taka sytuacja mogłaby poważnie mnie zasmucić. Przeszyć głęboko serce. Jakby znany mi świat nigdy już nie był taki sam. Dlatego podjąłem decyzję. Tym razem przypilnuję piątkowych słodyczy. I nikt tego nie odkryje. Byłem co do tego w stu procentach przekonany, kiedy schyliłem się i błyskawicznie wsadziłem oba opakowania pod bluzę. Mama otworzy szafkę dopiero wieczorem, kiedy przyjdzie czas na słodycze, a wtedy już zdążę odłożyć je na miejsce.

Kiedy wbiegałem do naszego pokoju, serce biło mi niczym nieustraszonemu złodziejowi podczas ucieczki. Trzęsącymi się dłońmi włożyłem słodycze do szkolnego plecaka. Potem szybko przykryłem torebki piórnikiem i dwoma ładnymi kamieniami, znalezionymi wczoraj, żeby mama niczego nie odkryła, kiedy włoży do środka pojemnik ze śniadaniem. Miałem właśnie zapiąć plecak, kiedy przypomniałem sobie, że czegoś brakuje. Plecak wyglądał na zbyt mało wypchany.

– No tak! – szepnąłem do siebie, zerkając na schody, gdzie cała rodzina zbierała się właśnie przed jedyną w domu toaletą. Każdego dnia przemycam do szkoły jedną z pieluch Marie. To bardzo ważna sprawa.

Ejże, zupełnie zapomniałem opowiedzieć o moich najlepszych kumplach. Nazywają się Carlos i Knudsen i nie są – tak jak moja rodzina – zupełnie zwyczajni, ale i tak za nimi przepadam. Znam ich od przedszkola, a teraz chodzimy do jednej klasy. Czyli Carlos i Knudsen to dwaj chłopcy, mimo że można sobie pomyśleć inaczej. Knudsen jest dużo wyższy ode mnie i nienawidzi swojego imienia. Nazywa się Bjørn, co po duńsku oznacza „niedźwiedź” i w przedszkolu śmialiśmy się z niego, i wytykaliśmy palcami za każdym razem, kiedy śpiewaliśmy „Stary niedźwiedź mocno śpi”, a Knudsen zasłaniał dłońmi uszy i ryczał jak prawdziwy miś aż do momentu, kiedy ktoś w końcu oberwał w skórę. Wtedy dostaliśmy nauczkę i od tej pory nazywamy go Knudsen. Carlos jest natomiast niziutki i szczupły i nazywa się Carlos, bo jego tata jest kelnerem w Hiszpanii. Mama Carlosa wciąż kocha słońce, piaszczyste plaże i sangrię, ale Carlos nigdy nie był na Południu i musi zadowolić się wysyłaniem do swojego taty z południa pocztówek z Małą Syrenką.

 

Pielucha, którą wepchnąłem do plecaka w piątek rano, była dla Carlosa. W największej tajemnicy zakłada ją w szkolnej toalecie. Nawet Knudsen o tym nie wie. Gdyby się dowiedział, pewnie by się zaczął z tego nabijać albo może stłukłby Carlosa. Który musi nosić pieluchę. Gdyby ktoś odkrył, że wciąż sika w majtki, wylądowałby z powrotem w przedszkolu. A do tego nie może dojść, bo przecież siedzę obok niego w ławce i chcę, żeby tak było nadal. Myślę, że Knudsenowi też byłoby przykro, gdyby Carlos nas opuścił.


Zapiąłem plecak, w którym ukryłem słodycze, i szybko się ubrałem. Potem ustawiłem się w kolejce do toalety.

– Spróbujemy później. – Marie skinęła do mnie głową z poważnym wyrazem twarzy i szarpnęła za klamkę do toalety. – Na pewno dostaniemy te słodycze!

– Zajęte! – krzyknął Otto ze środka.

– Aaach! – wrzasnęła w odpowiedzi Marie, tupiąc w podłogę.

– Potem jest moja kolej – stwierdziła Oline, wpychając się przed Marie.

– Aaaaach! – znów wrzasnęła Marie, stając w rozkroku ze skrzyżowanymi ramionami. – To ja nasikam w pieluchę!

Moja siostra, w przeciwieństwie do Carlosa, nic sobie nie robi z sikania w majtki. No dobrze, Marie nosi pieluchę jedynie w nocy – i tylko na wszelki wypadek, bo mama nienawidzi mokrych prześcieradeł – ale poza tym uważa, że sikanie w pieluchę po obudzeniu jest bardzo zabawne. Potem bierze ją do ręki i próbuje mnie nią trafić. Na szczęście jestem przygotowany i zawsze w porę się pochylam, chwilę potem słysząc plask mokrej pieluchy o podłogę.

– Mamooo, Marie sika w pieluchę! – krzyknąłem i zbiegłem po schodach, zanim Marie zdążyła rzucić we mnie czymś białym i mokrym.

– Marius, chodź coś zjeść – powiedziała mama, jakby mnie nie słyszała. Rano jest zwykle bardzo zajęta. Jakbyśmy wszyscy mieli na coś zdążyć. Nigdy tego nie rozumiałem, bo tata nigdy nigdzie się nie spieszy.

– Mamy mało czasu! – ponaglała mama, miotając się między kuchnią i jadalnią i żonglując talerzami i szklankami, i chlebem, i masłem, i kanapkami do szkoły.


Przy stole siedział tata i pił kawę, bo to jest bardzo ważne, żeby się obudził i nie lunatykował. Otto przeżuwał kanapkę z serem, a ja sam przymierzałem się do zawsze dobrej tradycyjnej kromki chleba z marmoladą.

– Oline, musisz odprowadzić Mariusa do szkoły! – krzyknęła mama z głową w torbie gimnastycznej.

Westchnąłem, smarując marmoladą pszenny chleb. Kiedy Oline i Ottona nie ma w domu, mam ogromne szczęście być zawiezionym do szkoły przez tatę jego wielkim samochodem od kawy, i za każdym razem jest równie fantastycznie. Słuchamy głośnej muzyki i czasami, kiedy tata chce się napić kawy z kubka termicznego, wolno mi zmienić bieg. Kiedy dorosnę, też chciałbym rozwozić kawę i naprawiać automaty, które ją robią.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?