Rok wśród pingwinówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

MY PENGUIN YEAR

Copyright © Lindsay McCrae 2019

All rights reserved

Projekt okładki

Owen Corrigan

Fotografie w książce

i na okładce

© Lindsay McCrae

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Kinga Szafruga

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-639-8

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Becky, Waltera i Ernesta

3 kwietnia 2017


Stojąc w bezruchu na skraju lodu, spoglądałem w dół na niedawno zamarznięty ocean i nasłuchiwałem. Niebo było czyste, wokół panowała zupełna cisza. Patrzyłem, jak słońce, które nawet w zenicie ledwo wystawało zza linii północnego horyzontu, wypełnia świat wokół mnie skrzącym blaskiem. Wszędzie unosił się „diamentowy pył”. Zawieszone w powietrzu drobinki lodu w całkowicie bezwietrznej pogodzie unosiły się swobodnie i połyskiwały w świetle, które większości ludzi kojarzy się ze świtem. Przystawiłem do oczu lornetkę i spojrzałem w kierunku północnym. Tuż przy linii horyzontu pojawiła się niczym fatamorgana rzesza czarnych punkcików. Z początku było ich tylko kilka, ale gdy wzrok mi się wyostrzył, dostrzegłem dziesiątki, a potem setki kolejnych. Wychodziły jakby z drugiej strony Ziemi i przesuwały się wzdłuż jej krzywizny. Czyżby cesarze faktycznie wracały? Czy rzeczywiście uda mi się zobaczyć, jak w długich rzędach maszerują w moją stronę? Nie wierzyłem, że kiedykolwiek będzie mi to dane. To jeden z najbardziej zapierających dech w piersiach widoków, które można podziwiać na Ziemi. Od dziecka marzyłem, żeby coś takiego przeżyć.

Przy minus dwudziestu pięciu stopniach Celsjusza twarz mi drętwiała, a policzki przestały się wyróżniać na tle czerwonego polarnego kombinezonu. Na głowie miałem futrzaną czapę, która szczelnie otulała głowę. Futro zdążyło już obrosnąć szronem pod wpływem mojego oddechu. Warunki były może mało sprzyjające, ale za to krajobraz tak piękny, że nic mi nie przeszkadzało.

Wziąłem do ręki kamerę i spojrzałem przez wizjer. Potężny obiektyw bez trudu powiększył obraz, skracając dystans dzielący mnie od tego wspaniałego widoku. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie roiło się od czarnych punkcików, które zdawały się zmierzać ku mnie po lodzie charakterystycznym kołyszącym się krokiem. Oto nadeszła wielka chwila. Pingwiny w końcu wyruszały. Im bliżej podchodziły, tym wyraźniej zarysowywały się ich postaci: zaokrąglone ciała, wydłużone szyje i wyciągnięte, ostro zakończone dzioby. Białe brzuchy wędrujących gęsiego stworzeń odbijały promienie słońca, rozświetlając śnieg wokół nich. W tle piętrzyły się ostro zakończone góry lodowe, dopiero niedawno skute mrozem. Na ich tle pingwiny sprawiały wrażenie malutkich. Przez drżące od zimna powietrze patrzyłem, jak kroczą w moją stronę na tle eterycznie różowego nieba. Aż trudno mi było uwierzyć, że to widzę.

Długie, zakręcające rzędy przywodziły mi na myśl ciągi mrówek. Ptaki przewodzące poszczególnym korowodom co chwila się zatrzymywały, wywołując komiczne spiętrzenie za swoimi plecami. Każdy pingwin wyciągał niecierpliwie szyję, jakby starając się dostrzec coś z przodu. Świeży śnieg zdążył całkiem przykryć ostre brzegi morza, skutego niedawno lodem. Pingwiny sprawnie przemierzały więc gładką równinę i szybko zbliżały się do mnie, zostawiając za sobą długie, wąskie ślady.

Na moich oczach rozgrywał się fascynujący spektakl. Nie ma słów, którymi można by w pełni oddać to, czego doświadczyłem, obserwując powrót cesarzy. Czułem się tak, jakbym się znalazł na innej planecie. Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy, że coś tak pięknego w ogóle może istnieć.

Rozdział 1

Na drugim końcu świata


Przyrodą fascynowałem się już jako kilkulatek. Odkąd pamiętam, interesowało mnie wszystko, co się z nią wiązało. Czasem mi się wydaje, że z dzieciństwa pamiętam jedynie to, co przeżywałem poza domem. Gdy tylko się dało, byłem na dworze. Miałem wielkie szczęście dorastać w Kumbrii, na pograniczu Parku Narodowego Krainy Jezior (Lake District). Mieszkałem w pobliżu ujścia rzeki, zaledwie rzut kamieniem od wysokich gór, pośród bardzo zróżnicowanych ekosystemów. Żyłem jak w bajce. Tak samo jak wszystkie dzieci, miałem w sobie wrodzoną ciekawość otaczającego mnie świata, która z biegiem lat tylko się nasilała. Jako ośmiolatek postanowiłem, że w przyszłości będę się zajmował filmowaniem dzikiej przyrody. Brzmi to może dziwnie, ale ja już wtedy wiedziałem, że właśnie to chcę w życiu robić. Każdą wolną chwilę spędzałam w okolicznym lesie albo nad brzegiem rzeki, gdzie zazwyczaj nikogo poza mną nie było.

Codziennie znajdowałem coś nowego, ale moim najbardziej niezwykłym odkryciem była rodzina borsuków, którą nakryłem w lasku w pobliżu mojego domu rodzinnego. Zachwycałem się nią, odkąd pewnego dnia o zmierzchu dostrzegłem ponad ziemią pierwszą małą głowę. Wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć, że fascynacja życiem tych ssaków o nieśmiałych czarno-białych pyszczkach miała w przyszłości stać się moją przepustką do świata telewizji. Pewnie nie byłem takim do końca typowym dwunastolatkiem, ale cóż ja na to poradzę, że fascynowało mnie wtedy właśnie przesiadywanie w ciszy i obserwowanie otaczającej mnie przyrody. Prawie każdy wieczór spędzałem z borsukami, poznając ich nawyki. To było dla mnie wielkie wyróżnienie, móc obserwować z bliska ich życie. Chwile największego szczęścia przeżywałem na wiosnę, gdy nowo narodzone młode po raz pierwszy wychodziły na powierzchnię i zaczynały bawić się pośród niebieskich dzwonków hiacyntowców. Uzależniłem się od ich towarzystwa.

Pod wpływem obsesyjnej fascynacji dziką przyrodą w wieku czternastu lat napisałem list do autorów programu przyrodniczego Springwatch emitowanego przez BBC. Springwatch to rewelacyjna seria dokumentów o fascynującej brytyjskiej przyrodzie. W początkowym okresie swojego istnienia był to absolutnie wyjątkowy program, dzięki któremu mogłem oglądać unikalne obrazy przedstawiające moją ukochaną naturę. Zawsze z niecierpliwością wyczekiwałem jego emisji. Poza tym programem nic innego nie było mnie w stanie ściągnąć do domu w wiosenny wieczór. Twórcy cyklu co roku wybierali inne wyjątkowe miejsce na terenie Wielkiej Brytanii. Ponieważ dla mnie było oczywiste, że najbardziej niesamowite miejsce znajduje się tuż w pobliżu mojego domu, w liście do telewizji opisałem w szczegółach, dlaczego w kolejnym roku warto by było przyjechać z kamerami właśnie do Krainy Jezior.

To miejsce znajdowało się właściwie u mnie w ogrodzie. Można tu było podziwiać borsucze nory i lisie jamy, ptasie gniazda i życie dużego stawu. Dołączyłem do listu mapę i na niej dokładnie wskazałem interesujące obiekty przyrodnicze, które udało mi się zlokalizować. Nie spodziewałem się odpowiedzi, więc pewnego dnia po powrocie ze szkoły z wielkim zaskoczeniem odsłuchałem na automatycznej sekretarce wiadomość z telewizji. Moja fascynacja borsukami wywarła wrażenie na twórcach programu i chcieli uwzględnić w jednym z odcinków krótki materiał z moim udziałem. Wprost nie mogłem w to uwierzyć! Nie zamierzałem przepuścić takiej okazji, więc szybko poczyniliśmy odpowiednie ustalenia. Prace nad filmem trwały krótko, ale ja całym sobą chłonąłem wszystko, co się działo. Wcześniej nie miałem żadnych doświadczeń z kamerą ani żadnej wiedzy technicznej na temat tworzenia filmów, ale teraz nadarzyła się sposobność, by się dobrze zorientować, o co w tym wszystkim chodzi.

Ekipa Springwatch użyczyła mi kamery, więc dzień w dzień przesiadywałem w lesie u borsuków, nagrywając, co tylko się dało. Szybko stało się dla mnie jasne, że wszystkie moje bliskie spotkania z przyrodą świetnie się nadają na materiał filmowy. Instynktownie kierowałem obiektyw na przedstawicieli różnych innych gatunków zamieszkujących okolice borsuczej nory. Filmowałem ptaki śpiewające pośród drzew, hiacyntowce powiewające na wietrze, a nawet ślimaki wspinające się po przewróconym pniu. Zamiast banalnych ujęć znad borsuczej nory powstała więc kompleksowa sekwencja filmowa dokumentująca życie wokół niej.

Wykorzystując moje materiały oraz to, co nakręciła ekipa, która przyjechała do mnie w odwiedziny, twórcy Springwatch przygotowali krótki film o moim typowym wieczorze. Pokazali w nim, jak obserwuję fascynujące mnie zwierzęta. Widać, jak w kamuflażowym stroju i pod starą wojskową siatką maskującą leżę zaledwie kilka metrów od borsuczej matki, która bawi się z młodymi. Koledzy ze szkoły trochę się śmiali z tego stroju, ale ja pękałem z dumy, że twórcy ukochanego serialu telewizyjnego docenili moją pasję. Otrzymywałem też dość liczne wiadomości od widzów, którzy cieszyli się, że mieli okazję zobaczyć w programie kogoś tak młodego jak ja.

Występ w Springwatch tylko mnie rozochocił i wkrótce zacząłem odkładać każdy wolny grosz, by kupić własną kamerę. Połknąłem bakcyla. Miałem już na koncie pierwszy krótki film, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że w przyszłości mógłbym się zawodowo zajmować przybliżaniem dzikiej przyrody tele­widzom. To było moje marzenie. Byłem gotów zrobić wszystko, żeby je urzeczywistnić. Na szczęście mama się nade mną zlitowała i udzieliła mi pożyczki, dzięki której mogłem szybciej kupić upragnioną kamerę. To był używany sprzęt, ale do dziś pamiętam dzień, w którym mi go doręczono. Odtąd kamera była moja, odtąd mogłem już nagrywać wszystkie te niesamowite rzeczy, które podziwiałem podczas wypraw na łono natury. Każdą wolną chwilę spędzałem więc na dworze, rejestrując wszystko, co się dzieje dookoła, a z czasem zacząłem nabierać wprawy również w kwestiach technicznych.

 

„Jest tu sześćdziesiąt stopni poniżej zera. Słońce zniknęło, a samce zostały same z jajami na czas najzimniejszej i najciemniejszej zimy na Ziemi”. Dokładnie potrafię wskazać dzień, w którym moje marzenie wreszcie się sprecyzowało. To był piąty listopada dwa tysiące szóstego roku. Tego dnia siedziałem – podobnie jak miliony innych widzów – przyklejony do telewizora i chłonąłem przełomowy serial przyrodniczy Planeta Ziemia autorstwa Davida Attenborough. Wyczekiwałem go całymi tygodniami i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go przegapić. Na ekranie telewizora pojawiły się pingwiny cesarskie, które dzielnie stawiają czoło potwornościom srogiej zimy polarnej i dzielnie pilnują swoich jaj pośród zmrożonych połaci Antarktyki. Na widok ich dziobów pokrytych lodem dreszcze przechodziły mi po plecach. Dosłownie trząsłem się z zimna.

Na zakończenie odcinka wyemitowany został dziesięciominutowy segment zatytułowany Planeta Ziemia. Dzienniki. Materiał opowiadał o tym, jak powstał film o pingwinach cesarskich. Oglądając ten materiał, czułem się zupełnie tak, jakbym tam był. W rzeczywistości jednak znajdowałem się zupełnie gdzie indziej. Siedziałem na sofie przed telewizorem z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. Jakże pragnąłem jednak być tam, na ich miejscu, i doświadczać wszystkiego tego co oni. Pomimo młodego wieku wiedziałem już, że zawodowo chciałbym się zajmować filmowaniem dzikiej przyrody. Oczywiście nie mogłem zakładać, że mi się to uda. Wtedy to była tylko fantazja, no bo niby jak to moje marzenie miałoby się kiedykolwiek spełnić.

Pod koniec szkoły każdą wolną chwilę spędzałem z kamerą w rękach. Kręciłem filmy przed szkołą i po skończonych zajęciach, a czasem wymykałem się na dwór także podczas przerwy na lunch. Życzliwi ludzie z BBC, których poznałem przy okazji zdjęć do Springwatch, oglądali moje kolejne nagrania i podpowiadali, nad czym powinienem jeszcze popracować. W wieku osiemnastu lat skończyłem szkołę i nie miałem ochoty dalej się uczyć. Chciałem cały czas spędzać na świeżym powietrzu, na obserwacjach dzikiej przyrody. Tak się złożyło, że w tym pierwszym roku po ukończeniu szkoły ludzie pracujący w BBC nad Springwatch tak często o mnie wspominali, że w pewnym momencie ktoś zadzwonił do mnie stamtąd z propozycją pracy. Świadomie nie poszedłem na studia, a że nie miałem żadnej innej propozycji pracy, która zbliżałaby mnie do realizacji mojego marzenia, więc to była dla mnie świetna okazja.

Po spotkaniu, które odbyło się w Bristolu przy herbacie, ludzie ze Springwatch zaproponowali mi stanowisko „gońca”, co w praktyce oznaczało, że miałem robić to, co akurat ktoś będzie miał dla mnie do roboty. Przez ponad miesiąc parzyłem kawy albo herbaty i po trzy razy dziennie biegałem do różnych sklepów po zakupy, zadziwiająco dobrze się przy tym bawiąc. Dzięki tej pracy zyskałem dostęp do świata, w którym chciałem się znaleźć. Poznałem odpowiednich ludzi i miałem okazję się przed nimi wykazać. Potem asystowałem kamerzystom, dzięki czemu mogłem się uczyć obsługi profesjonalnego sprzętu. Właśnie tego mi było trzeba, żeby zaistnieć w branży. Potem przyszła pora na liczne krótkoterminowe projekty, dzięki którym zdobywałem doświadczenie.

Aż wierzyć mi się nie chciało, że mam takiego fuksa. Nie posiadałem się ze szczęścia, tym bardziej że w ciągu kilku lat zdołałem wyrobić sobie nazwisko w branży. Podróżowałem po całej Wielkiej Brytanii, coraz częściej zdarzało mi się też pracować z kamerą za granicą (filmowałem między innymi wilki na Alasce tuż pod kołem podbiegunowym i pancerniki na brazylijskiej równinie Pantanal tuż przy równiku). Żyłem jak w bajce. Pracowałem jako freelancer, więc trudno mi było przewidzieć, dokąd zostanę wysłany następnym razem. Byłem gotów jechać dosłownie wszędzie i filmować wszystko. Nowe zlecenie to zawsze była dla mnie niespodzianka.

Przez cały ten czas marzyłem, żeby pojechać na Antarktydę, tam jednak rzadko kiedy wysyła się operatorów i jakoś nie nadarzała się okazja. To był jeden z dwóch kontynentów, na które dotąd nie dotarłem, więc w pewnym momencie zacząłem wątpić, czy kiedykolwiek będzie mi to dane.

Wielka wyprawa filmowa BBC – taki temat wiadomości nie mógł nie zwrócić mojej uwagi. E-mail przyszedł od Milesa, producenta ze słynnego Działu Historii Naturalnej BBC. Wiedziałem co prawda, kto to jest, ale nie miałem nigdy okazji poznać go osobiście, więc wiadomość od niego tym bardziej mnie zdziwiła. Od dawna przyglądałem się karierom producentów telewizyjnych zajmujących się historią naturalną z takim samym zapałem, z jakim moi koledzy śledzili losy piłkarzy z Premier League. Ten e-mail od razu wydał mi się wyjątkowy. Zwykle ktoś do mnie dzwonił albo pisał z pytaniem, czy w jakimś konkretnym terminie byłbym gotów dokądś pojechać. Tymczasem ta wiadomość była mało konkretna. Miles prosił o kontakt, ale żadnych szczegółów nie podawał. Zaintrygował mnie od razu. Umówiłem się na rozmowę telefoniczną, ale nawet na etapie tych ustaleń nie udało mi się niczego dokładniejszego dowiedzieć, w związku z czym z niecierpliwością wyczekiwałem uzgodnionego terminu. Byliśmy właśnie w trakcie rozbudowy domu, więc przez cały dzień przenosiłem różne ciężkie klamoty i stare sprzęty kuchenne z tyłu domu na podjazd od frontu. W końcu cały w pyle znalazłem miejsce w ogrodzie, w którym miałem jako taki zasięg komórkowy (o co w Krainie Jezior niełatwo).

– Lindsay, fajnie, że cię złapałem. Nie mam dużo czasu, więc tak tylko szybko zapytam, co byś powiedział na wyprawę do cesarzy z Antarktyki?

Zatkało mnie. Ktoś mi właśnie zaproponował pracę marzeń. Czy to się dzieje naprawdę? Wyobraziłem sobie siebie pośród antarktycznej zawiei i już miałem powiedzieć, że jak najbardziej „tak”, ale wtedy Miles odezwał się ponownie.

– Tylko musisz wiedzieć, że jest w tym pewien haczyk. Otóż to jest wyprawa na jedenaście miesięcy. Wysłalibyśmy cię tam w grudniu dwa tysiące szesnastego, a wróciłbyś w listopadzie dwa tysiące siedemnastego.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Z pomocą znów przyszedł mi Miles.

– Nie odpowiadaj od razu – powiedział. – Zastanów się nad tym na spokojnie. Mogę ci dać dwa tygodnie.

– To chyba poważna sprawa, co? – krzyknął przez trawnik nasz wykonawca Jonny.

Ja się nie odzywałem. Uznałem, że nie powinienem rozmawiać o tym z wykonawcą robót budowlanych, dopóki nie skonsultuję się z rodziną.

Gdy tylko się rozłączyłem, w mojej głowie pojawiło się kłębowisko myśli. Niczego na świecie bardziej nie pragnąłem, niż jechać na tę wyprawę, ale przecież w życiu nic nigdy nie może być proste. Właśnie niedawno kupiliśmy z Becky dom. Byliśmy parą od sześciu lat. Ona porzuciła całe swoje dotychczasowe życie, żeby zamieszkać ze mną w Krainie Jezior. Wiliśmy tu sobie przytulne gniazdko z naszymi dwoma psami, Willow i Ivy. Becky pracowała kiedyś w telewizji, więc liczyła się z tym, że czasem nie będzie mnie w domu. Tyle że tym razem chodziło o wyjątkowo długą nieobecność. Przywykliśmy do tego, że wyjeżdżam na miesiąc, góra pięć tygodni, a teraz chodziło o blisko rok. Takiej decyzji zdecydowanie nie można było podjąć bez jej uprzedniego dogłębnego przemyślenia. Czy to rzeczywiście była szansa, dla której warto było aż tyle poświęcić? Co sobie pomyśli Becky? Co powie moja rodzina? Myśl o wyjeździe jednocześnie mnie cieszyła i przyprawiała o mdłości. To było moje największe życiowe marzenie i teraz ktoś dał mi szansę je ziścić. Tylko czy ja to powinienem robić takim kosztem? Ludziom takim jak ja zwykle się podobne rzeczy nie przytrafiają. Dostałem dwa tygodnie na zastanowienie. Zegar już tykał. Czułem się trochę tak, jakbym w ciągu tych dwóch tygodni miał podjąć decyzję w sprawie swojej życiowej przyszłości. Zdawałem sobie sprawę, że to będzie wyzwanie, z jakim się nigdy wcześniej nie mierzyłem – ale też to właśnie mnie w tym tak fascynowało. To miało być doświadczenie skrajne pod każdym względem. Miałem wyjechać na dłużej, niż dotąd wyjeżdżałem, w miejsce oddalone od domu bardziej niż którekolwiek z tych, w których dotychczas byłem.

Warunki też miały być trudniejsze niż dotąd. Ten projekt mógł przyspieszyć bieg mojej kariery, ale z drugiej strony ryzykowałem utratę wszystkiego, co udało mi się osiągnąć w życiu prywatnym. Ależ miałem dylemat!

Zacząłem intensywnie szukać informacji o tym, co mnie czeka podczas wyprawy. Im więcej ich gromadziłem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że absolutnie nie mogę zrezygnować z tej szansy. Pingwiny fascynowały mnie od zawsze i chociaż nigdy żadnego nie widziałem, nawet w zoo, zajmowały w moim sercu – podobnie jak zapewne w sercach wielu ludzi – szczególne miejsce. Pingwiny mają w sobie to coś, co nawet trudno jednoznacznie określić. Kto podziela moje zdanie w tej kwestii, ten się zapewne zgodzi, że pingwiny cesarskie są wyjątkowym gatunkiem wśród pingwinów. Nie ma w świecie przyrody nic bliższego ideałowi niż pingwin cesarski. Spośród siedemnastu gatunków pingwinów zamieszkujących nasz glob to właśnie one są największe (osiągają nawet do stu piętnastu centymetrów wysokości) i najcięższe (mogą ważyć prawie dwadzieścia pięć kilogramów).

Cesarze to najlepiej znane ze wszystkich pingwinów. Nienagannie eleganckie, ze złotym krawatem pod szyją, olśniewają białością brzucha i fioletowym zabarwieniem zakrzywionego dzioba. Moim zdaniem zaliczają się do najpiękniejszych stworzeń na Ziemi. Wzdłuż wybrzeży Antarktydy żyją – wedle oficjalnych ustaleń – czterdzieści cztery kolonie pingwinów cesarskich, a wielkość ich populacji szacuje się na mniej więcej sześćset tysięcy. Liczba ta została ustalona w dwa tysiące dziewiątym roku na podstawie zdjęć z kosmosu, z wykorzystaniem obrazów satelitarnych i zaawansowanych rozwiązań technologicznych. Wcześniej liczono je raz z ziemi w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku i wówczas liczebność populacji określona została na poziomie o połowę niższym. Analiza zdjęć o wysokiej rozdzielczości przyniosła niespodziankę co do liczby pingwinów, a dodatkowo pozwoliła wskazać lokalizację nieznanych dotąd i niezbadanych kolonii. O obecności kolonii pingwinów niezbicie świadczyły ciemne plamy po ptasich odchodach, widoczne na bielusieńkim śniegu i lodzie. Myślałem teraz już tylko o górach lodowych, pingwinach i ekscytującej przygodzie. Nagle wszystko stało się dla mnie jasne. Jadę!

O wiadomości od Milesa powiedziałem Becky, gdy tylko ją dostałem, więc ona również z niecierpliwością czekała na szczegóły. Zawsze mnie wspierała i cieszyła się, gdy miałem okazję robić coś interesującego. Wychodząc do pracy tego dnia, wiedziała, że po południu umówiłem się na kontakt telefoniczny z Milesem. Było dla mnie jasne, że muszę podjąć bardzo ważną decyzję, a czasu mam niewiele. Moje myśli pędziły jak szalone. Musiałem czym prędzej poruszyć ten niełatwy temat z Becky. Uznałem, że najlepiej będzie to zrobić przy kolacji, gdzieś w głębi duszy wiedziałem jednak, że ona nie będzie skakać z radości. Dla mnie to był szok, więc i ona zapewne będzie bardzo zaskoczona.

Akurat w tym roku już sporo czasu spędziliśmy osobno i momentami nie było nam łatwo. Zawsze to ja wyjeżdżałem, a ona zostawała. Musiała wszystkiego w domu dopilnować, żebym mógł realizować moje marzenia. Raz kazała mi nawet zajrzeć do kalendarza, żebyśmy razem mogli przeanalizować, ile czasu spędzamy osobno. Chyba oboje byliśmy w szoku, gdy się okazało, że przebywaliśmy z daleka od siebie przez ponad sześć miesięcy. Gdy akurat byłem w domu, żyło nam się razem po prostu wspaniale. Czy miałem prawo ryzykować i kłaść na szali nasze szczęście? Doskonale zdawałem sobie sprawę, że dotąd to ona poświęcała się dla mnie. Począwszy od tego, że przeprowadziła się do mnie z Midlands do Krainy Jezior, a nie odwrotnie.

Ze względu na remont kuchni miałem do dyspozycji tylko zainstalowaną w garażu kuchenkę mikrofalową i metalowego grilla, a mimo to zdołałem przyrządzić prawdziwą ucztę. Wieczór był piękny. Nasz nowy taras, wyniesiony lekko nad ogród i wyłożony złotymi płytkami połyskującymi w blasku zachodzącego słońca, wyglądał jak przystrojony na chrzciny. Raczej nie mam natury romantyka, ale postanowiłem iść na całość z nadzieją, że to mi ułatwi zadanie. W szparę w ścianie budynku zatknąłem starą trzcinową wędkę, a na jej czubku zawiesiłem malutką lampkę. Kijek wygiął się pod jej ciężarem mocniej niż przy spotkaniu z jakąkolwiek rybą, przez co światło zawisło nad stolikiem w idealnym miejscu, tuż nad naszymi głowami. Od czasu do czasu letni wiatr kołysał nim lekko na boki, dodatkowo podkreślając urok dwóch świeczek migoczących w starych słoikach po dżemie.

 

To, że Becky wróciła z pracy, jak zawsze pierwsze wyczuły nasze psy, dotychczas wspierające mnie w przygotowaniach. Merdając ogonami, pobiegły do ogrodu, zdradzając Becky, że właśnie tutaj powinna mnie szukać. Wystarczył jej jeden rzut oka, żeby stwierdzić, że coś kombinuję. Słońce chowało się już za wzgórzami, gdy usiedliśmy do posiłku.

– O co chodzi? – zapytała z leciutkim uśmiechem, rozpalając w moim sercu płomyczek nadziei. Na chwilę zapadła cisza, a potem poczułem na sobie jej świdrujący wzrok. – No mów. Na jak długo? – zapytała, a potem zaczęła zgadywać, zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć. – Na trzy miesiące? Na cztery? A może pięć?

Gdy doszła do sześciu, z jej twarzy zniknęły resztki uśmiechu, a jego miejsce zajęło przerażenie. Potem Becky głośno przełknęła ślinę i już tylko patrzyła z niedowierzaniem.

– Cesarze, Antarktyka – odparłem, myśląc, że coś jej to wyjaśni.

– Na jak długo? – Podana przeze mnie informacja najwyraźniej nie zrobiła na niej wrażenia, bo teraz pytała już surowym tonem.

– Jedenaście – odparłem.

Becky energicznie odsunęła krzesło i rzuciła na stolik serwetkę, którą zaledwie pół godziny temu tak pieczołowicie dla niej składałem.

– Nie ma mowy. Nie wierzę, że przyszło ci do głowy w ogóle o coś takiego pytać.

Zniknęła gdzieś w głębi ogrodu, a Willow i Ivy wiernie podążyły za nią. Nie zgodziła się.

Miałem tylko dwa tygodnie na podjęcie decyzji, więc bardzo to przeżywałem. Zacząłem rozpytywać o zdanie różnych znajomych, którzy mogli mi służyć radą. Rozmawiałem z jednym producentem telewizyjnym, z bliskim przyjacielem i z kimś, kto był w Antarktyce i nawet tam przez jakiś czas mieszkał. Stopniowo gromadziłem najróżniejsze niepokojące relacje dotyczące powrotu z izolacji, utwierdzałem się jednak również w przekonaniu, że jednym z najpoważniejszych problemów będzie kwestia trwałości mojego związku.

Pojechałem do Bristolu, żeby spotkać się z Milesem i dowiedzieć się więcej o samym projekcie. Nie było jeszcze do końca pewne, czy wyprawa w ogóle dojdzie do skutku, ale jej organizatorzy chcieli uzyskać ode mnie deklarację, że gotów będę pojechać, zanim rozpoczną konkretniejsze przygotowania. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu rozmowa z Milesem wywołała u mnie zupełnie inne odczucia, niż się spodziewałem. Im dłużej go słuchałem, tym bardziej zaczynałem wątpić, że to misja dla mnie. Plan zakładał, że zostanę zakwaterowany w niemieckiej stacji badawczej Neumayer III. Miałem się tam udać w towarzystwie zaledwie dwóch innych członków ekipy, byłoby nas więc trzech, a niemieckich naukowców – sześciu.

Miles przestrzegał, że temperatury w tamtym regionie spadają nawet do minus pięćdziesięciu stopni i że przez osiem z tych jedenastu miesięcy będę kompletnie odcięty od świata, bo w tym okresie nie da się ani tam dotrzeć, ani stamtąd wyjechać. Niestabilne warunki pogodowe powodują, że żaden transport – ani powietrzny, ani morski – nie będzie w stanie do mnie dotrzeć. Powoli dochodziłem do wniosku, że z całego tego projektu fajne wydają mi się tylko pingwiny. Miles chyba się zorientował, że nie tryskam już takim entuzjazmem jak podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej. Miałem co prawda doświadczenie w pracy z obcymi ludźmi, to jednak miało być coś innego.

– A czy będę znał kogoś z tej ekipy? – zapytałem.

Projekt znajdował się dopiero we wczesnej fazie przygotowań, więc Miles nie bardzo chciał mi odpowiadać, ale w końcu uległ.

– Jedzie Will Lawson. Znasz go?

Will i ja pracowaliśmy razem przy kilku filmach przyrodniczych kręconych na terenie Wielkiej Brytanii. Facet był w porządku, ludzie go lubili. Na wieść o tym, że on też miałby brać udział w wyprawie, poczułem jakby lekki przypływ optymizmu, ale mimo to nie bardzo wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. W drodze do domu biłem się z myślami. Z jednej strony taka wyprawa to wyzwanie wymagające ogromnej siły fizycznej i psychicznej, a z drugiej – widziałem w niej najwspanialszą okazję, jaka mi się w życiu nadarzyła. Nie miałem pewności, czy będę w stanie nie skorzystać z takiej szansy! Ilu ludzi dostaje propozycję rocznego pobytu pośród najpiękniejszych i najbardziej charyzmatycznych zwierząt na tej planecie po to, aby potem móc opowiadać o tym milionom telewidzów? Dalej dzwoniłem do różnych osób, pytając, jak można przeżyć zimę w izolacji. Chciałem wiedzieć, jak to się odbija na psychice. Chciałem móc sobie powiedzieć, że faktycznie zdołam to przetrwać. Na tym etapie nie myślałem jeszcze o tym, co będzie przeżywać Becky, jeśli się na tak długi czas rozstaniemy. Takim byłem egoistą, że przed oczami miałem tylko spektakularne sceny z Planety Ziemi. Myślałem sobie, że też mógłbym coś takiego kręcić. Denerwowałem się, ale nie potrafiłem z tego zrezygnować. Musiałem tylko przekonać Becky do tego pomysłu.

Do uzgodnionego z Milesem terminu podjęcia przeze mnie decyzji pozostał już tylko jeden dzień. Becky wróciła z pracy. Deszcz spływał strużkami po oknie w salonie. Tego wieczoru nie było bankietu w blasku zachodzącego słońca. Przez cały dzień przygotowywałem sobie mowę, którą miałem za chwilę wygłosić. Liczyłem na to, że uda mi się wrócić do tematu, bo od tamtej pierwszej rozmowy już go więcej nie poruszaliśmy – choć oczywiście wyraźnie czułem, że gdzieś między nami rośnie napięcie. W kieszeni spodni miałem złożoną na cztery dużą kartkę, w punktach wypisałem na niej korzyści, które mój wyjazd mógłby przynieść nam obojgu. Usiadłem na sofie. Willow i Ivy musiały wyczuwać moje zdenerwowanie, bo umościły się między nami. Telewizor był wyłączony, więc ciszę zakłócało tylko dudnienie przybierającego na sile deszczu.

Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Becky oznajmiła:

– Możesz jechać. Damy radę. Nie martw się.

– Naprawdę? – odparłem z niedowierzaniem.

– Tak. A co będziemy jeść? – zapytała z uśmiechem, najwyraźniej chcąc jak najszybciej zmienić temat.

Becky poznałem lepiej w dwa tysiące dziesiątym roku w Richmond Park w centralnym Londynie podczas zdjęć do programu Springwatch. Spotkaliśmy się już pięć miesięcy wcześniej w biurze w Bristolu, ale ona tego nie pamiętała. Po pierwszym dniu zdjęć byliśmy razem w barze i zaczęliśmy rozmawiać na dość standardowe tematy: ulubione miejsca, dotychczasowe przygody, najciekawsze zlecenia… Opowiedziałem jej wówczas w szczegółach o moim największym marzeniu, czyli o filmowaniu pingwinów cesarskich w Antarktyce. To akurat utkwiło Becky w pamięci. Bardzo wiele mówi o niej to, że się zgodziła. Ludzie pewnie powtarzali jej, że zwariowała, ale na szczęście mieliśmy wsparcie naszych rodzin i przyjaciół – i to było najważniejsze.

Następnego ranka zadzwoniłem do Milesa, by mu powiedzieć, że się piszę na tę misję. Postanowiłem też wreszcie porozmawiać o tym projekcie z Willem. Jego udział w wyprawie był jednym z ważnych czynników, które brałem pod uwagę podczas podejmowania decyzji. Bardzo lubię poznawać nowych współpracowników, tym razem jednak potrzebowałem kogoś, kto by mi pomógł uwierzyć, że wytrwam psychicznie przez te jedenaście miesięcy na odludziu. Z Willem lubiłem spędzać czas, a ponadto byłem przekonany, że w trudnych chwilach będziemy wspierać się i podnosić nawzajem na duchu. Choćby człowiek czuł się nie wiadomo jak silny, chwile kryzysu na pewno mu się zdarzą. Sądziłem, że dla niego decyzja o wyjeździe też nie była prosta i oczywista. Rozmawialiśmy o tym, co nas najbardziej fascynuje w tej wyprawie, o wyjątkowości tego projektu i o filmie, który chcielibyśmy stworzyć na podstawie zgromadzonych materiałów. Gdy się zdecydowałem, Miles bezzwłocznie włączył mnie w przygotowania, a przede wszystkim skontaktował mnie z trzecim, ostatnim członkiem naszej ekipy.

Stefan, niemiecki fotograf, był już wcześniej w stacji Neumayer w roli badacza. W dwa tysiące dwunastym roku pojechał tam jako geofizyk i mieszkał na Antarktydzie przez czternaście miesięcy. To podczas tamtej wyprawy zafascynował się żyjącymi po sąsiedzku pingwinami. Dobrze było porozmawiać z kimś, kto wiedział, czego się należy spodziewać. Wziąłem duży notes i zacząłem zapełniać kolejne strony pytaniami, które mu chciałem zadać. Do ostatecznego potwierdzenia tego ambitnego projektu było jeszcze bardzo daleko, ale z chwilą skompletowania ekipy filmowej zespół producencki mógł przystąpić do realizacji kolejnych etapów przygotowań, a jednym z pierwszych kroków było złożenie podania o prawo do kręcenia zdjęć i ustalenie z załogą stacji Neumayer, czy rzeczywiście będą w stanie zapewnić naszej trójce niezbędne wsparcie. Powstały już dość konkretne plany i choć pomysł sam w sobie wydawał się dość szalony, wszystkim zainteresowanym bardzo zależało na tym, żeby go urzeczywistnić.