Sekrety SztokholmuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Historia w Sekretach Sztokholmu jest całkowicie zmyślona.

Wszelkie ewentualne podobieństwa z osobami fizycznymi bądź prawnymi są przypadkowe.

Jego zdjęcia nie udawały. Cycki i pośladki. Namiętne spojrzenia. Przeważnie nie więcej golizny niż w zwykłych reklamach mody. Seks się sprzedaje – ale w przeciwieństwie do firm odzieżowych nie robił z tego tajemnicy. Zwykł myśleć, że to tak jak ze szczynami i gównem. Człowiek wchodzi w bramę i nic nie zauważa. Ale szczyny tam na niego czyhają, podstępne, bo niewidoczne, człowiek zdaje sobie z nich sprawę dopiero, gdy ostry smród uderzy go w nozdrza. Gówno jest zawsze gównem. Widać je, daje o sobie znać i nic nie udaje. Jego zdjęcia były gównem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1
Czwartek, 11 maja

Rano

Dziewięćdziesiąt dwa dni, dziesięć godzin i pięć minut minęło od katastrofy. Telefon milczał. Informator z policji w City, który wcześniej dawał jej cynk o wymierzonych w celebrytów akcjach antynarkotykowych, przestał dzwonić. Właściciel pubu, który wiedział, gdzie będą imprezować gwiazdy światowego formatu po przyjeździe do Sztokholmu, nie odpowiadał na jej esemesy. Nawet piarowcy się nie odzywali.

Po tym, co się stało wiosną, była spalona.

Nikt nie chciał, żeby kojarzono go z Solveig Berg.

Wzięła laptopa ze stolika nocnego, otworzyła go i weszła na Sthlm Confidential, bloga, którego założyła w furii tego samego dnia, gdy wyrzucono ją z pracy. Kreśliła wtedy wielkie plany, blog miał zawierać wszystko od krótkich newsów ze świata show-biznesu po śledztwa dziennikarskie i demaskacje. Coś, o czym wszyscy by mówili. Miał być jej biletem powrotnym.

Otwarte drzwi sypialni. Spojrzała przez nie na dwupokojowe mieszkanie w bloku z lat czterdziestych na Skebokvarnsvägen w Högdalen. Ściany pokrywał materiał wyciszający hałasy dobiegające z zewnątrz. Te makatki z nomadami i wielbłądami kupiła dla niej w Maroku jej najlepsza, a obecnie jedyna przyjaciółka Fatima Niemi. Wzrok Solveig zatrzymał się na trąbce, którą dostała od ojca. Micke Berg był taksówkarzem, ale jego życie kręciło się wokół zespołu jazzowego.

Kubek po kawie stał wciąż tak, jak go wczoraj zostawiła, pełen zgniecionych papierków po karmelkach lukrecjowych. Siedziała w nocy zdecydowanie za długo.

Znowu.

Zmęczenie zaczynało się już na dobre zadomawiać w jej głowie. Kiedy jej kontakty poszły z dymem, była zmuszona szukać innych kanałów. Pisać o tym, co publikowano w mediach społecznościowych. Na przykład.

Późnym wieczorem dodała dwa wpisy.

23.57:11 Zwariowane koty, które po prostu musisz zobaczyć

00.45:35 19 największych wpadek Pera Morberga przed kamerą

Proste chwyty, które powinny zadziałać.

Wyszukała zdjęcia wydurniających się kotów i dodała do nich dymki dialogowe. Redaktor naczelny w jej byłym miejscu pracy nazywał to śmiekotkami i twierdził, że zwierzęta są na najlepszej drodze, żeby prześcignąć w internecie pornografię. W Stanach istniały nawet strony internetowe, których sukces opierał się w całości właśnie na takich kotach.

Siedem odsłon strony.

Zero udostępnień na Facebooku.

Solveig zatrzasnęła komputer.

„Więcej cierpliwości”, powtórzyła sobie. Treść jest w porządku. Okej, grupa docelowa zmieniła się może nieco w porównaniu z tym, co pierwotnie zakładała. To, co teraz robiła, nie miało wiele wspólnego z newsami i ważnymi śledztwami dziennikarskimi, ale najpierw musi przecież jakoś ściągnąć ludzi na swojego bloga. Wtedy ruszy z innymi projektami.

Spod podłogi dobiegł ją przytłumiony furkot.

Czyżby było aż tak późno?

Domyślała się, że to bzyczenie igły, która właśnie wstrzykuje komuś farbę pod skórę w studiu tatuażu na parterze. Powinna już wreszcie wstać. Włączyć ekspres do kawy i stworzyć kilka wpisów. Zaplanować większe zadania, te, które miały nadejść.

Ale leżała dalej.

Usłyszała coś jakby kapanie.

Padało?

Zaledwie trzy miesiące temu była obiecującą dwudziestopięcioletnią reporterką. Jej pracodawca – „Newsfeed24” – w ciągu dwóch lat, które tam spędziła, rozwinął się i był teraz jednym z największych portali informacyjnych. Kluczem do jego sukcesu okazał się dobór odpowiedniej perspektywy i sposobu prezentacji. Wiadomości pisano z werwą i humorem. Nierzadko miały formę list z podpunktami. Poruszały i skłaniały do działania, czytelnicy ekscytowali się nimi i dzielili z innymi. Co tydzień Solveig dostawała tysiące maili od czytelników, założono nawet o niej wątek na popularnym forum internetowym „Flashback”. „Czy ktoś zna jakieś plotki o Solveig Berg?”. Lubiła to wszystko – to, że ją czytano i na nią patrzono – chociaż najbardziej brakowało jej panującego w redakcji poczucia wspólnoty. Tego, jak reporterzy i redaktorzy trzymali się razem. Wspólnie śmiali się z historyjek o tortach w kształcie krocza na amerykańskich imprezach baby shower i zaparkowanych samochodach, które nagle zapadały się w tajemnicze leje. Poklepywali się po plecach z uznaniem, kiedy ujawniono jakiś skandal, choćby po zdemaskowaniu słynnych blogerów, którzy popełniali machlojki podatkowe, odliczając sobie od podatku wycieczki do Tajlandii, czy posłów na Riksdag, którzy udzielają się w internecie na rasistowskich forach, i przedstawicieli elit gospodarczych włóczących się po seksklubach. Wspierali się wzajemnie, kiedy komentarze stawały się zbyt osobiste. Solveig pomyślała o legendarnych już wypadach wieczorem na piwo do Pelikana, restauracji na Södermalm. O tych wszystkich afterparty.

Westchnęła.

Jedna niefortunna pomyłka i wszystko runęło. Znowu wylądowała w Howdy Burger na Vasagatan, w sieciówce z drogimi hamburgerami. W ciągu dnia roznosiła jedzenie i butelki z piwem, żeby mieć za co opłacić czynsz. Nocami walczyła ze swoim blogiem.

Kapanie nie ustawało.

Podniosła książkę, która leżała na podłodze. Bądź sobą, zmień świat (czy nadeszła już pora?). Zostawił ją w restauracji jeden z gości. Kolejna z zalewu poradników samorozwojowych. Obiecywała, że prostymi środkami uda się zyskać zupełnie nową perspektywę na własne życie. Obiecywała zdrowie i bogactwo. Jedyne, czego nie obiecywała, to że znajdzie się w niej jakąkolwiek odpowiedź – za to stawiała całą masę pytań. Życie Solveig nie było już w stanie pomieścić dalszych znaków zapytania, to akurat nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Ale to nie dlatego czytała tę książkę. Ciekawił ją mężczyzna, który ją zostawił.

Solveig nie udało się przeczytać więcej niż kilka linijek.

Dlaczego pachniało tu zawilgoconą pralnią?

Prześcieradło wyszło spod materaca i okręciło się Solveig dookoła nogi. Wyplątała się z niego, zrzuciła z siebie kołdrę i wstała.

W korytarzu dźwięk zrobił się wyraźniejszy.

Zatrzymała się w progu kuchni.

Zlew był po brzegi wypełniony wodą, rozlewała się z niego na blat oraz kuchenkę i ściekała po szafkach. Całą podłogę pokrywała woda.

Zapomniała zakręcić kran.

Zerwała się z miejsca i zakręciła wodę. Przeklinając, ciskała na ziemię wszystkie ścierki, które tylko wpadły jej w ręce. Już podniosła telefon, żeby zadzwonić do taty, ale ostatecznie zmieniła zdanie.

Fatima Niemi odebrała po czwartym sygnale.

– Musimy gdzieś wyjść dzisiaj wieczorem – zakomunikowała Solveig.

2
Czwartek, 11 maja

Po południu

Lennie Lee rzadko bywał zdenerwowany i z całą pewnością nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś kazał mu czekać. Jako znany fotograf i główny wydawca własnej gazety „Glam Magazine” osiągnął już ten punkt w życiu, kiedy większość rzeczy odbywała się na jego warunkach. Teraz siedział jednak sam przy stole w Boquarii, restauracji tapas w Moodgallerien w City, a przed nim stał prawie pusty kufel piwa.

Dlaczego nie przyszedł?

Lennie rozejrzał się po lokalu. Wapnowane ściany, ciemna podłoga. Kucharze w białych czapkach przygotowywali jedzenie na oczach gości. Ci zaś byli na wskroś eleganccy. Dobrze ubrani finansiści ze Stureplan, którzy kończyli wydłużoną przerwę na lunch filiżanką espresso. Młodsi mężczyźni i kobiety, przedstawiciele wolnych zawodów, w swobodnych, lecz starannie przemyślanych strojach. Ludzie z branży modowej pracujący w siedzibie głównej szwedzkiego potentata odzieżowego na Mäster Samuelsgatan.

Lennie opróżnił kufel.

Kilka godzin wcześniej chodził po domu w szlafroku i kapciach. Leniwy poranek w środku tygodnia. Wolność. Uwielbiał sam dysponować swoim czasem. Normalna praca od dziewiątej do piątej była dla niego nie do pomyślenia, symbolizowała wszystko, od czego pragnął uciec, wyjeżdżając niegdyś z małomiasteczkowego Tranås do Sztokholmu. Po długim śniadaniu ze swoją dziewczyną Mariką Glans ściągnął z internetu kilka brytyjskich magazynów i położył się z iPadem na sofie. Kiedy właśnie doszedł do wniosku, że ostatnie okładki „Maxima” i „GQ” nawet nie umywały się do „Glam Magazine”, zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony, ale Lennie mimo wszystko zdecydował się odebrać.

 

Głęboki męski głos odezwał się po drugiej stronie.

Jakob Adler chciał się z nim spotkać.

***

Z głośników dobiegała przytłumiona lounge music. Goście, którzy przyszli tutaj na lunch, zaczęli się przerzedzać. Lennie wziął wykałaczkę ze stojaka na stole, złamał ją i sięgnął po następną. Rozprysła się na małe drzazgi.

Jakob Adler.

Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie.

Niedługo minie dziesięć lat. Lennie pracował nad reportażem o przestępczości zorganizowanej w Sztokholmie i nawiązał kontakt z mężczyzną, który twierdził, że dowodzi rozrastającą się siatką zawodowych przestępców: Jakob Adler, wtedy trzydziestoletni, wychowany w Hässelby na przedmieściach Sztokholmu. Z jakiegoś powodu Lennie sądził, że trudno będzie skłonić go do mówienia, ale Jakob okazał się zaskakująco otwarty. Uprzejmy i elokwentny. Wręcz do tego stopnia, że Lenniego naszły wątpliwości, czy wybrał odpowiednie miejsce na sesję fotograficzną. Ale Jakob chciał, żeby zdjęcia cyknięto mu na siłowni w surowej piwnicy na Vasastan. Później Lennie je obrobił, dodał ziarnisty efekt i zwiększył kontrasty, tak żeby wyglądały jak dokumentalne przepuszczone ze dwadzieścia razy przez kopiarkę. Rezultat: nieobliczalny gangster. Ktoś, z kim nie chciałoby się zadrzeć.

Lennie uśmiechnął się na to wspomnienie.

W ostatnich latach Adler skończył z przestępczością i został przedsiębiorcą. Mówiono, że wszedł do branży gastronomicznej jako inwestor, ale Lennie nie wiedział nic na pewno. Może Jakob potrzebował teraz nowych zdjęć w bardziej reprezentacyjnym otoczeniu. W jakimś mieszczańskim salonie. Z barkiem. Ciężkimi meblami chesterfield. Z czymś, co pasowałoby do „DI Weekend”, ucieleśniającego prestiż weekendowego dodatku do „Dagens Industri”.

Kelner rozstawiał kieliszki, przygotowując stoły na wieczór. Umówili się na spotkanie o drugiej, ale Lennie zjawił się na miejscu dwadzieścia minut wcześniej. Nawet jeśli był przyzwyczajony, że zawsze dostaje stolik, chciał mieć stuprocentową pewność, że tym razem też tak będzie. Bo gdyby chodziło o to co zwykle, czyli o dziewczyny na utrzymane w sekrecie prywatne imprezy, to za sznureczki pociągałby fiński asystent Jakoba. Adler bardzo rzadko dzwonił gdzieś osobiście.

Lennie wyjrzał przez okno. Na zewnątrz ludzie pośpiesznie przemykali Jakobsbergsgatan. Jego kufel nadal stał pusty. Zaczął liczyć, ile razy ktoś z obsługi przejdzie obok, nie pytając go, czy chciałby jeszcze jedno piwo. Co tu się w ogóle wyrabia? Czy go nie rozpoznali? Nagle zaczął we wszystkim dostrzegać jakieś niedociągnięcia. Okruszki chleba na podłodze. Plamy na lampach. Swąd palonego tłuszczu. Dlaczego właściciel nie pilnował, żeby pracownicy porządnie sprzątali i robili coś pożytecznego, kiedy akurat nie działo się nic innego?

Zbliżała się trzecia.

Czyżby coś przeszkodziło Jakobowi Adlerowi?

Lennie zastanowił się nad rzeczami, które mogły mu stanąć na drodze.

Korki. Ważne kontakty. Większe interesy.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

W wejściu pojawił się bardzo stylowo ubrany mężczyzna. Teczka i pasek pasowały do oksfordów od Johna Lobba.

Lennie podniósł się tak energicznie, że krzesło aż zaszurało po podłodze.

– Dobrze cię widzieć. – Jakob Adler uścisnął mu rękę i poklepał go między łopatkami.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Wszystko w porządku?

– Jak najbardziej, dziękuję – powiedział Jakob, a kiedy zobaczył pusty kufel, głośno się zaśmiał. – Suszyło cię?

Usiedli naprzeciwko siebie. Jakob Adler na sofie z widokiem na całą restaurację, Lennie na krześle. Zegarek Breitling uderzył o blat, kiedy Jakob położył ręce na stole. Tatuaże zniknęły, ale na podstawie szarych śladów można było wywnioskować, gdzie się wcześniej znajdowały: na rękach, ramionach, na górze szyi i na karku. Włosy uczesane z przedziałkiem po boku, lśniące od pomady, broda starannie przycięta i idealnie leżący garnitur od Cornelianiego. Nie pozostawiało to najmniejszych wątpliwości. Jakob Adler był teraz biznesmenem.

Podszedł kelner. Lennie zdążył już kilka razy przestudiować całe menu i wiedział, co chce zamówić. Grillowane krewetki i małe hiszpańskie papryczki pimientos de padrón na przystawkę. A potem prosię z rotisserie z podwójnie smażonymi frytkami i truflowym aioli. Jakob Adler potakiwał z aprobatą, zdecydował się na to samo, ale poprosił dodatkowo o wędzony sos.

Kelner się zawahał.

– Właściwie to nie zmieniamy nic w potrawach.

– Mogę go dostać czy nie? – zapytał Jakob Adler.

– Spytam kucharza, co się da zrobić. Czego się panowie napiją?

– Jakiegoś dobrego piwa.

– Puttin’ in Hours. Amerykańskie pale ale ważone z czterech gatunków szwedzkiego słodu i...

– Świetnie – przerwał mu Jakob i zdjął marynarkę. – Jeśli tylko jest dobre.

– Dla mnie to samo – powiedział Lennie.

Kelner podziękował za zamówienie.

Zapadła cisza.

Lennie zaczął niezobowiązującą rozmowę. Była to ciężka sztuka. Bez zdolności towarzyskich nigdy nie zaszedłby jednak tak wysoko. Kobiety miał po swojej stronie, śmiały się z jego dowcipów, a mężczyźni traktowali go raczej jako świetnego kompana niż jako zagrożenie. Wszyscy kolegowali się z Lenniem Lee.

– Pracujemy teraz pełną parą. Redakcja siedzi właśnie nad nowym numerem, deadline’y i te sprawy, sam rozumiesz. Potem ruszamy w trasę. Laski i hektolitry piwa, ludzie muszą dostać to, na co zasłużyli...

Jakob Adler pochylił się nad stołem.

Lennie zamilkł.

– Za trzy tygodnie, dwudziestego piątego maja, kończę czterdzieści lat – powiedział Adler.

– Wszystkiego naj...

– Organizuję przyjęcie. Ale nie jakąś tam zwyczajną posiadówę. Nie będzie to żadna impreza rodzinna. – Jakob Adler mówił uroczyście. – Chcę dwadzieścia pięć twoich najlepszych i najelegantszych dziewczyn.

Lennie przytaknął. Dziewczyny były podstawą jego działalności. To na tym zbudował swoje życie. Miał już na koncie organizację castingów do setek imprez. Poczynając od zamkniętych kolacji w męskim gronie dla elit gospodarczych, a kończąc na wieczorach kawalerskich dla synów miliarderów i przyjęciach dla biznesmenów z Arabii Saudyjskiej organizowanych na ekskluzywnych łodziach w archipelagu. Kurczący się nakład gazety sprawiał, że interesy rozwijane na boku stawały się coraz ważniejsze. „Podobnie jak w przypadku zespołów rockowych”, jak zwykł myśleć. Im mniej płyt sprzedają, tym więcej czasu spędzają w trasach. Chodziło o to, żeby być tam, gdzie są czytelnicy. Wabić ich czymś innym. Imprezy tematyczne i podróże w męskim gronie oraz kursy podrywania, na których dawał specjalną gwarancję „zaliczenia”.

– Chciałbym jakiś pałac – ciągnął Adler. – Moi goście mają czuć się jak królowie. Ma być tam wszystko. Homary i najlepsze mięso. Szampan, wódka, cygara. I chciałbym, żebyś ty to dla mnie zorganizował.

Na twarzy malowało mu się skupienie.

– Załatwisz to?

– Oczywiście – zapewnił Lennie.

Kelner przyszedł z przystawkami. Gambas z ciemnymi wzorkami od grilla i skąpane w oliwie, małe, faszerowane serem papryczki padrón w okrągłych ceramicznych miseczkach. Jakob odgryzł końcówkę papryczki. Przeżuwał ją zamyślony.

– Rozumiemy się, jeśli mówię, że oczekuję... – wyjrzał przez okno na źle zaparkowany samochód – ...klasy światowej?

– Bez dwóch zdań.

– Dostaniesz pięć.

– Jak to pięć? – zapytał Lennie.

Jakob Adler wyszczerzył się tak szeroko, że z tyłu przy górnych zębach było mu widać jedzenie.

– Milionów.

Lennie przełknął ślinę. Pięć milionów. To więcej niż łączny zysk, który przyniosło mu przez te wszystkie lata wydawanie gazety. Przynajmniej według deklaracji podatkowych. Sprytnie wszystko księgował i co tylko się dało, załatwiał na czarno: hostessy na imprezy, trasy po knajpach, a nawet część zleceń od reklamodawców. Ale brzmiało to zbyt pięknie, żeby mogło być prawdą.

Jakob Adler obniżył głos.

– Ale wszystko ma być dopięte na ostatni guzik. Co do najmniejszego szczegółu. Wszystko ma pójść w najgorszym razie idealnie. Ludzie mają mówić o tej imprezie przez dekady.

– Rozumie się samo przez się – zapewnił Lennie.

Zadzwoniła komórka Adlera.

– Muszę odebrać. – Podniósł się i odszedł.

Lennie został na swoim miejscu i oswajał się z tym, co przed chwilą usłyszał. Robota idealna. Sama myśl przyprawiała go o zawroty głowy. Miał wyreżyserować przyjęcie urodzinowe. Określanie tego mianem „przyjęcia urodzinowego” było w gruncie rzeczy nietrafione. Chodziło o pokaz, który umocniłby pozycję biznesmena Jakoba Adlera, utrwalił jego image jako pierwszoligowego przedsiębiorcy i inwestora w branży gastronomicznej.

Lennie wzniósł toast z własnym odbiciem w lustrze.

W tym samym momencie poczuł słodki zapach perfum.

– Hej. – Lennie usłyszał dobrze mu znany głos.

„Nie”, pomyślał, „tylko nie teraz”.

– Jennifer. – Podniósł się i cmoknęli się w policzek.

– Dlaczego nie odpowiadasz na moje esemesy? – zapytała Jennifer Leone.

Jej głos brzmiał cienko. Była hipnotyzująco piękna, ostatnia kuracja botoksem nie zostawiła nawet siniaka na jej policzku, ale to się mogło akurat zmienić, biorąc pod uwagę, jak niefortunnie wybrała moment, żeby się tutaj pojawić.

– Słuchaj, skarbie, jestem nieco zajęty.

– Kim?

– Jestem tu ze znajomym w interesach.

Usiadła na sofie. Lennie poczuł, jak rośnie w nim irytacja. „Spadaj stąd” pomyślał. „Wynoś się”. Obawiał się, że Jennifer może odstawić jakąś scenę. Stresowało go to. Nic nie może mu teraz przeszkodzić.

– Chcę zobaczyć gotowe strony – oświadczyła.

Zazwyczaj spotykali się w jej kawalerce w Täby, w redakcji albo w jakimś pokoju hotelowym. Było tak zawsze. Aż do pewnego wieczoru w poprzednim tygodniu. Marika Glans poszła na premierę filmu. Po kilku drinkach w Miss Voon wydawało się nie do pomyślenia, żeby wskakiwać do taksówki i jechać aż do Täby, skoro Linnégatan znajdowała się o rzut kamieniem.

Rzecz jasna był to błąd.

Jennifer zobaczyła pracę Berta Sterna, która wisiała w sypialni Lenniego i Mariki, zachwyciła się sugestywnym portretem Marilyn Monroe ze zwiewnym materiałem i zażądała, żeby Lennie zrobił jej zdjęcia w takiej samej pozie. Teraz zawracała mu głowę. Mówiła, że chce obejrzeć zdjęcia, raz po raz. I dokładnie tak jak Monroe kreśliła czerwoną szminką te, które jej się nie podobały. Właściwie robiła to całkiem uroczo.

– Zadzwoń do Hockeya – powiedział Lennie krótko.

Asystent do spraw graficznych pracował przez całą dobę i mógłby jej z pewnością pomóc, jeśli nie wykorzystywałaby po prostu tych zdjęć jako pretekstu, żeby przyjść do Lenniego.

– Nie – odparła jeszcze cieńszym głosem.

– Makiety strony są w redakcji, zadzwoń do Hockeya albo skończ z tym raz na zawsze.

– Jak możesz być taki?

Głos jej zadrżał. Jennifer zaczęła płakać.

Lennie wziął głęboki oddech. Zaparł się w sobie. Zauważyła oczywiście, że jest spięty. Widział, jak raduje ją ta sytuacja.

Położyła nogi na sofie, jej łydki znalazły się dokładnie na marynarce Jakoba Adlera.

– Zachowuj się – powiedział Lennie.

Zakryła rękami twarz w dramatycznym geście. Towarzystwo siedzące kilka stolików dalej popatrzyło na nich.

– Przestań!

Jennifer płakała coraz głośniej.

– Kochanie, czy nie możemy porozmawiać później – szukał jakiegoś wyjścia Lennie.

– Wpadniesz wieczorem? – zapytała.

– Może.

Podniosła głos.

– Co znaczy „może”?

– Cicho – wysyczał.

– Nie dam już rady.

– Okej, wpadnę wieczorem, zrobię wszystko, jeśli tylko teraz już sobie stąd pójdziesz – powiedział Lennie.

– To widzimy się wieczorem?

– Tak, tak, obiecuję. Idź już.

Jennifer Leone oderwała kawałek serwetki Jakoba Adlera i osuszyła łzy pod oczami. Potem wreszcie opuściła nogi w butach na wysokich obcasach na podłogę i zniknęła w wyjściu.

Lennie przechylił się przez stół i wygładził fałdy na marynarce Jakoba Adlera. Opadł na krzesło, wziął duży łyk piwa i odetchnął.

Ktoś mocno klepnął go w ramię i nim potrząsnął.

Jakob Adler wrócił.

– A więc nie przedstawisz mnie swoim damom? – powiedział – Nie jestem dla nich wystarczająco wytworny? – Zaśmiał się cienko, oktawę wyżej niż zazwyczaj.

Lennie też się zaśmiał.

– Na czym skończyliśmy? A tak, wychodzi mi około stu pięćdziesięciu gości. Tych najbliższych. – oświadczył.

 

– Jasne. Daj mi tylko ich nazwiska i adresy, a roześlę stylowe zaproszenia.

– Zaproszeniami zajmę się sam.

– Jak chcesz.

– Twoim zadaniem jest rozrywka. Chcę się porządnie zabawić.

Podano prosiaka. Solidna porcja boczku na drewnianej desce. Frytki i sos w koszyczku obok. Jakob Adler wzniósł toast. Rozmowa zeszła na inne tematy. Między kęsami chwalił się nową łodzią. Luksusowym amerykańskim jachtem długim na dwadzieścia metrów. Wartym piętnaście milionów. Lennie z całych sił starał się słuchać, ale myśli bez przerwy mu uciekały i odpływały w innym kierunku. Do Jennifer Leone.

– Bije większość z tego, co pływa po wodzie – opowiadał Jakob Adler.

– Ile ma koni mechani...

– Ale Lennie, do cholery, mów wreszcie. Jak ci się układa z Mariką?

Inne książki tego autora