CzerwieńTekst

Z serii: s-f
Z serii: Czerwień #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

ODCINEK 1: MROCZNY PATROL

ODCINEK 2: KRWAWE PRZENIKANIE

ODCINEK 3: MISJA „BRZASK”

WERSJA POSZERZONA

POŁĄCZONA GRUPA BOJOWA
ODCINEK 1:
MROCZNY PATROL

– Gdzieś musi się toczyć wojna, sierżant Vasquez. To życiowa prawda. Bez konfliktu o przyzwoitym zasięgu zbyt wielu międzynarodowych przedsiębiorców wojennych wypadłoby z interesu. Jeśli więc na horyzoncie nie majaczy w naturalny sposób żadna wojna, może pani liczyć, że PW się zbiorą, żeby taką sprokurować.

Mój wykład instruktażowy nie spełnia ogólnowojskowych standardów. Wygłaszam go na otoczonym murami placu apelowym fortu Dassari, gdy moja PGB – połączona grupa bojowa – przygotowuje się do nocnego patrolu. Po zachodzie słońca temperatura spadła do 35 stopni, za co wszyscy jesteśmy wdzięczni, ale nadal jest cholernie gorąco i panuje oblepiająca wilgoć pory deszczowej. Bursztynowe światła błyszczą na gładkich, czarnych, lśniących od potu policzkach sierżant Jaynie Vasquez, która zaledwie cztery godziny temu przybyła helikopterem z tygodniowym zapasem prowiantu.

Jak pozostali z nas, sierżant Jaynie Vasquez ma na sobie mundur polowy, kamizelkę kuloodporną i szary tytanowy egzoszkielet. Gdy patrzy na mnie spod obrzeża brązowego neuroskalpu żołnierza PGB, wygina z powątpiewaniem łuki pięknie zarysowanych brwi. Podejrzewam, że ostrzeżono ją przede mną, jej nowym dowódcą w forcie Dassari – niesławnym porucznikiem Jamesem Shelleyem z Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych.

Nie ma problemu. Wiedza to pozytywna rzecz.

– Jak zatem PW zabiorą się do wywołania wojny? – pytam ją.

Odpowiada rzeczowo, na sposób doświadczonego podoficera:

– To przekracza moją siatkę płac, sir.

– I tak warto to rozważyć. Wyobrażam sobie, że to się dzieje tak: Wszyscy wielcy przedsiębiorcy wojenni, ci PW, których serdecznie nienawidzimy, zbierają się… nie naprawdę, ale na takie wirtualne spotkanie. Z początku są nieco sztywni – taki jest charakter kontraktora wojennego – ale potem jeden z nich mówi: „No, dalej. Potrzebujemy gospodarza kolejnej wojny. Ktoś na ochotnika?”.

– Ja, sir – zgłasza się z uśmiechem specjalista Matthew Ransom, stając przede mną do obowiązkowego przeglądu.

– To poważna sprawa, Ransom.

– Przepraszam, poruczniku.

Mimo to robię przegląd, sprawdzając wyposażenie i upewniając się, że każde złącze jego egzoszkieletu jest zapięte. Jednocześnie podejmuję przerwany wątek:

– „Ktoś na ochotnika?” To dowcip, rozumiecie? Bo żaden PW nie pozwoli, żeby wojna toczyła się na jego terytorium. Zasada numer jeden: Nigdy nie zabijaj własnych podatników. Wojna to coś, co sprowadzasz na innych.

– Zgadza się, sir – mówi Jaynie cierpkim tonem, zaczynając sprawdzać sprzęt Yafiah Yeboah, szeregowej pierwszej klasy.

Chyba do niej trafiam.

W każdym razie dowcip robi swoje, lody zostają przełamane i zewsząd padają pomysły, aż jeden PW mówi: „Słuchajcie, mam. Wywołajmy wojnę w Sahelu. To sprzyjający, otwarty teren. Żadnych paskudnych dżungli. I nie całkiem pustynia, a my mamy już tam figuranta w osobie Ahaba Matugo”. To podoba się wszystkim, więc się zgadzają, i kolejna regionalna wojna, która pozwoli im pozostać w grze przez następne trzy, cztery lata, albo nawet dziesięć, jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, toczy się właśnie tutaj, w Sahelu w Afryce, między równikowym lasem deszczowym a Saharą.

Docieram do ostatniego elementu, przykucam w błocie obok lewego buta Matta Ransoma, gdzie obuwie jest przytroczone do ruchomej podeszwy egzoszkieletu. Wszystko wygląda dobrze, więc klepię go po wsporniku udowym i mówię:

– W porządku.

Kiedy wstaję, stelaż mojego egzoszkieletu się prostuje. Rozlegają się ciche westchnienia przegubów, gdy spony nożne unoszą mnie bez najmniejszego wysiłku z mojej strony, pomimo ciężaru czterdziestokilogramowego plecaka. Z mechanicznych przegubów rozchodzi się mdły, sterylny zapach smaru mineralnego, ledwo wyczuwalny przy organicznym smrodzie błota i psów.

Odwracam się z powrotem do Jaynie. Przerywa sprawdzanie ekwipunku i pyta:

– Więc teraz przedsiębiorcy wojenni muszą doprowadzić do wybuchu wojny, zgadza się?

– Najpierw muszą wybrać strony konfliktu, ale to się da załatwić rzutem monety. Chiny kończą jako główny poplecznik Ahaba Matugo, a Liga Arabska utrzymuje status quo…

– Poruczniku – przerywa mi Ransom – chce pan, żebym sprawdził pański osprzęt?

– Jasne. Dawaj.

Przeciągam dłonią w rękawicy po neuroskalpie, a on zaczyna szarpać złącza i sprawdzać poziomy zasilania. Wspominam przygotowania do tej wojny, które obserwowałem podczas odbywania pierwszej tury bojowej na najdalszym zadupiu Boliwii. Staram się bardzo, żeby mój głos brzmiał spokojnie.

– Więc my, Amerykanie… nie włączamy się od razu. Musimy najpierw zakończyć inną wojnę, obiecujemy zatem interweniować, gdy będą tego wymagały kwestie humanitarne, ale nie roztrząsamy, po czyjej stronie się opowiemy, bo to nie ma, kurwa, najmniejszego znaczenia. Wszyscy wiedzą, że nie znamy się na lokalnej polityce, a poza tym i tak gówno nas ona obchodzi. Niczego nie chcemy zdobyć w tym regionie. Pakujemy się w konflikt jedynie dlatego, żeby przedsiębiorcy wojenni mogli uszczęśliwić swoich akcjonariuszy. Amerykańcy podatnicy będą słuchać huraoptymistycznych kanałów propagandowych i dawać kasę, winiąc liberałów za kiepską sytuację gospodarczą, no i jednocześnie ściągając niższą klasę społeczną do wojska, bo, no cóż, to też jest praca, a nawet PW nie potrafią przekonać Kongresu do wydania dziesięciu milionów dolarów na jednego robota bojowego, kiedy za dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolców można mieć w pełni wykwalifikowanego żołnierza z krwi i kości, o wysokim ilorazie inteligencji.

Ransom robi krok do tyłu.

– Sprawdzone, sir.

Ignoruję go.

– I dlatego, sierżancie, siedzimy prawem kaduka w forcie Dassari, w kraju, którego nie chcemy i do którego nie należymy, i dlatego musimy iść na patrol tej nocy, i każdej innej, we wrogim terenie, dając ludziom, którzy także tutaj nie należą, okazję do zabicia nas. Nie jesteśmy tutaj dla chwały – nie znajdziemy jej tu – i nie mamy o co walczyć. Nasze cele to pozostać przy życiu, uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej i zabić każdego zainteresowanego zabiciem nas. Przez dziewięć miesięcy pod moją komendą nie zginął ani jeden żołnierz i chcę, żeby tak pozostało. Czy to jasne?

Jaynie rozważnie utrzymuje obojętny wyraz twarzy.

– Tak jest, sir, jasne. – A potem, bo nie ma zamiaru dać się onieśmielić o pięć lat młodszemu porucznikowi z czterokrotnie mniejszym doświadczeniem bojowym, dodaje: – Nadzór opisał pana jako szalonego skurwysyna, sir…

Za plecami Jaynie Yafiah przykłada energicznie dłoń do ust, żeby zdusić parsknięcie śmiechu.

– …ale obiecali mi, że bez względu na to, do jakiego stopnia jest pan dupkiem, to nie wpakują nas w zasadzkę.

Uśmiecham się miło.

– Kilka razy byli blisko.

Nasz fort, leżący na północno-wschodnim krańcu linii odległych umocnień granicznych, jest bardziej narażony od innych. Jest naszym schronieniem i bazą operacyjną. Pięciometrowe mury otaczają budynek koszar oraz dziedziniec o powierzchni wystarczającej do zaparkowania dwóch czołgów – nie żebyśmy je mieli, ale mamy trzy quady stojące pod harmonijkowym zadaszeniem.

Nasze zadanie wykonujemy za murami. Pilnujemy zakazu – polujemy na bojowników przenikających z północy, a rebelianci polują na nas. Nadzór nie zawsze dostrzega ich na czas, co jest jednym z powodów, dla których trzymamy pięć psów. Nie są oficjalnym wyposażeniem wojskowym, ale motto połączonych grup bojowych brzmi: „Innowacja, koordynacja, inspiracja…”, co oznacza, że jako PGB mamy swobodę manewru w stosowaniu własnych strategii.

– Jeszcze jedno, sir – mówi Jaynie, kiedy się odwracam. – Czy to prawda, że jest pan scyborgizowany?

– To tylko nakładka oczna. – Palcem w rękawiczce dotykam kącika oka. – Jakby wszczepione soczewki kontaktowe, które jednak odbierają i wyświetlają dane.

Złoty pasek wytatuowany wzdłuż krzywizny dolnej szczęki to antena, a w uszach mam osadzone niewielkie słuchawki, ale nie wspominam o tym.

– Nie jest pan połączony z zewnętrznym światem, co?

– Spoza strefy działań wojennych? Nie ma mowy. Jedyny link, do jakiego mam prawo, łączy mnie z Nadzorem.

– Jest więc pan połączony z Nadzorem, nawet jeśli nie nosi pan hełmu?

– Zgadza się. Wszystko, co widzę i słyszę, jest przekazywane na górę.

– Po co, sir?

Nie jest to dyskusja, w którą chcę się wdawać właśnie w tej chwili, więc zwracam uwagę na ostatniego członka naszego małego oddziału. Szeregowy pierwszej klasy Dubey Lin stoi na pomoście trzy metry powyżej gruntu, wyglądając przez strzelnicę karabinu maszynowego na otaczające nas drzewa. Dubey zbytnio polega na wzroku, ale zawsze na czas jest gotowy do drogi i nigdy nie dyskutuje. Właściwie nigdy nic nie mówi na żaden temat.

– Dubey! – wołam. – Dawaj tutaj!

– Tak jest, sir!

Zeskakuje na ziemię, pozwalając, żeby amortyzatory egzoszkieletu przyjęły wstrząs; przestrasza tym psy, które są tak zdenerwowane przed nocnym patrolem, że pokładają się jeden na drugim. Rozlegają się gniewne warknięcia, gdy kręcą się, walcząc na niby. Ransom przyłącza się, wykonując w kierunku Dubeya kilka kopnięć i ciosów kung-fu, napinając nogę egzoszkieletu i zastrzały ramienia, ale Dubey jak zawsze go ignoruje.

 

W szeregach PGB ochrzciliśmy nasze egzoszkielety mianem „martwych sióstr”, gdyż wszystkie elementy, z wyjątkiem ruchomych podeszew, wyglądają jak ludzki kościec. Amortyzujące zastrzały, połączone przegubem kolanowym, biegną na zewnątrz ud ku biodrom. Na plecach stelaż przyjmuje kształt klepsydry w celu zmniejszenia powierzchni profilu, kończąc się spinającym barki łukiem, który łatwo wspiera zarówno ciężar polowego plecaka, jak i dźwignię zapewniającą przełożenie, które może wytworzyć szczupły wspornik ramienia.

Pakiety mikroprocesorów rejestrują ruchy żołnierza, przekładając je instalacji na stosowne algorytmy ruchowe. Żołnierz w egzoszkielecie może zostać zastrzelony i nigdy nie padnie. Widziałem to w Boliwii. A jeśli w martwej siostrze zostało dosyć energii, może ona wynieść ciało do bezpiecznej strefy. To także widziałem. Czasami trup idzie dalej, w moich snach. Nie żebym się kiedykolwiek przyznał do tego Nadzorowi.

Jaynie naciska nieco mocniej:

– Skoro Nadzór słucha wszystkiego, co pan mówi, sir, to dlaczego pieprzy pan głupoty?

– Musimy toczyć naszą grę, sierżancie. Nie musimy jej lubić. A teraz hełmy włóż!

Wszyscy kryjemy się za osłaniającymi całe twarze przyłbicami, nastawionymi na nieprzezroczystą czerń. Malutkie wentylatorki zaczynają mi dmuchać chłodnym powietrzem w twarz, gdy obserwuję kolejne ikony pojawiające się na wyświetlaczu przyłbicy. Zapewniają mnie, że jestem w pełni połączony: z neuroskalpem, z karabinem szturmowym M-CL1a, z każdym z moich żołnierzy, z aniołem unoszącym się niewidzialnie na wysokim niebie, z przewodnikiem z Nadzoru.

– Jesteś tam, Delphi?

– Słyszę cię, Shelley – odpowiada jej znajomy głos.

Nie bez powodu nazywają nas połączoną grupą bojową.

Teoretycznie każda PGB powinna mieć w terenie dziewięć par butów, ale w Dassari nie mieliśmy ich nigdy więcej jak sześć, a ze względu na transfery personelu przed przybyciem Jaynie mieliśmy zaledwie cztery. Wojsko lubi się przechwalać, że każdy członek połączonej grupy bojowej jest elitarnym żołnierzem spełniającym wszystkie wymagania fizyczne i intelektualne, o udowodnionej zdolności adaptowania się do nowych systemów i okoliczności. W tłumaczeniu oznacza to, że chronicznie brakuje nam ludzi i nikt nie ma wolnej nocy.

– Miejmy oczy otwarte – mówię przez gen-kom. – Przez kilka ostatnich nocy było tu zbyt spokojnie. Mamy zaległości.

– Tak jest, sir.

Taka odpowiedź ze strony Ransoma to dobra wiadomość. Yafiah przeklina cicho. Sfrustrowany Dubey kopie ziemię. Tylko Jaynie tego nie chwyta.

– Wie pan o czymś, o czym my nie wiemy? – pyta przez gen-kom.

– Tylko mam przeczucie.

Ransom mówi:

– Coś, co Bóg szepcze mu do ucha.

– Poruczniku – prosi Yafiah.

Tak jak ja, wie, na co się zanosi, ale nie próbuję ściągnąć Ransomowi cugli, gdyż ten jest moim ulubionym burakiem wszech czasów. Kocha wszystkich, ale mimo to zabije bez wahania każdego, kogo mu wskażę. Jego sposób wyjaśniania świata odstaje może od standardów, ale ten entuzjazm utrzymuje nas obu przy życiu.

– Ten tutaj, psze pani, to król Dawid – Ransom informuje Jaynie. – Saul nie śmie tknąć włosa na głowie tego człowieka, a Goliat nie może sprawić, żeby jego pociski leciały prosto w obecności porucznika, gdyż James Shelley jest wybrankiem Boga. Proszę robić, co porucznik pani każe, a może pożyje pani na tyle długo, żeby ponownie ujrzeć Frankfurt.

Ransom ma prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Ma pięćdziesiąt kilo mięśni więcej od Yafiah i rok więcej doświadczenia bojowego, ale przy niej jest głupim młodszym bratem. Yafiah zwraca w stronę Jaynie puste oblicze czarnej przyłbicy i mówi:

– Proszę się nie przejmować Ransomem. Jest nieco szalony, ale dobry w akcji.

Jaynie wydaje się autentycznie zaciekawiona, kiedy pyta mnie:

– Jakim cudem może pan być królem Dawidem, poruczniku? Bo przysięgłabym, że byliśmy Goliatem.

– Goliat – mruczę, wybierając wzrokiem ikonę encyklopedii na wyświetlaczu, gdyż prawda jest taka, że nie znam dokładnie historii biblijnych.

Zanim jednak mogę wysłuchać fragmentu o Goliacie, Dubey odzywa się sam z siebie, zaskakując nas wszystkich.

– Król Dawid toczył własną grę – mówi, a gen-kom wzmacnia jego nieśmiały głos. – I nie przegrał.

Jak dla mnie, wystarczy.

Gwiżdżę na psy. Brama fortu się otwiera. Wychodzimy w księżycowy blask – nasza piątka, PGB Dassari. Kiedy nas nie będzie, fort będzie bronił się sam.

Rozpraszamy się, żeby przeczesać większy obszar i żeby jeden wybuch bomby, jedna rakieta, nie załatwił nas wszystkich. Naszą podstawową bronią jest M-CL1a, znany także jako „zintegrowany taktyczny karabin Harkina”, co składa się na akronim, który mógłby polubić tylko gracz komputerowy. Ztkh wykorzystuje celownik AI do wystrzeliwania zarówno pocisków kalibru 7,62 mm, jak i programowanych granatów z wyrzutnika podlufowego. Jesteśmy także uzbrojeni w granaty ręczne: odłamkowe, hukowo-błyskowe i dymne. Subtelność nie jest naszą cnotą. Jesteśmy wyekwipowani do szybkiego i mocnego uderzenia. Wspomagani przez martwe siostry, z noktowizorami bazującymi na wzmocnieniu fotooptycznym, żebyśmy widzieli, dokąd idziemy, przez większość nocy jesteśmy w stanie przeczesać cały rejon. W sąsiedztwie fortu teren jest płaski, przeważnie uprawny, oddzielony przez wysokie płoty chroniące trzy gospodarstwa i uprawy sorgo przed wędrownymi kozami i zbłąkanym bydłem. Jednak po kilku kilometrach tereny rolnicze się kończą. Dalej to głównie rozproszone drzewa, które bardzo przypominają jodłoszyny, jakie widziałem w Teksasie. Pora deszczowa jest już mocno zaawansowana i wszystkie drzewa pokryte są listowiem, a tam, gdzie między nimi rozpościerała się naga ruda gleba, dzika trawa rośnie na chłopa wysoko. Psy buszują w niej, tropiąc rebeliantów.

Szemrze lekki wiatr, kołysząc otaczającymi mnie trawami. Wiem, że szeleszczą, ale moje mikrofony są ustawione na odfiltrowywanie białego szumu, więc prawie tego nie słyszę, za to docierają do mnie bardziej wyraziste dźwięki: ziajanie psów, ryczenie krów, piskliwe nawoływania ptaków.

Skoro trawa jest taka wysoka, to nie sięgam wzrokiem zbyt daleko, ale na wyświetlaczu przyłbicy mam rozwiniętą mapę, na której jest zaznaczone położenie wszystkich moich żołnierzy. Mapa aktualizuje się ciągle dzięki danym zbieranym przez anioła – drona o skrzydłach metrowej rozpiętości, pilotowanego przez półautomatyczną AI. Anioł czuwa nad nami. Wszystko w zasięgu obiektywów jego kamer jest nagrywane, a obraz przekazywany do Nadzoru. W gabinetach Frankfurtu, Charlestonu i Sacramento nasi przewodnicy przeglądają surowy materiał, a zespoły Wywiadu puszczają w ruch programy analityczne, żeby wychwycić wszelkie sygnały, które mogłyby umknąć ludzkim oczom.

Zawsze można coś zobaczyć. To jest Stary Świat. Ludzie budowali tutaj domy od początku czasu i przypuszczalnie wciąż tutaj będą, gdy nadejdzie dzień ostatni – który może nie być wcale taki odległy, jak lubimy o tym myśleć.

Taa, w dzisiejszych czasach apokaliptyczne myśli przychodzą do głowy nadzwyczaj łatwo.

W każdym razie bez względu na to, jak pusty wydaje się ten kraj, jest zamieszkany. Ludzie żyją tutaj, wychowują dzieci i hodują zwierzęta, przy czym większość z nich udaje, że nie toczy się tu żadna wojna. Nie chcemy do nich strzelać.

Zatem przy pomocy anioła przeprowadziliśmy spis powszechny ludności. Znamy nazwiska wszystkich ludzi żyjących w promieniu dwudziestu pięciu kilometrów od fortu. Znamy ich rysy twarzy, a także wzrost, wagę, płeć, wygląd i wiek. Wiemy, gdzie mieszkają, jak zarabiają na życie i jak są powiązani z sąsiadami. Korzystając ze spisu ludności, anioł może zidentyfikować człowieka z ponad kilometra, w słabym świetle i odwróconego plecami, a kiedy zyskujemy potwierdzenie tożsamości, idziemy w swoją stronę. Rzadko się zdarza, żeby miejscowi w ogóle nas widzieli, chyba że wędrujemy drogą.

A jeśli anioł znajduje kogoś, kogo nie ma na liście? Wtedy wkraczamy.

Nie każdy nieznajomy jest wrogiem. Przechodzą tędy przemytnicy i jeśli tylko nie przenoszą broni lub zakazanej technologii, przepuszczamy ich. To samo z uchodźcami wędrującymi na południe od Sahary. Rozmawiamy z nimi wszystkimi, a potem dodajemy do naszej listy.

Tak naprawdę jednak to musimy zaleźć bojowników, zanim oni znajdą nas. To zabawa w chowanego i im lepszy anioł się staje w wypatrywaniu ludzi, tym lepszy staje się nieprzyjaciel w udawaniu, że go nie ma.

Kiedy więc ogarnia mnie nagłe przeczucie zagrożenia – dudnienie serca, spinająca mięśnie pewność, że bardzo blisko znajduje się coś naprawdę niebezpiecznego – wyobrażam sobie czerwone światło. Mój neuroskalp odbiera obraz i wyświetla go na przyłbicach wszystkich członków oddziału. Zamierają. Jaynie i Dubey podłączają się natychmiast do mojego przekazu wizualnego, tak jak powinni to zrobić. Yafiah i Ransomowi zabiera to nieco więcej czasu, ale przed upływem kilku sekund wszyscy patrzymy przed siebie, w kierunku jednego z rzadkich w naszym rejonie skalistych wypiętrzeń. To anomalia w równinnym krajobrazie: rozległa, nieregularna formacja, wznosząca się jedynie nieznacznie ponad najniższe z otaczających ją drzew. Jestem całkiem pewny, że jest naturalna, ale wygląda tak, że równie dobrze mogłaby być ruinami starożytnej piramidy zredukowanej do postaci bezkształtnej bryły przez tysiące pór deszczowych.

Delphi, moja przewodniczka, nie wypowiedziała ani jednego słowa, odkąd nawiązaliśmy łączność w forcie, ale odzywa się, gdy tylko łamię rutynę:

– Co masz, Shelley?

Skupiam się na słowie „przeczucie”. To wypraktykowane stwierdzenie, więc mój neuroskalp wychwytuje je z łatwością i przekazuje Delphi.

Mówi mi to, co już wiem:

– Anioł niczego nie widzi. Sprowadzę go bliżej, żeby przyjrzał się lepiej.

– Są na wzniesieniu – szepczę jak najciszej, pozwalając, by mikrofon hełmu skompensował brak natężenia dźwięku.

Delphi nie lubi moich „przeczuć”, gdyż nie potrafi ich wyjaśnić, ale była przy mnie dwa razy, gdy przewidziałem grożącą nam zasadzkę, więc nie oponuje.

Gdy anioł wznosi się na bezgłośnych skrzydłach wysoko nad wypiętrzeniem, podłączam się do jego przekazu w podczerwieni. Szukam jasnych punktów ciepła, ale widzę tylko psy i żołnierzy rozciągniętych w łuku po wschodniej stronie kopca.

Jeden z psów, kremowej barwy suka zwana Perłą, znajduje się dwa metry przede mną. Zaniepokojona moim zachowaniem, stoi nieruchomo, węsząc. Sykam na nią, skłaniając ją, żeby ruszyła naprzód. Truchta ochoczo przed siebie, ale potem zamiera nieopodal kopca. Głośnik hełmu wzmacnia jej ciche warknięcie.

– Kurwa – szepcze Yafiah przez gen-kom. – Chcę posłać tam granat.

Tak jak ja, ale nie możemy tego zrobić. Jeśli to tylko wygłupiający się wiejski dzieciak, to wszyscy możemy skończyć w pierdlu – a jedynym powodem, dla którego noszę ten mundur, jest to, że rozpaczliwie nie chcę siedzieć w więzieniu.

– Spokojnie – ostrzegam Yafiah.

Chciałbym móc nałożyć neuroskalpy psom. Wtedy być może odbierałbym obraz tego, co czują. Ale przedsiębiorcy wojenni nie chcą wyposażać znajdów. Nie chcą płacić grzywien, jeśli sprzęt poda błędne dane, więc nakładają psu neuroskalp tylko wtedy, jeśli ma specjalny rodowód i wyszkolenie – a taki pies kosztuje dwa razy tyle, co żołnierz. Nasza PGB nie ma do tego prawa.

Sykam ponownie na Perłę, ale ta opuszcza jedynie łeb i ogląda się na mnie, nie zamierzając iść dalej.

Sami będziemy musieli tam wleźć.

Wizualizuję ścieżkę podejścia. Yafiah i ja idziemy na wprost, Ransom zachodzi od tyłu, Dubey i Jaynie zapewniają krycie z obu flank. Ransom odbiera obraz i rusza szybko, trzymając się z dala od kopca. Yafiah podchodzi, aż dzieli nas zaledwie trzydzieści metrów, po czym skradamy się ostrożnie.

– Tam jest – mówi Delphi swoim rzeczowym tonem. Przesyła mi nieruchomy obraz z czerwonym kółkiem otaczającym słaby ślad cieplny, jaki zauważyła na skałach na szczycie wzniesienia.

To tylko szara plamka. Ten kształt nic mi nie mówi, ale wiem, że to człowiek, gdyż jego ciepłota naśladuje otaczające go skały: żołnierz duch, zakamuflowany przed podczerwonym wzrokiem anioła przez zakapturzony strój z warstwą termiczną.

 

Przechodzę na widok anioła. Znak cieplny jest tak słaby, że ledwo go widzę, zanim dron wzmacnia obraz. Potem rozpoznaję go jako podparte ramię, śmierć zaciśniętą w prawej dłoni.

– Yafiah! – krzyczę – Cofnij się!

Wspomagana przez martwą siostrę, odskakuje cztery metry wstecz i pada na płask w kępie gęstej trawy. Perła wiruje w miejscu, a potem śmiga obok mnie, gdy celuję ze swojego M-CL1a. Jarzący się złoty punkt wędruje po wyświetlaczu przyłbicy. Nie ma mowy, żebym zobaczył granat, ale system AI, korzystając z danych anioła i kamer hełmu, nakreślił dla mnie jego trajektorię. Otwarte kółko oznacza cel. Zrównuję je z punktem, wystrzeliwuję krótką serię i padam płasko, gdy nad moją głową przetacza się wstrząs i rozświetla się błyskawica. Zrywam się na równe nogi, gdy tylko to przemija. Na szczycie kopca grzechocze karabin szturmowy, a potem przez gen-kom słyszę niski, zadowolony głos Ransoma:

– Dwóch na moje konto, poruczniku.

Nie skończyliśmy jeszcze.

Delphi znajduje kolejnego ducha, jakieś dwanaście metrów ode mnie, u podstawy kopca. Ten jest błyszczącą rozmazaną plamą, dużo łatwiejszą do zauważenia – prawdopodobnie ktoś przykucnięty pod zniszczonym kocem termicznym.

Zmniejszam dystans, wykorzystując martwą siostrę do wykonywania szaleńczych zygzaków; przeguby mruczą, a plecak ociera się o szkielet, gdy biegnę. Cel zauważa, że się zbliżam. Może wpada w panikę. Może jest po prostu pewny siebie. Ale odrzuca termiczną osłonę i się pokazuje. Mam raptem dwadzieścia trzy lata, ale kiedy tamten podnosi do oka karabin maszynowy i zaczyna strzelać, w zielonym lśnieniu noktowizora wydaje mi się chudym nastolatkiem.

Biegnę szybko. Jego pierwsze pociski nie przelatują blisko mnie, ale wprowadza poprawkę i zmniejsza ten rozziew, podczas gdy ja odpowiadam ogniem. Strzelam z biodra, korzystając z muszki przyłbicy w celu uzyskania odpowiedniej trajektorii. Spust odskakuje mi od palca, gdy kontrolę przejmuje moja AI. Pojedynczy strzał i dzieciak leci wstecz, wykonując pół obrotu, po czym uderza o zbocze.

– Załatwione! – grzmi Ransom przez gen-kom.

– Sprawdź to! – ostrzegam go.

– Bez obaw, poruczniku, nikt nie pozostał na szczycie.

– Podchodzę – mówi Jaynie.

Dostrzegam ją na swojej mapie.

– Widzę cię.

Wynurza się z wysokiej trawy.

– Oznaki życia? – pytam ją.

– Nie, jest martwy.

Kuca obok zwłok i używa haka ramiennego, żeby je odwrócić. Otwór po kuli widnieje dokładnie między oczami.

– Cholera, pańska AI jest dobra.

Nie czuję tego bezpośrednio, ale wiem, że mój neuroskalp działa, stymulując mózg do produkcji kojącego koktajlu, mieszanki w pełni naturalnych chemikaliów mózgowych, która tworzy dystans emocjonalny pomiędzy mną a tym, co się stało.

Gdy Jaynie obszukuje ciało, wysysam witaminizowaną wodę przez rurkę połączoną ze zbiornikiem w plecaku. Interesują nas zwłaszcza pisemne rozkazy i pendrive’y. Na górze Ransom obszukuje tych dwóch, których zabił. Obserwuję przekaz z jego kamery hełmowej. Obaj to dzieciaki; tylko jeden ma kombinezon termiczny. Nie chcemy, żeby podobne wyposażenie walało się po okolicy, wysyłam więc Dubeya, żeby pomógł zabrać wszystko, wraz z bronią.

Takie dzieciaki nie walczą dla Ahaba Matugo. Jest współczesnym świeckim przywódcą, a oni nienawidzą go za to. Oczywiście nienawidzą także i nas. I nienawidzą ludzi w tym okręgu, bo nas zaopatrują. Zostali zindoktrynowani nienawiścią i nie zaskoczyłoby mnie, gdybym się dowiedział, że kryje się za tym jakiś PW, który zachęca do niej i finansuje ją, żebyśmy mieli zajęcie. Plotka głosi, że Wywiad rozbił podobny spisek w Boliwii, ale tamto śledztwo zostało umorzone w celu ratowania reputacji korporacyjnej.

Wzywam Yafiah. Gwiżdżemy na psy i razem przeczesujemy teren wzniesienia, upewniając się, że nie ukrywa się tutaj nikt więcej.

Po rozdzieleniu między siebie zdobycznej broni wracamy na wyznaczoną nocną trasę. Zaledwie kilka minut później anioł wychwytuje czyjąś obecność. Ten człowiek jedzie na motorowerze i nie próbuje się maskować, więc szybko otrzymujemy potwierdzenie jego tożsamości.

– Grabarz Dżalal – mówi Delphi.

– Wezwałaś go?

– Sprawdzam… Nie, nie było powiadomienia. Przyjechał z własnej inicjatywy.

– Nie podoba mi się taka wyrywność.

Dżalal to miejscowy przedsiębiorca. Wojsko płaci mu za zajmowanie się ciałami wrogów, ale powiadomienia o tym, że ma pracę, otrzymuje dopiero wtedy, gdy nas nie ma już w pobliżu.

– Delphi, skąd Dżalal wie, że to nie my leżymy martwi na ziemi?

– Zna twoją reputację, Shelley. Masz jednak prawo przeprowadzić przesłuchanie w terenie.

Po namyśle przełączam się na gen-kom.

– Skupcie się obok mnie. Po drodze uwiążcie psy.

Słyszę już zawodzenie jego motoroweru. Może podąża za wonią prochu albo z kierunku naszego ognia wywnioskował po prostu, że kopiec był najbardziej prawdopodobnym miejscem starcia.

Zajmujemy pozycje w trawie, osiem metrów od siebie nawzajem, przykucnięci, żeby zmniejszyć pole naszych sylwetek, gdyż nie chcę się przekonać zbyt późno, że Dżalal zmienił drużynę. Psy leżą cicho. Są lojalne wobec nas. Wiedzą, kto im da następną miskę.

Wzrokiem anioła obserwuję zbliżający się motorower. Dżalal jedzie po ciemku. Bez włączonego światła, omija drzewa i przemyka obok zarośli, zmuszając motorower do dużej prędkości. Nie widzę, żeby dysponował jakąś bronią, ale ma plecak. Skradam się między drzewami i zajmuję pozycję do przechwycenia go.

Chrzęst opon jest głośniejszy od zawodzenia elektrycznego silnika. Kiedy niemal wjeżdża na mnie, wychodzę na otwartą przestrzeń. Celuję z ztkh w jego twarz.

Dżalal jest tak zaskoczony, że szarpie kierownicą motoroweru. Pojazd wpada w poślizg i niemal się przewraca.

– Shelley! Niech cię szlag!

Oczy Dżalala przesłania wąski, błyszczący pas wizora. Łatwo się domyślić, że działa na podczerwień, nie dziwię się więc, że widzi mnie w ciemności – ale nie może zajrzeć przez moją przyłbicę, więc skąd wie, że to ja?

Cholera. Założę się, że sam ma profile wagi i wzrostu.

– Szybko się tutaj zjawiłeś – mówię.

Odpowiada w lokalnym dialekcie, który mój hełm przekłada na swój zwykły twórczy sposób.

– Jadę do miasta. Wyruszam przed wschodem słońca. Muszę wykonać robotę najrychlej. Zgadza się?

Patrzę na jego plecak. Może zawierać granaty lub materiały wybuchowe. Najprawdopodobniej jednak ma w nim całuny.

– Nie załadujesz ciał na ten motorower.

Mruga. Potem marszczy czoło.

– Trzy?

– Trzy.

– No cóż. Czeka mnie długa noc.

– Delphi, prześlij mu mapę.

Wyświetlacz jego wizora rozbłyskuje, kiedy napływają dane.

– Dzięki, Shelley.

Próbuje uruchomić motorower, ale opieram stopę martwej siostry na oponie przedniego koła.

– Powiedz mi, co się dzieje. Co słyszałeś?

Powierzchniowa temperatura policzków i czoła Dżalala podskakuje nieznacznie. Rozgląda się, starając się zorientować, gdzie mogą być moi żołnierze, ale nie widzi ich. Kiedy się odzywa ponownie, mówi szeptem, ale mój hełm wzmacnia słowa, więc słyszę je z łatwością:

– Shelley, mój wuj, on zadzwonił do mojej mamy. Powiedział, dwunastu żołnierzy z północy przychodzi prawdopodobnie następnej nocy lub dwie. Widział ich w sąsiednim gospodarstwie. Nie znam nazwy.

– Na północy?

– Tak. Północ. Nie wiem więcej.

Dwunastu. Nic dziwnego, że Dżalal tutaj przyjechał. Nie jest głupcem. Zapakuje ciała do worków, przetransportuje je, pochowa na długo przed świtem, wystawi wojsku rachunek, a potem wyjedzie stąd w cholerę, bo jeśli pogłoska jest prawdziwa, to jest bardzo prawdopodobne, że jeśli bojownicy się zjawią, wezmą go na cel jako kolaboranta.

– Uwijaj się – radzę mu, podnosząc stopę z opony i usuwając mu się z drogi.

– Tak zrobię, Shelley. Dziękuję.

Kiedy odjeżdża, wyobrażam sobie wzmożoną aktywność Wywiadu próbującego zlokalizować tuzin bojowników na północ od naszego rejonu.

Póki czegoś nie znajdą, to nie mój problem.

– Możecie ruszać – mówi Delphi.

Pojawiają się moi ludzie. Spuszczamy psy ze smyczy i ruszamy w drogę. Nikt inny nie próbuje nas zabić.

Docieramy do fortu, gdy ostatnie gwiazdy bledną na aksamitnie błękitnym niebie. Fort nas wyczuwa, rozpoznaje, otwiera wrota, gdy się zbliżamy. Psy biegną napić się wody.

Jestem zmęczony. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale nikt o tym nie mówi. Czyścimy martwe siostry i broń, a potem podłączamy do stelaży zasilających w sali sypialnej. Uzupełniamy zbiorniki w plecakach witaminizowaną wodą, przygotowując je do ponownego wyjścia. Na wioskowym cmentarzu słońce będzie wschodzić nad świeżymi grobami dzieciaków młodszych ode mnie o całe lata. Próbuję wykrzesać z siebie poczucie winy, wyrzuty sumienia, żal… ale nie czuję niczego. Nadzór pilnuje, żeby tak było.