W stronę mrokuTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

ŻYCIE POZAGROBOWE

HIERARCHIA SŁUŻBOWA

NIELINIOWA WOJNA

ZASADY UŻYCIA SIŁY

TRAGICZNA SCENA FINAŁOWA

PRZYMUSOWE ODEJŚCIE

PODZIĘKOWANIA

ŻYCIE POZAGROBOWE

– Uczestniczymy w nieliniowej wojnie. To oznacza, że nie ma żadnych „stron”. Nie ma prawdziwych sojuszników, ustalonych wrogów ani określonego pola walki. Konflikt przenika dziedziny finansów, komunikacji, propagandy, terroryzmu i wojskowości w postaci zmieniającej się nieustannie matrycy, która może zniszczyć kulturę, doprowadzić do upadku gospodarkę lub wywołać wojnę, zależnie od wagi i kierunku sprzecznych interesów…

– W tym naszych – przerywa porucznik Logan, jakby to był jakiś ważny kontrapunkt dla mojej argumentacji.

Nie jest.

– W tym naszych interesów – przyznaję. – Bez względu na to, kurwa, jakie one są.

Nazywam się James Shelley, jestem kapitanem Oddziału Uderzeniowego GRK 7-1, połączonej grupy bojowej, która nie istnieje w żadnych oficjalnych dokumentach armii amerykańskiej. Ray Logan jest moim zastępcą. Prowadzimy cichą rozmowę kilka kroków od sześciu żołnierzy przydzielonych do GRK 7-1.

Zajmujemy tymczasowe prycze wstawione do pomieszczenia torpedowego wielozadaniowego okrętu podwodnego typu Virginia, należącego do marynarki wojennej USA, który płynie obecnie pod lodową, zimową czapą Oceanu Arktycznego. Reszta oddziału śpi na prowizorycznych dwupoziomowych kojach, ustawionych podłużnie między zielonymi korpusami torped umocowanych na stelażach. Większości żołnierzy nie widać, przynajmniej tych na dolnych posłaniach, a ich sprzęt leży w porządku na górnych kojach. Tylko Logan i ja czuwamy, naradzając się u końca wąskiego przejścia biegnącego między podstawami prycz i stelaży z torpedami.

– Rzecz w tym – mówię dalej – że dobrzy i źli faceci będą się zamieniać rolami; będą musieli to robić wraz ze zmianą sytuacji. Nigdy nie wiadomo, kto będzie wrogiem w przyszłym roku albo podczas następnego starcia.

Ray Logan jest biały i ma dwadzieścia cztery lata, czyli rok mniej ode mnie. Ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, więc nie jest wysokim mężczyzną, ale jego szczupła sylwetka i rzeźbione rysy twarzy dałyby mu zajęcie statysty, gdyby zamiast wojska wybrał Hollywood. Jest urodzonym wojownikiem i lubi być na czele każdego ataku, więc to, że zerka niespokojnie przez ramię, jakby się obawiał, że ktoś z oddziału nas podsłuchuje, sprawia niemal surrealistyczne wrażenie. Podążam za jego wzrokiem, ale widzę jedynie brzydką bosą stopę Carla Escamilli, wystającą z najbliższej koi.

Logan ścisza głos jeszcze bardziej.

– Jezu, Shelley, nie przyszło mi po prostu nigdy do głowy, że tymi złymi facetami okażą się pierdoleni Kanadyjczycy. To znaczy, moja mama jest Kanadyjką.

– Nieliniowa wojna – przypominam mu. – Zmieniające się sojusze. Jeśli pocieszy cię to w jakikolwiek sposób: to, co się dzieje w obrębie celu, może nie mieć nic wspólnego z kanadyjskim rządem ani nawet z żadną kanadyjską korporacją.

Nasza obecna operacja nosi kryptonim „Wieża Płowego Konia” i jak każda misja, której się podejmujemy, została nam przydzielona przez Czerwień. Naszym celem jest naftowa platforma wiertnicza o nazwie Deep Winter Sigil. Zimuje na spornym akwenie morskim, do którego Kanada chce zgłosić swoje roszczenia, ale nie płyniemy tam po to, żeby rozstrzygnąć spór terytorialny. Uzyskane przez nas dane wywiadowcze wskazują, że w laboratoriach na pokładzie platformy dzieje się coś niezwykłego, a potwierdzają to tak silne zabezpieczenia, że nawet Czerwień nie jest w stanie ich spenetrować.

Jeśli jakaś tajemnica jest tak mocno strzeżona, to zakładamy, że jest niebezpieczna i może stanowić zagrożenie dla ludzkości.

Nasza misja polega na podpłynięciu cichaczem, wywaleniu kopniakiem drzwi, opanowaniu ośrodka i sprawdzeniu, co się tam kryje. Tego rodzaju przydział nazywamy „operacją kontrolną”. W minionych miesiącach przeprowadziliśmy dwie podobne operacje. W obu wypadkach obiekty okazały się wytwórniami niedozwolonych leków, co nie znajduje się w centrum naszych zwykłych zainteresowań, ale takie jest ryzyko „kontrolowania”.

Wydaje mi się, że jesteśmy wysyłani nieustannie na akcje, gdyż Czerwień jest na tropie konkretnego przedsięwzięcia. Nie wiem, na czym miałoby ono polegać. Mamy coś sprawdzić, a póki tego nie zrobimy, nie wiemy, co znajdziemy. Możemy napotkać absolutnie wszystko – od nieprzezwyciężonej obrony po legalną działalność.

Logan robi kwaśną minę. Jak ja – jak my wszyscy – służył w regularnym wojsku. Dziewięć miesięcy wcześniej należał do sił szkoleniowych USA w Boliwii. Bezpośredni dowódca polecił jego oddziałowi towarzyszyć miejscowej jednostce podczas akcji prewencyjnej, co jest po prostu rodzajem operacji kontrolnej. Logan miał złe przeczucia; twierdził, że dane wywiadowcze są błędne. Miał rację. Kiedy miejscowi żołnierze wywalili drzwi, za nimi były dzieci, żadnych bandziorów. Spalili to miejsce i tak.

– Nienawidzę operacji kontrolnych – mówi z gorzką szczerością.

Chcę mu powiedzieć, że ja też ich nie znoszę, ale zamiast tego oznajmiam:

– Obudzę oddział. Zanim wyruszymy, powtórz z nimi plan misji.

Hierarchia służbowa jest prosta. W oddziale są oficerowie, bo ktoś musi dowodzić, ale nie posługujemy się stopniami podkomendnych. To nie jest konieczne. Żaden z nich nie znalazł się tutaj dla żołdu czy możliwości awansowania.

Skupiam wzrok na słabo widocznej, przejrzystej ikonie znajdującej się na dole mojego pola widzenia. To przycisk polecenia gen-komu. Zwrócenie uwagi na ikonę rozjaśnia ją, dzięki czemu wyróżnia się spośród pozostałych, wyświetlonych na optycznej nakładce, którą noszę jak szkła kontaktowe.

Ikona podsuwa mi menu, ale ignoruję je i mruczę:

– Ogłoś pobudkę.

Polecenie wywołuje sygnał, który jest przekazywany do wszystkich podwładnych.

Każdy żołnierz mojej PGB ma nakładkę oczną, taką jak moja; wszyscy mamy także neuronetki: wszczepione pod skórę głowy siateczki z cieniutkich drucików; prosta AI kontrolująca neuronetkę zapoczątkowuje program budzenia.

Nie ma momentu przejścia, zmieszania, opieszałości. Żołnierze budzą się jednocześnie, z mechaniczną precyzją. Niektórzy się przeciągają, inni kaszlą, ale przed upływem dziesięciu sekund widzę całą szóstkę – jedni siedzą na krawędziach prycz, inni stoją w przejściu, ale wszyscy patrzą na mnie czujnym wzrokiem, pragnąc poznać naszą sytuację.

Logan przejmuje pałeczkę.

– Odlać się i umyć. Macie pięć minut, a potem przećwiczymy jeszcze raz role i zadania każdego z was.

Oficjalnie wszyscy żołnierze GRK 7-1 zginęli lub zmarli na skutek ran odniesionych w akcjach, ale śmierć nie zwalnia ich od niekończącego się treningu i przygotowań do misji przyrodzonych wojsku, gdyż największa szansa na przeżycie operacji kryje się w zrozumieniu jej w najdrobniejszych szczegółach.

Siedemdziesiąt minut później kapitan okrętu podwodnego przekazuje z przedziału dowodzenia wiadomość, że dzieli nas dziesięć minut od miejsca desantu.

– Wakacje skończone! – warczy Logan. – W samą porę. Ubrać się!

– Hoo-yah! – wykrzykuje Alex Tran, stukając się pięściami z Thomasem Dunaheem.

Wszyscy ruszają się jednocześnie. Nasze plecaki, broń i wyposażenie są już przygotowane. Pozostało jedynie włożyć kombinezony termiczne.

Stłoczeni wijemy się, naciągając je na jedwabne szorty i T-shirty nowej generacji, które są naszą standardową bielizną.

Pianki stanowią półtoracentymetrowej grubości izolację, która sprawi, że nie umrzemy z powodu hipotermii, chociaż możemy wykorkować z powodu przegrzania, jeśli zbyt późno opuścimy okręt podwodny.

Jak wszyscy pozostali naciągam długie nogawki na protezy nóg. Robocie kończyny nie potrzebują ciepła, żeby działać, ale są termiczną czarną dziurą. Jeśli ich nie zabezpieczę, wyssą ze mnie całe ciepło.

Następny idzie obcisły kaptur z maską na całą twarz. Nakładam ją dokładnie. Po desantowaniu nie da się tego poprawić, dopilnowuję więc, żeby pasowała dobrze, nie ograniczała mi pola widzenia ani nie utrudniała oddychania.

Już zaczynam się pocić, ale nakładam kolejną warstwę: termiczny polowy mundur o biało-szarym, zimowym kamuflażu. Identyczny nosiłem podczas misji „Brzask”, bez insygniów i plakietek identyfikacyjnych, które by wskazywały, że należymy do armii Stanów Zjednoczonych – bo do niej nie należymy. Tylko udajemy.

To pomaga dostać się w różne miejsca.

Naciągam wysokie buty, a potem przytraczam kaburę udową z dziewięciomilimetrowym SIG sauerem. Dłonie chronią mi cienkie rękawiczki strzeleckie, ogrzewane elektrycznie.

Ostatnia jest kamizelka kuloodporna, a potem oglądam się na żołnierzy.

Ich buty dudnią o pokład, gdy kończą się przygotowywać. Prostują zgarbione ramiona. Obracają do mnie głowy w szarych kapturach. Widać tylko oczy, błagające, żeby wypuścić ich na mróz.

 

– Słodki Jezu – mruczy Dunahee. – Jeszcze minuta w tym upale, a się porzygam.

Tkwi ściśnięty pośrodku przejścia. Za nim stoi Fadul, która ma zero tolerancji dla biadolenia.

– Obrzygaj mnie, a wpakuję cię pod lód – ostrzega go swoim cichym, groźnym głosem.

– Powinnaś straszyć nieprzyjaciela, Fadul – przypominam jej, zdejmując plecak z najbliższej górnej pryczy. – Nie swoich towarzyszy i towarzyszki broni.

Wykrzywia usta w bladym uśmiechu, kiedy spotykamy się wzrokiem.

– Mogę i to, i to, kapitanie Shelley.

– To na pewno – mruczy Dunahee.

Pia Fadul jest wysoka i chuda, ma ostrzyżone na jeża czarne włosy i wielkie ciemne oczy. Po atomowym ataku w Dniu Komy jej stacjonujący w Sahelu oddział prowadził działania przez dziewięć dni, nie otrzymując zaopatrzenia ani wzmocnień, aż zużyli całą amunicję podczas obrony przed silnymi atakami. Placówka została w końcu zdobyta przez żądnych zemsty rebeliantów. Widziałem część nagrań z jej kamery hełmowej. Nie chciałoby się czegoś takiego oglądać powtórnie. Nikt nie przeżył. Oficjalnie nie ocalała nawet Fadul.

Thomas Dunahee jest fizycznym przeciwieństwem Fadul – niski, krępy i jasnowłosy. Ukończył studia i pracował w banku, gdy Dzień Komy załatwił gospodarkę, a także jego rodziców i siostry, które mieszkały w Seattle. Zaciągnął się, gdy tylko otwarto ponownie punkty rekrutacyjne. Czternaście miesięcy później zwerbowała go Czerwień.

– Dunahee, obsługujesz drona. Logan, podaj mu anioła.

– Tak jest, sir.

Dron, którego mamy ze sobą, to inny model od tych, których używałem w regularnym wojsku. Jest niewielki, o mniejszym zasięgu i nie dysponuje łączem satelitarnym. Jednak po złożeniu skrzydeł łatwo go zabrać na tajne misje. Logan zdejmuje urządzenie z górnej koi i przekazuje je Julianowi, który stoi za nim.

– Podaj dalej.

Bradley Julian to weteran z Somalii. Wysoki, chudy, czarnoskóry i ciemnooki, jest naszym milczącym intelektualistą, który ma skłonność do rozmyślań. W tej chwili wygląda na zaniepokojonego za swoją maską – Tran zauważa to, kiedy Julian się odwraca, żeby wręczyć mu anioła.

– Cholera, Julian – mówi. – Nie martwisz się, co? – Jego zęby błyskają w drapieżnym uśmiechu, gdy bierze złożonego drona. – Bez obaw. Mamy Czerwień po swojej stronie, więc jesteśmy pierdolonymi superbohaterami. Nie ma mowy, żebyśmy przegrali.

– Coś ty, kurwa, powiedział? – pytam go.

Cały szereg zamiera.

Tran patrzy na mnie, zmieszany, zaniepokojony, że wpadł po uszy w gówno.

– Myślisz o sobie jak o superbohaterze, Tran?

– To był tylko żart, kapitanie Shelley. Żartowałem sobie z Juliana.

Alex Tran jest chudy i ciemnoskóry; jego afrykańskie geny górują nad wietnamskimi. Ma trzyletnie doświadczenie bojowe z regularnej armii; prawdziwy bohater wojenny, którego czujność ocaliła życie całemu plutonowi, kiedy zamachowiec samobójca wziął ich na cel w Sahelu. Jednak w naszej grupie Tran jest kotem, najnowszym rekrutem w GRK. To oznacza Grupę Reagowania Kryzysowego, gdyby ktoś chciał zapytać, chociaż nikomu się nie chce, gdyż wszystko, co dotyczy naszej tożsamości bądź działalności, jest tajne. Ta misja jest pierwszą operacją Trana w ramach Oddziału Uderzeniowego 7-1. Nadal uczy się żyć w naszym szczególnym, równoległym świecie – w części jednostki duchów tak tajnej, że nawet wojsko nie wie, że istniejemy.

Niepewne spojrzenie Trana wędruje do Juliana, a potem wraca do mnie.

– Sir…

– Nigdy, kurwa, nie ufaj Czerwieni – ostrzegam go.

Nikt się nie rusza, nikt nic nie mówi. Wszystkie oczy są wpatrzone we mnie, wszyscy są świadomi, że wynik tej konfrontacji wpłynie bezpośrednio na operację – a ja jestem wściekły. Na Trana, na samego siebie. Pięć minut przed planowanym desantem to cholernie dużo czasu, żebym sobie uświadomił, że nie udało mi się wpoić nowemu rekrutowi jasnego obrazu naszej sytuacji.

– Działając na podstawie błędnych założeń, pożegnasz się szybko z życiem, Tran. To, że Czerwień wysłała nas tutaj, nie oznacza, że opowiada się po naszej stronie albo że interesuje ją to samo, co nas. To nie oznacza, że nam pomoże. Będziesz uważał inaczej, a narazisz na niebezpieczeństwo nas wszystkich.

Spodziewam się, że ten wykład zaowocuje krótkim: „Tak jest, sir!” i pokornymi przeprosinami, ale zamiast tego wywiązuje się dyskusja.

– Ja to doskonale rozumiem, sir. Działamy sami. Nie oczekujemy pomocy. Nie prosimy o nią. Ale nie byłoby nas tutaj i nie bylibyśmy w stanie w ogóle operować bez nadzoru ze strony Czerwieni.

W trakcie osiemnastu miesięcy od powrotu na Ziemię zauważyłem jedną rzecz: to nie rekruci o religijnym wychowaniu mają problemy ze zrozumieniem ograniczonej natury Czerwieni.

– Jesteś miłośnikiem komiksów, Tran? I filmów o superbohaterach?

Chce zaprzeczyć. Poznaję to po ruchu jego gałek ocznych. Jednak w naszej grupie kłamstwo nie przechodzi, bo wszyscy używamy FaceValue, aplikacji analizującej stan emocjonalny na podstawie wyrazu twarzy i tonu głosu, która interpretuje nastrój w celu oddzielenia prawdy od fałszu. Tran pamięta o tym, więc przyznaje:

– Tak, sir. Jestem ich fanem.

– Tak myślałem. Od tej chwili zapomnisz o wszystkich opowieściach o wszechmocnej, pożerającej świat AI. Nie działamy według komiksowych reguł. Czerwień nie jest nieomylna. Nie jest wszechwiedząca. Zarówno jej zasięg, jak i możliwości są ograniczone. Jej troska o nasze dobro jest ograniczona – nigdy nie zapominaj o tym – i nie opowiada się po stronie aniołów, co oznacza, że my też się nie opowiadamy. Wszyscy jesteśmy tutaj z osobistych powodów, Tran. Dopilnuj jedynie, żeby twoje były zakotwiczone w realnym świecie. Nie jesteśmy superbohaterami. Nie jesteśmy aniołami Boga, uzbrojonymi w ogniste miecze. Jesteśmy zwykłymi żołnierzami.

Tran nadal się buntuje.

– Ale porucznik mi powiedział, sir, że podczas pańskiej ostatniej misji…

– Że Czerwień nam pomogła? – Rzucam przelotne spojrzenie na Logana, który patrzy na mnie; zęby ma zaciśnięte, a wzrok gniewny. – To się zdarza – potwierdzam. – Nie liczymy na to. Nie oczekujemy pomocy, gdyż w większości wypadków nie otrzymujemy jej. Pomyśl o tym. Gdyby Czerwień mogła kontrolować sytuację, to po co by nas w ogóle wysyłała?

Tran postępuje według rozkazu – marszczy brwi i zastanawia się nad moim pytaniem.

– Mówi pan, że jeśli wpadniemy w tarapaty, to sami musimy się z nich wydobyć.

– Możesz działać zgodnie z tą wiedzą? Zgodnie ze zdecydowanym przekonaniem, że jeśli spierdolimy sprawę, to nikt – ani nic – nas nie ocali? Bo jeśli nie, to sugeruję ci, żebyś został.

Tran jest wstrząśnięty moją propozycją. Obrażony. Pełen gniewu, pod którego wpływem prostuje się tak bardzo, że przysięgam, iż rośnie o centymetr.

– Nie, sir. Należę do tego oddziału. Może nie rozumiem jeszcze, jak to wszystko naprawdę działa, ale walczymy z pierdolonym armagedonem. Tyle wiem. Gówno mnie obchodzi, czy jesteśmy zdani na samych siebie, czy nie. Zamierzam pozostać częścią GRK na czas trwania tej wojny.

Kiwam głową, rozluźniam mięśnie barków i ściszam głos.

– Dobrze wiedzieć. A teraz podaj tego pierdolonego drona Dunaheemu i się ogarnij!

– Mamy dwie minuty spóźnienia – ostrzega Logan.

Przyjmuję to do wiadomości skinieniem głowy.

– Hełmy włóż!

Stajemy się anonimowi za nieprzejrzystymi, czarnymi przyłbicami zakrywającymi całą twarz. Włączają się malutkie wentylatorki, ale kaptur termiczny niweluje wszelkie efekty chłodzące. Zdejmuję z pryczy mój M-CL1a, czyli ztkh, a potem przyglądam się ikonom przy dolnej krawędzi wyświetlacza, przypisanym żołnierzom oddziału: Loganowi, Roman, Fadul, Escamilli, Dunaheemu, Julianowi i Tranowi. Wszystkie świecą się na zielono – stan normalny. Chcę, żeby nadal były zielone, kiedy misja się skończy.

Logan bierze swoją broń, a potem przeciska się obok mnie na początek rzędu, niosąc złożony egzoszkielet. Nasze martwe siostry są zbyt nieporęczne, żeby je nosić w wąskich korytarzach okrętu podwodnego, więc włożymy je na zewnątrz, jeśli tylko wcześniej nie zabije nas udar termiczny. Musimy się stąd wydostać.

Logan stoi w gotowości obok grodzi przedziału torpedowego.

– Rozpocząć operację, poruczniku.

– Tak jest, kapitanie Shelley.

Otwiera ostrożnie drzwi prowadzące do znajdującego się za nimi korytarza i wychodzi na zewnątrz. Ja tuż za nim, z martwą siostrą w jednej ręce, a karabinem w drugiej. Nasze nagłe pojawienie się zaskakuje dwóch marynarzy. Znikają w górze drabiny prowadzącej do centrali, usuwając się nam z drogi.

Idziemy szybko.

U podstawy drabinki wiodącej do klapy włazu czeka na nas porucznik marynarki w stroju arktycznym.

– Kamery i czujniki nie wychwyciły niczego na zewnątrz – informuje nas, a jej niespokojny wzrok przenosi się z jednej nieprzeniknionej przyłbicy na drugą. – Nawet misia polarnego.

– Warunki? – pytam.

Odwraca się do mnie z ulgą. Zna mój głos, słyszała go w popularnym programie emitowanym dwa lata temu pod tytułem Połączona grupa bojowa. Wie, kim jestem; mogła poznać nazwiska nas wszystkich. To nie ma znaczenia. Na tym etapie załoga stworzy wspólnie własną wersję wydarzeń, która wyjaśni, że jesteśmy specjalnym tajnym oddziałem złożonym z żołnierzy, którzy oficjalnie nie żyją – sami patrioci – i niemal wszystko, co opowiedzą sobie nawzajem, będzie prawdziwe.

– Warunki zgodne z prognozą pogody, sir. Grubość pokrywy lodowej w tym miejscu jest szacowana na dwanaście centymetrów; dosyć, żeby was utrzymać. Temperatura minus czterdzieści stopni, prędkość wiatru między czterdzieści sześć a pięćdziesiąt węzłów, z porywami niosącymi tumany śniegu; zachmurzenie duże.

Już niebawem nie będzie nam gorąco.

Czuję, że pokład pod moimi stopami się przechyla i kołysze delikatnie, a potem rozlega się trzask, kiedy kiosk okrętu przebija skorupę lodu.

Mój hełm wychwytuje i wzmacnia cichy głos dowódcy, który zwraca się przez zestaw słuchawkowy do pani porucznik i pozwala jej otworzyć właz. Kobieta wspina się po drabince, uruchamia mechanizm i podnosi klapę, pokonując napór wiatru, po czym ześlizguje się na dół. Zerkam w górę na koło równie czarne, co nasze przyłbice. Jest czternasta czasu standardowego. Dwudziesty trzeci grudnia. Słońce nie pojawi się na tej szerokości geograficznej jeszcze przez całe miesiące, a o tej porze burzowe chmury zaćmiły nawet światło gwiazd.

Skupiam umysł na wielokrotnie przećwiczonym rozkazie: Ruszać. Moja neuronetka potrafi rozpoznać wzory myślowe towarzyszące popularnym słowom i poleceniom. Wychwytuje myśl i przekłada na bezbarwną, syntetyczną wersję mojego głosu, słyszę zatem siebie samego wypowiadającego to słowo przez gen-kom:

– Ruszać.

Prowadzi porucznik Logan. Zostawiwszy martwą siostrę, pierwszy wspina się po drabince. Potem Escamilla, Dunahee i Tran. Tworzą łańcuszek rąk i przekazują sobie w górę wszystkie egzoszkielety, a później rozkładany trap dostarczony przez panią porucznik. Żołnierze znikają w ciemności. Julian, Roman i Fadul idą za nimi. Potem ja, a na końcu pani porucznik.

Kiedy docieram na szczyt drabinki, wiatr uderza ze wściekłą siłą. To jak podciśnienie, opróżnia mi płuca. Z trudem łapię oddech, a gardło piecze nieznośny mróz.

Hełm przystosowuje się szybciej ode mnie. System audio odfiltrowuje wycie wiatru, co pozwala mi słyszeć skrzypienie butów i szkliste trzaski, z jakimi okręt ociera się o krę.

Kiedy schodzę na kadłub, przyłbica przestawia się na noktowizję. Jednocześnie przekaźnik satelitarny w moim plecaku nawiązuje automatycznie połączenie za pośrednictwem naszego bezpiecznego kanału. Na wyświetlaczu zapala się nowa ikona.

– Potwierdzić kontakt – poleca mój przełożony głębokim, łagodnym głosem.

Major William Kanoa był niegdyś dowódcą oddziału, ale z powodu obrażeń kręgosłupa lekarz nie odnowił mu świadectwa zdrowia uprawniającego do służby polowej. Teraz jest moim zdalnym opiekunem.

– Łączność potwierdzona – odpowiadam, obserwując Logana i Escamillę, którzy rozkładają trap: dwudziestocentymetrowej szerokości kładkę wiodącą ku niespękanemu lodowi. Potem jednak, gdyż misje są niekiedy odwoływane w ostatniej chwili, pytam: – Trzymamy się planu?

– Potwierdzam. Sigil pozostaje celem. Musimy wiedzieć, co się dzieje w tamtych laboratoriach…

Wzdrygam się gwałtownie, gdy właz za moimi plecami zatrzaskuje się z hukiem. Zespół stresu pourazowego. Serce mi wali i muszę zwalczyć chęć odwrócenia się z ztkh gotowym do strzału. Nie chcę przerazić pani porucznik, która przechodzi obok mnie, żeby sprawdzić trap.

 

W rogu mojego pola widzenia rozjaśnia się ikona. To misterna czerwona siateczka w czarnym kółku – znaczek neuronetki, którego żarzenie się informuje o aktywności w okablowaniu mojej głowy – o sygnałach wysyłanych do mózgu w celu uwolnienia substancji neurochemicznych, które przywrócą mi równowagę ducha.

Rzadko już widuję ikonę neuronetki, więc teraz jej pojawienie się mnie irytuje. Nie potrzebuję elektronicznej niańki opiekującej się mną cały czas. Nauczyłem się panować nad emocjami.

Gaśnie po sekundzie.

– Jest problem – odzywa się Kanoa. Jego ton się zmienił, stał się cichszy, bardziej kojący. To mi mówi, że zauważył mój skok emocjonalny, i jestem jeszcze bardziej zirytowany.

– Jaki? – pytam, gdy Fadul pierwsza przechodzi po trapie.

– Oscar-1 ma opóźnienie. Problem z paliwem. Będzie zwłoka w podjęciu was.

Oscar-1 to Jason Okamoto, były pilot wojskowy, który wyciągnął nas z kilku paskudnych opresji. Ma nas zabrać należącym do GRK 7-1 małym dziewięcioosobowym zmiennopłatem, kiedy będziemy gotowi się wycofać.

– Jak duże opóźnienie? – pytam. Fadul dociera bez przeszkód na stały lód. Odczepia się od linki bezpieczeństwa. Logan przymocowuje jej drugi koniec do jednej z martwych sióstr. – Wypadł z gry?

– Nie wiadomo, ale szukamy sposobów zastępczych, gdyby nie dał rady.

– Przyjąłem.

Nie podoba mi się to, ale ewakuacja po operacji była zawsze najtrudniejszą częścią misji „Wieża Płowego Konia”, więc ufam Kanoi, że znajdzie sposób na wyciągnięcie nas stąd.

Przyglądam się martwej siostrze, która sunie po trapie między dwiema linami zabezpieczającymi. Kiedy znajduje się po drugiej stronie, Logan przyciąga obie linki, po czym z pomocą pani porucznik przygotowuje do wysyłki kolejny egzoszkielet.

Gdy transportują nasz rynsztunek, obracam się wolno, żeby moja kamera hełmowa zarejestrowała nocną panoramę rozciągającego się wokół nas pola lodowego.

Znajdujemy się czterysta kilometrów na północ od należącej do Kanady Wyspy Ellesmere’a i jedynie trzysta pięćdziesiąt kilometrów od bieguna północnego. Najbliżej nas tumany niesionego wiatrem śniegu, zabarwionego w noktowizji na zielono, gnają w rynnie gładkiego lodu, ale pół kilometra dalej pokrywa staje się rumowiskiem spękanej kry – spiętrzonych i zbitych razem płyt lodu.

– Lód się rusza – odzywa się ponownie Kanoa. – Wysyłam zaktualizowaną mapę.

– Przyjąłem. Jakieś dodatkowe dane wywiadu na temat celu?

– Nie. Żadnego przekazu elektronicznego.

Kanoa uratował mi życie tej nocy, której wróciłem na Ziemię. Wyciągnął mnie z zimnych wód Pacyfiku, a kiedy przestałem się trząść, zaoferował mi szansę zrobienia czegoś, bycia częścią siły uderzeniowej GRK, oddziału duchów, wykonującego operacje wyznaczone przez Czerwień. Czasami mam trudności z wybaczeniem mu tego – że dał mi wybór.

Wszystkie martwe siostry zostały przetransportowane na lód. Następnie przechodzi oddział – przed wejściem na chybotliwy trap każdy żołnierz przypina się do liny bezpieczeństwa. Kiedy ja przechodzę, powierzchnia wody zamarzła już ponownie. Idę po wąskiej kładce szybko, lecz ostrożnie, licząc na to, że pani porucznik wyciągnie mnie, jeśli się poślizgnę.

Nie dochodzi do tego.

Docieram na pole lodowe i odczepiam linę bezpieczeństwa, która się zwija, a potem porucznik składa trap, jeden segment po drugim. Na lód wokół mnie spadają plecaki, a martwe siostry są rozkładane.

Otwieram mapę na wyświetlaczu przyłbicy. Pokazuje nasz cel na południu, południowym wschodzie, odległy jedynie o pięć kilometrów. Czujniki okrętu podwodnego nie wykryły w pobliżu sił nieprzyjaciela, ale nie jesteśmy bezpieczni. Nawet przy tym wietrze zręczny snajper mógłby nas zaatakować z odległości pół kilometra. Może nawet większej. Kiedy obracam głowę, szpony wichury przenikają pod krawędź hełmu, przez co skóra mi pierzchnie.

– Dunahee! Wypuść anioła w powietrze. – Muszę widzieć więcej. Potrzebuję widoku okolicy w czasie rzeczywistym. – I pamiętaj, do cholery, żeby mieć go na uwięzi.

– Rozumiem, sir!

Dunahee nałożył dopiero połowę rynsztunku, więc Roman pomaga mu zapiąć zatrzaski.

Rosanna Roman jest naszym strzelcem wyborowym. Wzrostem dorównuje Fadul, ale jest smuklejsza. Jej oczy za przyłbicą są niebieskie, a włosy jasnobrązowe. W Dniu Komy oddział Roman znajdował się na Półwyspie Koreańskim i kulił się pod artyleryjską nawałą ogniową błyskawicznej wojny, którą później skruszeni dyplomaci uznali za „nieporozumienie” – znaczyło to tyle, że Stany Zjednoczone nie były tak bezsilne, jak niektórzy na to liczyli. Kanoa uważa, że kiedy po czterech i pół godziny walk uzgodniono zawieszenie ognia, tylko minuty dzieliły świat od tego, żeby konflikt nabrał charakteru starcia nuklearnego. Za późno dla Roman, która następnych siedem miesięcy spędziła w szpitalu w Honolulu, gdzie w końcu „zmarła” z powodu odniesionych ran.

Rozkładam martwą siostrę. Wiatr niemal ją porywa. Escamilla jest już w pełnym rynsztunku, podchodzi więc i przytrzymuje egzoszkielet w pozycji pionowej, kiedy wchodzę na płyty stopowe.

– Pierwszy raz wkładam sprzęt podczas zamieci – mówię mu.

– Taa, zawsze nowy dreszczyk w tej robocie.

Carl Escamilla jest wysoki i barczysty. W jego twarzy o ostrych rysach nie ma nic miękkiego, tak jak i w jego poglądach. Widział bardzo dużo. Zanim eksplodowały ładunki jądrowe, wrócił z Sahelu do domu jako weteran o dziewięcioletnim stażu bojowym. Gdy w okolicy wybuchły zamieszki, wyznaczono go do oddziału alarmowego, strzegącego obiektu wojskowego. Ludzie panikowali. Słyszałem, że jego były dowódca jest oskarżony o masakrę, w której zastrzelono dwadzieścioro siedmioro uciekinierów szukających schronienia za drutami.

Jak nami wszystkimi, kieruje nim to, co widział i zrobił. Niepodważalny fakt jest taki, że nasz świat jest nieźle pojebany. Może GRK będzie w stanie nieco to odkręcić. Jeśli się uda, to może śmierć i cierpienie, których byliśmy świadkami, nie pójdą na marne.

Kto to jednak wie, do diabła?

Z pomocą Escamilli przypinam tytanowe wsporniki do nóg i ramion. Zarzucam plecak na tylny stelaż. Ztkh trzymam w rękach.

– W porządku – oświadcza Escamilla.

W gen-komie rozlega się cichy, rytualny gwar, gdy oddział dokonuje zwyczajowej kontroli działania sprzętu, potwierdzając, że rynsztunek każdego jest prawidłowo przypięty i ma pełne zasilanie. Zostawiam Logana, żeby to nadzorował, a sam dołączam do Dunaheego i Roman.

Kucają na lodzie; z powodu wściekłego wiatru Roman pomaga przytrzymywać drona, który ma kształt ostrza, a Dunahee wyjmuje tytanowy zatrzask ze schowka w jego kadłubie. Za sprzączką wysuwa się linka spleciona z syntetycznego jedwabiu; kolejne pół kilometra uwięzi nawinięte jest na szpulę pod obudową anioła. Dunahee zaczepia karabińczyk za pętlę przy swojej kamizelce kuloodpornej. Roman rozkłada wąskie skrzydła drona. Zadarte w górę winglety są oddalone o metr.

Obserwuję wyświetlacz przyłbicy, na którym AI anioła loguje się w postaci zielonej ikony; wszystko w normie.

– Anioł online – informuję Kanoę.

– Potwierdzam: anioł online.

W reakcji na mój wzrok otwiera się menu. Wybieram przekaz wideo i widzę noktowizyjny obraz zdeptanego śniegu obok plecaka Fadul.

– Anioł patrzy.

– Potwierdzam.

Dunahee bierze drona od Roman. Usuwam się z drogi, gdy zadziera nos urządzenia.

– Wypuszczam anioła – mówi przez gen-kom.

– Rozumiem.

Pozwala porwać go wichurze. Anioł wystrzeliwuje w dal, linka rozwija się za nim, albo przynajmniej na to liczę. Uwięź jest tak cienka, że na tle śniegu nie widzę jej nawet w noktowizji.

Po kilku sekundach przestaję widzieć też anioła. Ginie mi z oczu na tle nisko i szybko pędzących chmur. Jednak kamery urządzenia działają, patrzą w dół na wypiętrzoną i połamaną krę oraz przed siebie, ku naszemu celowi.

– I oto jest – mówi Kanoa.

Deep Winter Sigil, upstrzona energooszczędnymi światłami, wygląda jak drapacz chmur w sylwestra. Anioł widzi ich refleksy na brzuchach gnających chmur.

Budząca kontrowersje platforma została przyholowana w to miejsce zeszłego lata, kiedy lód topniał. Jej obecność jest pierwszą salwą nadciągającej wojny terytorialnej.

Sigil to platforma pływająca – unosi się na powierzchni oceanu, a jej konstrukcja wspiera się na ogromnym pustym cylindrze, który sięga ponad dwieście metrów w głąb, żeby zapewnić jej stabilność. Przymocowane do dna cylindra kable opadają kolejne tysiąc metrów ku oceanicznej półce, zapewniając Sigil stałą pozycję nawet pomimo naporu lodu – przynajmniej na razie.