Ciężkie próbyTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

ODCINEK 1: CIĘŻKIE PRÓBY

REPERKUSJE

ODCINEK 2: AGENCJA CIENI

BOSKA ŁASKA

ODCINEK 3: „WROTA NIEWAŻKOŚCI”

ROZMOWA POŻEGNALNA

PODZIĘKOWANIA

Trylogia "Czerwień"

PRZECIWKO BESTII
ODCINEK 1:
CIĘŻKIE PRÓBY

– Chcą, żebyśmy ukrzyżowali pułkownika Kendricka.

Słowa te kieruję do moich żołnierzy – Oddziału Apokalipsy. To nazwa, jaką nadali nam medioci, i mnie ona pasuje. Jest tutaj cała nasza siódemka, która przeżyła misję „Brzask”; siedzimy wokół taniego owalnego stołu, stojącego na środku pustej sali konferencyjnej o białych ścianach w sądzie federalnym w Waszyngtonie. Pierwszy raz od pięciu miesięcy, od chwili, gdy wysiedliśmy z samolotu na lotnisku Dulles, pozwolono nam wspólnie omówić naszą sprawę, bez obecności prawników.

Muszę wiedzieć, czy nadal gramy w jednej drużynie.

Nazywam się James Shelley. Obecnie mam stopień porucznika Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych, ale to się zmieni po wyroku sądu wojskowego.

– Nasi adwokaci uznali, że skoro Kendrick nie żyje, to nie będzie krzyczał ani protestował, kiedy będziemy wbijali gwoździe. Chcą więc, żebyśmy zeznali, że pułkownik nadużył władzy i zmusił nas do uczestnictwa w spisku. Chcą, żebyśmy stwierdzili, że nie byliśmy wtedy w pełni władz umysłowych, w związku z czym nie jesteśmy winni niczego, co się stało.

Wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych z własnej woli i zostaliśmy powszechnie uznani za bohaterów. Wykorzystałem ten status, żeby załatwić nam przywilej w postaci dziesięciominutowego spotkania poświęconego omówieniu strategii naszej obrony. Nie jest to prywatna narada – obiektywy kamer śledzą nas z rogów pomieszczenia, a moja nakładka, którą noszę jak soczewki kontaktowe, nagrywa wszystko bez przerwy, ale przywykliśmy do tego. Jesteśmy żołnierzami PGB, a w połączonej grupie bojowej liczysz się z tym, że jesteś obserwowany.

– Za dosłownie kilka minut każde z was spotka się indywidualnie z adwokatem, który doradzi wam procedurę obrony pozytywnej w oparciu o niepoczytalność umysłową.

Od Dnia Komy, kiedy siedem prowizorycznych ładunków nuklearnych zostało zdetonowanych w kraju w celu zniszczenia struktur przesyłu informacji, co doprowadziło do rozerwania Chmury i załamania się gospodarki, podróżowanie i łączność stanowią wyzwanie. W związku z tym ustalono, że nasz proces przed sądem wojskowym odbędzie się w dogodnie, centralnie położonym sądzie federalnym w Dystrykcie Kolumbii. Korzystamy z jego zabudowań, nie z personelu. Postępowanie prowadzi armia, ława przysięgłych składa się z wojskowych, przewodniczy sędzia wojskowa.

Proces jeszcze się nie zaczął i nie znajdziemy się dzisiaj na sali sądowej, więc wszyscy nosimy brązowe mundury polowe. Wszyscy oprócz mnie mają neuroskalpy, wyróżniające żołnierzy połączonych grup bojowych.

Neuroskalpy wyglądają jak czepki sportowe, ale mają wszyte siateczki z cienkich drucików, które współpracują z mikroprocesorami neuromodulującymi, wszczepionymi w tkankę mózgową wszystkich żołnierzy PGB. Niektóre mikroprocesory są sensorami chemicznymi, które przekazują informacje o stanie chemicznym mózgu, inne natomiast stymulują wydzielanie enzymów neurochemicznych. Neuroskalp potrafi zwiększyć bądź zmniejszyć ich produkcję, wpływając na stan naszego samopoczucia.

Nie noszę już neuroskalpu, gdyż zrobiłem krok ku czemuś bardziej permanentnemu. Korzystam z neuronetki: siateczki nici sensorycznych, wszczepionych pod skórę głowy, bezpośrednio na kości czaszki. Podobnie jak neuroskalp, neuronetka jest wyposażona w prymitywną sztuczną inteligencję, która monitoruje i stabilizuje aktywność mózgu. Mogłaby się okazać moją kartą przetargową umożliwiającą wydostanie się z więzienia, gdybym chciał ją wykorzystać w ten sposób.

Klepię się po czarnych włosach przystrzyżonych krótko maszynką.

– Adwokaci chcą, żebym powiedział, że Kendrick kontrolował za pośrednictwem neuronetki moje myśli, uczucia i proces decyzyjny. Chcą, żeby każde z was zeznało, że zhakował was przez neuroskalpy. Chcą, żebyśmy stwierdzili, że nie byliśmy w pełni władz umysłowych i nie rozumieliśmy, co robimy.

Pierwsza odzywa się specjalistka Vanessa Harvey:

– Pieprzyć to, poruczniku.

Krzyżuje ramiona na piersi i patrzy na mnie wzrokiem, który mógłby powstrzymać kule… i stało się tak niemal w Czarnym Krzyżu, gdzie została postrzelona w twarz. Przyłbica przyjęła impet pocisku i Harvey wyszła z tego jedynie ze złamanym nosem, ale na jej obliczu o brązowej karnacji i ostrych rysach nie pozostał żaden ślad tego obrażenia.

Specjalista Samuel Tuttle rozwija opinię Harvey:

– Pieprzyć ich wszystkich.

Krawędź neuroskalpu wzmacnia jego grymas niezadowolenia, gdy przenosi zadumane brązowe oczy z Harvey na sierżanta Aarona Nolana, który w jakimś innym życiu musiał być jego starszym bratem.

Nolan ma metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, szerokie bary i ciemnobrązową skórę. Powiedział mi kiedyś, że w połowie jest Indianinem Nawaho, a w połowie białym. Generalnie jest sympatycznym facetem, ale teraz opuszcza brodę i informuje mnie:

– Niech te gównojady idą do diabła.

Drobna Mandy Flynn o zielonych oczach i jasnej karnacji to jedyna szeregowa, ale jest bardziej elokwentna od pozostałych:

– Nie ma mowy, żebyśmy nasikali na grób pułkownika.

– Zgadza się – potwierdza specjalista Jayden Moon. Jest wysoki, chudy i ciemnooki; wynik zmieszania krwi europejskiej i azjatyckiej według dosyć skomplikowanej formuły. Kiedyś był opalony, ale na skutek pobytu w więzieniu jego skóra przyjęła odcień bladokremowy. – To bzdura, poruczniku.

Odwracam się do sierżant Jaynie Vasquez, która, całkiem lojalnie, siedzi po mojej prawej ręce. Jaynie to najwyższy stopniem podoficer naszego oddziału. Jest szczupłej budowy ciała i średniego wzrostu, o skórze gładkiej i czarnej. Ma skłonność do postrzegania świata z rezerwą, co odzwierciedla idealnie jej charakter: jest inteligentna, opanowana, zdeterminowana, i nie do końca ufa mojemu osądowi. Na moje pytające spojrzenie odpowiada skinieniem głowy, dając mi do zrozumienia, że będzie mnie popierać, dopóki będę mówił do rzeczy.

Ponownie kieruję wzrok na Moona.

– Oczywiście, że to bzdura, Moon. To te same pierdoły, którymi nas, żołnierzy PGB, karmią cały czas.

W szerokim świecie uważa się członków połączonych grup bojowych za bezduszne automaty, zabójcze, pozbawione uczuć maszyny, kontrolowane przez opiekunów z Nadzoru. Ten mit chcą wykorzystać nasi prawnicy.

– Ta bzdura może ci jednak zapewnić uniewinnienie i zwolnienie z wojska z powodów zdrowotnych.

Moon wygląda na skołowanego. Skacze spojrzeniem ku Jaynie.

– Nie kapuję. Nie po to wróciliśmy.

Patrzy na Jaynie, ale to ja mu odpowiadam:

– Nie, nie po to wróciliśmy. Ukrzyżowanie pułkownika Kendricka to możliwość, którą nam zaoferowano, gdyż zarówno oskarżyciele, jak i obrońcy są poddawani ogromnej presji, żeby ograniczyć zakres naszego procesu wojskowego. Nie chcą się babrać w łańcuchu odpowiedzialności służbowej…

– Nieodpowiedzialności – przerywa Jaynie cichym warknięciem.

Przyznaję jej rację skinieniem głowy.

– Nie chcą się babrać w warstwach korupcji, która zmusiła nas do podjęcia przeprowadzonej akcji. Powinniśmy ujawnić tę korupcję, stawić jej czoło. Dlatego wróciliśmy. Ale to nie jest gra. Stoimy w obliczu dożywocia, bardzo możliwe, że wyroków śmierci. Jeśli chcecie się ponownie zastanowić nad powodami, dla których tutaj jesteście, to teraz jest odpowiednia chwila. Wiedzcie tylko, że obrona pozytywna spełni swoje zadanie jedynie wtedy, gdy wszyscy się na nią zgodzicie. Jeżeli choćby jedno z was będzie miało odmienny pogląd, poda to w wątpliwość linię obrony pozostałych.

Harvey ma nadal skrzyżowane ramiona, a podejrzliwość marszczy jej czoło.

– Co pan ma na myśli, poruczniku, mówiąc, że to my mielibyśmy na to pójść? A co z panem? Sądziłam, że tkwimy w tym wszyscy razem?

– To twoja decyzja, Harvey. Nie ma mowy, kurwa, żebym na to poszedł. Wy jednak możecie oświadczyć, że dowódcy nadużyli waszego zaufania. Powiedzcie, jeśli chcecie, żebym wyszedł, gdy będziecie to omawiać.

Jaynie odzywa się pierwsza, w typowy dla siebie emocjonalny sposób.

– Niech pan nie dramatyzuje, poruczniku. Nie mamy o czym gadać, bo ja się na to nie zgadzam. Nie biorę udziału w tym gównianym sposobie obrony.

– Ja też nie – mówi Harvey.

Tę opinię potwierdzają kiwnięcia głowami i pomruki rozlegające się wokół stołu. Korzystam z nakładki, żeby uruchomić narzędzie analizy emocjonalnej, zwane FaceValue, które ocenia każdego członka oddziału. Aplikacja nie wykrywa na twarzach moich żołnierzy obłudy ani istotnych wątpliwości. Jaynie marszczy brwi – FaceValue potwierdza zaniepokojenie, które widzę w jej oczach, ale ostrożność z jej strony nie martwi mnie. Zawsze była najrozsądniejsza z nas wszystkich.

 

Standardowy sposób rozwoju podobnej historii jest taki, że przynajmniej jeden albo dwoje moich żołnierzy powinno się okazać sprzedawczykami i dobić potajemnie targu z przedstawicielami procesowymi, żeby nas zdradzić, ocalając jednocześnie własne tyłki, ale pułkownik Kendrick rozbroił to wysłużone narzędzie intrygi, kiedy osobiście wybrał wszystkich członków oddziału ze względu na spektrum ich cech osobowościowych, między innymi nieodparte poczucie sprawiedliwości oraz na tyle silną więź jedności grupowej, że spajała nas w czasie dwóch wyczerpujących operacji. Kiedy wodzę wzrokiem wokół stołu, wiem, że wszyscy pozostają wierni naszej obecnej misji.

– No to co robimy, kurwa? – pyta Harvey, patrząc ostro na Jaynie, gdyż zwraca się do mojej sierżant, nie do mnie.

Walę głośno pięścią w stół, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w pomieszczeniu.

Nie mamy wielu możliwości. Wysunięte przeciwko nam oskarżenia obejmują uczestnictwo w spisku, wielokrotne przypadki morderstwa, czynną napaść z użyciem niebezpiecznego narzędzia, kradzież wartości przekraczającej kwotę pięciuset dolarów i porwanie, wraz z ogólnym zarzutem naruszenia porządku i dyscypliny w siłach zbrojnych. Mnie dodatkowo oskarżono o zniszczenie mienia wojskowego, gdyż w mojej obecności pułkownik Kendrick świadomie rozwalił helikopter.

Ponadto każdy z zarzucanych nam czynów popełniliśmy w czasie wykonywania rebelianckiej misji o kryptonimie „Brzask”, podczas której pojmaliśmy obywatelkę amerykańską, żeby postawić ją przed sądem obcego kraju za zbrodnie popełnione na terenie Stanów Zjednoczonych i przeciwko nim. Wszystkie zdarzenia i rozmowy w czasie operacji zostały nagrane przez mnóstwo urządzeń rejestrujących, w tym moją nakładkę oczną. Nie brakuje dowodów, które mogą zostać wykorzystane w celu skazania nas. Pozostaje jedynie pytanie, czy okoliczności usprawiedliwiają to, co zrobiliśmy.

To kwestia, której rozważania sąd chce rozpaczliwie uniknąć, i tylko dlatego zaoferowano nam możliwość powołania się podczas procesu na ograniczoną poczytalność… ale to mamy już za sobą.

– Ponieważ w grę wchodzi wyrok śmierci, nasza obrona polega siłą rzeczy na nieprzyznaniu się do winy. Co oznacza, że oskarżenie musi nam ją dowieść krok po kroku na oczach publiczności. Chcemy tego. Chcemy, żeby opinia publiczna dowiedziała się, kim jesteśmy i co uczyniliśmy, ale przede wszystkim pragniemy, żeby ludzie wiedzieli, dlaczego to zrobiliśmy.

Znam się teraz na prawie dużo lepiej niż wtedy, gdy to zaczęliśmy. Przedstawiam swoją strategię w sposób, który każdy wykwalifikowany prawnik z pewnością uznałby za amatorski i optymistyczny.

– Jedyna przekonująca linia obrony, jaką możemy forsować, opiera się na złożonej przez nas przysiędze wspierania i ochrony konstytucji przed każdym wrogiem, zewnętrznym i wewnętrznym. Zatem ujawnimy owych wrogów – naszych wewnętrznych wrogów – rzucimy na nich światło i wskażemy w łańcuchu dowódczym każdego, kto przyłożył rękę do chronienia Thelmy Sheridan przed zarzutami wskazującymi na jej związek z rebelią Dnia Komy. Podsadzimy sędzię na każdy szczebel drabiny służbowej. Wymusimy rozszerzenie zakresu dochodzenia. Jeśli obejmie ono ostatecznie prezydenta, to niech tak będzie, mam to w dupie. Jeśli to zainicjuje rewoltę przeciwko skorumpowanej elicie politycznej naszego kraju, to nie będę płakał z tego powodu.

– Wypalić to do korzeni? – pyta cicho Jaynie.

Odwracam się do niej, zastanawiając się nad nutą podejrzliwości, brzmiącą w jej głosie.

– Nie, nie tego chcę.

Przygląda mi się badawczo, jakby chciała przeniknąć do mojego wnętrza.

– Niech się pan tylko nie zagalopuje, sir. Może się panu nie spodobać to, co jest po drugiej stronie.

Już się rozdzieliliśmy, bo każde z nas musi się spotkać indywidualnie z adwokatem. Czekam w małym pomieszczeniu konferencyjnym, wyposażonym w stół i cztery wygodne fotele, gdzie mam się naradzić z naszym głównym obrońcą, majorem Kelsem Ogawą, oraz z cywilnym adwokatem, Brandonem Shelleyem, moim wujem, który pomaga pro bono przy naszej sprawie, bo należy do rodziny, ale także dlatego, że – jak wszyscy – jest wściekły z powodu tuszowania wydarzeń Dnia Komy.

Pomieszczenie jest dźwiękoszczelne, więc nie docierają do niego żadne odgłosy z zewnątrz, nie słychać żadnego ostrzeżenia, że drzwi za moment się otworzą. Podskakuję gwałtownie, gdy tak się dzieje, ale wchodzi jedynie wuj Brandon. Wsuwa się do środka i głośno zatrzaskuje za sobą drzwi, żeby dać mi poznać, że jest niezadowolony.

– Dałeś niezłe przedstawienie.

Ma imponującą powierzchowność: wysoki, silny krzepkością wieku średniego, maskowaną przez drogi, szary, trzyczęściowy garnitur. Jego mieszane pochodzenie dało mu gęste brwi i orli nos – zdecydowane rysy, które wzbudzają zaufanie, jeśli masz go po swojej stronie, i niepokoją, gdy tak nie jest. Srebro zaczyna się wdzierać do jego porządnie ostrzyżonych czarnych włosów.

– Prokurator… – Urywa, pojąwszy, że się przejęzyczył. – Cholera. To znaczy, rzeczniczka procesowa – ciągnie, posługując się terminem wojskowym – ciska gromy i, szczerze mówiąc, ma do tego pełne prawo. Zgodziłeś się, Jimmy, przedstawić im linię obrony w postaci ograniczonej poczytalności…

– I zrobiłem to.

– A także ich urobiłeś. Ukrzyżowanie pułkownika Kendricka? Poważnie?

– To tylko metafora.

– Jezu! Jimmy, w ogóle nie wiem, kim ty teraz jesteś. Masz. – Wręcza mi tablet, który przyniósł. Biorę go i stukam natychmiast w ekran, budząc urządzenie do życia; pochylam się nad wyświetlaczem jak ćpun nad kolejną działką. – Jest tam folder z twoim imieniem – informuje mnie wuj.

– Widzę. – W dupie mam jednak folder. Chcę się połączyć z Chmurą… z tym, co z niej zostało.

– Nie trać czasu – mówi wuj Brandon. – Mam się stawić w gabinecie sędzi, gdzie będę musiał wysłuchać skarg rzeczniczki procesowej na to, jak skrzywdziłeś swoich współoskarżonych, przekonując ich do działania wbrew ich najlepszym interesom.

Wyciąga rękę do gałki drzwi.

– Zaczekaj! W tym urządzeniu odcięto łączność z siecią.

– Oczywiście, że tak. Wiesz, że nie masz prawa do kontaktów ze światem zewnętrznym.

Patrzę na niego wilkiem.

– Wiem, że nie mam prawa do połączeń z komórki, ale Nadzór ma dostęp cały czas. – Klepię się po głowie. – Sprawdzają mnie codziennie.

– To znaczy? – pyta z zaniepokojoną miną.

Moja nakładka jest zawsze aktywna. Wszystko, co widzę, jest nagrywane przez soczewki w oczach, a to, co słyszę, rejestrują malutkie mikrofony wszczepione w uszy. Złota linia wytatuowana wzdłuż linii szczęki to antena, która łączy mnie z Chmurą, kiedy nie jestem od niej odcięty – a wojsko wszystko zapisuje.

Mówię wujowi prawdę:

– Przynajmniej raz dziennie Nadzór łączy się z moją nakładką i pobiera dane.

Materiał jest przesyłany… dokądś. Nie mam pojęcia dokąd. Do reżysera, który montuje obrazy z mojego życia, łącząc je z innymi zapisami, żeby tworzyć odcinki reality show zatytułowanego Połączona grupa bojowa, który stał się dosyć popularny.

– Nie powinieneś mieć żadnej łączności – upiera się wuj Brandon. – Żadnej. Tak to rozumiem. To element zasad bezpieczeństwa, gdyż Nadzór niepokoi się możliwością zhakowania… o cholera.

Patrzymy na siebie, myśląc dokładnie to samo.

– Nic nie mów, wujku. Proszę.

Tam, w Chmurze, aktywna na milionie serwerów, ale zazwyczaj niewidzialna i niewykrywalna, działa samodzielna AI, program, który nazwałem Czerwienią. Nikt naprawdę nie wie, skąd się wzięła. Spekuluje się, że powstała jako marketingowa sztuczna inteligencja, być może wyposażona w wynaleziony potajemnie przez amerykańskiego przedsiębiorcę wojennego kod, który daje jej nieograniczony dostęp do ukrytych danych, gdyż jeśli Czerwień ma dość czasu, potrafi dotrzeć wszędzie – do wszystkiego, co jest połączone z Chmurą. Włamała się do mojej głowy i przepisała scenariusz mojego życia. To dlatego znajduję się tutaj.

– Jimmy, jeśli Czerwień…

– Nie. To nie ma znaczenia. Nie krzywdzi mnie. Niczemu nie szkodzi.

Nie powinienem był wspominać o ściąganiu ode mnie danych. Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego podniosłem ten temat? To jedna z ujemnych stron bycia nawiedzonym przez Czerwień. Kwestionuję nawet własne motywy, choć wiem, że od miesięcy nie ujawniła się w mojej głowie. Ściąganie plików to proces automatyczny.

Wlepiając oczy w sufit, pozostaję z pozoru spokojny, ale w środku buzuje adrenalina.

– Nie ma tutaj kamer, co?

– Stanowiłoby to naruszenie zasady poufności w relacjach klienta z adwokatem.

– Więc nic nie mów. Skoro Nadzór o tym nie wie, to nie będą szperać w nagraniach, przynajmniej przez jakiś czas.

– Trzeba to zgłosić…

– Nie. Gdyby Nadzór uznał, że doszło do infiltracji, pozbawiliby mnie neuronetki i nakładki.

– Lepiej by ci było…

– Nie byłoby mi lepiej.

Spojrzenie ma twarde. Nie podobają mu się decyzje, do których podjęcia go zmuszam.

– Muszę lecieć. Jestem już spóźniony. Przyjrzyj się temu, co jest w folderze. Pogadamy o tym, kiedy wrócę.

Ponownie sięga do gałki.

– Rzeczniczka procesowa ma rację – mówię mu.

Odwraca się wściekły.

– O czym ty, kurwa, mówisz?

– Ma rację, twierdząc, że działamy wbrew naszym najlepszym interesom, bo nie chodzi o nas. Nigdy nie chodziło. Idzie o większe sprawy.

– Wiesz co, Jimmy, podobałeś mi się bardziej jako cyniczny dzieciak. Te bzdury bezkompromisowego wyznawcy starzeją się bardzo szybko.

Mierzymy się wzrokiem. Potem otwiera szarpnięciem drzwi i wychodzi, zamykając je za sobą z siłą, która wstrząsa framugą. Mam nadzieję, że nic nikomu nie powie.

Dociera do mnie coś innego: jeśli rzeczniczka procesowa dowie się o infiltracji, może się posunąć do tego, iż ogłosi mnie umysłowo upośledzonym, gdyż zhakowano mi głowę – diagnoza, którą można rozciągnąć na cały mój oddział i zapewnić w ten sposób doskonały pretekst do odwołania procesu i zamknięcia nas wszystkich w jakimś anonimowym psychiatryku. Amerykański gułag. Jezu.

Jednak mój wujek jest od bardzo dawna adwokatem w sprawach karnych, głównie urzędniczych. Umie trzymać język za zębami i mimo że często go wkurzam, ufam, że dochowa tajemnicy.

Spoglądam ponownie na tablet.

Jest sterowany wzrokiem, ma dziesięciocalowy ekran ukazujący w rogu datę i godzinę, wraz z czerwonym krzyżykiem, świadczącym o braku połączenia z siecią, a pośrodku znajduje się tylko jeden folder, o nazwie „Jimmy”. Za tym niemal pustym wyświetlaczem może się ukrywać cała biblioteka danych, ale nigdy do nich nie dotrę. Tablet wie, kto go trzyma, a ja mam prawo widzieć tylko ten jeden folder.

Otwieram go mrugnięciem oka. Zawiera cztery nagrania wideo. Trzy są oznaczone jako klipy z wiadomościami, stworzone przez kanały propagandowe. Czwarte jest zatytułowane Połączona grupa bojowa – Odcinek 3: Misja „Brzask”. Kiedy to czytam, czuję napływ adrenaliny. Stary dobry odruch: „uciekaj albo walcz”.

Gdybym mógł, wybrałbym ucieczkę, ale nie jestem w stanie uciec od samego siebie.

Odzywa się zespół stresu pourazowego; drżą mi ręce. Boję się, że upuszczę tablet, więc kładę go ostrożnie na stole. Na skraju pola widzenia zapala się ikona neuronetki, sygnalizując aktywność zainstalowanej w niej AI, która automatycznie balansuje neurochemię mojego mózgu, kierując nastrój ku spokojniejszym rejonom i tępiąc ostrze emocji.

Nie mam ochoty oglądać trzeciego odcinka Połączonej grupy bojowej. Wiem, co tam jest, bo to przeżyłem, i nie chcę ponownie widzieć rozbryzganego po strzale mózgu specjalisty Matta Ransoma, być świadkiem powolnego konania w męczarniach pułkownika Kendricka ani słuchać przerażenia brzmiącego w głosie Lissy na chwilę przed tym, gdy zostanie złożona w ofierze podczas tej niekończącej się nocy nad Atlantykiem. Wystarczająco często słyszę Lissę w snach.

Misja „Brzask” z założenia nie miała przynieść nam osobistych korzyści. W najmniejszym stopniu.

Wstaję i zaczynam chodzić, dając neuronetce czas na działanie. Słychać ciche szczękanie, kiedy moje robocie stopy stykają się z podłogą. Prawdziwe nogi urwał mi wybuch. Wojsko zastąpiło je eksperymentalnymi protezami, połączonymi z moim systemem nerwowym. Wystarczają cztery kroki, że przejść pokój wzdłuż. Zawracam i ruszam z powrotem. Po kilku nawrotach siadam i uważnie oglądam klipy.

Pierwszy ukazuje potężny marsz protestacyjny na National Mall, kilka przecznic od miejsca, w którym się znajduję. Między rzędami drzew, które zaczynają dopiero wypuszczać wiosenne liście, idą dziesiątki tysięcy skandujących manifestantów. Siadam nieco prościej, przypominając sobie, jakie to uczucie być częścią podobnego tłumu – inspirujące, odurzające – oraz to, jak bardzo byłem pewien w związku z taką masą ludzi domagających się zmian, że te zmiany muszą zajść.

 

Niestety, świat jest dużo bardziej skomplikowany.

Wykrzykiwane hasła są trudno zrozumiałe z powodu zagłuszającej je mediotki, która mówi widzom, co mają myśleć, ale jasny przekaz transparentów powiewających nad tłumem nie pozostawia wątpliwości co do celu marszu.

UWOLNIĆ POR. SHELLEYA –

AMERYKAŃSKIEGO BOHATERA

UWOLNIĆ ODDZIAŁ APOKALIPSY

NARÓD POPIERA LWA Z CZARNEGO KRZYŻA

Lew z Czarnego Krzyża to ja.

Niedługo po eksplozjach bomb w Dniu Komy odkryto kolejne prowizoryczne ładunki nuklearne w amerykańskich metropoliach – zaprogramowane tak, żeby wybuchły, gdyby przy nich majstrować. Można je było rozbroić jedynie dzięki kodom przechowywanym przez wroga w schronie z okresu zimnej wojny, zwanym Czarnym Krzyżem. Rozkazano nam je zdobyć. To było kurewskie piekło w podziemiach, ale udało się. Po tych wydarzeniach medioci nazwali mnie Lwem z Czarnego Krzyża, a jeśli nie tak, to królem Dawidem, gdyż Bóg powinien stać po mojej stronie.

„Brzask” to zmienił.

Miedioci od kilku miesięcy starali się odmalować nas jako zdrajców. Nie udało się do końca. Mnóstwo ludzi popiera to, co zrobiliśmy, ale nie miałem pojęcia, że wyzwoliliśmy taki zapał, jaki widzę w tym marszu.

Prowadząca narrację mediotka stara się opisać obraz jako coś przeciwnego. Krytycznym, pogardliwym tonem informuje widzów, że odpowiedzialni obywatele pomagają krajowi, pozostając w domach, wykonując swoją pracę i odbudowując swoje lepsze życie, natomiast protestujący przybyli do stolicy, żeby sprawiać kłopoty i domagać się pomocy ze strony rządu.

Wielu maszerujących stara się przedstawiać swoje żądania anonimowo. Twarze około dwudziestu procent obecnych kryją maski, i to nie tanie pozostałości po Halloween. Te widziane przeze mnie to dzieła sztuki, jak karnawałowe maski europejskie, tyle że zasłaniają całe twarze, a zamiast otworów na oczy mają szczeliny pozwalające nosić wizory. Mimo to nie sądzę, żeby maski pozwoliły komukolwiek ukryć tożsamość – nie w obliczu specjalistycznej inwigilacji. Dobry skaner na podczerwień powinien być w stanie przejrzeć maski na wylot. Może to jednak nie ma znaczenia. Nawet jeśli agencja rządowa zarejestruje czyjąś obecność, będzie to tylko jeden z bilionów bitów zebranych dzisiaj informacji. Prawdziwe zagrożenie dla tych ludzi kryje się w tym, że zostaną rozpoznani przez ich pracodawców, a maski powinny ich przed tym ustrzec.

Dwa kolejne klipy są różnymi wersjami tej samej historii. Po zapoznaniu się z nimi zastanawiam się ponownie, czy nie obejrzeć odcinka trzeciego. Połączona grupa bojowa jest dziełem zręcznego montażysty, który wie, jak się opowiada poruszającą emocjonalnie historię. Czy w epizodzie trzecim jest coś, co zainspirowało tamtych ludzi, skłoniło ich do opuszczenia domów, porzucenia dotychczasowego życia i wzięcia udziału w popierającej nas manifestacji?

Wuj Brandon dołączył go, gdyż uważa, że powinienem poznać treść filmu.

Biorę się w garść i otwieram plik.

Gdy drzwi się otwierają, jest później, dużo później. Tężeję, ale nie podskakuję tym razem ani nie podnoszę wzroku. Garbię się nad tabletem, trzymając go w obu dłoniach. Odcinek trzeci trwa nadal i duchem nie przebywam tak naprawdę w tym pokoju. Znowu jestem na pokładzie C-17. Zakończyliśmy właśnie tankowanie w powietrzu. Mój oddział wiwatuje.

– Zniszczone miasto – mówi ponuro Brandon. – Wyłącz się i zablokuj.

Zwraca się do cholernego tabletu, który go słucha. Ekran urządzenia pustoszeje. Mój uścisk wzmaga się do tego stopnia, że łamię je niemal na pół.

– Kurwa mać! – szepczę, starając się poskromić złość, gdyż za wujem wchodzi do pokoju nasz główny obrońca, major Kelso Ogawa.

– Nie musisz oglądać do końca, Jimmy – stwierdza Brandon.

Ma rację. Nie muszę tego oglądać, bo to się rozgrywa w mojej głowie. Słyszę ponownie powitanie najemnika wynajętego przez Carla Vandę. Poleca mi, żebym włączył telefon, a ja to robię. Dzwoni do mnie Lissa, która mówi, że najemnik uprowadził ją, żeby wywrzeć na mnie nacisk, ale ten plan się nie powiódł. Lissa już nie żyje. Tak jak i najemnik. Ja wciąż jestem żywy.

Wujek obchodzi stół i odsuwa krzesło stojące obok mnie.

– Chciałem tylko, żebyś zobaczył wielką polityczną zmianę, jaka zachodzi w odcinku trzecim – mówi, siadając.

Zmuszam się do delikatnego odłożenia tabletu na blat stołu. Przesuwam ku wujowi urządzenie, jakby to była naładowana broń.

– Kiedy wyemitowano odcinek trzeci?

Odpowiada major Ogawa, zajmując miejsce naprzeciwko mnie:

– Przedwczoraj wieczorem.

Major ma pod pięćdziesiątkę, mieszane euroazjatyckie pochodzenie i wąską twarz ujawniającą ślady godnego starzenia się, a jego kręcone brązowe włosy przeplatają pierwsze pasma siwizny. Patrzy na mnie przez półprzezroczysty, zabarwiony na szaro pasek wizora tak cienkiego i lekkiego, że zdaje się unosić przed jego oczami.

– Wygląda pan na mocno wstrząśniętego. Będzie pan w stanie rozmawiać?

Biorę głęboki wdech, prostuję plecy i ściągam barki. Lissa nie żyje, a ja nie potrafię jej wskrzesić, ale jeśli ten proces potoczy się tak, jak na to liczę, to mnóstwo ludzi może w końcu zapłacić za to, co się stało. Mam nadzieję, że jednym z nich będzie Carl Vanda.

– Co się wydarzyło u sędzi?

– Pułkownik Monteiro wyraziła zrozumienie dla obaw rzeczniczki procesowej – odpowiada wuj – ale nie zgodziła się oddzielić sprawy twojej i twoich podwładnych. Polecono jej zakończyć szybko postępowanie, a prowadzenie osobnych procesów nie służy temu. Poza tym sprawy sądowe kosztują, a zważywszy na panujący stan nadzwyczajny, nie sądzę, żeby istniał budżet pozwalający na oddzielne postępowania.

– Więc posuwamy się naprzód?

– Osiągnęliśmy tymczasowe porozumienie – odpowiada Ogawa. – Posiedzenie sądu wojskowego jest zaplanowane na poniedziałek.

Poniedziałek.

To szok. Ogawa ostrzegał, że może chodzić o całe miesiące, ale dzisiaj jest piątek. Jeszcze tylko dwa dni. W porządku, jeśli o mnie chodzi.

– Tymczasowe porozumienie? – pytam go. – Co trzeba jeszcze ustalić?

– Rzeczniczka procesowa poprosiła sędzię Monteiro o zakaz używania neuroskalpów podczas posiedzeń sądu, twierdząc, że zakłócają osobniczą wolną wolę.

Chcę wierzyć, że żartuje, ale moja apka FaceValue nie wykrywa żadnej wesołości ani wybiegu z jego strony.

– Neuroskalpy nie działają w ten sposób.

– Monteiro zastanawia się nad tym postulatem. Zdecyduje pod koniec dnia. W pańskiej profesjonalnej opinii, jako oficera PGB, jak to wpłynie na sprawę, jeśli sędzia wypowie się przeciwko neuroskalpom i pańskiej neuronetce?

Stukam się w czoło.

– Nie mam tam wyłącznika. Jeśli nie chce mnie wysłać do chirurga, to nie może jej wykluczyć. A jeśli zakaże neuroskalpów? To rozmyślne działanie w celu osłabienia mojego oddziału. To ruch, który narazi ich zdrowie psychiczne. Niech pan zapyta Nadzór.

– Zapytałem. Przygotowują oficjalną odpowiedź.

– Dawniej kazali nam oddawać neuroskalpy, zanim wyszliśmy na przepustkę. Już tego nie robią.

– Mówi pan więc, że to zaszkodzi naszej sprawie, jeśli sędzia zakaże używania neuroskalpów?

– Nie, to w ogóle nie wpłynie na proces, ponieważ korzystanie z nich nie ma nic wspólnego ze sprawą.

– Uważa pan jednak, że istnieje ryzyko załamania psychicznego…

– Nie. – Zastanawiam się nad tym głębiej. – Nie od razu. Moi żołnierze będą zeznawać w każdej sytuacji, ale zabierzcie im neuroskalpy, a narazicie ich na ryzyko ostrej depresji.

– W porządku. Nadzór powiedział mniej więcej to samo.

– Mniej więcej?

– Były przypadki… aktów przemocy ze strony żołnierzy pozbawionych neuroskalpów.

– O czym pan, kurwa, mówi? – Pochylam się, przyglądając mu się badawczo. To bzdury, o jakich lubią gadać medioci.

– To jak uzależnienie, prawda? – pyta Ogawa. – Im dłużej się używa neuroskalpu, tym bardziej się go potrzebuje. Mózg zapomina, jak się regulować samoczynnie.

– Jakie akty przemocy?

– Takie jak zwykle. Zamordowani członkowie rodziny, sterroryzowane sąsiedztwo, rozwalone na kawałki centra handlowe. Powiązania z żołnierzami PGB były bagatelizowane.

Gapię się w blat stołu, chcąc temu zaprzeczyć, ale prawda jest taka, że uznaję to za aż nazbyt wiarygodne.

– Nic nam nie jest, póki mamy neuroskalpy.

– Powiem sędzi. Wojsko was uzależniło. To nie w porządku, żeby wymagać od was funkcjonowania bez protez emocjonalnych w czasie tak ciężkiego doświadczenia, jakim jest proces przed sądem wojskowym.