ObcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Francesca

Copyright © by Lina Bengtsdotter, 2018

First published by Bokförlaget Forum, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: Benoit Daoust / Shutterstock

ISBN: 978-83-8053-543-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

Przypisy

Dla moich sióstr, które idą obok mnie, i tych, które szły przede mną

Hey Francesca

you gave me no warning

Hey Francesca

tiptoes in the morning

Thanks for leaving the sunshine

Thanks for leaving me

Thanks for being all mine

Thanks for being free

Roy Harper, Francesca

To dziwne uczucie być dzieckiem, którego nie da się kochać. Człowiek jest nieszczęśliwy, ale też wolny.

Johanne Lykke Holm, Natten som föregick denna dag

Prolog

Za kaplicą stała grupa chłopaków. Podeszłam od strony jeziora i żaden mnie nie zauważył aż do chwili, kiedy byłam już całkiem blisko. W słabym oświetleniu kościoła ich twarze wydawały się upiornie blade w zestawieniu z czarnymi frakami. To ten obmierzły, żałosny gang chłoptasiów o królewskich imionach: Erik, Gustav, Oscar, Magnus i jeszcze on, Henrik Stiernberg, zadufany w sobie chłopak mojej siostry.

Pierwszy dostrzegł mnie Henrik. Musiałam go przestraszyć, bo z przerażoną miną zapytał mnie, czego chcę. Przez moment wlepiałam w niego wzrok, a potem nagle parsknęłam śmiechem.

– Z czego się śmiejesz? – burknął. – Co z tobą, kurwa, nie tak?

Nie odpowiedziałam, bo sama nie miałam pojęcia, z czego się śmiałam ani co ze mną nie tak.

– Wracaj na tańce, szajbusko – rzucił Erik. – Idź do środka i zatańcz sobie walca albo coś.

– Mój towarzysz zaginął – odparłam.

W tej samej chwili, w której to powiedziałam, zmienił mi się nastrój i poczułam napływające do oczu łzy. Paula nie było już całą wieczność, a jesienny bal bez niego nie miał sensu. Obiecał mi pierwszy i ostatni taniec, a za chwilę orkiestra w sali gimnastycznej miała zagrać piosenkę zamykającą bal. Może nawet już zagrała. Nie wiem, dlaczego sprawiało mi to taką przykrość, bo nie byłam dziewczyną, która przejmowałaby się partnerem do tańca albo w ogóle tańcem, ale teraz chodziło o Paula.

– Sprawdź u niego w pokoju – podsunął Erik. – Pewnie się spił.

Powiedziałam, że go tam nie ma.

– Tu też nie – odparł Henrik – tak więc szukaj dalej.

Zostałam, bo nie miałam pomysłu, gdzie szukać. Nad jeziorem i przy Wierzbie Płaczącej już byłam, a Talludden świeciło pustkami. Ta ławeczka przy rodzinnych grobowcach za kaplicą wydawała się moją ostatnią nadzieją.

– Co z tobą? – spytał Henrik, kiedy nagle się zachwiałam.

– Ja… Kręci mi się w głowie – odpowiedziałam, opierając się ręką o nagrobek. Źle oceniłam odległość i upadłam. To właśnie leżąc tam, na ziemi, zobaczyłam różę, tę w kolorze mojej sukienki, tę, którą Paul miał w kieszonce swojego fraka.

– Paul musiał tu być – odezwałam się, podnosząc różę i pokazując ją chłopakom.

– Co ty bredzisz? – warknął Henrik. – Nie widzieliśmy twojego chłoptasia.

Mniej więcej w tym miejscu nasze opowieści się rozeszły.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

 

This ebook was bought on LitRes

1

Charlie próbowała znaleźć wygodną pozycję na krześle z odchylonym oparciem. Na lewo po przekątnej siedziała Eva, psycholożka.

Eva właśnie omówiła ramy ich spotkania. Ważne, żeby pilnować godziny rozpoczęcia i zakończenia, ważne, żeby otwarcie mówić, jeśli coś było nie tak, ważna jest też świadomość, że co powiedzą w tym pokoju, oczywiście w nim zostanie.

Ton głosu Evy był przyjazny, ale potrafiła spojrzeć surowo, jeśli było trzeba. Charlie ją sprawdziła, więc wiedziała, że Eva była członkinią Towarzystwa Psychologicznego z piętnastoletnim stażem w zawodzie. To był pierwszy warunek Charlie, kiedy szef zażądał od niej pójścia na terapię: ma to być osoba dobrze wykształcona, a nie jakiś zadowolony z siebie zadufek po ośmiotygodniowym kursie rozwoju osobistego. Nie chciała marnować czasu na kogoś, kto będzie klepał komunały i zwierzał się jej z własnego życia. Najchętniej uniknęłaby całego tego zamieszania, dlatego odsuwała to spotkanie, ile się tylko dało. Próbowała udowodnić Challemu, że dobrze się czuje, że w stu procentach ogarnia swoje życie i swoją pracę, ale po wydarzeniach zeszłego lata nadwyrężyła kredyt zaufania u szefa.

Tak czy owak, siedziała teraz w sprytnie skonstruowanym krześle w gabinecie Evy. Za oknem połyskiwały złote jesienne liście olbrzymiego dębu, a deszcz spływał po szybie cienkimi strużkami.

– Opowiedz mi, Charline – poprosiła Eva – co cię skłoniło do przyjścia.

– Możesz mówić do mnie „Charlie”.

– Co cię skłoniło do przyjścia, Charlie?

– To przez mojego szefa. Postawił mi ultimatum. Jego zdaniem potrzebuję pomocy.

– Ach tak.

Eva przyjrzała się jej bacznie, a Charlie pomyślała, że terapeutka pewnie notuje w pamięci: „Możliwy brak samoświadomości”.

– Zgadzasz się z tym?

– Że potrzebuję pomocy?

– Tak.

– Pewnie potrzebuję, ale nie przyszłabym, gdyby nie to, że zależy mi na pracy.

– Czy mogłabyś mi co nieco o sobie opowiedzieć? Wiem, gdzie pracujesz, ale niewiele więcej.

– Co więcej musisz wiedzieć?

Eva uśmiechnęła się i oznajmiła, że praca to nie wszystko. Może powiedziałaby ogólnie, kim jest.

– Jasne – zgodziła się Charlie. – Lubię… – Przerwała. Co tak naprawdę lubiła? Czytanie, picie, samotność. W tej chwili nie przychodziło jej do głowy nic, co nie brzmiałoby dołująco. – Lubię czytać.

Kiedy spostrzegła, że Eva czeka na coś więcej, miała ochotę dodać, że uwielbia też trenować, ale dlaczego miałaby kłamać?

– Czy już wcześniej korzystałaś z pomocy psychiatrycznej? – zapytała po chwili Eva.

– Tak, kilka spotkań, kiedy byłam dorosła, i przez dłuższy czas, gdy byłam nastolatką. Miałam czternaście lat, kiedy zmarła moja mama.

– Trudny wiek na utratę rodzica.

Charlie pokiwała głową.

– A ojciec?

– Nieznany.

– Rozumiem. Jakie miałaś relacje z mamą?

– Były… – Charlie nie wiedziała, co powiedzieć. Skomplikowane? – Moja mama była bardzo specyficzna.

– To znaczy?

– Raczej nie przypominała innych matek. Chyba można powiedzieć, że usilnie się staram do niej nie upodobnić.

– To raczej naturalne – stwierdziła Eva – że człowiek stara się nie powtarzać błędów swoich rodziców. Ale próba podkreślenia swojej odrębności od matki to zarazem dowód, że się od niej wywodzisz. Może dopiero kiedy zaczniesz działać bardziej niezależnie, poczujesz się wolna.

– Jasne.

– Możemy do tego wrócić. Ale najpierw chciałabym, żebyś mi wyjaśniła, dlaczego twój szef postawił ci to ultimatum. Że musisz pójść na terapię.

W głowie Charlie zaszemrała Betty. W czasie swoich gorszych okresów mawiała: „To jakby podwodne prądy próbowały mnie ściągnąć na dno. Jeśli jestem spokojna i rozmyślam, tonę. Najlepiej nie myśleć, nie mówić. Od tego robi się tylko gorzej”.

– To pewnie przez picie – odparła Charlie. – Zdarza się, że trochę przeholuję. A powodem, dla którego tu siedzę, jest to, że dotychczas trzymałam to pod kontrolą i piłam tylko wtedy, gdy miałam wolne, nigdy na dzień przed pracą, w każdym razie niedużo, ale w ostatnim czasie zdarzało mi się, że wypiłam kilka kieliszków, choć następnego dnia miałam pracować, i pewnie czuć było ode mnie alkohol. Challe, mój szef, ma naprawdę niebywały węch.

– Może na twoje szczęście – odezwała się Eva. – Dzięki temu w porę otrzymałaś pomoc.

– Skąd wiesz, że w porę? – Charlie nie mogła powstrzymać pytania.

– Jesteś świadoma swoich problemów i mówisz o nich otwarcie. To całkiem dobry punkt wyjścia.

– Od dawna o tym wiedziałam, a mimo to niewiele mogłam na to poradzić, tak że nie wiem, czy to coś da.

– Dopiero co mówiłaś, że dotychczas nad tym panowałaś.

– Zdarzyło się już, że straciłam kontrolę.

– Tak czy owak, teraz jesteś tutaj.

– Tak, teraz jestem tutaj.

Nastąpiło kilka minut powierzchownej rozmowy. Potem zapadła cisza. Charlie przyglądała się obrazom na ścianie za Evą. Były oprawione i przedstawiały… test Rorschacha – teraz to zobaczyła. Starała się dostrzec w figurach kształty, które powiedzą coś o jej zdrowiu psychicznym, ale Eva jej przerwała – chciała się dowiedzieć czegoś więcej o jej obowiązkach służbowych.

Charlie opowiedziała o swojej pracy w Narodowym Departamencie Operacyjnym, o tym, jak ona i jej koledzy są włączani do pomocy lokalnej policji w trudnych przypadkach w całym kraju.

– Jak poza tym wygląda twoja sytuacja życiowa? – zapytała Eva.

– Samotna, bezdzietna – odparła Charlie.

– Wróćmy do twojego picia. – Eva nie skomentowała stanu cywilnego Charlie. – Od jak dawna jest to problem?

– Nie wiem dokładnie. Pewnie zależy, kogo spytać.

– Pytam ciebie.

– Od samego początku bardzo lubiłam pić i zawsze piłam więcej niż ludzie wokół mnie. Nigdy tak naprawdę nie rozumiałam tego „jeden kieliszek i dziękuję”. Ale nie nazwałabym siebie alkoholiczką tylko dlatego, że piję więcej niż inni. Chyba można powiedzieć, że to przejściowe: miewam spokojniejsze okresy.

– A ten okres, który poprzedził nasze spotkanie, kiedy się zaczął?

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam, ale kilka miesięcy temu wróciłam do Gullspång, miejsca, w którym dorastałam. To niewielka miejscowość w Västergötlandzie – dodała, zauważywszy, że Eva nie zna tej miejscowości. – Mieszkałam tam do śmierci mamy. Później przeprowadziłam się do Sztokholmu.

– Masz tu krewnych?

– Nie, trafiłam do rodziny zastępczej.

– Jak było?

Charlie nie wiedziała, co powiedzieć. Bo co właściwie można powiedzieć o życiu w małym szeregowcu w gminie Huddinge? Oczyma duszy zobaczyła ogród, porządnie zagrabioną żwirową dróżkę, rabaty, na których wszystko rosło w równych rzędach, i jabłonkę nigdy nierodzącą owoców. Pomyślała o pierwszym spotkaniu z rodzicami zastępczymi Bengtem i Leną, no i z ich córką Lisen, o tym, jak całą trójką sztywno powitali ją w swym klinicznie czystym domu. Z pozoru nowa rodzina była dokładnie taka, o jakiej marzyła w gorszych okresach Betty: spokojni, porządni ludzie pilnujący regularnych godzin snu, wspólnych posiłków, z mamą, która pakowała rzeczy na gimnastykę i przyrządzała domowe posiłki, nie załamując się nerwowo. Lena nigdy nie leżała na kanapie, modląc się o ciemność i ciszę. Nigdy nie urządzała przyjęć i nie zapraszała ludzi, których nie znała. Charlie przypomniała sobie swój pokoik, świeżo upraną pościel w łóżku, zapach mydła i róż. „Czuj się jak u siebie w domu – powiedziała Lena pierwszego wieczoru. – Naprawdę mam nadzieję, że będziesz się tu czuła jak u siebie w domu, Charline, i że ty i Lisen będziecie jak siostry”.

Ale Charlie nigdy nie czuła się u siebie w tym domu w Huddinge i nigdy nie były z Lisen jak siostry.

Eva odchrząknęła.

– Jakoś tam się układało – odezwała się Charlie – w tej rodzinie zastępczej. Panował tam ład i porządek, a ja mogłam się skupić na szkole.

– Wspaniale – powiedziała Eva – ale wróćmy do początku tego okresu. Pojechałaś do Gullspång w pierwszych tygodniach lata. Po co?

– Praca. Zaginęła młoda dziewczyna, Annabelle Roos, może czytałaś w gazecie.

– Tak, słyszałam o tym.

– Pojechaliśmy, żeby pomóc lokalnej policji. Powrót tam nie był łatwy, o wiele trudniejszy, niż się spodziewałam.

– Pod jakim względem?

– Obudziło to we mnie mnóstwo wspomnień i wtedy…

Charlie przypomniała sobie szczupłe ciało Annabelle wyławiane z czarnych wód rzeki Gullspång i przyjaciela Betty Mattiasa, znikającego w tej samej czarnej toni dwie dekady wcześniej, zobaczyła dwie dziewczynki i płaczącego chłopczyka między nimi jeszcze dalej w przeszłości, na długo przed jej urodzeniem.

– Wtedy co? – Eva pochyliła się na krześle.

– Można powiedzieć, że do pewnego stopnia zaangażowałam się osobiście w pracę. A potem popełniłam błąd i zostałam odsunięta od sprawy, co też, rzecz jasna, miało na mnie wpływ. Kiedy przyjechałam do Sztokholmu, myślałam, że wszystko wróci do normy, ale tak się nie stało. Wręcz się pogorszyło.

– Co się pogorszyło?

– Lęki, poczucie beznadziei, problemy z zasypianiem. Źle sypiam, a kiedy w końcu uda mi się zasnąć, mam nieprzyjemne sny.

– Opisz je.

– Sny?

– Tak.

– Zaczęło się od powrotu z Gullspång, potem trochę się uspokoiło, ale teraz zajmuję się sprawą, która porusza mnie bardziej, niżbym chciała.

Eva zapytała o rodzaj sprawy i Charlie opowiedziała jej o dwóch młodych Estonkach, które zostały zamordowane i porzucone w lesie na peryferiach miasta. Jedna z nich miała trzyletnią córeczkę, głodną dziewczynkę o podkrążonych oczach, która przez co najmniej dwie doby siedziała sama w mieszkaniu. Córka wciąż jeszcze nie wypowiedziała ani słowa, mimo że od jej znalezienia minęły już dwa tygodnie.

Eva stwierdziła, że każdego by to poruszyło, że małe porzucone dzieci u większości ludzi budzą takie uczucia. Ale dziewczynce nic się nie stało?

– Żyje – powiedziała Charlie. – Ale niewiele więcej. Dziś w nocy śniłam, że to moje dziecko, że to ja byłam jej mamą. Chciałam biec do domu i ją ratować, ale nie mogłam, bo przecież nie żyłam. A potem, w następnym śnie, to ja byłam dzieckiem i… sama rozumiesz.

– Zażywasz jakieś leki? – spytała Eva, nie komentując snów.

– Sertralinę – odparła Charlie – sto miligramów. – Nie dodała, że czasem uzupełniała dawkę o sobril albo tabletkę nasenną, albo i jedno, i drugie.

– Nic więcej?

Charlie pokręciła głową.

– Wiesz o tym, że koszmary senne są częstym skutkiem ubocznym zażywania sertraliny?

Charlie kiwnęła głową. Wiedziała to wszystko, ale brała sertralinę od wielu lat, więc to prawdopodobnie nie miało związku.

Eva splotła dłonie na kolanie.

– A ten błąd, o którym wspomniałaś – podjęła. – Chciałabym się na chwilę tu zatrzymać.

Charlie pomyślała o tym wieczorze i nocy w pubie. Lukrecjowe shoty w kieliszkach, wino, piwo, Johan. Głupotą było grzebanie w jego życiu po powrocie do Sztokholmu. Jeśli człowiek chciał ruszyć dalej, powinien zamknąć za sobą drzwi i zostawić pewne sprawy w spokoju – wiedziała o tym doskonale, ale zamiast tego zajrzała pod każdy napotkany kamień. Zaczęło się od tego, że chciała się dowiedzieć, gdzie mieszka, sprawdzić, czy nie jest żonaty, że nie skłamał, mówiąc, że jest synem przyjaciela Betty. Wszystko na to wskazywało.

– Charlie? – Eva patrzyła na nią.

– Przepraszam. Co powiedziałaś?

– Poprosiłam cię, żebyś opowiedziała mi o tym błędzie, o którym wspomniałaś wcześniej.

– Rzeczywiście. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, ale wypiłam za dużo i wzięłam sobie dziennikarza do pokoju. Następnego dnia do prasy wyciekły poufne informacje na temat sprawy. Ale to nie ja byłam źródłem przecieku, nawet jeśli wszyscy tak sądzili. I tak, wynikły z tego problemy, rzecz jasna.

Eva przez chwilę siedziała w milczeniu, jakby czekała na ciąg dalszy. Potem zapytała:

– Czy jeśli byłabyś trzeźwa, spędziłabyś noc z tym mężczyzną? Jak myślisz?

– Boże, nie!

– Czemu nie?

Charlie nie wiedziała, co na to odrzec, więc powiedziała prawdę: że nie pamięta, kiedy ostatnio była trzeźwa w łóżku z mężczyzną. Czy to coś złego?

 

– A jak uważasz?

– Uważam, że to oczywiście była głupota, ale poza tym… to znaczy kiedy nie jestem na służbie? Czy twoim zdaniem jest coś złego w takich przygodnych kontaktach?

– Zależy ci na mojej opinii?

Charlie odparła, że nie, ale to nie była prawda, bo jeśli miała z czymś problem, to właśnie z ludźmi, którzy lubią osądzać innych.

– Tak czy siak, trudno mi na to odpowiedzieć, ale wykorzystywanie seksu jako drogi ucieczki od problemów nie jest zbyt konstruktywne.

– W każdym razie chyba lepsze niż alkohol?

– Z tego, co zrozumiałam, stosujesz i jedno, i drugie?

Charlie westchnęła i wyjrzała przez okno, śledząc wzrokiem przelatującego kosa.

– Nie mówię, że seks z nieznajomymi jest zły. Mówię tylko, że powinnaś się zastanowić, dlaczego to robisz. Jaki masz cel.

– Nie wystarczy, że poprawia mi to samopoczucie? Czy musi w tym być głębszy cel? Dlaczego nie można po prostu robić czegoś, dzięki czemu człowiek czuje się dobrze?

– Pewnie, że można. Ale to, co na chwilę poprawia twoje samopoczucie, niekoniecznie będzie tak działało na dłuższą metę.

Charlie skinęła głową. Smutne, ale prawdziwe.

– Chcę przez to powiedzieć, że zażywanie narkotyków poprawia samopoczucie narkomana – ciągnęła Eva – ale to nie znaczy, że…

– Tak, tak, rozumiem.

Charlie zaczynała żałować, że zażądała wykształconego psychologa. Łatwiej byłoby pogadać z uśmiechniętym life coachem, który podsunąłby jej nowe odmiany jogi i medytacji. Jeśli naprawdę miałaby uzyskać jakąś pomoc, musiałaby kopać głęboko, a nie wiedziała, czy ma na to siłę. Czuła się taka zmęczona.

– Wróćmy do twojej mamy – odezwała się Eva. – Jaka ona była?

– Była… inna.

Charlie spojrzała na zegar. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, ile jeszcze zostało czasu, bo żeby opisać Betty, nie starczyłoby jej życia. Bo Betty była tak pełna sprzeczności i kontrastów, ciemności i światła, siły i bezsilności. Kiedy Charlie studiowała psychologię, próbowała znaleźć diagnozę pasującą do Betty, ale za każdym razem czuła, że to nie to. Tak jakby wszelkie ramy były za ciasne, jeśli chodziło o Betty Lager.

2

Do porannej odprawy pozostało jeszcze pół godziny. Charlie nie musiała się spieszyć po wyjściu z gabinetu Evy.

Przestało padać i w powietrzu czuło się świeżość. Jesień była ulubioną porą roku Charlie. Czas zgnilizny, jak mawiała Betty. Betty, którą lęk dopadał już przed Świętym Janem, kiedy sypały się kwiaty czereśni. Jednak dla Charlie jesień oznaczała odrodzenie, obietnicę rutyny, porządku i spokoju. Uwielbiała zapach owoców dzikiej róży i nowych książek, wszystko to przywodziło jej na myśl początek szkoły po nieskończenie długich, nieprzewidywalnych wakacjach. Tej jesieni było jednak inaczej. Tak jakby Charlie tylko udawała, że interesuje się tym, co dzieje się wokół niej, że pracuje i uczestniczy w rozmowach, udawała, że żyje, a jednocześnie wszystko dookoła w pewien pełen sprzeczności sposób wydawało się wielkie i napawało lękiem. Kilka dni temu mało brakowało, a zawiesiłaby w oknie koc, żeby odciąć się od światła wpadającego przez szpary między listwami żaluzji. Przeraziło ją już samo to, że o tym pomyślała. Nie wolno jej było stać się jak Betty. Nigdy taka jak Betty.

Wyjęła telefon, żeby sprawdzić, czy Susanne oddzwoniła. Nie oddzwoniła. Po zamknięciu sprawy z Gullspång obiecały sobie utrzymywać kontakt i wkrótce znów się spotkać. Przez pierwsze tygodnie Susanne dzwoniła niemal każdego wieczoru podczas spaceru z psem. Rozmawiały o jej małżeństwie, w którym działo się gorzej niż kiedykolwiek, o tym wszystkim, co było nie do końca takie, jak sobie wyobrażały. Ale jakiś czas temu Susanne przestała odbierać telefony, a kiedy Charlie pytała, czy coś się stało, odpisywała krótko, że wszystko u niej okej, że po prostu ma dużo na głowie.

Charlie odczekała kilka sygnałów i rozłączyła się, gdy tylko odezwała się poczta głosowa. Susanne chciała, żeby zostawić ją w spokoju, i Charlie zamierzała to uszanować.

Kristina z recepcji wróciła z zagranicznych wakacji i choć tygodniami mówiła o tej podróży, Charlie zapomniała już, gdzie była. Teraz Kristina stała przy ekspresie do kawy w kuchni przylegającej do salki konferencyjnej i opowiadała, jak jej tam było cudownie, ciepły kraj, morze, basen, o wszystkim, co widziała. Uratowało jej to życie, bo w Szwecji nie było zbyt ciepło, jeśliby pominąć te upalne tygodnie w czerwcu, ale wtedy przecież była w pracy. Jednak potem… lato tak jakby nie mogło się rozkręcić.

Charlie próbowała przypomnieć sobie lato. Nie zastanawiała się nad pogodą. Te kilka razy, kiedy miała wolne po powrocie z Gullspång, spała przez większą część dnia.

Kristina powiedziała, że już tęskni do przyszłego lata.

– A ja nie – stwierdziła Charlie i wzięła sobie drożdżówkę z półmiska na stole.

– Żartujesz?

– Nie. Nie lubię ani lata, ani wolnego, ani świąt i takich tam. Nie lubię nawet podróżować – dodała.

Potem żałowała, bo wiedziała przecież dobrze, że omawianie własnych przyzwyczajeń z Kristiną to zwykła strata czasu. Dlaczego nigdy nie może utrzymać języka za zębami? Ile razy ugrzęzły w niekończących się dyskusjach na najbardziej błahe tematy tylko dlatego, że coś ją zirytowało albo po prostu znudziło? Z Kristiną rozmawiało się o przepisach, pogodzie i cenach mieszkań za metr kwadratowy. Konkretnie, prosto i normalnie.

– To właściwie godne ubolewania – stwierdziła Kristina – nie lubić lata.

– A co w tym godnego ubolewania? Mamy przecież więcej pór roku niż lato, więc o wiele smutniejsze jest życie tylko dla tej jednej. A jeśli człowiek miałby być smutny każdego pochmurnego dnia, to co? To wtedy ile zostanie mu dni na radość, jeśli to właśnie na niej najbardziej mu zależy?

Kristina spojrzała na nią pustym wzrokiem.

– Mój Boże – powiedziała po chwili. – Chyba nie musisz się zaraz złościć z tego powodu, że trochę narzekam na pogodę i porę roku.

– Nie złoszczę się, zareagowałam tylko na to, że twoim zdaniem jestem godna ubolewania.

– Nigdy nie powiedziałam, że jesteś godna ubolewania.

Do pokoju wszedł Hugo. Kristina się rozjaśniła.

– Widzę, że ktoś tu był w ciepłych krajach – odezwał się.

Uśmiechnął się do Kristiny i skinął Charlie głową.

Kristina zapomniała o Charlie i znowu zaczęła opowiadać o temperaturze, okolicach, wycieczkach. Potem nagle umilkła i pogratulowała Hugonowi, mówiąc, że jakiś ptaszek ćwierkał jej do ucha.

– Dziękuję – powiedział Hugo. – To naprawdę wspaniałe uczucie.

Zerknął w stronę Charlie.

– Słyszałaś, Charlie? – spytała Kristina. – Słyszałaś, że ktoś tu zostanie tatusiem?

– Nie, ale teraz słyszę. – Charlie odwróciła się w stronę Hugona i uśmiechnęła na tyle, na ile była w stanie. – Wspaniałe wieści. Cieszę się.

– Dziękuję – odparł Hugo, a na jego policzkach pojawił się i zniknął rumieniec.

„Przynajmniej ma na tyle rozumu, żeby się wstydzić – pomyślała Charlie. – Zawsze to coś”.

– A jak się czuje Anna? – pytała dalej Kristina, która bynajmniej nie wyczuła nastroju.

– Rzeczywiście czuła się kiepsko – odpowiedział Hugo. – Ale teraz jest lepiej, całe szczęście.

– Nie będzie cię na poniedziałkowej odprawie? – spytała zdziwiona Kristina, kiedy Charlie wstała i ruszyła do drzwi.

– Będę, ale zostały jeszcze całe trzy minuty.

Poszła do toalety i puściła na nadgarstki strumień lodowatej wody. Coś, czego nauczyła ją Betty. „Kiedy krew się w tobie gotuje, a czaszka płonie, najlepsza jest lodowata woda. Trzymaj nadgarstki tak, o właśnie, nie zabieraj ich, za chwilę nic nie będziesz czuć, jak po znieczuleniu. Wytrzymaj, kotku. Wytrzymaj. O tak, czujesz teraz? Czujesz, jak wszystko po prostu znika?”

Charlie zamknęła oczy, próbując sprawić, żeby wszystko zniknęło, nie myśleć o niczym, tylko biały pokój, biała podłoga, biały sufit, białe ściany bez okien. Ale twarz żony Hugona cały czas pojawiała się jej przed oczyma, jej dłonie na brzuchu, ręka Hugona troskliwie obejmująca jej ramiona, radość z dziecka.

Charlie uprawiała seks z Hugonem nie dalej jak miesiąc temu. Stał przy barze w jej ulubionym lokalu, stał i głupio się uśmiechał, udając, że znalazł się tam przypadkiem. Kiedy zaproponował jej drinka, powiedziała, że nie chce, że skończyli się widywać na gruncie prywatnym, ale on się upierał. Chyba mogli wypić po drinku i porozmawiać o tym, co było? Charlie w końcu się zgodziła, ale tylko na drinka, zastrzegła: żadnego gadania o tym, co było, bo nie miała ochoty roztrząsać ich romansu. Wiedziała już to, co powinna wiedzieć: że Hugo był tchórzliwym i fałszywym człowiekiem, mającym o sobie zbyt wygórowane mniemanie. Wiedziała, a jednak jej uczucia zdawały się to ignorować. Często słyszała, że jest racjonalna, ale kiedy w grę wchodził Hugo, jej intelekt był bez szans w starciu z pożądaniem. Jedyne, czego pragnęła, kiedy tak siedzieli, popijając każde swoje Long Island Iced Tea, to zabrać go do domu i uprawiać seks przez całą noc. I właśnie dlatego, po trzecim drinku, dokładnie tak zrobiła.

„Ciesz się, że on nie jest twój, Charline. Co byś zrobiła z takim facetem bez sumienia?”

Charlie otworzyła oczy. Nie chciała Hugona. Sądziła, że go chce, bo wmówiła sobie, że jest inny, że jest w nim jakaś głębia. A on jest tylko…

„A on jest tylko zwyczajnym mężczyzną, kochanie. Nie marnuj swojego czasu”.

Ktoś pociągnął za klamkę.

– Przepraszam. – Usłyszała głos Andersa. – Nie zauważyłem, że zamknięte.

Charlie zakręciła kurki. Przetarła oczy wilgotnymi palcami, osuszyła dłonie papierem toaletowym i wyszła.

– Wszystko w porządku? – spytał Anders.

– Tak. To tylko lekkie przeziębienie.

– Co powiesz na spotkanie dziś wieczorem? Już sto lat razem nie wychodziliśmy.

– Osiem miesięcy.

– Naprawdę tak dawno? – Anders zmarszczył czoło, jakby nie do końca mógł w to uwierzyć. – Chyba rzeczywiście masz rację. Ostatni miesiąc przed urodzeniem się Sama przesiedziałem w domu, a potem… Od tego czasu ani razu nie wyszedłem na miasto.

– Maria cię nie puści – powiedziała z uśmiechem Charlie.

– Wyobraź sobie, że mam wolną wolę.

– Chyba że tak. W takim razie wyskoczymy gdzieś po pracy.

– Zadzwonię tylko do Marii i się upewnię – rzucił Anders.

– Świetnie. Temat jest otwarty.

Inne książki tego autora