Rozrzucone

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I

1. Granice

2. Francuzi przyjechali!

3. La Pologne po raz pierwszy

4. Jaki przystojny ten mąż, Marysiu

5. Ach, co to był za ślub

6. Jeden dzień z życia Kseni

7. Ksenia się pakuje

8. Spóźnieni kochankowie w trójkącie

9. Jydy, jydy pan

10. Véronique zniknęła

11. Bóg jest użytkowy, a Jego instrumentarium praktyczne

12. Stary wiarus Jaruzelski

13. Głos Zofii

14. Teleportacja. Véronique

15. Odnalezione

16. Instalacja

17. Jeden dzień z życia Madame

18. Słowiańska dusza

19. Przyjaciółka

20. Madame Soleil spod Radomia

21. Pokój Véronique i Nowa Epoka

22. Śmierć kosi niby łan

23. La Pologne, zaproszenie przyjęte!

24. Jeden dzień z życia Eulalii

25. La Pologne po raz ostatni?

26. Telefony, telefony

CZĘŚĆ II

27. Warkocze i dziurawe rękawiczki

28. Najgorzej, jak ty nie wiesz, do kogo ty należysz. Wysłuchana (I)

29. Rzeka płynie w górę

30. Takie suweniry. Wysłuchana (II)

31. Jedni i drudzy

32. Niedobrze, gdy nie ma się ojczyzny. Wysłuchana (III)

33. Panichida na alzackim tarasie

34. Kuchnia zamiast metafizyki. Wysłuchana (IV)

35. Ksenia powraca

36. I czego tu szukają?

37. Gemeinschaftslager numer 9

38. Sny brzydkie, upiorne

39. Sny ładne, upiorne

40. Bóle fantomowe

Od autorki

Opieka redakcyjna PIOTR TOMZA

Redakcja MAŁGORZATA TARNOWSKA

Korekta JOANNA MIKA, ANETA TKACZYK, JOANNA ZABOROWSKA

Projekt okładki JOANNA GROCHOCKA

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Liliana Hermetz

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Projekt zrealizowany przy wsparciu finansowym Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, realizowanej przez Krakowskie Biuro Festiwalowe ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07266-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

CZĘŚĆ I


1.

Granice

Senycha szła wolnym, posuwistym krokiem kulawego artylerzysty i była coraz bliżej łóżka, ale dojść nie mogła. Chuda i w czarnym odzieniu, dokładnie taka jak w trumnie, tylko zgubiła gdzieś różaniec. Pewnie dlatego, że ręce musiała wyprostować do marszu.

Szła, powłócząc nogą, w którą wdała się gangrena, i ona to właśnie Senychę zabiła. Wczoraj ją pochowali. W łóżku spała Zofia z małą córeczką Rozalką, która w wieku czterech lat potrafiła pięknie grać na skrzypkach ojca. I przestraszyła się Zofia, że to po nią, Zofię, Senycha przyszła, a tu dzieci sześcioro do wychowania bez ojca i trzeba się jakoś ratować. Przełożyła więc Rozalkę na brzeg łóżka, sama się przesunęła do ściany. W tym strachu zasnęła w końcu. A kiedy się rano obudziła, córeczka dostała czterdzieści stopni gorączki i wieczorem w konwulsjach umarła.

Potem przez jakiś czas Zofii ukazywała się w oknie główka Rozalki z pięknymi lokami, i te loki Rozalka sobie rozczesywała grzebieniem trzymanym w małej rączce. Główka nigdy nic nie mówiła, tylko patrzyła, a rączka czesała.

Zofia jest przekonana, że gdyby się nie zamieniła z córką miejscami, od kilkudziesięciu lat leżałaby na cmentarzu na górce, bo Senycha przyszła zabrać jedną z nich.

Ze wspomnieniem tamtej nocy Zofia musiała żyć, jak mówiła, „aż po dziś dzień”, chociaż liczyć potrafiła i wybór był prosty: miała jeszcze pięcioro dzieci poza małą Rozalką. A Rozalka i tak by pewnie nie była szczęśliwa, bo miała duszę artystki, a przecież mowy nie było, żeby ją wdowa po wojnie mogła kształcić. Pewnie chodziłaby po wsi ze swoimi skrzypeczkami. Szczęścia by raczej nie zaznała.

Zofia snuje tę opowieść w dniu, w którym czekają na paczkę z Francji.

Snuła takie opowieści w chwilach szczególnych, kiedy w zwyczajnym, codziennym życiu pojawiały się wydarzenia zakreślające horyzont w nieco inny sposób niż zazwyczaj. Krańce malutkiej wioski Krańcuszki, położonej blisko granicy w południowo-wschodniej Polsce, poszerzały się.

Czek na paczkę przywiózł listonosz Marian. Wypił jeden albo dwa kieliszki, którymi go poczęstowano, choć nie należało, bo i tak przyjechał już podpity. Wyjął z torby gazety i listy, które Zofia kazała wnuczce Eulalii poroznosić za niego do kilkunastu domów w wiosce, żeby pan Marian „trochę odpoczął”. Mała była przyzwyczajona do roznoszenia poczty, przekazywania mieszkańcom Krańcuszek motyli, czyli kartek napisanych przez ojca, w których zawiadamiał, że dnia tego a tego, o godzinie tej a tej odbędzie się we wsi zebranie w sprawie budowy drogi albo że będzie zbierał podatek gruntowy, lub że odbędzie się szczepienie psów. Niektórych psów ujadających przy budach akurat się bała, ale łańcuchy na ogół trzymały mocno, a dreszczyk emocji też był ważny. No i ona sama była ważna: przynosiła ludziom ważne listy urzędowe i dobre lub złe nowiny w kopertach. Te wizyty pozwalały jej oglądać mieszkańców, wnętrza ich domów, poznawać zapachy jednych i drugich. Niczym mała listonoszka bez wielkiej torby zbierała obrazy mieszkańców wioski z ich życiami pełnymi trosk i kłopotów. Nie wiedząc oczywiście, że obrazy te będą kiedyś wracać i czasami dręczyć jak upiory. Ale wiadomo, że nic nie wiadomo naprzód. Historie muszą toczyć się swoją koleją w czasie i przestrzeni, a zachowanie chronologii jest potrzebne, żeby się całkiem nie pogubić.

Kiedy więc wróciła tamtego dnia do domu, nie zauważyła, żeby pan Marian odpoczął, za to był jeszcze bardziej pijany. Potem wsiadł z ciężką torbą na wueskę, zapiął pod brodą biały kask i choć oboje się chwiali, żadne się nie przewróciło. Odjechał.

Zaraz po odjeździe listonosza Szczepan, zięć Zofii, zaprzągł konia do wozu o gumowych kołach. Kiedyś nie miał ani takiego wozu, ani nawet konia, i trzeba było prosić sąsiada o pomoc. Trudno, wtedy nie było innego wyjścia. Paczki z zagranicy lepiej utrzymywać w tajemnicy – pouczała go Zofia – bo ludzie zaraz sobie Bóg wie co wyobrażają, a plotki szybko się rozchodzą i po co się potem tłumaczyć.

Szczepan przybył tu kiedyś z wioski Praznik, oddalonej ledwie o dwadzieścia parę kilometrów, ale jakże innej („tam same Ukraińce”), zakochał się w pięknej Hance, córce Zofii, ożenił się z nią i teraz on tu jest gospodarzem.

Zofia, na co dzień twardo stąpająca po ziemi (która to ziemia przynosiła pewien dochód, ale trudno się było z niego utrzymać kilkuosobowej rodzinie i Hanka musiała dorabiać w sklepie), wiedziała, że paczki od Marysi z Francji to jednak realna pomoc. Bo to właśnie Zofia zazwyczaj zamieniała w mieście na ciuchach ich zawartość na polskie złote.

 

Czas wyczekiwania na powrót Szczepana dłuży się rodzinie. Wreszcie Szczepan wraca, niesie duże kartonowe pudło, które stawia na środku kuchni. Rodzina zasiada wokół, na czym kto może, i czeka. Szczepan zdejmuje palto, buty, a czerwony czajnik grzeje się na płycie węglowej kuchni, esencja z emaliowanego imbryczka wlewa się już do szklanki. Szczepan wypija parzącą herbatę i wreszcie otwiera nożem wielkie pudło. I już ten „zapach francuski” roznosi się z paczki, wypełnia malutką zadymioną kuchnię i przywołuje jakiś doskonalszy świat, pełen kolorów, dóbr i ich tajemniczych właścicieli, których trudno sobie wyobrazić. A jednak zaraz się z nimi na chwilę połączą. Podekscytowani siedzą i czekają. Hanka ma przywilej wyjmowania. Bierze jedną rzecz po drugiej, unosi i wszystkim pokazuje.

– Noo? Kto pierwszy dzisiaj będzie się cieszył? Spodenki dla…

– Pokaż, mamo, pokaż!

– Nie, nie, nie. Najpierw oglądamy, potem co dla kogo. Tak jak zawsze. – I wyjmuje dalej. – Żaakiet. Mój rozmiar. Noo, dla mnie. Koszuula… niebieska, dla Szczepana. Jaka ładna. I w całkiem dobrym stanie.

– Ee, trochę za duża…

Hanka dotyka czegoś miękkiego, wzorzyste to i kolorowe.

– Ooo! Sukienka z zamkiem z tyłu. Taka jak lubię! Patrzcie się, jakie ma wycięcie…

– To nie jest żadne wycięcie, tylko dekolt – zauważa Zofia, krawcowa amatorka, szyjąca czasem na starym łuczniku.

– A to? Chyba dla ciebie, synku… Koszulka na lato.

Chłopakowi błyszczą oczy, chce przymierzać, ale się poddaje i turkusowa koszulka ląduje na razie na kupce na podłodze obok pudła.

– Ładny kolor, morski – chwali Zofia, bo nie zna słowa „turkus”. Ani na określenie koloru, ani zresztą na nic innego.

– Czekajcie, bo to coś większego… A co to? Ni płaszcz, ni kurtka?

– Uuu, porządny materiał. Wełenka. To jest taki płaszczyk trzy czwarte. O ho, ho. To się dobrze sprzeda na ciuchach – mówi znów Zofia.

– Oo, coś twardego… Zaraz, już wyciągam… Porządne czarne meszty! Weź przymierz, Szczepan.

– Mamo, to niesprawiedliwe – oburza się któreś z dzieci.

– Eee, i tak nie wiem, czy dobre…

Teraz Hanka wyjmuje sweterek w kolorze… A jaki to kolor? (A to jest róż wenecki, nieznany im przecież).

– Mama to się zawsze najwięcej obłowi – komentują dzieci.

– Ale jaki niespotykany kolor…

– Ja żem taki kolor już widziała kiedyś, we dworze – włącza się Zofia. – Starsza pani kupiła młodszej pani atłas na suknię. Taki samiutki kolor. To było na Gwiazdkę, bo na Gwiazdkę zawsze…

– Ciii. Nie teraz. Już to opowiadałaś tyle razy – ucisza ją Hanka.

Zofia obrażona. Ale już po chwili mierzy ciemny żakiet.

– O! Leży jak ulał. Do kościoła będziesz miała.

– Babcia, potem opowiesz… – szepce wnuczka. Lubi opowieści babki o tym, jak była pokojówką we dworze.

– A to, to nie wiem, dla kogo i po co wysłała. Do czego to w ogóle?

– To jest taka nakryjbida – mądrzy się znów Zofia.

Już tam ona wie, co ma na myśli, ale specjalnie nie wyjaśnia.

– Aszsz, zawsze musi dodać trochę szmelcu – komentuje Szczepan.

– Szmelcu, szmelcu. Oj, jakby nie ta Marysia. Ileż ona wam pomaga tymi paczkami – kontruje go Zofia. – Niech jej Pan Bóg da zdrowia. Ile ona pracy musi włożyć, żeby to wszystko popakować, pomyśleć, obdzielić, ta i na pocztę pojechać, powysyłać wszystkim…

– Iii, to nie ona wysyła. Nawet nie ma prawa jazdy, mówiłem wam. – Szczepan w trybie trzeźwym zwracał się do teściowej na „wy”, po pijanemu przechodził na „ty”.

– No to kto? Ten jej mąż, Roland? Pytał żeś, jak była? A chociaż żeś podziękował?!

– Za co tu dziękować? Że Francuzi sobie szafy czyszczą?

– Oj, nie mów tak, Szczepan. To jej dobra wola. A że używane? A ile czasu nosisz ty i twoje dzieci? No i grosz jakiś z tego skapnie, jak pójdę na ciuchy.

– Szmelc, ale jakość dobra – śmieje się Szczepan. – Tak, tak, bo tam inny ustrój, to i inna jakość. Inaczej się pracuje, inaczej się płaci!

– Co ty myślisz, że ja taka głupia i nie wiem tego? A Marysia mogłaby przecież zapomnieć o rodzinie, a nie zapomniała. A niejeden, jak mu wszy od dupy odrosną, całkiem zapomina. A ona pamięta.

– Mamo, złote lepiej wyjmij – nalegają dzieci.

– Kawa!

Dotykają wszyscy, żeby poczuć zapach.

Potem Zofia sprzeda „tym paniom” na ciuchach, swoim klientkom.

– No. Wreszcie się na coś zdobyła – mówi Szczepan i przymierza meszty. – Ale że nie wyjęli?

– O, patrzcie, znowu przysłała to różowe mydełko ze sznureczkiem do zawieszania…

– Daj, mamo, daj, tylko zobaczę i zaraz oddam – prosi Lala.

– Ja też chcę zobaczyć! Pokaż, mamo…

Ale to, co cieszy dzieci najbardziej, znajduje się prawie na samym dnie. Dwie ogromne czekolady, rodzynki i kakao marki Suchard. Czekolady i rodzynki zwykle jechały potem w torbach Zofii na ciuchy, dla jej „pań”. W domu zostawało jedynie kakao, które miało zapach i smak najlepszy na świecie! Dzieci dostawały je tylko w niedzielę na śniadanie. Łagodziło im przymus wczesnego wstawania do kościoła, bo msza w ich małym wiejskim kościółku była o ósmej rano.

Ostatnią rzeczą, jaką Hanka wyjmuje z pudła, jest włóczka, czyli kilka podłużnych motków wełny z etykietą na każdym. Aż milknie na chwilę z wrażenia.

– Matko Boska! To jest warte majątek – mówi Zofia, pocierając między palcami grubą nić. – Z pięćset za to wezmę.

– Całe kilo będzie! Wystarczyłoby na swetr dla Szczepana. I to z golfem… – rozmarza się Hanka.

Lala bierze jeden motek, rozcapierza go na swojej dłoni, patrzy pod światło… Dopiero wtedy widzi, jak się mieni ten kolor, jakby niebieski? Taki jak ciemne niebo w tej książce z biblioteki, którą pokazywał jej brat ostatnio… Tej, w której jest obrazek z wielkim szczurem i małym żołnierzykiem.

Korzystając z zamieszania i cmokania, i tego, że matka zaczęła już rozkładać rzeczy ze stosu na podłodze na osobne kupki, przykłada ojcu dwa motki przy twarzy i szyi, przytrzymuje rączkami, żeby nie spadły.

– Naprawdę ci do twarzy w tym kolorze, Szczepan… – mówi Hanka.

Tymczasem Zofia przynosi z sieni starą brązową torbę, żeby zapakować rzeczy do sprzedania. Włóczki na razie do niej nie wkłada.

– I nie zwlekajcie z listem do Marysi. Najlepiej siąść i od razu napisać, i podziękować. Może i do nas kiedy przyjedzie, jak Bóg da.

– Może lepiej nie – mówi nieco ciszej Szczepan.

– A co ty myślisz, że ona nie wie, jak jest? Ona też nie w pałacu urodzona.

– No raczej nie.

– Chociaż ty to pewnie dużo nie pamiętasz. Żeś był gówniarz jeszcze. Ile lat ona starsza od ciebie?

– No zaraz, czekajcie, ona jest chyba dwudziesty szósty, no to dwanaście. A wyjechała w czterdziestym drugim. Pamiętać nie pamiętam, ale to i owo wiem od Kseni, trochę ojciec opowiadał. Matka nie ma czystego sumienia, to za dużo o Marysi nie mówi. Tak czy siak, dzieciństwo Marysia miała niewesołe. Dobra, dajcie już spokój. Trzeba wracać do roboty.

Ale trudno wrócić do obowiązków, kiedy tu paczka, Francja, Marysia. Jakiś świat, którego się nie zna, ale gdzieś tam on jest. Granice już zostały naruszone. Wyobraźnia wędruje sobie dalej i przestać nie chce.

Hanka stroi się przed lustrem, przymierza.

– O! Tak się jutro do sklepu ubiorę. Popatrz się, Szczepan.

– W sukienkę? Jutro przecież jedziemy po towar. Chyba jakieś spodnie na wóz lepsze – mówi mąż, paląc sporta przy kuchennym stole.

Dzieci oglądają swoje przydziały i coś tam po swojemu układają w głowach. Lala na przykład wyobraża sobie ojca w swetrze z tej nowej włóczki, a obok niego siebie samą w takim samym swetrze. Duma, jak by to było, gdyby ta Marysia do nich przyjechała i siedziała przy stole w pokoju, a tu koń waliłby kopytem w ścianę, przeszkadzając w rozmowie, i Marysia by się przestraszyła. Za cienką ścianą pokoju jest przecież stajnia, bo dwie małe izby, w których mieszkają, znajdują się w tym samym budynku.

Tymczasem właśnie słychać motor. Ktoś wjeżdża na podwórze.

– O, i już macie gościa. Już befehl poszedł. Już przyjechał węszyć ten z WOP-u – komentuje Zofia, patrząc przez okno.

– Trochę węszyć, a trochę i z nudów. Co mają robić w tej strażnicy? Coś tam muszą pisać w swoich meldunkach, nie? – rzuca Szczepan.

– Dzieci! Ani słowa o paczce! Lalka, żeby ci się tam co nie wyrwało przypadkiem! – przypomina Zofia.

– Dzień dobry, sołtysie – mówi gość, wchodząc do kuchni, i zdejmuje ciemnozielony kask.

Eulalia wie, że matka zaraz zrobi mu herbaty w kolorowej szklance dla gości, a ojciec będzie musiał z nim pogadać, bo zawsze tak jest, i będzie patrzył dyskretnie na zegar na białym kredensie. Potem się ulotni, mówiąc, że musi krowy nakarmić albo koniczyny nakosić dla królików, licząc, że teściowa lub żona posiedzą z gościem i pogadają o „dupiemaryni”. Ale Zofia jest sprytniejsza tym razem.

– Ja to muszę do krów, bo ich pora i zaraz będą ryczeć. Tak, tak, wszystko tylko na moje ręki czeka… No, do widzenia. Daj no mi jeszcze, Lala, pigułkę z krzyżykiem i garnuszek wody. Znów mnie głowa boli.

Lalka daje pigułkę z szuflady, z ocynkowanego wiadra czerpie garnuszkiem wody, po którą chodzą dość daleko, aż do wiejskiej studni, i czekając, kiedy wreszcie ten nudny wopista sobie pójdzie, myśli dalej o tej Marysi… Jak ona może wyglądać? Co to znaczy, że miała niewesołe dzieciństwo? Chyba dobrze się wszystko skończyło, skoro wysyła im paczki…

2.

Francuzi przyjechali!

Na podwórze zajeżdża najpierw czerwony maluch, a zaraz za nim duży błękitny peugeot. Cała rodzina Szczepana wybiega z domu i ustawia się na schodach przy barierce. Z malucha wysuwa się szczupła stopa na wysokim czerwonym obcasie, potem dalszy ciąg nogi i wreszcie cała młoda kobieta z talią osy i lokami blond prawie do pasa.

Z drugiej strony auta wychodzi Marta. Jedną ręką macha, śmiejąc się wielkimi brązowymi oczami, a drugą poprawia artystyczny kok. Teraz jest akurat ruda, często zmienia kolor włosów.

(„O, jaki ma spodnium” – szepce Zofia, teściowa-krawcowa amatorka, która przegląda czasem „Wzory i Wykroje”).

Marta robi kilka kroków w sandałach na ogromnym, wysokim drewnianym obcasie.

– No czeeeść! Witajcie! Voilà! Macie waszą Madame! Cholera jasna, jaka jestem zmęczona! Pilotujemy ich z Sylwią od Rzeszowa, bo, proszę ja was, Madame, cholera, zapomniała raptem, którędy się jedzie. A, Sylwia to moja przyjaciółka.

(„Dzień dobry” – mówi przyjaciółka).

Marta opowiada i gestykuluje dalej. Bo Marta bez gestykulacji mówi rzadko.

Sylwia po tym „dzień dobry” rzuca coś jeszcze (chyba, że uczy matematyki w jednej ze szkół w ich gminie), ale trudno się skupić z powodu tych loków do pasa, rzęs długich i gęstych, które, im bliżej podchodzi, tym bardziej skupiają uwagę. W ogóle trudno ją urealnić, bo wygląda jak lalka.

Z peugeota zaś wysiada powoli Madame, dama nieduża. Ma pikowany żakiet w miodowozłote róże, narzucony na czarną sukienkę. Idzie majestatycznie w czarnych lakierkach. Włosy w kolorze perłowy blond upięte z tyłu. Nie taka szczupła wcale, z niemałymi biodrami, ale proporcjonalna i szykowna. W ręce czarna torebka. Niesie ze sobą zapach perfum.

Z samochodu wychodzi też opalony zielonooki blondyn w niebieskiej koszuli, sportowej wiatrówce, ma prawdziwe dżinsy i zamszowe buty. Nazywa się Claude.

No inny świat po prostu. Naturalnie też czymś pachnie.

A po nim, tylnymi drzwiami, chłopiec, może szesnastoletni, w dżinsach, sportowych butach i koszulce z nadrukami.

(„Wygląda jak młody Niemiec” – mówi Zofia-teściowa).

Na imię ma Christophe i jest synem tego pierwszego.

Marta tłumaczy szybko i nerwowo, że to znajomi Marysi, którzy zdecydowali się jechać jako kierowcy i towarzysze podróży.

Dotąd Madame przyjeżdżała z mężem Rolandem. Ale źle ze sobą żyją, jak to wynikało z listów, odczytywanych w domu Szczepana na głos i podpisywanych „Marysia”.

Cmokania i przywitania, zapraszania do domu. Hanka biega z herbatą i przekąskami.

– Szybko, szybko – ordynuje Marta i wycałowawszy zamaszyście swojego „najinteligentniejszego” kuzyna Szczepana, jak powiedziała do przyjaciółki Sylwii, oraz narobiwszy harmideru, już stuka drewnianymi obcasami po schodach i wsiadają obie do malucha.

– No to baw się dobrze z Madame, mój przystojniaku! – krzyczy do kuzyna Szczepana, robi oko i zanosi się charakterystycznym śmiechem, którego nikt nie jest w stanie skopiować, a który uwiódł już niejednego Polaka i Francuza, jak się okaże później.

Następnego dnia Szczepanowe dzieci szeleszczą w szkole papierkami po żelkach w różnych kolorach i po gumie do żucia. Czekolady Suchard babka chowa na razie w kredensie.

 

Hanka ze Szczepanem byli dumni z nowo wybudowanego domu. Z wystanych w kolejce przez Hankę dywanów z Kowar, wiezionych potem czerwonym autobusem. Z segmentów o nazwach „Bieszczady” lub „Padwa” i z modnych ław, przy których trudno się jadło śniadanie Madame, nie bardzo rozumiejącej ówczesny polski szyk.

– Na Marysi dom nie zrobił wielkiego wrażenia – powiedziała potem Hanka do Szczepana. A przecież…

A przecież w rodzinie Szczepana i Hanki wiele się zmieniło. Szczepan przez ostatnie lata nie tylko gospodarzył na kilku hektarach ziemi, które Zofia przepisała Hance, ale też został prezesem kółka rolniczego. Pod sobą miał czterech traktorzystów razem z traktorami, przyczepami, pługami i inną maszynerią, która nie dość, że zajmowała całe podwórko i spory kawał ogrodu, to jeszcze ryła ziemię bezlitośnie i wystarczyło trochę deszczu, żeby wszędzie było błoto. A błoto to było coś, co najbardziej odróżniało wieś od miasta. Tym zaś, co najbardziej je łączyło, była droga. Zbudowano wreszcie asfaltową i czerwony autobus połączył Krańcuszki z miastem. „To była rewolucja, Marysiu!” – chciała powiedzieć Hanka. No i to, że się wprowadzili do nowego domu niedawno. Mają łazienkę i centralne ogrzewanie, a Szczepan pierwszy we wsi odważył się wziąć pożyczkę z banku, by ten dom zbudować. Że Zofia „zwiększyła hodowlę krów i produkcję mleka”, jak mówiono w radiu w audycjach nie tylko dla rolników, i że choć przedtem też się nie oszczędzała, to zaczęła pracować jeszcze ciężej i więcej. Było im trudno, zaciskali pasa. Ale przecież było warto. Oto wymarzony dom z trzema pokojami i kuchnią, i podpiwniczeniem stoi w miejscu dawnego ogrodu, w którym z bólem serca wycięli starą jabłoń rodzącą słodkie jabłka; świętej pamięci tata Piotr przynosił je Hance jeszcze w czasie wojny, kiedy była małą dziewczynką.

„Kółko rolnicze, Marysiu, jak przestało istnieć, to podwórko trzeba było wyrównać po głębokich śladach wielkich traktorowych kół. Najpierw żwiru trzeba było nawieźć… Wyrównać… Dlatego teraz samochody mogą wjechać bez większych problemów…” Nie powiedziała jednak Hanka tego wszystkiego Marysi. Jakoś nie było okazji albo wydawało się Hance, że Marysi to wcale nie obchodzi. Jakoś wyblakły te zasługi, wyrzeczenia, ciężka praca i jej efekty w obliczu Francji, zapachu perfum, tych dwóch obcych mężczyzn z pięknego samochodu, którzy dziwili się wszystkiemu i których – choćby nie wiadomo jak się starać – i tak się chyba nie dogoni. Marysia opowiadała, jak ciężko pracują z mężem w swojej restauracji, jak muszą się starać, żeby interes hulał. Trzeba ciągle udoskonalać menu, bo u nich klienta nie jest łatwo zadowolić i on w każdej chwili może pójść do kogoś innego, ha?

Jakaś się Hance ich praca tutaj wydała nieciekawa, mniej ważna czy wręcz banalna.

Marysia podkreślała jednak, że się cieszy, że Szczepan przeprowadził się z tych dwóch izb dobudowanych do stajni. No i że wreszcie jest porządna droga asfaltowa i można tu dojechać!

– No wiesz, Marysiu, jeszcze nie wszystko mamy, jeszcze to i to niedokończone, schody na razie betonowe – rzucała mimochodem Hanka.

– Noh, słuchaj, nie od razu Kraków zbudowali, ha? – odpowiadała Hance swoim ulubionym powiedzonkiem.

Z mężczyzną, który z nią przyjechał, Claude’em, rozmawiała w jakimś dziwnym języku, który nie wydawał się całkiem francuski.

Christophe zapamiętany został z wytrzeszczem oczu i gapieniem się.

Kiedy w ciągu tego tygodniowego pobytu wracali do Szczepana i Hanki na noce, Claude klepał syna po ramieniu i pocieszał. Madame mówiła, że Christophe jest bardzo smutny, bo przygnębia go bieda w Polsce. Uśmiechała się do niego i mówiła: „Joh, joh!”. I tłumaczyła coś tonem osoby rozumiejącej więcej.

Przez cały pobyt zaraz po śniadaniu jechali do miasta, a Marta z Sylwią i sztabem znajomych wszystko organizowali. Marta zawsze dużo narzekała, kiedy trzeba się było zajmować Madame. Mówiła, że jest padnięta z powodu tej wizyty i że jeszcze to trzeba Madame zorganizować, a to jeszcze chciałaby Madame kupić, a tamto, a do złotnika, a gdzieś jeszcze, a znowu obiad dziś u tego Marka, co ma sklep z butami na Jagiellońskiej (niech zobaczą, że i w Polsce można ładnie mieszkać, a co!). A jutro restauracja, a jeszcze do Belci są zaproszeni, a Tolo Malinowski na wycieczkę do Łańcuta sam nie chce z nimi jechać. A jeszcze Madame chce zobaczyć ulicę, przy której mieszkała, a pochodzić po starych kątach, jakby było po czym. A niech już wyjadą w końcu.

Tak mówiła pośrodku pobytu, w niedzielę na obiedzie u Szczepana, na który musiały być rosół z kury i makaron domowej roboty.

Marta mówiła do Marysi takim tonem, jakby krzyczała, ale szybko stało się jasne, że zawsze tak do niej mówi i że łatwo się irytuje, ale to jej tylko dodaje uroku. Do Marty wszyscy od dawna mają słabość, a już najbardziej Marysia.

– Marta, nie dmuchaj na mnie – prosiła Marysia łagodnie.

– Och, och! Madame w knajpie wychowana i dymu nie znosi?! – oburzała się, paląc długiego ciemnego papierosa z tych, które przekazał dla niej Michel, syn Marysi, bo wiedział, że takie lubiła, kiedy ich odwiedzała we Francji. A bransoletki na przegubie za jej piękną wypielęgnowaną dłonią podzwaniały.

– Jaka ona jest szczupła w pasie! I jakie ma piegi, nawet na przedramionach! A opalona! Jak Murzynka – komentowały dzieci Szczepana.

Madame, odjeżdżając, powiedziała, żeby kiedyś do niej przyjechali.

– Przyjedź na wakacje, ha? – rzuciła do Lalki. – Moje dźwi są zawsze otwarte. U nas nie ma z tym problemu. Nie, nie.