Schronisko niechcianych żon

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Schronisko niechcianych żon
Schronisko niechcianych żon
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Schronisko niechcianych żon
Schronisko niechcianych żon
Audiobook
Czyta Marta Dobecka
33,90  25,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Mąka

2  Dziwadło

3  Bagno

4  To jakiś absurd

5  44 kilometry

6  Związek to praca

7  Potencjał

8  Kocurek

9  Prawie ideał

10  I co teraz?

11  Układ partnerski

12  Przecież musi mnie zdradzać

13  Cholerny Hamlet

14  Struś i ślepe kury

15  Znikająca kołdra

16  Schronisko niechcianych żon

17  Złote orchidee

18  Dwa klucze

19  Dorcia

20  Powiedzieć, nie powiedzieć?

21  Plan Agaty

22  Wózek inwalidzki i samobójstwo

23  Byle nie menopauza!

24  Amarantowy sweterek

25  Zanzibar, 16.50

26  Versace i sos kabayaki

27  Kaszanka kontra szynka parmeńska

28  Nogi zebry

29  Orinoko i późny Gierek

30  Zwykły Poniedziałek Wielkanocny

31  Zmowa pierwszych żon

32  Stokrotki

33  Ugoda

34  Muszę zapalić

35  Cztery tajemnice

36  Kobieta zmienną jest

37  Alstremeria i pan Tadzik

38  Polecamy

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Text © 2021 Nata­sza Socha, Liliana Fabi­siń­ska

ISBN 978-83-8177-696-7

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Redak­tor kre­atywna ds. pro­jek­tów książ­ko­wych: Anna Kubal­ska

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redak­cja: Joanna Machaj­ska

Korekta: MODE­STIA Kata­rzyna Sarna, Beata Wój­cik

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz/

/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN – www.pan­cza­kie­wicz.pl

Zdję­cie na okładce: Hazal Ak / Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.-pt. w godz. 8:00-17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Mąka

Agata włą­czyła na cały regu­la­tor radio, zwią­zała włosy, zdjęła nieco za cia­sne spodnie i w samym pod­ko­szulku przy­stą­piła do pie­cze­nia babki poma­rań­czo­wej z dużą ilo­ścią cukru i jesz­cze więk­szą liczbą kalo­rii. Posta­no­wiła jed­nak się tym nie przej­mo­wać, w końcu wła­śnie nastała wio­sna i zde­cy­do­wa­nie nale­żało to uczcić jakimś wypie­kiem. Miała dobry humor, więc zaczęła podry­gi­wać, wycią­ga­jąc poszcze­gólne skład­niki z sza­fek, a nawet nucić coś pod nosem. Co prawda jej córka za każ­dym razem powta­rzała, że Agata śpiewa jak dorodna koza, ale ona nie brała sobie tego do serca. Dzieci, a zwłasz­cza wkra­cza­jące w okres doj­rze­wa­nia nasto­latki, zawsze znajdą jakieś ułom­no­ści w swo­ich rodzi­cach, co wię­cej, uwa­żają ich za sta­rych, nud­nych i pamię­ta­ją­cych powsta­nie stycz­niowe.

– I teraz jesz­cze mąka.

Mąka… Mąą­ą­ąka… Mąka?

Agata otwo­rzyła dolną szafkę, następ­nie spraw­dziła tę obok i dla pew­no­ści jesz­cze dwie górne, choć od wie­ków trzy­mała tam tylko kubki, szklanki i przy­prawy.

– Świet­nie – powie­działa na głos i zmarsz­czyła nos. – Cia­sto bez mąki może się nie udać, nawet jeśli cała armia wegan uważa ina­czej i kaza­łaby mi użyć cie­cie­rzycy, pokrzyw albo kaszy jagla­nej. Ale ja chcę mąkę. Zwy­kłą, tor­tową, typ czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, tak jak zawsze powta­rzała mi bab­cia.

Agata wsko­czyła zatem z powro­tem w zbyt cia­sne dżinsy (chyba zbie­gły się w pra­niu), roz­pu­ściła krzywy kucyk i szybko prze­cze­sała włosy szczotką, po czym pobie­gła do sąsiadki, która miesz­kała dwie ulice dalej. Oli­wia miała nie tylko piękny dom, ale i gigan­tyczną kuch­nię, a w niej milion sza­fek i sza­fe­czek z pojem­ni­kami w odcie­niu pudro­wego różu. Agata uwiel­biała ten kolor, choć oczy­wi­ście pota­jem­nie. Róż był prze­cież zare­zer­wo­wany dla infan­tyl­nych panie­nek i koja­rzył się z kiczem oraz bra­kiem gustu. Naj­wy­raź­niej Oli­wia w ogóle się tym nie przej­mo­wała i dla­tego jej kuch­nia była (przy­naj­mniej zda­niem Agaty) naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Była też zawsze pro­fe­sjo­nal­nie zaopa­trzona, Oli­wia bowiem nie zno­siła mieć pustych pojem­ni­ków. Sama była per­fek­cjo­nistką i nie tole­ro­wała bra­ków, nie­do­ró­bek, uszko­dzeń lub poło­wicz­nych roz­wią­zań. Z kimś takim Agata mogłaby się nawet wybrać na koniec świata, wie­dząc, że nie sta­nie się jej abso­lut­nie nic złego. Oli­wia zabra­łaby ze sobą na pewno nóż na rekiny, ple­cak anty­la­wi­nowy oraz raj­stopy leczące żylaki.

Furtka wyjąt­kowo była zamknięta, więc Agata naci­snęła dzwo­nek ponow­nie, tym razem nieco moc­niej.

– Dziwne – powie­działa na głos.

Sobot­nie poranki Oli­wia zazwy­czaj spę­dzała w domu, tre­nu­jąc jogę i opra­co­wu­jąc kok­tajle na cały następny tydzień. Lubiła bowiem zaczy­nać pracę w kan­ce­la­rii od zie­lo­nego smo­othie z dodat­kiem szpi­naku (Agata spró­bo­wała go tylko raz i natych­miast dostała mdło­ści) lub jago­do­wego shake’a z gar­ścią obrzy­dli­wych otrę­bów. Zawsze wie­czo­rem przy­go­to­wy­wała świeże pro­dukty, a rano wrzu­cała je do mik­sera. Podobno zapew­niało jej to wital­ność i sytość co naj­mniej do połu­dnia.

– Li, jesteś?! – krzyk­nęła na cały głos Agata.

Sąsiadka nie prze­pa­dała za swoim ory­gi­nal­nym imie­niem i popro­siła kie­dyś Agatę, żeby nazy­wała ją jak­kol­wiek, byle nie uży­wała imie­nia Oli­wia.

– Jest tak ponure, że aż ode­chciewa się żyć. I koja­rzy mi się z oliwą do sma­że­nia ryb.

– Ryby smaży się na oleju.

– Nie­ważne. Olej czy oliwa, jedno i dru­gie ląduje na patelni.

– To jak mam do cie­bie mówić?

– Wymyśl coś, może jakiś skrót.

– Li?

– Co: Li?

– No skrót od Oli­wia.

– Fak­tycz­nie, kró­cej się nie dało. – Oli­wia wybuch­nęła śmie­chem i poki­wała z apro­batą głową. – Li jest prze­ge­nialne.

Nie­mniej jed­nak teraz nie reago­wała ani na skrót, ani na „halo”, ani na dzwo­nek do drzwi.

– Nie ma jej.

Agata gwał­tow­nie się odwró­ciła i zoba­czyła sąsiada miesz­ka­ją­cego naprze­ciwko, który stał teraz przy swoim ogro­dze­niu, oparty o łopatę. Naj­wy­raź­niej rów­nież wła­śnie witał wio­snę.

 

– Poszła do sklepu?

– Nie, nie ma jej na dobre. I już tu raczej nie wróci.

Agata par­sk­nęła śmie­chem.

– Bła­gam pana, to tro­chę słaby żar­cik.

– Jak pani uważa. Ja wiem, co mówię. – Sąsiad wzru­szył ramio­nami i odwró­cił się ple­cami do Agaty.

Chciała go jesz­cze o coś zapy­tać, ale w tym momen­cie brama przed domem Oliwki otwo­rzyła się cicho, a na pod­jeź­dzie poja­wiło się szare audi Krzysz­tofa, jej męża. Naresz­cie! Pew­nie byli gdzieś razem albo Krzy­siek pod­wo­ził żonę na spo­tka­nie, zakupy czy w jakieś miej­sce, gdzie mogła mieć kło­poty z par­ko­wa­niem.

– Cześć! – Agata mach­nęła w jego kie­runku ręką. – Przy­szłam do Oli­wii, ale naj­wy­raź­niej jej nie ma. Z tobą, widzę, rów­nież nie. – Zer­k­nęła na sie­dze­nie pasa­żera.

– Oli­wia już tu nie mieszka. Przy­naj­mniej chwi­lowo.

Aga­cie na moment odjęło mowę.

– Jak to: nie mieszka? Od kiedy?

– Od dwóch tygo­dni.

Ale to prze­cież nie­moż­liwe, żeby Li jej o tym nie powie­działa! Co prawda nie przy­jaź­niły się jakoś szcze­gól­nie, były raczej sąsiad­kami i dobrymi kole­żan­kami, ale chyba nawet w takim ukła­dzie wspo­mina się o prze­pro­wadzce?

– Dla­czego? Zna­leź­li­ście inny dom?

Krzysz­tof zamknął samo­chód, zapiął mary­narkę, a następ­nie pod­szedł do Agaty.

– Nie do końca. To zna­czy, ona pew­nie już coś zna­la­zła, ale ja zostaję tutaj. Po pro­stu pew­nego dnia skoń­czyła się mię­dzy nami che­mia.

– Jaka che­mia? – Agata nie zro­zu­miała.

– No miło­sna, czy coś w tym stylu.

– A komu ona, prze­pra­szam, się skoń­czyła? – spy­tała podejrz­li­wie Agata.

Krzysz­tof odchrząk­nął.

– Nie ukry­wam, że mnie bar­dziej. Ale to ni­gdy nie jest wina tylko jed­nej strony – dodał natych­miast, żeby się uspra­wie­dli­wić.

Agata nabrała powie­trza, a potem ze świ­stem je wypu­ściła. Naj­chęt­niej wal­nę­łaby go cen­tral­nie w ten ide­al­nie orli nos, który teraz wydał się jej nie­mal gro­te­skowy. Che­mia! Nagle skoń­czyła mu się che­mia! Co za kutas!

– A mnie się skoń­czyła mąka, wiesz? – pra­wie wrza­snęła.

– Aha. – Krzysz­tof wyglą­dał na nieco skon­fun­do­wa­nego. – No i?

– No i spier­da­laj. – Poka­zała mu środ­kowy palec, a potem pobie­gła przed sie­bie, zupeł­nie jakby chciała dogo­nić Oli­wię, którą naj­wy­raź­niej ktoś wysta­wił za drzwi i to chyba bez uprze­dze­nia.

Po chwili wpa­dła do swo­jego małego domku, zamknęła drzwi i osu­nęła się na zie­mię.

– Ja mu dam che­mię. – Zgrzyt­nęła zębami i z ner­wów zaczęła obgry­zać paznok­cie.

Dzi­wa­dło

Następ­nego dnia, kiedy tro­chę ochło­nęła, posta­no­wiła odwie­dzić sąsiada Oli­wii, który naj­wy­raź­niej wie­dział nieco wię­cej. Szkoda, że od razu nie wypy­tała go o szcze­góły.

– Prze­pra­szam, że wczo­raj panu nie uwie­rzy­łam, ale to brzmiało jakoś tak absur­dal­nie. A jed­nak Oli­wia fak­tycz­nie się wypro­wa­dziła. Nie chcę roz­ma­wiać już z jej mężem. Może pan ma jakieś bar­dziej kon­kretne infor­ma­cje? Bo ja nawet nie mam jej numeru tele­fonu – przy­znała roz­ża­lona.

Dziwne, ale fak­tycz­nie ni­gdy nie wymie­niły się nume­rami. Kiedy jedna od dru­giej cze­goś potrze­bo­wała, po pro­stu wpa­dały do sie­bie do domów.

– Ja nic nie wiem. – Wzru­szył ramio­nami. – Była duża kłót­nia, aż z żoną wyszli­śmy na dwór, bo myśle­li­śmy, że trzeba jakoś pomóc.

„Aku­rat” – pomy­ślała Agata. Kłót­nie mał­żeń­skie na żywo są lep­sze nawet od Google­boksa.

– No i?

– To jakoś było póź­nym wie­czo­rem, w czwar­tek chyba. Pani Oli­wia wyszła z domu ubrana tylko w taką kusą haleczkę. Tasz­czyła wielką walizkę. Wsa­dziła ją do bagaż­nika, a potem rzu­ciła w swo­jego męża obrączką, wsia­dła do samo­chodu i wyje­chała. Od tam­tego czasu już nie wró­ciła.

Cho­lera. Jak ją zna­leźć?

– I nie przy­je­chała tu nawet na jeden dzień?

– Nie. – Męż­czy­zna sta­now­czo pokrę­cił głową.

– Przy­je­chała.

Agata aż pod­sko­czyła na dźwięk głosu żony sąsiada, niskiej, dość przy­sa­dzi­stej kobiety, która miała na gło­wie dwa śli­maki zwi­nięte z jasnych wło­sów ze skan­da­licz­nym odro­stem. Agata pomy­ślała, że taka fry­zura bar­dziej paso­wa­łaby do jej córki, ale w tej chwili chyba nie było to szcze­gól­nie ważne. Poza tym, że tro­chę chciało jej się śmiać. „To z ner­wów. Prze­stań” – przy­wró­ciła się w myślach do porządku.

– Oli­wia tu była?

Kobieta ski­nęła głową.

– Była po swoje rze­czy. Zaga­da­łam ją, ale ciężko nam się roz­ma­wiało. Roz­trzę­siona jakaś była.

No raczej. Nie codzien­nie czło­wiek nagle dowia­duje się od męża o braku che­mii.

– Mówiła coś?

– Powie­działa, że zatrzyma się u swo­jej kuzynki o takim dziw­nym imie­niu. Jak kwia­tek. Dalia? Róża? Nie, już wiem: Hor­ten­sja!

Imię Hor­ten­sja mówiło Aga­cie rów­nie mało jak Dalia czy Róża.

– A wie pani, gdzie dokład­nie mieszka ta kuzynka?

– Tak, pani Oli­wia dała mi adres, żebym prze­ka­zała listo­no­szowi. Ale on powie­dział, że zle­ce­nie prze­kie­ro­wy­wa­nia prze­sy­łek składa się na poczcie, oso­bi­ście i za opłatą, a nie wrę­cza się listo­no­szowi na wymię­tym świstku. Więc dalej wrzuca jej listy do skrzynki tutaj, przy furtce.

– No tak. Da mi pani ten adres?

Kobieta zmie­rzyła Agatę od stóp do głów, ale w końcu poszła do domu i wró­ciła z małą, nie­bie­ską kar­teczką.

– Faceci to świ­nie – powie­działa jesz­cze i wbiła wzrok w swo­jego męża, który natych­miast odda­lił się pospiesz­nie na tyły ogrodu.

Agata podzię­ko­wała za pomoc i, nie namy­śla­jąc się długo, od razu wsia­dła do samo­chodu.

– Coś wymy­ślimy. Razem na pewno coś wymy­ślimy.

* * *

– Tu jest jak… – Agata roz­glą­dała się po domu zachwy­co­nym wzro­kiem.

– Jak w bajce? – dokoń­czyła kobieta, która wpu­ściła ją do środka. Miała dziwny, nieco sza­lony błysk w oku i strój niczym z przy­tułku dla eme­ry­to­wa­nych cza­row­nic, ale wyglą­dała dość sym­pa­tycz­nie.

Agata poja­wiła się na jej progu dzie­sięć minut wcze­śniej, pyta­jąc o Oli­wię.

– Prze­pra­szam, nie jestem pewna, czy tra­fi­łam pod wła­ściwy adres… – Była wyraź­nie zmie­szana i gotowa natych­miast poże­gnać się i odejść.

– Jasne, że pod wła­ściwy. – Kobieta otwo­rzyła sze­roko drzwi i gestem zapro­siła ją do środka. – Mam na imię Hor­ten­sja. Oliwka poje­chała na pocztę, coś tam wyja­śnić z adre­sami, ale powinna nie­długo wró­cić. A nawet szyb­ciej niż nie­długo, bo dzi­siaj jest nie­dziela. Pró­bo­wa­łam jej to wyja­śnić, ale chwi­lowo nie słu­cha nikogo.

– No tak. Li jest fak­tycz­nie dosyć sta­now­cza – powie­działa ostroż­nie Agata.

– Li? Fajna ksywka, serio! – Hor­ten­sja nie prze­sta­wała się uśmie­chać. Jej ciemne oczy zbie­gały się w wąskie szparki, ze spię­tego nie­dbale koczka wyska­ki­wały kolejne kosmyki. – Kawy? Her­baty? Nie, sorki, nie mam her­baty. Mam wer­benę, miętę, rumia­nek i jakieś nie­zi­den­ty­fi­ko­wane ziółko… Na pewno bar­dzo zdrowe, nie sia­łam prze­cież innych, tylko kar­teczka, którą było ozna­czone, chyba zgniła, więc nie mam poję­cia, co to jest. Ale sma­kuje cał­kiem nie­źle, naprawdę. To co? Może zapa­rzę?

– Nie, dzię­kuję. – Agata zaczęła wyco­fy­wać się rakiem w stronę drzwi. – Naprawdę nie chcę pani prze­szka­dzać…

– Po pierw­sze, żad­nej pani. Przy­ja­ciele naszych przy­ja­ciół… Jakoś tak to szło, prawda? A skoro dotar­łaś aż tutaj, to Oliwka musi być dla cie­bie ważna. Zatem jestem Hor­ten­sja, bez pani. – Wycią­gnęła do Agaty swoją dużą, silną, nie­mal męską dłoń. – A po dru­gie, nie mam tu za wiele towa­rzy­stwa. Oli­wia ryczy całymi dniami, nie da się z nią o niczym poga­dać. W kółko mówi tylko o roz­wo­dzie, a potem leci stek wul­ga­ry­zmów. Z przy­jem­no­ścią więc wypiję ziółka z kimś, kto nie prze­żywa aku­rat zała­ma­nia ner­wo­wego. To jak, wer­bena czy raczej tajem­ni­cze dzi­wa­dło?

„Dzi­wa­dło…” Agata ze zdu­mie­niem pomy­ślała, że lubi tę dużą ciem­no­włosą kobietę w lnia­nej spód­nicy do kostek oraz krzywo zapię­tej fla­ne­lo­wej koszuli. I że ma ochotę zary­zy­ko­wać i wypić w jej towa­rzy­stwie nie­zi­den­ty­fi­ko­wany napar.

Hor­ten­sja wska­zała jej drogę do kuchni. Szła przo­dem, pod­czas gdy Agata przy­sta­wała co krok za jej ple­cami, roz­glą­da­jąc się dookoła coraz bar­dziej zdu­mio­nym wzro­kiem. Na progu kuchni zatrzy­mała się na dobre, wyraź­nie ocza­ro­wana.

– Tu jest jak… jak… – znowu zaczęła i znowu nie mogła zna­leźć odpo­wied­nich słów.

– Jak w bajce? – spy­tała ponow­nie Hor­ten­sja, a oczy bły­snęły jej jak dwa noże.

Agata wzdry­gnęła się gwał­tow­nie. Co za durne porów­na­nie, naprawdę, nie miała poję­cia, dla­czego przy­szło jej do głowy. Nie paso­wało prze­cież ani do tego cudow­nego miej­sca, ani do tej sym­pa­tycz­nej kobiety.

– Twój dom jest po pro­stu wspa­niały! – Mówiła tro­chę za szybko, by pokryć zmie­sza­nie, choć prze­cież nie powie­działa gło­śno ani słowa o oczach lśnią­cych jak mor­der­cze ostrza. – Tu jest tak nastro­jowo, ten wielki ogród, te wszyst­kie tajem­ni­cze zaka­marki, ta kuch­nia z głę­bo­kimi rega­łami na słoje pełne ziół. No i beto­nowe pod­łogi, podobno są w tym sezo­nie strasz­nie modne.

– Serio? – Chi­chot Hor­ten­sji prze­szedł w świst. – Nie mia­łam poję­cia. Więc twier­dzisz, że powin­nam być zachwy­cona, że nie cho­dzę po drew­nia­nym par­kie­cie, mięk­kich dywa­nach, hisz­pań­skich kaflach ani nawet naj­tań­szych pane­lach o jakiejś nędz­nej kla­sie ście­ral­no­ści, tylko po beto­nie? Cóż, może fak­tycz­nie poba­wię się w Pol­ly­annę i zacznę grać w zado­wo­le­nie z powodu tego cho­ler­nego betonu, pię­ciu tysięcy metrów ogrodu zaro­śnię­tego chwa­stami, ciek­ną­cego dachu i scho­dów, które ruszają się nawet, kiedy wcho­dzi na nie kot?

– Masz kota? – Agata rozej­rzała się, tym razem kon­cen­tru­jąc się na prze­strze­niach pod meblami. Kot bar­dzo by paso­wał do tego miej­sca. Zde­cy­do­wa­nie powi­nien tu miesz­kać.

– Dzięki Bogu, nie mam. Jesz­cze tylko jego bra­ko­wało mi do kom­pletu! I kilku świ­nek mor­skich, dla któ­rych upra­wia­ła­bym cyko­rię.

– Cyko­rię? – Agatę nie­ła­two było wpra­wić w osłu­pie­nie, ale ta roz­mowa naprawdę wymy­kała się spod kon­troli.

– Mia­łam świnkę w dzie­ciń­stwie, żarła tę durną cyko­rię, jakby uro­dziła się w Bel­gii.

– W Bel­gii? O Boże, prze­pra­szam, nie wiem, dla­czego cały czas po tobie powta­rzam. – Zaru­mie­niła się, żału­jąc, że zgo­dziła się wypić te dziwne ziółka. Nie może teraz wyjść, musi pocze­kać, aż się zapa­rzą… A ta roz­mowa z sekundy na sekundę dry­fo­wała w coraz bar­dziej nie­prze­wi­dy­walną stronę. Lub nawet w kilka stron jed­no­cze­śnie. Powinna poże­gnać się, zosta­wić Oli­wii wia­do­mość i wra­cać do domu. Ale nie! Bo prze­cież teraz musi wypić te cho­lerne ziółka! Które w dodatku na pewno jej zaszko­dzą. I nie będzie nawet umiała podać leka­rzowi ich nazwy.

– Bel­go­wie jedzą dużo cyko­rii, to chyba ich przy­smak, tak jak mojej świnki, tej z dzie­ciń­stwa. Ale nie­ważne, czy mia­ła­bym upra­wiać cyko­rię, sałatę, czy może szpa­ragi albo kor­ni­szony. Ja po pro­stu sta­now­czo odma­wiam! Nie zajmę się żad­nym żywym stwo­rze­niem, nie wezmę na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści już za nic wię­cej, nawet za jedną, nędzną, wychu­dzoną roz­wie­litkę.

Agata powstrzy­mała się przed powtó­rze­niem: „Roz­wie­litkę?” i po pro­stu wpa­try­wała się tępo w nową zna­jomą, krzą­ta­jącą się po tej cudow­nej, magicz­nej kuchni wyglą­da­ją­cej jak kró­le­stwo jakiejś dzie­więt­na­sto­wiecz­nej zna­chorki.

– Nie opie­raj się o szafę! – ryk­nęła nagle Hor­ten­sja, pędząc do niej z dru­giego końca pomiesz­cze­nia.

Agata odsko­czyła jak opa­rzona, a wtedy na jej plecy wylała się jakaś zimna ciecz. Zimna i w dodatku nieco cuch­nąca zgni­li­zną.

– O jasna dupa, jesz­cze tego mi bra­ko­wało. Prze­pra­szam, naprawdę, bar­dzo cię prze­pra­szam. – Hor­ten­sja zła­pała dwie szmaty i rzu­ciła się, żeby wytrzeć jej plecy.

Szmaty cuch­nęły podob­nie jak to, co chlu­snęło z nie­wia­do­mego miej­sca, gdzieś pod sufi­tem, pro­sto na Agatę.

– Nie przej­muj się, nic się nie stało, szcze­rze nie zno­szę tego swe­terka. Nie­tra­fiony pre­zent, już dawno zamie­rza­łam go wyrzu­cić, to zna­czy oddać potrze­bu­ją­cym – plo­tła trzy po trzy Agata, by jakoś roz­ba­wić Hor­ten­sję i zdjąć z jej bar­ków przy­naj­mniej odpo­wie­dzial­ność za zabru­dzone ubra­nie.

 

Hor­ten­sja czuła jed­nak potrzebę wyja­śnie­nia wszyst­kiego jak naj­do­kład­niej. A więc mówiła jak nakrę­cona, tak samo jak Agata, w dodatku wyma­chu­jąc jedną z tych sta­rych szmat, któ­rymi zbie­rała roz­laną ciecz.

– Ta szafa tro­chę się kiwa na tym cho­ler­nym mod­nym, nie­rów­nym beto­nie. A na sza­fie stoi mied­nica, do któ­rej wpada woda z ciek­ną­cego dachu. Nor­mal­nie, wiesz, ciek­nie tylko na pię­trze, na dole nie widać nawet śladu, ale w tym jed­nym miej­scu pod­cieka moc­niej, zdaje się, że obróbka komina roz­la­zła się cał­ko­wi­cie, no i woda leje się po ścia­nie i prze­siąka przez strop nad kuch­nią. Nawet przy małym desz­czu muszę sta­wiać na sza­fie mied­nicę albo i dwie. Sta­ram się je zawsze opróż­niać i szo­ro­wać, ale cho­lera, ostat­nio mia­łam tyle na gło­wie. Naprawdę bar­dzo cię prze­pra­szam.

– Nic się nie stało – powtó­rzyła Agata, czu­jąc, że mówi oczy­wi­stą nie­prawdę. Lubiła ten swe­ter, nawet bar­dzo i byłoby jej przy­kro, gdyby się znisz­czył. Dostała go pod cho­inkę od szwa­gierki. Nieco ją to zdzi­wiło, szwa­gierka zwy­kle dawała każ­demu kosme­tyki (rok w rok ten sam bal­sam z alo­esem), a tu nagle swe­terek, i to z dodat­kiem kasz­miru? Kolor co prawda kom­plet­nie nie był w guście Agaty, roz­miar też wyda­wał się dobrany nieco zbyt opty­mi­stycz­nie. Zaczęła go jed­nak nosić i, o dziwo, prze­ko­nała się bły­ska­wicz­nie nawet do ostrego ama­rantu, i do tego, że opi­nał się dość mocno na biu­ście i w talii. Nie chciała go wyrzu­cać. A przede wszyst­kim – nie chciała wra­cać do domu w samym sta­niku, a na to się zano­siło. Swe­ter był tak mokry, że można go było wykrę­cać. I śmier­dział zgniłą kapu­stą.

– Musisz szybko się prze­brać! Zanim dzi­wa­dło skoń­czy się parzyć, poszu­kam ci jakie­goś ciu­cha! – zawo­łała Hor­ten­sja, wypa­da­jąc z kuchni i bie­gnąc po scho­dach, a Agata zasta­no­wiła się nagle, do kogo pasuje bar­dziej nazwa „dzi­wa­dło”. Do her­batki czy może do wła­ści­cielki domu?