Zaczekaj na mnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Odesłać…

– Tak jest! Komplet faktur za ostatni miesiąc. – Zmianą tematu Matylda zaznaczyła, że dziś miłość, jakakolwiek by była, musi trochę poczekać na swoją kolej.

– Przygotowane, sprawdzone. – Czarnobrewa Nina, która niedawno awansowała na ekspedientkę w sklepie Matyldy, błyskawicznym przestawieniem się na tok myślenia swojej chlebodawczyni udowodniła po raz kolejny, że zatrudnienie jej było jednym z lepszych posunięć w prowadzeniu SenSualu.

– Ten temat zamykamy. Zamówienia. – Matylda klepnęła dłonią okładkę albumu z bielizną pościelową, nie otwierając katalogu. – Tak jak ustaliłyśmy wcześniej, przygotowaną propozycję przeglądam w mailu.

Ewa, zaufana pracownica i prawa ręka w pościelowym biznesie Matyldy, podeszła do kontuaru, korzystając z chwili, kiedy w sklepie nie było nikogo.

– Przypominam tylko, żebyście uważnie słuchały, czego klientom u nas brakuje, o co pytają. Zalegający towar to nasze pieniądze, których nie możemy wydać, czytaj: zainwestować. À propos inwestycji. – Matylda znów skierowała wzrok na młodą brunetkę. – Rozmawiałaś z mamą o mocach przerobowych jej pracowni?

– Na początek może wyjdziemy od dwóch, trzech kompletów tygodniowo. Jeśli będzie zainteresowanie, mama z chęcią dostosuje się do naszych potrzeb; to znaczy do potrzeb SenSualu… – Mówiąc to, Nina podała swojej szefowej plik kartek z rozliczeniem dotyczącym cen za uszycie kompletów sypialnianych zasłon z tkanin dobranych do pościeli oferowanej w sklepie.

Rozszerzenie oferty salonu o starannie wykonane zasłony do sypialni było jedną z kilku propozycji dotychczasowej stażystki. Dziewczyna była naelektryzowana świeżą energią, której Matylda sama nie miała już od dawna. Potrafiła wprawdzie dostrzegać i wykorzystywać kolejne szanse czy nadarzające się okazje, ale nie miała już w sobie tej niczym niezmąconej wiary w nieunikniony sukces. Od jakiegoś czasu uważnie patrzyła pod nogi w poszukiwaniu kamyczka, o który mogłaby się potknąć. W Ninie rozpoznawała siebie sprzed lat; przebojową dziewczynę z szerokim uśmiechem, niewykrzywionym jeszcze grymasem drugiej twarzy, do której noszenia, jak tarczy, coraz częściej się zmuszała. Uważała siebie za wyjątkowo energiczną, tak w życiu prywatnym, jak i wśród zawodowych obowiązków… Ale czas musiał naoliwić mechanizmy hamujące tę energię, bo dopiero kontakt z tak młodymi ludźmi jak Nina uzmysławiał Matyldzie, że tak się rzeczywiście dzieje. Efekty działania tych mechanizmów miały jednak i swoje plusy. Zaliczała do nich rozważniej podejmowane decyzje; chociaż jeszcze rok wcześniej musiałaby te prawidła włożyć między bajki. Miłość i pożądanie rządziły się swoimi prawami i za nic miały metrykalną prawdę…

Ninie zawdzięczała też pomysł wykorzystania siły mediów społecznościowych, które z mocą wodospadu wdzierały się w codziennie życie Polaków; dla SenSualu oznaczał on szybujące słupki sprzedaży i zaistnienie tam, gdzie poczta pantoflowa nie dochodziła. Dziewczyna poruszała się w wirtualnym świecie sprawnie i z dużą przyjemnością, Matyldzie zaś prawdziwą przyjemność i nie mniejszą ulgę sprawiało oddanie sklepu w ręce obydwu pań. Tymczasowo swoje musiała wykorzystać, biorąc na ręce jedną z dziewczynek. Zabrała ze sobą do sklepu matkę i dzieci. W rozmowie z pracownicami nie chciała pominąć niczego przed tak długą nieobecnością; wolała kontynuować odprawę z maluchami na rękach niż patrzeć nerwowo na zegarek.

– Słuchajcie, Włochy to nie koniec świata – powiedziała spokojnym tonem, patrząc w zaszklone oczy Ewy, jakby ciągle mówiła do jednej z córek, którą kilka minut wcześniej skończyła karmić. – Liczę na was; wiecie dlaczego.

– Możesz jechać spokojnie. – Ewa próbowała ukryć wzruszenie. Lata bezkonfliktowej relacji z szefową sprawiły, że Matylda była dla niej kimś więcej niż tylko zwykłym pracodawcą. – Patrząc na ciebie, uważam, że zgrzeszyłybyśmy obydwie, gdybyśmy się upierały, że zostawiasz nas z trudnym zadaniem.

– Telefony awaryjne macie, instalacje są skontrolowane; cóż… – Matylda rozejrzała się po przytulnym wnętrzu sklepu. Na dużej ścianie, obok turkusów i żółcieni, zakwitł czerwienią kraśnik sześcioplamek, malowany jej ręką obraz wyjątkowej urody motyla, który powieliła zaraz po sprzedaży jedynego egzemplarza córce Kosmy, kiedy ta przypadkiem trafiła tu z ojcem w swoich wędrówkach po stolicy. Zapatrzyła się na czarne plamki na skrzydłach owada i przypomniała sobie, jak Kosma zaskoczył ją potem niezapowiedzianą wizytą w SenSualu. Uśmiechnęła się mimochodem na to wspomnienie. W takich momentach jej tęsknota była chyba bardziej wyraźna niż szczegóły budowy motyli na portretach, które z powodzeniem grały rolę nietuzinkowych dekoracji do wyszukanych wnętrz. – Będzie mi brakowało tego miejsca – dokończyła, czując, jakby miała rozstać się i z tymi wspomnieniami, a rozłąka z nimi była o niebo trudniejsza. Niebo było też w oczach jej córek i w tej chwili zrobiłaby wszystko, żeby pozostało tak pogodne, jak dziś.

Telefon w jej torebce zabrzęczał sygnałem przychodzącej wiadomości. Chłopcy mieli zajrzeć do dziadków przed jej wylotem. Serce pękało jej na dwoje, kiedy myślała o swoich dorosłych synach. Wciąż jeszcze uczyła się widzieć w nich mężczyzn, na których można polegać. Dzieliła swoją miłość uczciwie, a jednak ciągle jakaś jej część czekała na swoją kolej…

– Córeczko, Wiktor już jest. – Pani Radecka zajrzała do pokoju, uchylając drzwi.

Matylda wstała od swojego sekretarzyka i już na stojąco kliknęła myszką jedną z ikonek, zamykając wiadomość, którą przed chwilą odczytała. Korzystała z chwili popołudniowej drzemki maluchów, żeby zajrzeć do poczty i odpowiedzieć na niecierpiące zwłoki maile. Skończyła notować coś jeszcze na małym kartoniku z samoprzylepnym fragmentem. Zdążyła przykleić karteluszek na brzegu monitora, kiedy wszedł jej były mąż.

Od dnia, kiedy zniknął Kosma, a dokładniej mówiąc: od momentu, kiedy zobaczyła Kosmę z inną kobietą, spotkała się z Wiktorem zaledwie czterokrotnie. Dwa razy spotkanie miało miejsce na sali sądowej, raz w biurze notarialnym; ten czwarty rozmawiali ze sobą jeszcze w ich wspólnym mieszkaniu przed jej ucieczką do Blanes. Zresztą nigdy tak naprawdę nie powiedziała mu, że poleciała właśnie tam. To nie miało już wtedy najmniejszego znaczenia. Wydzwaniał do niej wówczas całymi dniami. Bał się o nią, bo pamiętał, w jakim stanie zostawił ją w domu, zakładając, że to tylko na kilka godzin. Namawiał ją wtedy na wizytę u lekarza. Sama czuła, że powinna poprosić kogoś o pomoc, ale w kompletnie rozdygotanej rozpaczy racjonalne myślenie i zdroworozsądkowa troska o samą siebie chwilowo nie miały do niej dostępu. I to przez wiele długich tygodni. Zresztą i tak nie pozwoliłaby sobie czegoś podać, tak na wszelki wypadek…

Musiał być najpierw wściekły, a potem zdrowo przestraszony, kiedy obok kluczyków od auta zobaczył kartkę z kilkoma słowami. Widok kompletnie rozbitej i zapuchniętej od płaczu Matyldy razem ze skreślonym naprędce Nie szukaj mnie musiał być dla niego dużym szokiem. Mogło przecież wydarzyć się wszystko… I w tamtym momencie, była pewna, nie miało to znaczenia, że to nie on był przyczyną stanu, w jakim ją znalazł.

Kiedy w końcu odebrała od niego telefon, powiedział do niej zduszonym głosem zaledwie kilka słów. Gdy upewnił się, że nic jej nie jest, zapytał tylko, czy odebrać ją z lotniska, i poprosił, żeby więcej tak nie robiła. Potem wysłała mu wiadomość już z Warszawy, że jest w kraju cała i zdrowa. Na więcej wtedy nie miała siły. Wiktor chyba też, bo spotkali się dopiero kilka tygodni później w biurze notarialnym, przy okazji sprzedaży ich warszawskich czterech kątów.

Czy przez te wszystkie dni chciała do niego zadzwonić? Nie. Nie potrzebowała rozmowy z nim. Cóż mogłaby mu powiedzieć i o czym? O tym, że ziemia usunęła jej się spod nóg, bo dała się zmanipulować po raz drugi? Że znów trafiła na kogoś takiego jak on? Nie przytakiwałby głową ze zrozumieniem. Więc milczała.

Wiktor przez ten czas kontaktował się z nią tylko w tych sprawach, które wymagały udziału ich obydwojga. Był milczący, smutny i zdystansowany, chłodny i niezwykle spokojny, ale nie było w nim widać pogodzenia i tej charakterystycznej energii gotowej na to, co miało przyjść nowego. Mówił i robił tylko to, co musiał; oszczędny w gestach i bardziej stanowczy niż kiedykolwiek, jakby godzinami ćwiczył przed lustrem. Czasami miała wrażenie, że odgrywa przed nią sztukę, a widz siedzi prawie na scenie i w pewnym sensie w niej uczestniczy. Widz ma oglądać spektakl, przyglądać się uważnie scenom, wyciągać wnioski i reagować. Czuła, że pod maską chłodu i lakonicznych wypowiedzi jest gdzieś ukryte oczekiwanie na jej ruch; słowa, gest, cokolwiek… Ale nie była tego pewna. Wtedy niczego nie była pewna. Niezliczone kombinacje pojawiających się i znikających w jakimś szalonym tempie emocji i następujących po sobie pustych, dziwacznie mijających dni tworzyły mozaikę, której elementy wydawały się kompletnie do siebie niepasujące, a tym samym bez szans na stworzenie jakiegokolwiek czytelnego obrazu.

Przypomniała sobie, jak podszedł do niej na chwilę przed rozprawą na sądowym korytarzu.

Nie wiedziałem, że jesteś w ciąży…

Dlaczego miałabym ci mówić?

Mogłaby przysiąc, że zanim mu odpowiedziała, przez twarz przemknął mu cień ciekawości pomieszanej z nadzieją. Chwilę później wyraz oczu był już taki sam jak wtedy, kiedy przyszedł do ich prawie pustego mieszkania ze świeżymi bułkami i dżemem truskawkowym.

Sędzia spóźniła się wtedy dobry kwadrans, może więcej. W ciągu tych kilkunastu ciężkich minut pytali się wzajemnie o zwykłe sprawy bez większego znaczenia. Jakby chcieli zabić czas nic nieznaczącą rozmową w oczekiwaniu na coś równie nudnego. Ona była jednak napięta jak struna. Z niego niewiele mogła wyczytać. To była jej pierwsza w życiu sprawa rozwodowa; w tamtym momencie nawet myślenie przychodziło jej z trudem. Klepała coś trzy po trzy pod wpływem narastającego stresu. Sama nie wiedziała, czego w tej chwili chce.

 

Jesteście razem? Coś się w końcu wyjaśniło? – zapytał ją w pewnym momencie.

Nic się nie wyjaśniło. Jestem sama. – Jakąś odpowiedź musiała mu dać. Chciała powiedzieć jeszcze, że sobie radzi, ale to nie byłaby zupełnie prawda, więc zrobiła tylko krótki wdech i z powrotem zamknęła usta. Nie powiedział wtedy, że jej pomoże, gdyby czegoś potrzebowała, chociaż była pewna, że jeśliby go o to poprosiła, nie odmówiłby. Ulga, którą poczuła w chwilę po wyczytaniu ich nazwiska na myśl, że przestanie jej wreszcie zadawać kłopotliwe pytania, błyskawicznie ustąpiła miejsca lękowi przed nowymi. Zniknęły natychmiast, kiedy przekraczała próg sali sądowej z kompletną pustką w głowie.

Kiedy wyszedł z łazienki, w mieszkaniu była już tylko Kaśka. Przewiązany ręcznikiem w pasie, odświeżony i pachnący, czuł się dużo gorzej, niż wyglądał. Zauważyła, że pod maską luzu próbuje chować swoje troski. Znała go na wylot, wiedziała, kiedy coś jest nie tak.

– Co tam ukrywasz? – zapytała, kiedy tak stał, milcząc. Pewnie zastanawiał się, co ona tu jeszcze robi.

– Jakbyś nie wiedziała… – Rozsunął nieco ręcznik, zerkając pod materiał. – Mam tu prawdziwy skarb.

– Też mi coś! – Prychnęła i przewróciła oczami. – Pytam, co cię gryzie. Twój skarb, a w zasadzie skarbuś, zupełnie mnie nie interesuje.

– Aha, więc to tak! – udał złość i mocniej zawiązał ręcznik. – Nie przeszkadzało ci, kiedy ten skarb chowałem do twojego… sejfu.

– Nie pajacuj! Widzę, że coś jest nie tak. Lepiej się pośpiesz, bo Michalina wyszła z Helmutem tylko na szybkie siku.

– Chodzi o to, że… – Urwał w połowie zdania. Kaśka nie poganiała go, nie chciała zepsuć tej chwili, jednej z nielicznych, kiedy miała wrażenie, że wciąż są sobie bliscy. Tak przynajmniej to odbierała: jakby zależało mu na jej opinii, na tym, żeby była tuż obok.

– Chodzi o to, że słabnę – dokończył cicho.

– To normalne, Kosma. Czasem to organizm podpowiada rozwiązania. Musisz iść do szpitala. Może to jest właśnie ta podpowiedź?

– Wiesz, że to będzie mój koniec? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Nie gadaj bzdur!

– Miałem sporo czasu na udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie, czy tego chcę. Czy chcę żyć z rurką w gardle, z dziurą w przełyku. No i nie chcę.

– A ja nie chcę tego słuchać. Jeśli nie masz zamiaru zrobić tego dla siebie, pomyśl o mnie…

– O tobie?

– Dobrze, to o córce! – Nie dała się zbić z tropu. – Byłoby świetnie, gdybyś z pieprzonego egoisty zmienił się choć na chwilę w dobrego ojca. Jesteś nam to winien. Jej! – poprawiła się odruchowo.

– Nie szantażuj mnie w ten sposób.

Nerwowym ruchem poprawił włosy i spojrzał na nią ze złością. Albo z rezygnacją – nie była pewna.

– Jestem chory i równie dobrze mogę umrzeć tu, za chwilę. Za miesiąc. Dzień po operacji albo nawet w trakcie. Czy wtedy będziecie spokojniejsze?

– Nie rozumiem…

– Nie uczą was tego na tych medycznych uczelniach? Zawsze trzeba leczyć za wszelką cenę?

– Dalej nie rozumiem, o co ci teraz chodzi!

– O to, że czuję się, jakbym musiał iść do szpitala, żeby w razie czego zdjąć z was poczucie winy. Że nie dałyście rady mnie przekonać.

– To niesprawiedliwe!

Kaśka podniosła głos, choć wcześniej obiecywała sobie, że nie da się wyprowadzić z równowagi. Ale on był w tym mistrzem. I najwyraźniej dopiero się rozkręcał…

– Nic tu nie jest sprawiedliwe! Nie jest sprawiedliwe to, że rak dopadł właśnie mnie. Właśnie teraz, kiedy się szczęśliwie zakochałem. W momencie, kiedy zacząłem budować nowy dom.

– Wiesz co? Pierdol się! Tyle mam ci do powiedzenia.

– I twoja matka też! – zakończył kłótnię w zwyczajowy, od lat stosowany sposób. Ale wcale nie poczuł się lepiej.

Wstała od stołu i spojrzała na niego z mieszaniną nienawiści i lęku. Działo się z nim coś złego. Najwyraźniej nie był w stanie poradzić sobie z tymi emocjami. Nie wiedziała, jak mu pomóc. Ale była pewna, że on tej pomocy bardzo potrzebuje.

– Jutro mam się skontaktować z Klejmannem, zostawił mi wiadomość na sekretarce – rzuciła przez ramię, wychodząc z kuchni.

– Może potrzebuje viagry i liczy na rabat?

– Nie poznaję cię, Kosma. To nie są żarty faceta, którego zazdrościły mi koleżanki.

– Poczekaj trochę, wsadzą mi do przełyku takie coś, to koleżanki znów ci będą zazdrościć! Faceta z dwiema rurami!!

Wyszła, nie siląc się nawet na trzaśnięcie drzwiami. Za to on trzasnął pięścią w ścianę i syknął z bólu. Dlaczego to robi? Dlaczego pali za sobą najbardziej sprawdzone mosty? Przecież kąpiel zrelaksowała go na tyle, że chciał je nawet zabrać na spacer, po drodze kupić lody u Granowskiej. A tymczasem niewinna rozmowa przerodziła się w kłótnię. Nie mógł zapanować nad wahaniami nastroju. Depresja? Jeśli tak dalej pójdzie, konieczne będą leki.

– Mamy już nie ma? – zapytała Michalina, zdejmując Helmutowi obrożę w przedpokoju. Przynajmniej pies wyglądał na szczęśliwego, jakby spacer był remedium na wszelkie zmartwienia.

– Pokłóciliśmy się – przyznał się Kosma i wzruszył ramionami. – Jestem do niczego.

Fakt, westchnął Helmut, jesteś jak rzep na tyłku. Michalina nie skomentowała. Przyzwyczaiła się już do tego, że kłótnie rodziców, choć niezbyt częste, wymagają jej prób pojednawczych, tyle tylko, że nie od razu. Za dwa, trzy dni będzie mogła wkroczyć do akcji i przeprowadzić misję pokojową.

Ciszę w mieszkaniu przerwał telefon Kosmy. Jeż na wyświetlaczu z daleka zdradzał, kto dzwoni. Ewelina; nie rozmawiał z nią od kilku tygodni. Nawet się ucieszył.

– Gdzie jesteś? – zapytała, kiedy tylko odebrał.

– W domu, w Łodzi.

– Spotkamy się? – Kolejne pytanie wyrzucone z prędkością karabinu.

– Jasne, coś się stało?

– Nie wiem, po prostu pomyślałam o tobie i sięgnęłam po telefon. A stało się coś?

– Wszyscy się o mnie martwią, to się robi męczące.

– Przyjedź na Młynek, chcę trochę pobiegać. Pa! – Rozłączyła się, a Kosma ruszył do sypialni. Skoro miała w planach jogging, to marynarka odpada. Sięgnął po błękitną koszulę i sprane dżinsy. Rozsądne połączenie, pomyślał, uzupełniając garderobę klasyczną certiną w kolorze różowego złota.

Po raz pierwszy spotkali się właśnie na Młynku. Odnowiony park ze sporym zbiornikiem wodnym to popularne miejsce wśród łódzkich miłośników spacerów i wszelkiej aktywności fizycznej. Szerokie ścieżki prowadzące wokół stawu każdego dnia zapełniają się młodymi mamami pchającymi wózki, starszymi małżeństwami machającymi raźno kijkami do nordic walkingu lub miłośnikami psów, leniwie podążającymi za swymi pupilami. Tego dnia Kosma nie wziął ze sobą Helmuta, co wilczarz irlandzki nie omieszkał skwitować wymownym spojrzeniem. Jeszcze się złapiemy – zdawały się mówić psie oczy. Przecież dopiero co wróciłeś – odpowiedział i trzasnął drzwiami.

Ewelina czekała już obok ławki, przy której poznali się ponad rok temu. Jego pies wystraszył wtedy jeża, choć Kosma przysiągłby, że to Helmutowi mocniej biło serce z trwogi. Od słowa do słowa, polubili się wtedy, a wkrótce później Kosma pomógł jej z pracą. Ewelina była zdolną charakteryzatorką. Jej talent szybko docenili w NTV, gdzie pracowała z Kosmą przy kilku produkcjach. Od tamtego czasu regularnie kursowała między Łodzią a Warszawą, wielokrotnie w towarzystwie Kosmy. Była jedną z nielicznych kobiet w jego otoczeniu, z którą nie łączyło go nic poza sympatią. I choć były momenty, kiedy oboje czuli, że w zasadzie nic nie stałoby na przeszkodzie, to żadne z nich nie zrobiło nigdy pierwszego kroku. Z czasem uznali, że ta relacja będzie wyjątkowa właśnie z tego powodu. Wtedy każde z nich odetchnęło z ulgą. I poczuli się jeszcze lepiej.

– Długo czekasz? – zapytał, siadając obok niej.

– Czy to ważne? Coś licho wyglądasz…

– Ja też się cieszę, że cię widzę! – Kosma naprawdę się cieszył. A później opowiedział jej wszystko. O tym, co zrobił Matyldzie, jak uciekał przed operacją, o swoim lęku i poczuciu beznadziei. I o tym, że bardziej niż śmierć przeraża go, że będzie ciężarem dla innych.

– Rozumiesz mnie trochę? – zapytał na końcu.

– Absolutnie nie! Nie dałeś jej prawa do decyzji. Jesteś głupim ciulem. – Nie trzeba było wykrzyknika na końcu, żeby zrozumieć, jak bardzo ją zdenerwowała ta historia i co myśli o jej bohaterze. – To okrutne i złe.

– Podjąłem decyzję za nią, za nas. Oszczędziłem jej bólu.

– A może ona chciałaby być z tobą właśnie w tym czasie?

– I dlatego nie mogłem na to pozwolić. Dlatego, że ją kochałem. Kocham.

Siedzieli przez chwilę w milczeniu. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć. Zresztą niewiele trzeba było mówić, rozumieli się doskonale. I choć Ewelina nie akceptowała w pełni postępowania Kosmy, dostrzegała jego racje. Była wdzięczna losowi, że nie musiała sama podejmować takich decyzji, a przede wszystkim współczuła Matyldzie, którą też znała od dawna, dłużej niż samego Kosmę.

– Tak naprawdę zadzwoniłam, bo teraz ja mam dla ciebie robotę – odezwała się, kładąc mu rękę na kolanie.

– Robotę? – zapytał, nie dowierzając. – Nie wiem, jak długo będę w stanie pracować głosem.

– Chodzi o podłożenie lektorki pod grę komputerową. Nie znam szczegółów, ale obiecałam, że ci o tym wspomnę.

– Dziękuję. Zastanowię się, do jutra dam ci znać. Nie pracowałem nigdy przy grach. A ta ekipa to jacyś twoi znajomi?

– Tacy tam, znajomi znajomych. Chcą konkretnie ciebie, więc stawka będzie sympatyczna.

Ruszyli w stronę samochodów.

– Dziękuję! – powiedział, całując ją w policzek na pożegnanie. – Może to mi dobrze zrobi? Póki jeszcze mogę mówić…

– Ogarnij się! Masz jeszcze wiele do zrobienia!

Naprawdę chciała, żeby zabrzmiało to wiarygodnie. Patrząc na jego przygarbione plecy, nie była jednak pewna, czy udało jej się podnieść go na duchu. Nie pozostało nic innego, jak czekać na telefon.

Zanim Wiktor usiadł z nią w ogrodzie, zerknął na zegarek, myśląc, że tego nie zauważyła, kiedy kręciła się wokół łóżeczek. Zrobił to po raz drugi, kiedy przyniosła im coś chłodnego do picia.

– Spieszysz się. Nie zajmę ci dużo czasu.

– Gdybym go dla ciebie nie miał, poinformowałbym cię o tym – odpowiedział trochę wymijająco. – Nigdy nie podejrzewałbym cię o taki krok – dokończył po krótkiej chwili milczenia.

– Sama siebie też bym nie podejrzewała. Ale widać człowiek robi różne rzeczy, żeby nie oszaleć. Zresztą… zawsze mogę wrócić. Tego się trzymam.

– Nie znałem cię z tej strony. Ryzykujesz.

– Nie mniej niż tutaj. Wiem, o czym myślisz. Nie mogę eksploatować mamy w nieskończoność. Kiedy dochodziłam do siebie po cesarce, była przy mnie dzień i noc. Ona się nie przyzna, ale wolałaby zająć się tylko ojcem.

Nie przerywał jej, obracając w dłoniach naczynie z zimnym napojem.

– To było tymczasowe rozwiązanie – ciągnęła. – Jestem jej wdzięczna za obecność w tych pierwszych chwilach, ale teraz już naprawdę powinni mieć spokój. Dobrze, że rozmawiamy o nich, bo właśnie dlatego chciałam, żebyś przyszedł. Nie chcę prosić o dużo… – Spojrzała w głąb mieszkania na dźwięk płaczu jednej z dziewczynek. – No i koniec spokojnej konwersacji. – Wstała z westchnieniem, przeszła do ich pokoju i szybko wzięła córeczkę na ręce, mając nadzieję, że drugi maluch jeszcze pośpi. Przytuliła ją do siebie i patrząc, jak dziecko przymyka jeszcze oczy, wyszła do niego i zapytała: – Zrobisz mleko? Butelka w niebieskim podgrzewaczu, pięć płaskich miarek; mleko stoi obok – dokończyła szeptem.

Wszedł do mieszkania. Zrobił szybko i sprawnie, o co go poprosiła. Mała zupełnie się uspokoiła, kiedy smoczek zniknął w maleńkich ustach. Wiktor patrzył na byłą żonę uśmiechającą się do córki. Zauważył, że była spokojna, chociaż dużo szczuplejsza niż wtedy, kiedy widział ją ostatnio. Delikatne cienie pod oczami świadczyły o nocach za krótkich na sen. Ale zaangażowanie, z jakim zajmowała się dziećmi, dodawało jej dziewczęcej świeżości, ujmowało lat i wzbogacało o dyskretnie przyciągający urok.

– Chłopcy będą tu zaglądać regularnie i robić duże zakupy. Obiecali to mnie i dziadkom. Mają wykupiony zapas leków i na razie niczego szczególnego im nie potrzeba.

Telefon Wiktora zadzwonił nieznaną jej melodyjką. Dzwonek też zmienił, pomyślała. Odrzucił połączenie i mówiąc: „przepraszam”, odłożył telefon na stolik.

 

– Proszę cię tylko o to – kontynuowała, zerkając na małą – żebyś w razie jakichś większych kłopotów z rodzicami zajął się nimi, póki nie wrócę. Wolałabym, żeby chłopcy mieli świadomość, że nie będą wtedy zdani zupełnie na siebie. Rodzice teraz świetnie sobie radzą – ciągnęła, chodząc po pokoju i kołysząc dziecko. – I mam nadzieję, że tak zostanie jeszcze długo, ale byłabym ci wdzięczna, gdybyś był ich aniołem stróżem w podbramkowych sytuacjach.

– Da się zrobić.

– Będę często dzwonić. Marcel ma namiary na mnie. To tylko dwie godziny lotu. – Pocałowała śpiącą córeczkę i odłożyła pustą butelkę na stolik.

– Dogadamy się. Zresztą odkąd… – zrobił krótką pauzę, jakby szukał słowa. – Odkąd zmieniłem mieszkanie, widuję chłopaków częściej i czasami nawet wyskoczymy razem do pubu – wybrnął.

– Wiem. Cieszę się. To dla mnie ważne.

– Dla mnie też.

Przez chwilę ciszę wypełniał tylko jednostajny szum wiązów za oknami.

– Jesteś…

Płacz drugiej dziewczynki nie pozwolił mu dokończyć zdania.

– Matylda, jak sobie dajesz radę?

– A ty? – odpowiedziała pytaniem, patrząc mu uważnie w oczy.

– Ja nie najgorzej…

– Ja też. – W jej głosie nie było cienia niepewności. – To mój wybór. – Skierowała głowę i wzrok w stronę, z której dochodził hałas. – I teraz nie wyobrażam sobie, żebym mogła zrobić inaczej.

– Nie zapomniałem jeszcze, daj! – Wziął od Matyldy niemowlę, żeby mogła swobodnie wyjąć drugie z łóżeczka.

– Nie zatrzymuję cię…

– Nie zatrzymujesz – powiedział bez zastanowienia. – Chciałbym, żeby ci się udało, Matylda.

Nie odpowiedziała mu, tylko przytuliła małą do siebie mocniej

– Gdybyś widział, że jestem tu niezbędna, daj mi znać. – Wolała poruszać się w temacie, który dostarczał jej emocji innego rodzaju.

– Tyle mogę dla ciebie zrobić – dokończył.

– Dziękuję. – Na jej odpowiedź nałożył się dzwonek jego komórki. Ktoś po drugiej stronie po raz kolejny dawał o sobie znać.

Przyglądała się zza firanki jego sylwetce, kiedy wsiadał do samochodu z telefonem przy uchu. To nie było spotkanie służbowe; nie o tej porze.

Marudzenie bliźniąt oderwało jej myśli od byłego męża. Najwyższa pora na przewijanie, a potem odkurzanie walizek… To też musiała zrobić sama.

„Temat do ogarnięcia”. Między jedną a drugą pieluszką przeczytała wiadomość od Eweliny.

„Zadzwonię za jakąś godzinę, opowiesz mi o szczegółach”.

Położyła ostrożnie komórkę na biurku, a następnie obydwie dziewczynki na dywanie w małych bujaczkach z kolorowymi grzechotkami. Zaciekawione dosięgały i trącały rączkami hałasujące zabawki. Z laptopem na kolanach usiadła obok nich. Zawahała się tylko na moment i wpisała szybko w wyszukiwarkę hasło: „rak krtani – rokowania”. Nad klawiszem z napisem „Enter” trzymała palec chwilę dłużej. Potem już nerwowo przeskakiwała wzrokiem po fachowych określeniach, nazwach leków i poszczególnych stadiów choroby. Skóra cierpła jej tym mocniej, im więcej informacji udawało jej się znaleźć.

W najgorszym przypadku i po podjęciu leczenia w ośrodku z dużym doświadczeniem wciąż miałby od trzydziestu do czterdziestu procent szans. Miałby…

„Skuteczność przezustnych zabiegów laserowych wczesnego raka krtani i gardła sięga nawet od 80 do 100 procent” – czytała. Stopnie zaawansowania nowotworu określane zupełnie obcymi jej terminami T3 i T4 miały najgorsze rokowania, nawet jeśli nie pojawiły się przerzuty do płuc… „Odsetek wyleczeń miejscowych po otwartej laryngektomii częściowej w przypadku wczesnego raka krtani wynosi od 84 do 96 procent”.

Kosma kasłał tak długo… Dopiero teraz przypomniała sobie, że ciągle łykał jakieś pastylki, chrząkał i próbował normalnie mówić. Uśpił jej czujność. Odbierała go jakimś szóstym zmysłem, nawet jeśli był daleko, a tego nie potrafiła dostrzec. W żaden sposób!

Po plecach przeszedł ją dreszcz chłodu, choć w pokoju temperatura nie spadła nawet o stopień. Gdyby coś zauważyła, gdyby zmusiła go, wpłynęła jakoś na niego! T3, T4, wczesne wykrycie…

Nie wiem nawet, gdzie go pochowali. Ta nagła myśl wywołała atak silnej paniki, choć myślała, że dawno się już od niej uwolniła. Rozpłakała się.

Kiedy upadał na podłogę w łazience pierwszy raz, myślał tylko o jednym: czy przekręcił zamek w drzwiach. Bo jeśli nie, to Michalina będzie mogła go znaleźć w miarę szybko i w efekcie pomoc dotrze na czas. Naprawdę o tym pomyślał, a chwilę po leżał już na podłodze i nie dawał znaku życia. Czuł przez jakiś czas przeszywający całe ciało ból, później była już tylko ciemność. Stracił przytomność. Jeśli liczył na pomoc córki, to był w błędzie. Drzwi co prawda pozostawił otwarte, ale dziewczyna nie zamierzała szybko wracać do domu. Nie po porannej kłótni. A właściwie to po tym, co mu wygarnęła, tyle tylko, że sprawy szybko wymknęły się spod kontroli i po chwili wrzeszczeli na siebie oboje.

– Nie zamierzam na to patrzeć! Co ci strzeliło do głowy? – stała nad nim, jakby to ona pełniła od dziś funkcję rodzica niesfornego nastolatka.

– Jak się odzywasz do tatusia? – Na zmianę pił i trzeźwiał od kilku dni, więc język mu się plątał, ale z tą prostą kwestią poradził sobie bez zarzutu. Później było już tylko gorzej. – Kace, kade, kategorycznie… kategorycznie sobie tego nie życzę!

Leżał rozłożony na dywanie w salonie, oparty o regał z książkami. Mebel niebezpiecznie kołysał się pod naporem jego ciała, kilka książek z górnej półki z hukiem wylądowało obok niego. Helmut przezornie przeniósł się do pokoju Michaliny, ona sama również wyniosła się do siebie. Zasnął i spał tak kilka godzin, mówiąc coś niespokojnie przez sen. Obudził się z poczuciem winy, jeszcze bardziej zmęczony i zrezygnowany. Michaliny nie było, pies obserwował go spod okna.

– Chodź do mnie, Helmutku – zaskrzypiał, łypiąc na niego jednym okiem.

Spieprzaj, dziadu! – Wilczarz odmachnął ogonem i przeniósł się do kuchni. Jego misja się zakończyła. Skoro Kosma się ocknął, nie trzeba już mu asystować.

I wtedy właśnie Makarski upadł pierwszy raz, w łazience. Później zdarzyło się to jeszcze kilkakrotnie. Raz na tarasie, ale było po deszczu, więc wyłgał się, że się poślizgnął na mokrej podłodze. Dwa tygodnie później znów łazienka, nie było nikogo, więc przeleżał i sam jakoś dowlókł się do sypialni. Sprawa wyszła na jaw 13 czerwca, kiedy zasłabł w osiedlowym sklepie. Sprzedawca dobrze znał całą rodzinę, więc gdy Kosma ocknął się po kilku sekundach, zrezygnował z telefonu po pogotowie i ograniczył się do domofonu.

– Halo? Pan Kosma leży u mnie w piekarni, podejdzie pani? – Nie rozpoznał, czy słuchawkę podniosła córka, czy żona.

– Już biegniemy! – krzyknęła mu prosto do ucha Michalina. Usłyszał jeszcze trzask zamykanych drzwi i po chwili w wejściu do holu pojawiły się obydwie panie Makarskie.

– Co się stało? – zapytała starsza.

– Nie wiem, może zasłabł? Moja żona z nim została. To chyba nic poważnego, ale nie chciałem, żeby wracał sam.

– Dziękujemy, on jest poważnie chory. Bardzo panu dziękujemy! – powtórzyła Michalina.

W domu zrobiły mu wykład i wymusiły szybką wizytę u Klejmanna. Kaśka była gotowa wieźć go na pogotowie natychmiast, ale postawił się i zagroził, że ucieknie przy pierwszej okazji i więcej go nie zobaczą.

– Nic nie rozumiecie! – wrzeszczał słabym głosem, kiedy już jako tako doszedł do siebie. – Mnie już nie zależy. Nie mam już ani siły, ani ochoty.

– Nie pieść się ze sobą, tatuś! – Michalina pierwsza przeżuła jego słowa i wypluła równie sympatyczną odpowiedź. – Skoro ci nie zależy, to otwórz okno i skacz.

– Tylko zrób to porządnie, nie tak jak wszystko inne – dodała Kaśka, po czym spojrzała na niego oskarżycielsko. – Od kiedy masz te omdlenia?

– Od jakiegoś czasu. To nic wielkiego.

– Nic wielkiego? Ty chory pojebie…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?