Zaczekaj na mnieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Obiecuję! – Skrzyżowała przedramiona na brzuchu. – Dzięki za śniadanie i zakupy.

Nie ma za co. – Patrzył na nią jeszcze przez chwilę smutnymi oczami. – Musisz! – powtórzył.

Wiedziała, że musi, chociażby dlatego, że od pewnych decyzji odwrotu już nie było. I tym jednym słowem jej to przypomniał.

Musiała jeszcze z innego powodu…

Wysiadł z wyraźną ulgą. Przystanek w samym środku Czeremchy tonął w promieniach popołudniowego słońca. Jak na każdej polskiej wsi, tak i tu nie działo się nic, co wykraczało poza utarte i bezpieczne schematy. Kilka psów leniwie wylegiwało się przed skromnymi domkami. Nieco dalej grupka dzieci ganiała po ulicy za piłką, za nic mając ruch samochodów. Zresztą stare skody i wartburgi przejeżdżały tędy od wielkiego dzwonu, a kierowca, zazwyczaj trąbiąc już z daleka, dawał maluchom czas na rozbiegnięcie się w popłochu.

– „Knajpa, kościół, widok z mostu”1… – zanucił pod nosem i ruszył w stronę pobliskiego sklepiku. Zwykle w takich miejscach koncentrowało się życie towarzyskie, a skoro tak, to będzie mógł tam zasięgnąć języka. Jako obcy element musiał się liczyć z nieufnością. I nie pomylił się. Przed budynkiem kilku miejscowych popijało tanie wina; przyglądali mu się uważnie, zanim zniknął w środku.

W sklepie była tylko ekspedientka. Mocny makijaż, a zwłaszcza czerwień jej warg, nie pozwalały mu się skupić, więc milczał przez chwilę.

– No i co on tak zaniemówił, kochanieńki? – przerwała ciszę kobieta za ladą. – Czego mu trzeba? Niech się nie wstydzi!

Kosma rozważał w myślach ten w gruncie rzeczy prosty komunikat i doszedł do wniosku, że skoro są tu tylko we dwoje, to mimo użycia trzeciej osoby pytanie zostało zadane właśnie jemu.

– Dzień dobry, którędy dojdę do Paraskiewy? – Przyjął za pewnik, że szeptunkę musi tu znać każdy mieszkaniec. Znów trafił w dziesiątkę.

– Do naszej szeptuchy? Toć ona już nie przyjmuje. A na co on choruje? – Czerwonousta ekspedientka wciąż mówiła do niego w trzeciej osobie. Postanowił nie oponować.

– Zakochałem się… – odpowiedział krótko.

– Tylko tyle?

– I mam raka – dokończył z wahaniem.

– To on dobrze trafił. Z chorobą Paraskiewa sobie poradzi! Ale z tym zakochaniem, to sama nie wiem, może lepiej do popa iść?

– Spróbuję u szeptuchy.

– Pójdzie tak, jak droga prowadzi, pod las. A później duktem do samej chatki, trzeba głośno stukać, bo babcia niedosłysząca już. Zrozumiał?

– Co miał nie zrozumieć? Podziękował serdecznie! – Kosma mimowolnie przeszedł na tryb ekspedientki, co przyszło mu nad wyraz łatwo. – Z Bogiem!

– Z Bogiem, z Bogiem, tylko niech starej nie męczy. – Uśmiechnęła się na pożegnanie. – A może co kupi na drogę?

– Pani da czekoladę i coś do picia. A resztę kupi, jak będzie wracał. Miłej pracy!

Ruszył raźno przed siebie. Jeśli miał wrócić przed zmierzchem do cywilizacji, to powinien się spieszyć. Ostatni autobus do miasta odchodził koło dwudziestej pierwszej, nie uśmiechało mu się szukanie noclegu po wsi ani spędzenie nocy na stacji kolejowej. Nie był nawet pewien, czy jest tam jakiś budynek, w którym mógłby przekimać na ławce do rana. Nie rozpracował logistycznie tej wyprawy, wszystko odbywało się na wariackich papierach.

Jak zawsze, pomyślał i przyspieszył kroku.

Droga wiodła przez las, potężny, zielony i tajemniczy. Słyszał bzyczenie dzikich pszczół, nawoływania ptaków i trzask łamanych gałęzi, zupełnie jakby ktoś szedł za nim. Rozejrzał się na boki, ale nie zauważył niczego podejrzanego. Mały plecak zaczął mu ciążyć, ucieszył się więc, widząc najpierw komin, a później dach i zmurszałe ściany drewnianej chatki.

– Jak w pieprzonej bajce! – Nie mógł się powstrzymać od komentarza i już po chwili zdał sobie sprawę z niestosowności użytych słów. Tu nie wypadało być wulgarnym. Miejsce było wyjątkowe; świadczyły o tym dziesiątki świętych obrazków i krzyżyków przymocowanych do drzew. Dopiero teraz zadarł głowę i zauważył, jak wiele tych pamiątek i śladów ludzkiej wdzięczności przegapił wcześniej. Na dobrą sprawę nie sposób było zabłądzić – drogę do szeptuchy wyznaczały kapliczki na pniach. Dobrze wiedział, że ozdobionym nimi drzewom nic nie grozi i nikt nie odważy się ich ściąć. Każdego drwala czy pilarza, który tknąłby swym narzędziem drzewo z wotywną deską, czekało nieszczęście. Choroba albo śmierć w rodzinie. Tak wierzono tu od wieków, a i dziś wiara ta najwyraźniej miała się całkiem dobrze. Nie zdziwiło go to; ludzie w tym regionie żyli bliżej natury. Pełniej i piękniej, jakby wiedzieli więcej. Dlatego tu przyjechał. To była jego ostatnia deska ratunku. Jego deska wotywna.

Kilkadziesiąt żyjących jeszcze szeptunek każdego dnia szeptało słowa modlitwy, pochylając się nad takimi jak on. Ludźmi bez nadziei, dla których zabrakło racjonalnych rozwiązań. Na wsi dawniej wszystko było poukładane – jak bolał ząb, szło się do kowala. Jak w okolicy był znachor czy zielarz, można było go poprosić o mieszankę na wszystkie dolegliwości. Jeśli zmartwienia nie przechodziły, konieczna była wizyta u szeptuchy. Idź do tej, co się modli – mówiono wtedy, godząc się na ostateczną Boską interwencję. Bo w rzeczy samej wierzono, że szeptuchy swój dar otrzymały właśnie od Boga, i dlatego mogą pomóc w sprawach beznadziejnych. To była ich powinność – obdzielać posiadanym darem potrzebujących. Dziś z ich usług korzystali nie tylko najbliżsi sąsiedzi, ale przede wszystkim zabiegani mieszkańcy wielkich miast. Tylko tu, przyparci do muru przez chorobę, znajdowali chwilę dla siebie. Jakby wkraczając na posesję tej czy innej starowinki, zrywali krępujący ich gorset uprzedzeń, nawyków i konwenansów. Nawet jeśli drogę w takie miejsca znaleźli w Google.

Tak właśnie poczuł się Kosma, uchylając furtkę prowadzącą na małe podwórko. Obowiązkowa grusza, lipa i jabłoń skłaniały swe wiekowe gałęzie, a pilnujące porządku w obejściu psy podbiegły, machając przyjaźnie ogonami. Z daleka było widać, że są przyzwyczajone do wizyt obcych i oczekują od nich nie tylko zainteresowania, ale i smakołyków. Nie przewidział tego, ale jako właściciel wilczarza irlandzkiego, który też nie stronił od psich przysmaków, w plecaku miał jakiś zapas. Obdzielił nim sprawiedliwie parę kundelków i podrapał je po grzbietach. Na razie szło mu jak z płatka. Pełen nadziei podniósł się i ruszył w stronę drzwi.

Za Radzyminem zaczęło nieśmiało zmierzchać. Ostre jeszcze słońce wisiało nisko nad horyzontem i coraz częściej znikało za kępami drzew. Przez Marki i centrum przejechała bez problemu. Jakiś kilometr przed domem rodziców zatrzymała się na chwilę na stacji benzynowej. Kupiła opakowanie ibupromu; nie była pewna, czy w domowej apteczce coś znajdzie. Bała się, że bez pigułki przeciwbólowej jej codzienne leki nie wystarczą, żeby przespać chociaż parę godzin. Jechała powoli pustoszejącymi uliczkami, coraz dalej od serca miasta.

Teraz dopiero zaczynała pojmować niezrozumiałą niezgodę na to wypchnięcie jej na głębinę bez chwili na ostatni oddech. Tłumaczyła ją sobie na wszelkie możliwe sposoby przez te wszystkie miesiące. I za każdym razem wspomnienie łagodnego uśmiechu Kosmy, jego szczerych oczu i słów o nich, o ich przyszłości, którymi karmił ją jak ciastem wyjętym prosto z pieca, było jak nagły niespodziewany krzyk wśród tysięcy myśli przychodzących jej do głowy zawsze wtedy, kiedy próbowała nakazać swojemu wewnętrznemu wzrokowi zajrzeć mu za plecy i zobaczyć jego drugą twarz. Nagle okazało się, że tej twarzy nie było. Że był tylko jego strach przed jej drugą twarzą, którą bał się zobaczyć po tym, kiedy powie Matyldzie prawdę. Jak bardzo ten strach odsunął go od ich świata, w którym już nic nie miało być twardsze od fundamentu szczerości? Tego fundamentu, którego nowe znaczenie poznawali właściwie po raz pierwszy…? Czuła nieznany posmak wymykającej się rozumowi ulgi, że jednak ta niezgoda potrafiła wytrwać w niej aż do teraz i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku odejść gdzieś, gdzie być może okaże się bardziej potrzebna. Na jej miejscu mościła się już bez skrępowania bezradność wobec czegoś, na co Matylda nie miała wpływu – niechcianych prezentów od losu, który zostawiał je pod drzwiami bez pokwitowania i możliwości zwrotu.

Bał się dzielić z nią ten lęk. I w końcu każde zostało samo ze swoim.

Kiedy podjeżdżała pod dom, paliło się już tylko światło w kuchennym oknie. Ojciec, jeśli jeszcze nie spał, czytał coś pewnie w łóżku przy nocnej lampce, ale z podjazdu nie mogła tego zobaczyć.

Pani Radecka musiała usłyszeć szum silnika, bo kiedy Matylda otwierała niezamknięte jeszcze na klucz drzwi, stanęła w korytarzu z bawełnianą ściereczką w dłoni.

– Już miałam dzwonić… Długo cię nie było, dziecko – powiedziała cicho i poprawiła spadający na czoło kosmyk włosów. Matylda wyraźnie zauważyła, że matka jest zmęczona i że widok córki całej i zdrowej przyniósł jej ogromną ulgę.

– Jestem. Jak dzieci? – Zdejmowała szybko sandałki, patrząc cały czas uważnie na twarz matki.

– Śpią od jakiejś godziny.

– Mocno płakały? – Pocałowała ją szybko w policzek i minęła, kierując się w głąb mieszkania.

– Prawie wcale, aniołki…

– Ostatni raz zostawiłam je na tak długo – powiedziała cicho bardziej do siebie niż do matki.

Spory pokój nie był zupełnie ciemny. Oświetlały go dwie małe lampki dające ciepły, słaby blask. Matylda podeszła do dwóch łóżeczek postawionych obok siebie. Dziewczynki spały spokojnie, obie na tym samym boku z rączkami uniesionymi do góry. Patrzyła z czułością na córki i dotykała ich maleńkich, chłodnych paluszków, gładząc delikatnie dołki ich dłoni opuszkiem palca. Czy on czułby tę bezbrzeżną, niezwykłą miłość, jak ona teraz?

 

Siedziała przy oknie, jakby czekała specjalnie na niego. Zza szyby widział, jak mruży oczy wodnistej barwy, a poprzecinana zmarszczkami twarz krzywi się w uśmiechu. Paraskiewa lubiła gości, nawet takich niezapowiedzianych.

W środku było jak w chatce Baby Jagi. Ciemno, duszno i… jakoś tak tajemniczo. Rozejrzał się dyskretnie. Brakowało tylko kota i zwisającego spod sufitu nietoperza. Zamiast niego na powale dostrzegł okopcony woskową świecą krzyż, na ścianach wisiało wiele świętych obrazków. Przeważały ikony, niektóre zapewne starsze od gospodyni. Zwykłe, wystrugane w kawałku drewna krucyfiksy, jakieś rodzinne pamiątki, pęczki ziół. Dokładnie tak to sobie wyobrażał, na dobrą sprawę niczym go to miejsce nie zaskoczyło. Pełno religijnych akcentów. Złe nie miało tu wstępu.

– Witajcie, matko – pozdrowił starą po przestąpieniu progu, jakby w odpowiedzi na jej zapraszający gest ręką. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

– Na wieki wieków! – Kobieta skinęła głową i dalej wpatrywała się w niego uważnie.

– Pomocy mnie waszej potrzeba, każą mi się na tamten świat szykować…

– Ja znaju, znaju, za czem ty prichodisz. – Paraskiewa mówiła z typowymi dla tego regionu wschodnimi naleciałościami. – Tylko ja stara już, sił u mnie mało.

– A skąd wiecie, matko, co mnie do was sprowadza? – zapytał zaskoczony. Kobieta w odpowiedzi tylko wzniosła oczy ku górze i bezdźwięcznie wyszeptała kilka zdań modlitwy.

Szeptucha. Był u szeptuchy!

– Gardło u ciebie chore, ja to czuję. I niespokojny ty jeszcze z innych powodów.

– Proszę o modlitwę, to dla mnie ostatnia szansa.

– Słabam, ale pomocy odmówić nie mogę. Siądzie tam w kuchni przy stole i poczeka.

Czuł się w tym miejscu bezpiecznie, jakby bywał tu już wcześniej. Prawosławne krzyże, pięknie napisane ikony, miodowy zapach woskowych świec, które gospodyni rozstawiła w każdym kącie – wszystko to lekko go onieśmielało i sprawiło, że poddał się Paraskiewie bez wahania.

– Wo Imia Otca i Syna, i Swiataho Ducha. Amiń. – Stara stanęła przy nim i przeżegnała się. Powtórzył gest i czekał na ciąg dalszy.

– Sława Tiebie, Boże nasz, sława Tiebie… – Szeptunka mówiła coraz ciszej, jej głos zamierał i momentami prawie nie wydawała z siebie dźwięków. Płonącą świecę podniosła nad głowę Kosmy i kilkukrotnie uczyniła nią znak krzyża.

– Cariu Niebiesnyj, Utieszytielu, Dusze Istiny… – Słowa cichej modlitwy działały na niego kojąco. Bez sprzeciwu patrzył, jak kobieta w kawałek chusty przesypuje z paleniska sporą garść popiołu, zawiązuje w supeł i przykłada do jego szyi, klatki piersiowej, głowy i karku.

– Swiatyj Boże, Swiatyj Krepkij, Swiatyj Bezsmertnyj, pomiłuj nas… – powtarzał jej słowa jak mantrę, prosząc o to zmiłowanie, jak o nic nigdy wcześniej nie prosił. Paraskiewa wciąż starała się zetrzeć z niego przy pomocy popiołu z uświęconych ziół wszelkie dolegliwości, jakby ścierała gumką myszką błędy na zapisanej kartce.

– Hospodi, pomiłuj…

Resztę wizyty Kosma pamięta jak przez mgłę. Siedział odurzony woskowymi świecami i obserwował, jak szeptunka okadza go dymem z wielkiego naręcza suszonych ziół. Zapachy mieszały się z sobą, kiedy wsunęła mu świecę w ściśnięte dłonie i okrążała go, wymachując dymiącym wiechciem. Wciąż szeptała modlitwy, których już nawet nie starał się zrozumieć. Na głowie rozłożyła mu białą chustę, a na niej umieściła włosie – długie, jakby z końskiego ogona. Przyłożyła świecę, spłonęło w okamgnieniu.

– Będzie dobrze, wszystko się ułoży. – Jej głos wyrwał go z letargu. Odruchowo zerknął na zegarek. Minęły niemal dwie godziny, odkąd wszedł do chaty szeptunki. Przysiągłby, że dopiero przed chwilą wysiadł z autobusu.

– Bóg zapłać, Paraskiewo. – Stał nadal przy stole, przestępując z nogi na nogę i nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Jasne było, że kobieta nie przyjmie zapłaty za wizytę i okazaną pomoc. Jak każda szeptunka uważała, że darem od Boga musi dzielić się z innymi z potrzeby serca, nie dla zysku. Najbezpieczniej było zostawić kilka złotych, za które przy okazji nabożeństwa kupi w cerkwi świece. Tak zrobił; wysypał na stół kilka piątek, na co gospodyni pokiwała z aprobatą głową.

– Pójdę ja do cerkwi, jak Bóg da zdrowie, i zapalę jeszcze za ciebie świecę. A teraz idź, mnie odpocząć trzeba.

– Nie wiem, jak się odwdzięczyć. Może drewna narąbię albo wody przyniosę? – Chciał się na coś przydać. Wydawało mu się, że te pięciozłotówki za nadzieję, którą mu dała, to zdecydowanie za mało.

– Gdyby ty miał jakiej słodkiej czykulady… – Paraskiewa urwała z nadzieją w głosie.

Kosma sięgnął do plecaka i bezbłędnie wymacał palcami tabliczkę mlecznego wedla, dziękując w duchu czerwonoustej ekspedientce z przydrożnego sklepiku. Słodycze miał zjeść w drodze powrotnej, ale bez żalu podał czekoladę kobiecie.

– Gdybym wiedział, kupiłbym więcej!

– Jeszcze będzie okazja! Z Bogiem!

Uczepił się tej myśli i ruszył drogą przez las. Jeszcze będzie okazja! Jeszcze ma szansę!

Czuła, że ta niepotrzebna wyprawa do Blanes była jedną wielką histeryczną mobilizacją, niemającą nic wspólnego z metodycznym działaniem, które pozwoliłoby jej osiągnąć zamierzony cel. Nie widziała go jeszcze przed sobą. Wiedziała tylko, że musi go sobie znaleźć szybko. Jak najszybciej.

Zrozumiała to zaraz po starcie, kiedy rozejrzała się po obcych twarzach w samolocie. Tłum, któremu nie miała nic do powiedzenia. W Marimurtrze spędziła tylko kilka godzin. Nie potrafiła ani się nią cieszyć, ani nawet spacerować pachnącymi alejkami. Zapachy południa, które zawsze wprawiały ją w lepszy nastrój, tym razem przepływały przez nią, najpewniej obrażone jej zupełnym brakiem zainteresowania.

Była niemożliwie senna i osłabiona. Ten stan utrzymywał się już od dobrych kilkunastu dni. Z początku nie zwróciła na to uwagi, składając to na karb najpierw przeżyć, a potem zmiany klimatu. Szybko jednak w dwójnasób zakręciło jej się w głowie na myśl, która otworzyła jej szeroko oczy – dosłownie i w przenośni. Przeliczyła dni, używając palców obu dłoni. Okres spóźnił jej się zaledwie kilka razy w życiu; kiedy długo chorowała na jakieś uporczywe infekcje i kiedy była w ciąży… Pokręciła głową, jakby zaprzeczała komuś niewidzialnemu, i oparła się całymi plecami o ławkę. Kończyła się sjesta. Prawie zupełnie pusty do tej pory ogród powoli zaczęli zapełniać zwiedzający. Ciepło suchego powietrza i intensywny zapach nieznanych kwiatów potęgowały nierealność tej chwili, a myśli o przyszłości tworzyły korowód, który zdawał się bardziej rzeczywisty niż wibrujące wciąż otoczenie.

Nie mogła się mylić. Zresztą w tej kwestii nie pomyliła się nigdy. Nadmierna senność, zawroty głowy i mdłości; znała to aż za dobrze. Pierwszy raz przyszło jej to do głowy jeszcze w siedlisku, kiedy na wszelki wypadek odmówiła wina do kolacji. Wtedy nieznośne zmęczenie kojarzyła tylko z szybkim remontem stodoły, w którym uczestniczyła z ogromnym zapałem. I wtedy jeszcze był Kosma…

Wczorajszego wieczoru zrobiła to wyjątkowo świadomie.

A jednak pytanie Co teraz? mogła już zadać tylko sobie.

Nierzadko rozmawiali z Wiktorem, co by było, gdyby zdarzyło się jeszcze raz… Tu byli zgodni. Nie chcieli już dodatkowych trudów rodzicielstwa. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby kolejny raz na własne życzenie narzucać sobie ograniczenia tak naprawdę w każdej dziedzinie życia. Tak myślała wtedy. Stała na tym stanowisku przez całe lata, nosząc w sobie niezachwianą pewność argumentów za nim przemawiających. Do teraz.

Miała wystarczająco dużo czasu na przemyślenia. Nie miała za to wpływu na druzgocącą dla niej decyzję Kosmy. Ale jeśli kiedykolwiek będzie umiała się z nią pogodzić, to stanie się to tylko wtedy, kiedy kolejnych nie będzie uzależniać od emocji noszonych od tamtego dnia jak druga skóra.

Wybrała klinikę, z której korzystały prawie wszystkie jej warszawskie klientki.

Lekarz podał Matyldzie rękę i pomógł jej zejść z wysokiego fotela. Naciągnęła dżinsy i nie zapinając ich, przeszła na leżankę.

Nie była zdziwiona, kiedy podczas standardowego badania mówił o zmianach w jej ciele zwiastujących ciążę. Nie komentowała. Milcząc, trzymała ręce na brzuchu, patrzyła za okno i cierpliwie czekała na koniec badania.

Ile ma pani lat?

Doskonale wiedziała, jak wygląda zwykłe badanie USG ciąży bez powikłań. Ciąży mnogiej również. Dyskretnie przyglądała się twarzy położnika od momentu, kiedy na ekranie monitora pojawiły się zbiory kropek i ciemnych plam, zmieniających szybko swoje kształty w miarę przesuwania głowicy aparatu po jej nażelowanym brzuchu.

W którymś momencie lekarz poprawił się nerwowo na krześle i przekręcił głowę na bok. Przez kilka długich minut słyszała tylko jednostajny szum urządzenia. Miała wrażenie, że doktor wraca głowicą aparatu do miejsc, które już obejrzał. Nie myliła się.

Czy w pani rodzinie były przypadki ciąży mnogiej? – Drugie pytanie zabrzmiało zaraz po pierwszym z tym rodzajem stanowczości w głosie, który wymuszał na pytanym mówienie prawdy i tylko prawdy. Na moment wstrzymała oddech.

Tak… – Rozjaśniające się z wolna oblicze ginekologa sprawiło, że zrobiło jej się gorąco. Spodziewała się tego pytania od dłuższego czasu. Gdyby nie padło, byłaby chyba nie mniej zaskoczona.

W bliskiej rodzinie?

Jestem mamą dorosłych bliźniąt – odpowiedziała, nie spuszczając oka z lekarza. Już wiedziała.

Mężczyzna oderwał na chwilę wzrok od migającego ekranu i spojrzał na Matyldę, unosząc brwi nad spokojnymi oczami, w których nie dostrzegła niczego, co mogłoby ją zaniepokoić.

Pani Matyldo. – Lekarz wytarł lewą dłoń o nieskazitelnie biały fartuch. – Wygląda na to, że szczęście po raz drugi uśmiecha się do pani.

To trzecia ciąża, więc… – Jeszcze nie mogła uwierzyć, że to się właśnie dzieje.

Jest pani w bliźniaczej ciąży, pani Matyldo. Albo w dwojaczej; w tej chwili jest jeszcze za wcześnie, żeby stwierdzić dokładnie jej rodzaj. Proszę spojrzeć! – odwrócił monitor w ten sposób, żeby mogła patrzeć swobodnie na ekran razem z nim. – Tu jest pierwszy maluszek, a tu… – Przekręcił zimną głowicę raz w lewo, raz w prawo. – A tu drugi. – Przesunął palec wskazujący lewej ręki na nieczytelną jeszcze dla niej drugą plamkę.

Matylda w cieniach, kropkach i łukach próbowała dopatrzeć się swojego szczęścia; swoich dwóch szczęść…

Na aparacie dopplerowskim obejrzymy sobie dzieci jeszcze raz dokładnie, ale dzisiejsze badanie nie wykazuje nic niepokojącego – mówił, wycierając delikatnie papierowym ręcznikiem brzuch Matyldy z nieprzyjemnej lepkości. – Z gratulacjami wstrzymujemy się zawsze do porodu; ciąża mnoga jest zawsze ciążą wysokiego ryzyka. Zapewne pani to wszystko już wie… A muszę dodać, że pani wiek w tym przypadku nie będzie naszym sprzymierzeńcem.

Matylda usilnie starała się skupić na tym, co spokojnie tłumaczył jej położnik.

To zrozumiałe; oczywiście. Dlatego nie planowałam ciąży. Zwyczajnie zawiodła mnie antykoncepcja. – Westchnęła. – Jak widać, los postanowił mnie w przewrotny sposób uszczęśliwić – mówiła poważnie z cieniem uśmiechu na twarzy.

Zapięła ostatni guzik cienkiej koszuli i usiadła na krześle naprzeciw lekarza. Próbowała panować nad gestami i głosem; gdyby ją znał, zauważyłby napięcie, jakie towarzyszyło każdemu jego słowu. Wszystko, co mówił od tego momentu, docierało do niej z małym opóźnieniem; część informacji ulatywała gdzieś w przestrzeń jak niewidzialne powietrze z jej przyspieszonych oddechów. Skonstatowała, że w jakiś dziwny sposób nie czuje się zdruzgotana, mając w perspektywie samotne macierzyństwo z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale przez jeden krótki moment nie chciała być dorosła. Czekała ją powtórka, a ściągi będzie musiała napisać sama.

Życie za życie? Zadośćuczynienie w rozmiarze XL… Masz gest!

Panika szybko wzięła górę nad złością i w błyskawicznym tempie zaczęła przejmować kontrolę nad natłokiem wspomnień sprzed wielu lat. Matylda zaczerpnęła głośno powietrza i trochę za mocno powiedziała:

Rozważam…

Tak? – Lekarz podniósł wzrok znad pachnącej nowością książeczki przebiegu ciąży z radosnym bobasem na okładce i spojrzał na nią uważnie.

 

Rozważam… – Patrzyła prosto w oczy położnika, jakby w kolorze ich tęczówek miała odczytać dalszą część zdania.

Słucham, pani Matyldo. – Odłożył długopis na bok.

Słowa położnika rozmyły się w tym samym momencie, w którym dotarło do niej, że gdyby zgubiła te kilka kartek w kratkę ze słowami skreślonymi jego dłonią, gdyby ich nie było… Nawet bieliznę, z której ją ostatnio rozbierał, musiała wyrzucić, bo zniszczyła ją niechcący, wrzucając do białego prania szmaragdowy T-shirt… Nie miałaby, nie ma, nic więcej…

Do końca pierwszego trymestru, podobnie zresztą jak i w pojedynczych ciążach, nic nie jest jeszcze pewne. Na pierwszym etapie co trzecia ciąża jest mnoga, jednak najczęściej jeden z płodów obumiera i rodzi się tylko jedno dziecko. – Kontynuował lekarz po dłuższej chwili milczenia. – Ale o tym też zapewne pani już wie. – Patrzył na nią badawczo.

Tak, wiem. Pamiętam, czym jest resorpcja, znam też odpowiednie statystyki. I domyślam się, że szczęśliwy finał takich ciąż nie dotyczy zbyt wielu matek w wieku podobnym do mojego…

Bądźmy dobrej myśli. – Położnik uśmiechnął się delikatnie do Matyldy i pochylił nad kartką. – Dlatego skieruję panią do doktor Ryleckiej. To doskonały specjalista z wieloletnim doświadczeniem w prowadzeniu ciąż wielopłodowych. Powinna być pani w najlepszych rękach, tym bardziej teraz; stąd moja propozycja. Jeśli oczywiście zdecyduje się pani pozostać pacjentką naszej kliniki.

Dał jej tyle czasu na odpowiedź, ile potrzebowała.

Rozumiem. I ufam pańskiemu rozeznaniu w tej kwestii.

Doktor Rylecka to bardzo dobry wybór. – Machnął parafkę na ostatniej z recept. – Zleci też niezbędne badania i dokładnie ustali rodzaj ciąży; to dopiero siódmy tydzień, więc nie ma powodów do niepokoju, że coś w tej kwestii przeoczymy. Jeśli ciąża będzie rozwijać się prawidłowo, nie musi pani w jakiś szczególny sposób ograniczać swojej aktywności zawodowej czy ruchowej; w granicach zdrowego rozsądku oczywiście. Regularne wizyty i badania kontrolne wychwycą wszelkie nieprawidłowości, ale, miejmy nadzieję, w pani przypadku nie będzie to miało miejsca. Czy potrzebuje pani zwolnienia lekarskiego? – Uniósł wzrok znad gęsto zapisanej kartki.

Nie… Jeszcze nie. – Zawahała się przez moment.

W recepcji proszę ustalić datę następnej wizyty. Proszę też myśleć pozytywnie i dbać o siebie, rzecz jasna.

Wzięła z ręki ginekologa plik karteczek, a swoje czarno-białe szczęścia oddała na przechowanie bezzębnemu bobasowi z okładki.

Tak było lepiej… Tak było zdecydowanie lepiej…

Podobno miłość może się zacząć od jednego spojrzenia. W ich przypadku zaczęło się od listu. Przynajmniej u niego – wiedział o tym chwilę po sięgnięciu do koperty, którą upuściła w kawiarni. Ona potrzebowała więcej, chociaż tak naprawdę to musiał jedynie musnąć jej ucho swoim głosem. Umiał to robić jak mało kto. Przepadła. A później przepadło wszystko.

Kosma siedział teraz w przedziale pociągu do Warszawy. Na białostockim dworcu zdążył tylko kupić kanapkę, którą jedynie kochająca matka sprzedawcy nazwałaby świeżą i pożywną. I tak nie miał ochoty na jedzenie. Za oknem było ciemno, w przedziale oprócz niego siedziały dwie dziewczyny, nieco dalej młody ksiądz. Kosma rozmyślał nad tym, co działo się w jego życiu przez ostatni rok. Miał świadomość, że były to miesiące skradzione losowi, że szczęście może go opuścić w każdej chwili. Nigdy się nie złamał, nie pojechał na Mazury, nie szukał jej. Takie spotkanie nie wchodziło w rachubę. Z rozmysłem strzaskał jej serce – cóż mógłby jej teraz powiedzieć? Że sam się dziwi, ale jeszcze żyje? I co z tego? To jakieś wytłumaczenie?

Przez chwilę przyglądał się dziewczynom; jedną z nich miał dokładnie po przekątnej. Obcięta na zapałkę, najwyraźniej stylizowała się na chłopczycę, ale było w niej tyle seksapilu, że nawet wysokie, męskie buciory nie pozbawiały jej uroku. Tym bardziej, że opalony odcinek pomiędzy cholewką a nogawką obciętych krótko dżinsów zdawał się nie mieć końca. Skóra jej ud przypomniała mu o tabliczce mlecznej czekolady, którą zostawił na kuchennym stole w Czeremsze. Uśmiechnął się; dziewczyna zauważyła to i chyba błędnie zinterpretowała, bo teraz ona zaczęła przyglądać mu się ukradkiem. Mimochodem poprawiła białą bluzkę, pod którą dostrzegł kontury biustonosza. Push-up? Nie był pewien. Chyba nie! Ten rodzaj stanika, jak i wiele innych eksponujących kobiece dekolty, wymyślono w Kanadzie, w firmie Wonderbra. Powinien podzielić się tą wiedzą z posiadaczką najpiękniejszych nóg w przedziale?

Może gdyby była sama…

Może gdyby nie umierał. I gdyby gdzieś tam nie było kobiety, którą kochał.

Odwrócił głowę, co dziewczyna po chwili skwitowała cichym prychnięciem. Zamknął oczy i zatopił się w myślach. Prawie usypiał, kiedy w kieszeni odezwał się jego telefon. Umyślnie pozwolił, by niezawodna nokia zagrała niemal całą melodię. Voo Voo – od wielu tygodni jej nie zmieniał, i dziś wyjątkowo pasowała do jego sytuacji.

Jestem jak pijany, płaczę i cierpię

Jeżeli wiem – mówię, przedstawiam to sobie

Jestem jak pijany

Tam, gdzie nie ma śmierci,

Tam, gdzie się triumfuje – podążam

Jestem jak pijany

Obym nigdy nie zmarł, obym nigdy nie zginął…2

Odebrał, kiedy ktoś po drugiej stronie pewnie tracił już nadzieję na połączenie. Zdążył zerknąć jeszcze na wyświetlacz; zobaczył na nim policyjne kajdanki. Nie zdziwiło go to, w zasadzie mógł się spodziewać tego telefonu. Ewie Lorenz należała się relacja z wypadu na Podlasie.

– Co ty sobie myślisz? Że nie musisz się już meldować? – Podkomisarz zaczęła jak zwykle czule, później było już tylko lepiej. – Miałeś zadzwonić! Jaja ci pourywać to mało!

– Obudzisz syna, jeśli będziesz tak krzyczeć… – Zakrył słuchawkę dłonią, bo wydawało mu się, że jej donośny głos dociera do najdalszych siedzeń w przedziale. Młody ksiądz podniósł się z fotela, jakby chciał do niego podejść, ale zobaczywszy, że Kosma rozmawia, opadł z powrotem na siedzenie.

– To się zachowuj, jak trzeba! Gdzie jesteś? – Ewa zniżyła głos tylko trochę. Wciąż była zła, wiedział o tym.

– Już w pociągu. Wracam.

– Załatwiłeś coś? Jakieś ślady ruskiej mafii? Coś, co może mi się przydać? – Najwyraźniej humor jej się poprawiał.

– Nie, mam za to trop do kryjówki ostatniego z żołnierzy zmokniętych, czy jakoś tak…

– Nie rób żartów z poważnych tematów!

– Rozkaz. Wpadnę, jak dojadę do Warszawy. Śpij dobrze! – Rozłączył się, nie dając jej szans na dalsze połajanki. Pracownica Komendy Stołecznej Policji Ewa Lorenz była jedną z niewielu osób, którym ufał i z którymi czuł się dobrze. Krótka chwila namiętności, jaka połączyła ich rok temu, błyskawicznie przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. To ona pomogła mu wcielić w życie plan wymyślony, by rozstanie z Matyldą przebiegło bez scen. I to ona pomagała mu przetrwać najcięższe tygodnie po tym, jak już stracił wszystko, co kochał. Nigdy nie wykorzystała sytuacji, by się do niego zbliżyć. Pomieszkiwał u niej stanowczo zbyt często, ale na dobrą sprawę, odkąd jego przyjaciel Hub na dobre zaszył się na Mazurach, była jedyną osobą w stolicy, do której mógł się zwrócić o każdej porze dnia i nocy. No i jej syn, Piotruś, cieszył się z każdej wizyty wujka.

Schował telefon do kieszeni i odwrócił się do okna. W ciemnej tafli szkła odbijało się wnętrze przedziału. Dziewczyny zajęły się rozmową, za to ksiądz najwyraźniej miał do niego jakąś sprawę. Kosma dostrzegł, że młody duchowny podchodzi wolno, jakby nie był pewny, czy nie będzie przeszkadzał.

– Mogę się przysiąść na chwilę? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Jasne, coś się stało?

– Ta piosenka z telefonu… Nigdy jej nie słyszałem.

– Zainteresowała księdza? To Voo Voo ze ścieżki dźwiękowej do filmu Krzysztofa Bukowskiego. Ksiądz jest młody, ale w zasadzie mógł to już słyszeć. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy rok.

– Nie słyszałem. Jaki to film?