Zmartwychwstanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XXVI.

— Proszę księcia pana, państwo oczekują — rzekł tłusty szwajcar, otwierając cicho dębowe drzwi, na angielskich osadzone zawiasach. — Siedzą przy stole, i tylko księcia kazano przyjąć. Szwajcar podszedł ku schodom i zadzwonił.

— Czy jest kto? — zapytał Niechludow, zdejmując paltot.

— Pan Kołosow — i sami swoi.

Na schody wyjrzał postawny lokaj we fraku i białych rękawiczkach.

— Proszę jaśnie oświeconego księcia — rzekł — kazano prosić.

Niechludow wszedł na schody i udał się przez znaną dobrze dużą i wspaniałą salę do jadalni. Przy stole zastał całą rodzinę, prócz księżnej Zofii Wasilówny, nigdy nie opuszczającej swego gabinetu. Na pierwszem miejscu siedział stary Korczagin, z lewej strony obok doktór, z prawej gość Iwan Iwanowicz Kołosow, były marszałek szlachty, obecnie członek zarządu banku, wolnomyślny kolega Korczagina. Dalej po lewej stronie miss Peder, nauczycielka małej siostry Missi, obok niej czteroletnia dziewczynka. Naprzeciwko z prawej strony Petia, jedyny syn Korczaginich, gimnazista, zdający egzamin, co zatrzymywało w mieście całą rodzinę, obok niego korepetytor, student. Następnie Katarzyna Aleksiejewna, 40-toletnia panna, słowianofilka, naprzeciw Michał Siergiejewicz, albo Misza Telegin, przyrodni brat Missi, i nareszcie, na szarym końcu, sama Missi, a obok niej przygotowane nietknięte nakrycie.

— Otóż tak, to dobrze. Siadaj książę — dopiero rybę jemy — żując z trudem i ostrożnie wstawionemi zębami — przemówił stary Korczagin, podnosząc na Niechludowa nastrzyknięte krwią, z mało wydatnemi powiekami oczy.

— Stefanie — rzekł, mając pełne usta do wspaniałego, tłustego kamerdynera — i wskazał oczyma na puste talerze. Chociaż Niechludow znal doskonale i niejednokrotnie widział przy stole starego Korczagina, nieprzyjemne zrobiła na nim wrażenie ta czerwona, spasła, mlaszcząca ustami, zasłonięta założoną za kamizelkę serwetę gruboszyjna generalska figura.

— W tej chwili — wasza książęca mość — rzekł kamerdyner, wskazując oczyma lokajowi nakrycie obok księżniczki, które sam zaczął porządkować, zdejmując nałożoną na talerz serwetę z herbowym znakiem.

Niechludow obszedł stół koleją, ściskając ręce. Wszyscy, prócz starego Korczagina, podnosili się — skoro się zbliżał. I ta procesya około stołu, i witanie ludzi, z którymi prawie nigdy nie rozmawiał, wydała mu się dziwnie komiczną. Przepraszał za opóźnienie i chciał już zająć miejsce, ale stary Korczagin prosił, że, jeśli nie pija wódki, to niechaj chociaż co przekąsi przy stoliku, na którym stały kawior, homary, ser i śledzie. Niechludow nie sądził, że jest tak głodny, ale zacząwszy jeść chleb z serem, nie mógł wstrzymać się i jadł chciwie.

— Cóż — burzyliście panowie społeczne podwaliny — rzekł Kołosow, powtarzając z ironią wyrażenie zacofanego dziennika, powstającego przeciwko sądom przysięgłych. Uniewinniliście winnych, skazali niewinnych, co?

— Burzyli podwaliny, burzyli podwaliny — powtórzył, śmiejąc się książę, wierzący nieograniczenie w rozum i uczciwość liberalnego kolegi i przyjaciela.

Niechludow, nie zważając, że to niegrzecznie, nic nie odpowiedział Kołosowowi, siadł i zaczął jeść gorącą zupę.

— Dajcie mu zjeść — śmiejąc się, rzekła Missi owym zaimkiem „mu” zaznaczając stosunek blizki.

Kołosow opowiadał głośno treść artykułu przeciwko przysięgłym, który go oburzył. Potakiwał mu Michał Siergiejewicz i opowiedział treść drugiego artykułu, pomieszczonego w temże piśmie.

Missi była, jak zwykle, wytworna i skromnie, ale bardzo gustownie ubrana.

— Musisz pan być strasznie zmęczony i głodny? — rzekła, doczekawszy się, że jeść przestał..

— Nie, nie bardzo. A pani? Jeździliście państwo oglądać obrazy?

— Także nie. Zagraliśmy w lawn-tennisa u Sołomotowych. Rzeczywiście, mistrz Kruks gra znakomicie.

Niechludow przyjechał tu, aby się rozerwać i bywało mu bardzo przyjemnie w tym domu, wskutek owego szyku i dostatku, który na niego oddziaływał mile, ale także wskutek tej atmosfery uprzedzających względów, jaka go otaczała. Dziś jednak, szczególna rzecz, wszystko mu się niepodobało..

Wszystko, poczynając od szwajcara, szerokich schodów, pokojów, kwiatów, przybrania stołu, aż do samej Missi, która wydawała mu się mało pociągającą i nienaturalną.

Nie podobał mu się zarozumiały, spowszedniały, liberalny ton Kołosowa, nieprzyjemną była bycza, zmysłowa figura starego Korczagina, nieprzyjemne francuskie frazesy słowianowilki, zażenowane twarze guwernantki i korepetytora, a osobliwie ów poufały zaimek „mu, ” stosowany do jego osoby.

Niechludow miał dla Missi dwa rodzaje wrażeń: raz wydawała mu się niby w oświetleniu księżycowem piękną, świeżą, rozumną i naturalną. I znów nagle, niby w pełnym blasku słońca, dostrzegał wszelkie jej braki. Dziś właśnie przyszedł na niego dzień taki. Dostrzegał każdą zmarszczkę na twarzy, trefione włosy, spiczaste łokcie, nawet szeroki paznokieć u wielkiego palca, taki sam, jaki miał generał, ojciec.

— Nudna gra ten tennis — rzekł Kołosow — daleko weselsze były łapki, w które grywaliśmy w dzieciństwie.

— Nie, pan tego nie zna. To nadzwyczaj zajmujące! — zawołała Missi, z przesadą wymawiając wyraz „nadzwyczaj.” Tak się przynajmniej wydawało Niechludowowi. I zaczęła się sprzeczka, w której wzięli udział i Michał Siergiejewicz, i Katarzyna Aleksiejewna. Tylko korepetytor, nauczycielka i dzieci milczeli, nudząc się najwidoczniej.

— Wiecznie się kłócą — głośno śmiejąc się, przemówił stary Korczagin, dobywając serwetę z pod kamizelki, i odsunąwszy z hałasem krzesło, które pochwycił lokaj, wstał od stołu.

Wstali wszyscy i podszedłszy do stolika, gdzie byli płukanki, wypłukali aromatyczną wodą usta i prowadzili dalej niezajmującą nikogo rozmowę.

— Czyż nie mam racyi, że w niczem tak się nie przedstawia charakter ludzi, jak w zabawie — mówiła Missi, zwracając się do Niechludowa.

Spostrzegła w jego twarzy ten skupiony i badawczy wyraz, którego się obawiała zawsze i chciała dociec, zkąd to pochodzi.

— Naprawdę, nie wiem, nigdy nie myślałem o tem — odpowiedział Niechludow.

— Pójdzie pan do mamy? — zapytała Missi.

— Naturalnie, a jakże — odrzekł, dostając papierosa, ale takim tonem, jakby mu się zupełnie iść nie chciało.

Milcząc, pytająco popatrzyła na niego, że się zawstydził nieco.

— Rzeczywiście, przyjechać do kogoś po to, aby przynieść smutek i nudę — pomyślał i starając się być uprzejmym, oświadczył, że pójdzie z prawdziwą przyjemnością, jeśli tylko księżna przyjąć go raczy.

— Mamie to sprawi przyjemność. Palić i tam pan może. Iwan Iwanowicz jest u mamy.

Gospodyni domu, księżna, Zofia Wasilewna, była to sobie pani leżąca. Ósmy rok z rzędu przyjmowała gości, leżąc w koronkach, wstążkach, pośród aksamitów, złoceń, kości słoniowej, bronzu, laki chińskiej i kwiatów. Nie jeździła z wizytami nigdzie i przyjmowała tylko „swoich, przyjaciół,” t. j. tych wszystkich, którzy wyróżniali się z tłumu. Niechludow był w liczbie tych przyjaciół, najpierw jako inteligentny młody człowiek, następnie, że matka jego była blizką przyjaciółką domu Korczaginów, a nareszcie, że dobrzeby było, gdyby Missi za niego wyszła.

Pokój księżnej znajdował się za dużym i małym salonem.

W dużym salonie Missi, idąca przed Niechludowem, zatrzymała się nagle, oparła się na poręczy złoconego krzesełka i spojrzała mu w oczy uważnie.

Missi chciała koniecznie wyjść za mąż, a Niechludow był dobrą partyą. Prócz tego podobał jej się, i już przywykła do tej myśli, że on będzie jej, nie ona jego, a on jej. I z pewną, bezwiedną, ale upartą przebiegłością, jaką miewają chorzy umysłowo, dążyła do tego celu. Przemówiła obecnie, aby się coś dowiedzieć.

— Panu się coś stało? — rzekła. — Co panu jest?

Niechludow przypomniał sobie spotkanie w sądzie, nachmurzył się i zarumienił.

— Tak, rzeczywiście, stało się — a chcąc być szczerym, dodał — wydarzenie dziwne, niezwykłe i ważne.

— Cóż takiego, nie może mi pan powiedzieć?

— Teraz nie mogę. Daruje pani, że nie powiem. Zdarzyło się coś, nad czem nie zastanowiłem się jeszcze, nie obmyśliłem dobrze — rzekł, rumieniąc się jeszcze silniej.

— Więc mi pan nie powie?

Twarz jej drgnęła, a ręka posunęła małe krzesełko, które za poręcz trzymała.

— Nie mogę — odpowiedział, czując, że tak odpowiadając, odpowiada samemu sobie, że rzeczywiście spotkało go coś ważnego.

— Więc chodźmy...

Potrząsnęła głową, jakby odpędzając natrętne myśli, i szybszym, niż zwykle krokiem, poszła przodem.

Zdawało mu się, że księżniczka nienaturalnie ściągnęła usta, aby powstrzymać łzy. Zaczął żałować, że sprawił jej przykrość, ale wiedział, że najmniejsze ustępstwo zgubi go, a raczej splącze go jeszcze silniej. A tego się właśnie obawiał, więc milcząc szedł za nią do buduaru księżnej.

XXVII.

Księżna Zofia Wasilewna kończyła właśnie obiad bardzo wytworny i pożywny, a jadała go zawsze sama, aby nikt nie patrzył na nią przy tak prozaicznem zajęciu.

Przy szezlongu stał stoliczek z czarną kawą i właśnie w tej chwili paliła papierosa.

Księżna była brunetką, z czarnemi oczyma i długiemi, pięknemi zębami. Wysoka, chuda, utrzymywała starannie resztki dawnej piękności. Mówiono coś nie coś o jej stosunkach z doktorem. Niechludow przedtem nie myślał o tem. Skoro jednak zobaczył obecnie wyfiksatuarowaną, lśniącą, rozdzieloną na dwoje doktorską brodę obok fotelu księżnej pani, nietylko sobie owe gadania przypomniał, ale doznał pewnego niesmaku.

 

Tuż obok księżnej przy stoliku siedział Kołosow i łyżeczką mieszał kawę. Na stoliku stał kieliszek likieru.

Missi weszła z Niechludowem do buduaru matki, ale nie pozostała.

— Jak mamusia zmęczy się i wypędzi pana, to proszę do mnie — rzekła wychodząc do Niechludowa takim tonem, jakby nic pomiędzy nimi nie zaszło.

I uśmiechnęła się wesoło, oddalając się cicho po grubym dywanie, wyściełającym podłogę buduaru.

— Witaj, mój przyjacielu, siadaj i opowiadaj — rzekła księżna ze sztucznym, udanym uśmiechem, mogącym uchodzić za naturalny.

I pokazała długie, sztuczne, białe zęby, rzeczywiście tak zrobione po mistrzowsku, że można je było wziąć za naturalne.

— Mówiono mi, że przyjechałeś z sądu dziwnie rozstrojony? Ja myślę, że dla sercowych ludzi to rzecz ciężka — domówiła po francusku.

— Rzeczywiście, nieraz się czuję, że... że nie mam prawa sądzić.

— Comme e’st vrai! — zawołała, jakby zadziwiona prawdą przytoczonej myśli.

A uczyniła to sztucznie dla pochlebienia rozmawiającemu.

— A jakże pański obraz? Bardzo mnie to interesuje. Gdyby nie choroba moja, dawno już byłabym u pana, żeby zobaczyć.

— Porzuciłem go zupełnie — sucho odpowiedział Niechludow.

Chęć pochlebienia mu przez księżnę była tak widoczną, jak staranność w ukryciu gasnących wdzięków. Nie mógł zmusić się do tego, aby być przyjemnym.

— To daremna rzecz. Wiesz pan, sam Riepin powiedział, że książę ma wielki talent — rzekła do Kołosowa.

— Jak jej nie wstyd tak kłamać — chmurnie pomyślał Niechludow.

Przekonawszy się, że Niechludowa nie rozgada, księżna zwróciła się do Kołosowa z zapytaniem o nowy dramat, takim tonem, jakby zdanie Kołosowa miało decydować ostatecznie i wydać wyrok godzien uwiecznienia.

Kołosow ocenił dramat i wypowiedział przytem swoje poglądy na sztukę. Księżna Zofia zachwycała się trafnością sądu, próbowała bronić autora, ale ustępowała zaraz lub wynajdowała opinię pośrednią.

Niechludow patrzył i słuchał, ale widział i słyszał zupełnie co innego, niż to, co było w rzeczywistości.

Słuchając księżnej i Kołosowa, czuł, że ani ją ani jego dramat zupełnie nic nie obchodzi, że im to wszystko jedno, że gadają, aby gadać, bo po jedzeniu bardzo dobrze jest poruszać mięśniami języka i gardła. Dalej widział i to, że Kołosow, wypiwszy wódki, wina, likieru i t. d, był trochę pijany, nie tak pijany, jak chłopi, rzadko pijący wódkę, ale jak ludzie, którzy sobie z alkoholu uczynili rzecz codziennego użytku. Kołosow nie zataczał się, nie mówił nonsensów, ale był nienormalnie podnieconym i zupełnie z siebie zadowolonym.

Niechludow zauważył, że księżna z niepokojem patrzyła w okno, przez które padał ukośny promień słoneczny, bojąc się, aby zbytnia jasność nie zdradziła jej starości.

— Jakie to prawdziwe — rzekła na jakieś zdanie, wygłoszone przez Kołosowa i nacisnęła guzik od dzwonka, obok szezlonga umieszczony.

W tej chwili doktór wstał i, jako człowiek domowy, nic nie mówiąc, wyszedł z pokoju.

Księżna przeprowadzając go oczyma, ciągnęła dalej:

— Proszę Filipa zapuścić zasłonę — rzekła wskazując oczyma okno lokajowi, który wszedł na odgłos dzwonka.

— Nie, mów pan co chcesz, ale bez mistycyzmu niema poezyi — mówiła, śledząc gniewnie jednem okiem lokaja, opuszczającego roletę.

— Mistycyzm bez poezyi, to przesąd, a poezya bez mistycyzmu, toć proza — rzekła, uśmiechając się smutnie nie spuszczając oka z lokaja, poprawiającego zasłonę.

— Filipie, to nie ta roleta, to ta w dużem oknie — rzekła bolejącym głosem księżna.

I widać, żałując wysiłku, jaki musiała zrobić, aby wymówić te słowa, podniosła strojną w pierścienie rękę do ust z dymiącym, wonnym papierosem.

Barczysty, muskularny i urodziwy Filip zlekka pochylił głowę, jakby usprawiedliwiając się i stąpając po dywanie silnemi o potężnych łydkach nogami, cicho podszedł do drugiego okna i spoglądając na księżnę, tak starannie zapuszczał roletę, żeby ani jeden promyk nie śmiał padać na jej książęcą mość. Ale znów nie zrobił, jak trzeba, i zmęczona Zofia Wasilewna musiała przerwać rozprawę o mistycyzmie i zwrócić uwagę niepojętnego i napędzającego jej strachu Filipa.

Na chwilkę w oczach Filipowych mignął jakiś błysk — zniecierpliwienia.

— A dyabli cię wiedzą, czego chcesz — zapewne przemówił w duszy — pomyślał Niechludow, patrząc na tę całą sprawę.

Ale przystojny i krzepki Filip pohamował swe zniecierpliwienie i zaczął spokojnie robić tak, jak żądała wyczerpana, bezsilna, sfałszowana od stóp do głowy księżna Zofia Wasilewna.

— Rozumie się, że w teoryi Darwina jest wiele prawdy — mówił, powróciwszy Kołosow, rozpierając się w krześle i patrząc sennemi oczyma na księżnę. — Ale Darwin przechodzi czasem granicę, tak...

— A pan wierzysz w dziedziczność? — rzekła księżna, zwracając się do Niechludowa.

— W dziedziczność? — zapytał Niechludow. — Nie wierzę — odrzekł, całkowicie zajęty obrazami, które powstawały w jego wyobraźni.

Obok krzepkiego, urodziwego Filipa, którego przedstawił sobie, jako typ naturalny, postawił obok nagiego Kołosowa z brzuchem formy kawona, łysą głową i chudemi rękoma bez mięśni. Tak samo przedstawiły mu się pokryte jedwabiem i aksamitem ramiona i biust Zofii Wasilewny. Jakie one powinny być w rzeczywistości? Obraz ten wydał mu się przerażającym i odpędził go wszelkiemi siłami.

Zofia Wasilewna zmierzyła go od stóp do głowy.

— Missi czeka pana. Idź pan, chciała panu zagrać nową rzecz Schumana. Bardzo ciekawe.

— Nie, ona grać nie chciała. Dlaczego ta baba kłamie — myślał Niechludow, wstając i ściskając przezroczystą, chudą, pokrytą pierścionkami rękę księżnej.

W sali spotkała Niechludowa Katarzyna Aleksiejewna.

— Widzę jednak — rzekła po francusku — że na pana obowiązki przysięgłego działają deprymująco.

— Wybacz mi pani, nie jestem usposobiony i nie mam prawa zarażać smutkiem drugich.

— Cóż panu takiego, zkąd ten brak humoru?

— Pozwoli pani, że nie odpowiem na to — rzekł, szukając kapelusza.

— A pamiętasz pan, jak niegdyś dowodziłeś, że trzeba mówić prawdę, i jak pan nam mówiłeś takie okrutne prawdy w oczy. A teraz pan nie chcesz powiedzieć. Pamiętasz, Missi? — rzekła Katarzyna Aleksiejewna do wchodzącej księżniczki.

— Bo to była tylko zabawka — rzekł Niechludow poważnie. — Bawić się można, a w rzeczywistości jesteśmy tak głupi, to jest ja tak jestem głupi, że mnie przynajmniej prawdy mówić nie wolno.

— Nie wykręcaj się pan, a powiedz lepiej, dlaczego jesteśmy tacy głupi — rzekła Katarzyna Aleksiejewna, bawiąc się w grę słów i niby nie uważając na poważny ton Niechludowa.

— Najgorzej jeśli człowiek jest źle usposobionym. Ja tego nigdy nie robię i zawsze jestem dobrze usposobiona — rzekła Missi. — Proszę do mnie na chwilkę. Postaram się rozpędzić pański mauvaise humeur.

Niechludow miał podobne uczucie, jakie ma bezwątpienia koń, kiedy go głaszczą, aby następnie nałożyć mu uzdeczkę i zaprowadzić do zaprzęgu. A dziś więcej niż kiedyindziej nie miał ochoty iść w chomonto.

Wymówił się przeto, że mu pilno do domu i zaczął się żegnać. Missi dłużej niż zwykle zatrzymała jego rękę.

— Proszę pamiętać, że sprawy pańskie obchodzą pańskich przyjaciół. Czy przyjdzie pan jutro?

— Nie przyrzekam — rzekł Niechludow, i zawstydzony, nie wiedząc dlaczego, czy za siebie, czy za nią, zarumienił się i wyszedł.

— Co mu się stało. Comme cela m’intrigue — rzekła Katarzyna Aleksiejewna. — Jakaś affaire d’amour propre; il est très susceptible notre cher Mitia.

— Plutôt une affaire d’amour sale — chciała rzec Missi, ale nie rzekła, i popatrzyła przed siebie jakiemś innem przygasłem spojrzeniem, zupełnie innem, niż to, jakiem patrzyła na Niechludowa.

Nie powiedziała nawet Katarzynie Aleksiejewnie ułożonego kalamburu w gorszym guście, lecz zauważyła tylko, że na każdego nadchodzą dnie gorsze i lepsze.

— Czyżby i ten miał oszukać? — pomyślała. — Po tem wszystkiem, co zaszło, byłoby to bardzo nieuczciwie z jego strony.

Gdyby Missi zechciała objaśnić, co rozumie przez słowa „po tem wszystkiem, co zaszło”, nie mogłaby powiedzieć nic ściśle określonego. A jednak wiedziała bezwątpienia, że nietylko dał jej pewną nadzieję, ale nawet jakby obietnicę. Wszystko to były nieujęte słowa, spojrzenia, uśmiechy, napomknięcia, milcząca zgoda. A przecież uważała go już za swego, a stracić go bardzo byłoby trudno!

XXVIII.

— I wstyd i wstrętnie, i wstrętnie i wstyd — myślał Niechludow, powracając piechotą znanemi ulicami do siebie.

Czuł na duszy ciężar wskutek rozmowy z Missi.

Czuł, że pod względem sposobu zachowania się nie ma nic sobie do wyrzucenia, że nic nie powiedział za wiele, nic nie przyrzekał, nie oświadczył się formalnie. A jednak czuł się pod pewnym względem zobowiązanym, a pojmował, że ożenić się nie może.

— Wstyd... szkaradna rzecz, fatalne położenie — powtarzał, wchodząc na ganek swojego domu. — Nie będę jadł kolacyi — rzekł do lokaja, postępującego za nim do jadalni, gdzie przygotowane było do herbaty. — Możesz sobie odejść.

— Słucham — rzekł służący, ale nie wyszedł, lecz zaczął sprzątać ze stołu.

Niechludowa drażniła jego obecność. Chciał być sam, a tu wszyscy jakby naumyślnie leźli mu w drogę.

Skoro służący wyszedł, Niechludow podszedł do samowara, aby zasypać herbatę, ale usłyszał zbliżające się kroki zarządzającej domem, Agrafiny Piotrówny. Aby się z nią nie spotkać, przeszedł spiesznie do salonu i zamknął drzwi za sobą.

W tym salonie umarła przed trzema miesiącami jego matka. Patrząc obecnie na oświetlone lampami portrety rodziców, przypomniał sobie stosunek swój z matką w ciągu lat ostatnich, i ten stosunek wydał mu się przykrym i nienaturalnym. I to także powodowało jakieś uczucie wstydu i wstrętu. Przypomniał sobie, jak w ostatnich chwilach jej choroby poprostu pragnął, aby umarła prędzej. Tłómaczył sobie, że pragnął śmierci matki dlatego, aby skrócić jej cierpienia, a w rzeczywistości pragnął dla siebie, żeby na te cierpienia nie patrzeć dłużej.

Chcąc doznać wspomnień lepszych, światłej szych o tej matce, spojrzał na jej portret, wymalowany przez znakomitego malarza za cenę 5,000 rubli.

I ujrzał piękną kobietę, w czarnej aksamitnej sukni, głęboko wyciętej. Malarz przedstawił ze szczególnem zamiłowaniem i wykończeniem wydatny biust i odstęp między piersiami, i olśniewające pięknością odkryte ramiona, szyję i plecy. To raziło jakimś bezwstydem i nagością.

Coś wstrętnego, coś urągającego było w tej podobiźnie matki w tej pół-obnażonej postaci pięknej kobiety. A przecież ta kobieta trzy miesiące temu leżała tu w tym pokoju, wyschła jak mumia, napełniając przenikliwym wyziewem powietrze, wyziewem, którego niepodobna było niczem usunąć, nietylko z sypialni, ale i z domu całego.

Czuł jakby dziś jeszcze około siebie tę woń odrażającą.

Wspomniał, jak w przeddzień zgonu ujęła swoją chudą kościstą ręką jego dłoń białą i krzepką, jak patrząc mu w oczy, rzekła: — „Nie potępiaj mnie, Mitia, za to, com zrobiła w życiu” — a w jej znękanych cierpieniem i przygasłych oczach błysnęły łzy.

— Okropność — rzekł raz jeszcze, spojrzawszy na w pół-nagą kobietę, o wspaniałych marmurowych kształtach, uśmiechającą się zwycięzko.

Ta naga pierś portretu przypomniała mu inną jeszcze młodą kobietę, którą widział w podobnym balowym stroju. Była to Missi, która umyślnie wezwała go wieczorem, aby zobaczył jej balową toaletę.

I przyszedł mu na myśl brutalny, okrutny Korczagin ze swoją zwierzęcą przeszłością, i ta podejrzanej opinii, rzekomy bel esprit, jej matka.

Wszystko to, razem wzięte, było wstrętne i oburzające. Wstyd, wstyd, wstyd i obrzydzenie!

— Nie, tak być nie może — myślał. — Trzeba z tem raz skończyć. Trzeba wyzwolić się z tych fałszywych stosunków i z Korczaginami i z Maryą Wasilewną, i ze spadkiem otrzymanym, i ze wszystkiem. Trzeba odetchnąć pełną piersią, wyjechać do Rzymu, obraz ukończyć. — Wspomniał cały brak wiary w swój talent. — No, tak, mniejsza z tem, aby tylko swobodniej odetchnąć. Najpierw Konstantynopol, później Rzym. Przedewszystkiem uwolnić się od obowiązku sędziego przysięgłego. I następnie załatwić rzecz z adwokatem.

 

Nagle niezmiernie jasno stanęła mu przed oczyma aresztantka o czarnych, skośnych oczach. Jakim ona wybuchnęła płaczem, gdy udzielono jej głosu po raz ostatni jako podsądnej.

Zgniótł pospiesznie dopalony papieros, zapalił drugi i zaczął chodzić tam i napowrót po pokoju.

I zaczęły mu przychodzić na myśl wszystkie chwile z Kasią przeżyte. Wspomniał ostatnie widzenie się z nią, i tę żądzę, która go opanowała, i rozczarowanie, jakie nastąpiło później. Wspomniał białą sukienkę i pasek niebieski, i ową noc Zmartwychwstania.

— Wszakże kochałem ją prawdziwie! kochałem miłością czystą, dobrą i w tę noc Zmartwychwstania, i wtenczas, kiedym bawił na wakacyach u ciotek, pisząc moją rozprawę.

Przypomniał sobie, jakim był wówczas.

I owionęło go to życie świeże, młode, krzepkie, i stało mu się smutno, bardzo smutno.

Różnica pomiędzy nim, jakim był wonczas, a jakim jest dziś, była ogromna. Może daleko większą, niż różnica pomiędzy ową Kasią z cerkwi, z Kasią w sukience białej, a tą dziewczyną, którą sądzono dziś rano.

Wówczas był on dzielnym, swobodnym, nie rozumiejącym, co to przeszkody i niepodobieństwa.

Dziś był niewolnikiem bezcelowego, pustego, lichego życia, a wyrwać się z tego błędnego kręgu nie miał możności, a nawet, prawdę powiedziawszy, i chęci. Dawniej czuł się człowiekiem prawym, kochał prawdę, walczył w jej imieniu.

Dziś cały w kłamstwie tonął, w strasznem, przerażającem kłamstwie, uznawanem przecież za prawdę przez cały świat otaczający.

I nie było sposobu wybrnąć z tego kłamstwa; przynajmniej dziś na to rady nie znajdował.

Zabrnął, ugrzązł, przywyknął, lubował się w tym fałszu.

Jak zerwać stosunek z marszałkiem i jego żoną, aby módz śmiało spojrzeć w oczy tak im samym, jak ich dzieciom? Jak rozplątać bez fałszu stosunek z Missi? Jak rozwiązać kwestyę bezprawnego władania ziemią, a spadkiem odziedziczonym po matce? Jak naprawić złe względem Kasi?

— Wszystko to rozwiązać, załatwić należy. Czyż mam prawo porzucić kobietę, skwitować ją zapłatą za obronę adwokatowi, wybawić od katorgi, na którą nie zasłużyła? Za występek rzucić banknoty, jak to uczyniłem niegdyś, sądząc, że tak wszyscy postępują, więc tak postąpić wypada?

I stanęła mu żywo w pamięci, gdy dogoniwszy ją w korytarzu, wsunął jej za gors sto rubli w kopercie.

— Pieniądze! — Ze wstrętem i wstydem wspomniał o tej chwili. — Przebóg, cóż to za szkaradzieństwo! — przemówił głośno sam do siebie.

— Łotr i niegodziwiec może tylko postąpić w ten sposób. I ja to, ja, nie kto inny, jestem tym łajdakiem, tym łotrem. Czy rzeczywiście, czy istotnie jestem takim niegodziwcem? Więc któż? — pytał sam siebie, zatrzymując się. — Alboż to koniec na tem? — myślał dalej. — A jak nazwać stosunek z marszałkową i jej mężem?

A stosunek do władania ziemią? Pod pozorem, że to pieniądze matczyne, używać bogactw, będąc przekonanym, że się je posiada nieprawnie?

A to życie przeszłe, nizkie, liche, podłe... A na dodatek koroną wszystkiego, zbrodnia z Kasią!...

Niegodziwiec, łotr!

Ludzie mogą sądzić, jak zechcą, mogę ich oszukiwać, ale samego siebie nie oszukam!

I dopiero teraz zrozumiał, że ten wstręt, jaki czuł do ludzi w ostatnich czasach, a osobliwie obecnie wstręt do księcia, Zofii Wasilewny, Missi, lokaja swego, był niczem innem, tylko zbrzydzeniem samego siebie.

I dziwna rzecz! W tem przyznaniu sobie lichoty własnej był ból, ale zarazem zadowolenie i uspokojenie. Miewał Niechludow już niejednokrotnie takie momenty w życiu, które nazywał ^spowiedzią duszy”. Takiem mianem chrzcił on ów nastrój wewnętrzny, kiedy czując w pewnych odstępach czasu, jakby duchową niemoc i zanik życia, zaczynał uprzątać śmiecie duchowe, co spowodowały zanik myśli i uczuć.

Zawsze po takim rachunku sumienia przedsiębrał zamiar poprawy życia, zaczął pisać dziennik, chciał wstąpić na inną drogę, aby już z niej nigdy nie zboczyć.

Ale pokusy światowe i moc nawyknień brały górę.

Nie spostrzegając się, brnął dalej i spadał jeszcze niżej, niż przedtem.

W ten sposób krzepił on i podnosił i obmywał z winy ducha swego niejednokrotnie. A poraz pierwszy wtenczas, gdy przyjechał na ferye do ciotek.

Było to pełne uniesień przebudzenie. I długo przetrwał jego wpływ dobroczynny.

Drugie nastąpiło w chwili, kiedy rzuciwszy cywilną służbę, wstąpił do wojska podczas wojny, aby nieść życie na usługi kraju.

Lecz upadek przyszedł wkrótce.

Trzecią chwilą przebudzenia było, kiedy wystąpił z wojska i wyjechał za granicę, aby poświęcić się malarstwu.

Odtąd upłynął długi przeciąg czasu bez owego „oczyszczenia duszy” i nigdy też w głębi tej duszy nie nagromadziło się tyle śmiecia, nie zapanował taki rozdźwięk między głosem sumienia a życiem, jakie prowadził. Więc przeraził się, ujrzawszy tę przepaść.

Przepaść ta miała taką szerokość i głębię, tyle zebrało się błota, że na razie zwątpił, czy zdoła usunąć to złe z duszy.

Ileż razy próbował poprawić się — zawsze napróżno.

Ale teraz zbudziła się w nim jakaś dziwna siła i stanowczość.

— Zerwę te więzy kłamstwa! — rzekł głośno. — Powiem prawdę Missi — że jestem rozwiązłym rozpustnikiem, że się z nią ożenić nie mogę. Powiem marszałkowej Maryi Wasilewnie, albo lepiej powiem jej mężowi, żem łajdak, żem go oszukiwał. Ze spadkiem postąpię jak należy. Powiem Kasi, żem nicpoń, żem ciężko wobec niej przewinił, że zrobię wszystko, co mogę, aby los jej polepszyć. Będę ją błagał, i ona mi przebaczy. Będę prosił tego przebaczenia, jak proszą dzieci!

Zatrzymał się...

— Ożenię się z Kasią, jeśli tego będzie potrzeba! — zawołał.

I złożył ręce tak, jak to czynił, będąc jeszcze dziecięciem. Wzniósł oczy ku niebu i zawołał:

— Boże dopomóż mi, oświeć mnie, wciel się we mnie, oczyść mnie z wszelakiego zła i brudu!...

Modlił się długo i gorąco. I stawał się w ciągu tej modlitwy coraz lepszym. Łaska Boża spełniała się nad nim, i gotów był czynić wszelkie dobro, jakie człowiek czynić może, i czuł ochotę i siły nowe, życie nowe, swobodne i radosne.

W oczach stanęły mu łzy, łzy radości, że oto zbudził się w nim człowiek dobry, który tyle lat istniał gdzieś w głębi uśpiony, bez ruchu i czynu. Więc płakał, ciesząc się z samego siebie, z cnoty, przez którą obecnie działać i postępować będzie.

Krew pulsowała mu żywo w skroniach. Uczuł gorąco.

Otworzył okno, wychodzące na ogród.

Noc była cicha, jasna, chłodna, księżycowa.

Na ulicy słychać było turkot przejeżdżającego powozu, i nareszcie uczyniła się cisza.

Pokryta pączkami topola rzucała cień na placyk, wysypany piaskiem. Dach stajni bielił się w księżycowym blasku. Nieco bliżej chwiały się gałązki drzew, po za któremi czerniał parkan wysoki. Niechludow patrzył na wysoką topolę, na biały dach, na ogród, skąpany w księżycowym blasku, i pełną piersią wciągał ożywcze, świeże powietrze.

— Jak dobrze, Boże mój, jak dobrze — mówił do siebie, myśląc o tem, co się działo w jego duszy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?