Zmartwychwstanie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XIX.

W takiem usposobieniu znajdował się Niechludow, idąc z sali sądowej do izby przysięgłych. Siedział przy oknie, przysłuchując się prowadzonym naokoło niego rozmowom, i palił bez przestanku papierosy.

Kupiec podzielał z całej duszy postępowanie kolegi Smielkowa. — No, nasz brat hulał zdrowo po Sybiraku. Gęba nie od proporcyi, dziewczynę miał, jak grosz.

Starosta miarkował, że sprawa zależy głównie od ekspertyzy.

Piotr Harasimowicz żartował z subiektem żydem i śmieli się głośno. Niechludow odpowiadał półgębkiem na zapytania i pragnął, aby mu dano pokój.

Skoro komisarz sądowy, boczkiem chodzący, zawezwał ponownie przysięgłych do sali po siedzeń, Niechludow doznał takiego uczucia, jakby nie on szedł sądzić, ale że jego sądzić miano.

W głębi duszy był przekonany, że jest nicponiem, że nie wart uczciwym ludziom spojrzeć w oczy, ale, wedle zwyczaju, z pewnością siebie w ruchach, wszedł na estradę i siadł na drągiem z kolei miejscu obok starszyny i zaczął się bawić pince-nez.

Oskarżonych także gdzieś usunięto i dopiero teraz przyprowadzono z powrotem.

W sali znajdowali się nowi świadkowie. Niechludow zauważył, jak Masłowa kilkakrotnie spoglądała na bardzo strojną w jedwabiach i aksamicie otyłą panią, w wysokim kapeluszu, z wielką kokardą i eleganckim woreczkiem, zawieszonym na obnażonej do łokcia ręce. Dama ta siedziała w pierwszym rzędzie, tuż za balustradą i, jak się później okazało, była dawną gospodynią Masłowej i była zawezwaną w charakterze świadczącej.

Rozpoczęło się badanie świadków: nazwisko, wyznanie i t. d. Zapytano następnie strony, jak życzą aby badani byli świadkowie: pod przysięgą, czy bez przysięgi.

Znów z trudem, suwając nogami, przyszedł tenże sam stary pop, i znów, poprawiając złoty krzyż na jedwabnej rasie, z takim samym spokojem i przeświadczeniem odebrał przysięgę od świadków i eksperta. Po ukończeniu przysięgi, wyprowadzono z sali świadków, a pozostała tylko Kitajewa, gospodyni Masłowej.

Zapytano ją, co wie o tej sprawie, ona zaś z obłudnym uśmiechem, za każdem zdaniem chowając w kapelusz głowę, opowiadała szczegółowo i składnie.

— Najpierw przyjechał znany jej numerowy, Szymon, po Łubkę. Po niejakim czasie Łubka powróciła z kupcem. Kupiec już był poprostu zachwyconym — mówiła, uśmiechając się Kitajewa — fetował się i pił w dalszym porządku, a ponieważ zabrakło mu pieniędzy, więc posłał do swego numeru tęż samą Łubkę, dla której szczególną powziął skłonność — dodała, patrząc na podsądną.

Niechludowowi zdawało się, że w tej chwili Masłowa uśmiechnęła ale, co znalazł wysoce wstrętnem. Przykre, nieokreślone uczucie brzydoty, zmieszane z pożałowaniem, owładnęło nim całkowicie.

— A co pani sądzi o Masłowej? — czerwieniejąc się, zapytał naznaczony z urzędu młody obrońca podsądnej.

— Bardzo dobrze — odpowiedziała Kitajewa. — Dziewczyna szykowna i wykształcona, wychowała się w porządnym domu, czytała po francusku. Czasem pijała trocha za dużo, ale nigdy nie zapomninała się. Całkiem porządna dziewczynka.

Kasia patrzyła na gospodynię, ale wnet skierowała spojrzenie na przysięgłych i zatrzymała je na Niechludowie. Twarz jej spoważniała, a nawet wydawała się surową. Jedno oko zaczęło zezować. Dosyć długo te dwoje ócz, dziwnie patrzących, zwrócone były na Niechludowa, i choć chwytała go trwoga, nie mógł oderwać swego wzroku od tych dwojga skośnych oczu z jaskrawej białości białkami.

Przypomniał sobie tę noc straszną, z trzaskiem pękającego lodu, z gęstą mgłą i z tym niby obszarpanym, przekręconym księżycem, który zeszedł przed rankiem, oświetlając jakąś bezdeń czarną i straszną.

— Poznała mnie — pomyślał.

I Niechladow skurczył się, jakby oczekując ciosu. Ale ona nie poznała. Odetchnęła spokojnie i znów patrzyła na przewodniczącego. Niechludow także odetchnął.

— Ach, aby tylko prędzej — myślał.

Miał teraz dobijać rannego ptaka. I przykro, i wstrętnie, i żal, a przecież pragnie się prędzej dobić i zapomnieć o tem.

Takich różnorodnych, pomięszanych doznawał wrażeń, słuchając badania świadków.

XX.

Ale, jakby naprzekór, sprawa przedłużała się ciągle. Po badaniu każdego świadka, pojedynczo, i eksperta, po wszystkich zadawanych bezużytecznie i bez celu zapytaniach prokuratora i obrońców, prezydujący przedstawił do rozpatrzenia przysięgłym dowody rzeczowe, a mianowicie: olbrzymi pierścionek z brylantową rozetą, noszony najwidoczniej na grubym palcu wskazującym i naczynie, w którem była zadaną trucizna. Rzeczy te były opieczętowane i obwiązane tasiemkami.

Przysięgli mieli już oglądać te przedmioty, kiedy podprokurator znów powstał i zażądał przed rozpatrzeniem dowodów rzeczowych odczytania protokołu oględzin lekarskich.

Przewodniczący, który przyśpieszał o ile można sprawę, choć wiedział doskonale, że takie odczytanie, prócz nudy i opóźnienia obiadu, nic więcej nie przyniesie, choć wiedział, że prokurator dlatego tylko odczytania żąda, bo ma do tego prawo, nie mógł jednak odmówić i zgodził się na odczytanie.

Sekretarz wydobył papiery i znów szepleniącym głosem czytać zaczął:

— Przy oględzinach zewnętrznych znaleziono:

1) Wzrost kupca Teraponta Smielkowa wynosi 2 arszyny, werszków 12.

— Jednakże zdrowy chłop — wyszeptał z przejęciem kupiec do ucha Niechludowowi.

2) Wiek, jak sądzić można z wyglądu, w przybliżeniu około lat 40.

3) Trup wzdęty gazami.

4) Skóra zielonawa, zasiana miejscami ciemnemi plamami.

5) Naskórek w wielu miejscach pokryty pęcherzami różnej wielkości, miejscami obnażony wisi dużemi płatami.

6) Włosy ciemno-blond, gęste i przy dotykaniu lekko odstają od skóry.

7) Oczy wystąpiły z oczodołów, rogówka zmętniała.

8) Z otworów usznych, nosa, ust wypływa pienista, ciągnąca się ciecz, usta pół otwarte.

9) Szyja prawie zanikła wskutek obrzmienia twarzy i piersi.

10) I t. d., i t. d.

Na całym arkuszu, wedle 27 punktów, opisane były z najdrobiejszemi szczegółami oględziny zewnętrzne strasznego, olbrzymiego, tłustego i obrzękłego, już rozkładającego się trupa owego kupca hulaki.

Obrzydzenie, jakiego doznawał Niechludow, wzmogło się jeszcze przy czytaniu owego opisu. Życie Kasi, i cieknąca z nosa posoka, i wysadzone z orbit oczy, i całe postąpienie jego z nią, wszystko to, jakby rzeczy przynależne do jednej sprawy, otaczało go zewsząd, uciskało, gniotło.

Gdy się skończył nareszcie opis zewnętrznego wyglądu, przewodniczący westchnął, myśląc, że to już koniec, ale sekretarz zaczął czytać badanie wewnętrzne.

Przewodniczący znów pochylił głowę i oparłszy się na dłoni zakrył oczy.

Kupiec, siedzący obok Niechludowa, gwałtem silił się, aby nie zasnąć i od czasu do czasu kiwał się. Podsądni i żandarmi siedzieli nieruchomi.

Oględziny wewnętrzne wykazały:

1) Skóra głowy oddziela się łatwo od kości czaszki, wylewów krwistych nie zauważono.

2) Kości czaszki średniej grubości nienaruszone.

3) Na oponie twardej dwie wielkie zabarwione plamy wielkości 4 cali, sama opona białego koloru itd., itd. jeszcze 13 punktów.

Dalej nazwiska biegłych, podpisy i opinie lekarskie, wedle których, sądząc o znalezionych przy sekcyi i zapisanych do protokołu zmianach w żołądku, kiszkach i nerkach, można z wielkiem prawdopodobieństwem wnioskować, że śmierć Smielkowa nastąpiła wskutek otrucia trucizną, jaka dostała się do żołądka razem z wódką. Nie można powiedzieć, jaka to była trucizna, że zaś dostała się z wódką, świadczy fakt, że w żołądku Smielkowa znajdowała się duża ilość wódki.

— Widać mógł pić zdrowo — szepnął znów przebudzony kupiec.

Przeczytanie powyższego protokołu, choć zajęło z godzinę czasu, nie zadowoliło jednak prokuratora. Skoro bowiem zwrócił się do niego przewodniczący, czy należy odczytać badanie wnętrzności, odparł:

— Prosiłbym o przeczytanie tego badania.

A czynił to z taką surową miną, nie patrząc na prezesa, jakby chciał pokazać, że ma tego prawo żądać, odmowa zaś może być powodem kasacyi.

Członek sądu z dużą brodą i poczciwemi oczyma, ów, co cierpiał na katar żołądka, czując się osłabionym, rzekł do przewodniczącego:

— Po co to czytać? Te nowe miotły więcej kurzą, niż zamiatają.

Członek w złotych okularach nie przemawiał nic, lecz patrzył zasępiony przed siebie, nie spodziewając się nic dobrego ani od życia, ani od żony.

Zaczęło się czytanie aktu.

Ale nie skończył tej nudy sekretarz, bo przewodniczący, porozumiawszy się z kompletem sędziów, przerwał czytanie na punkcie piątym, który opiewał, że kiszki były w glinianym garnku, zawierającym około półtora garnca...

— Sąd uznaje dalsze odczytywanie za zbyteczne — zadecydował.

Sekretarz zamilkł i zebrał papiery, a podprokurator gniewnie zapisał coś w swej notatce.

— Panowie przysięgli mogą zobaczyć dowody rzeczowe — rzekł przewodniczący.

Starszyna i przysięgli ruszyli z miejsc i nie wiedząc co robić przy tym ruchu z rękami, podeszli do stołu i obejrzeli koleją słoik, filtr i pierścionek. Kupiec nawet przymierzył pierścionek na swoim palcu.

— Miał też paluch, miał, jak dobry ogórek — mówił, powracając na miejsce. I widocznie radował się tą bohaterską postacią otrutego kupca, jaką sobie w myśli wyobraził.

XXI.

Skoro skończył się przegląd dowodów rzeczonych, przewodniczący oświadczył, że śledztwo sądowe jest skończone i nie przerywając toku sprawy, dał głos podprokuratorowi, sądząc, że i on przecież jest człowiekiem, że pewnie pragnie i zapalić, i obiad zjeść, że zmiłuje się nad sądem. Ale podprokurator ani siebie, ani nikogo nie oszczędził. Skoro mu dano głos, wstał powoli, zaprezentował ludowi swą nadobną postać i położywszy obie ręce na mównicy, skłoniwszy lekko głową, obrzucił oczyma salę, unikając wzroku podsądnych, i zaczął w te słowa:

 

— Sprawę, którą rozpatrywać macie, panowie przysięgli — brzmiała przygotowana podczas czytania protokołów i aktu oskarżenia mowa — sprawa ta jest charakterystycznem, jeśli tak powiedzieć można, przestępstwem.

Przemówienie podprokuratora powinno było posiadać, wedle jego przekonania, to doniosłe znaczenie społeczne, jakie mają znakomite mowy głośnych adwokatów. Prawda, że audytoryum stanowiło: trzy baby, t. j. szwaczka, kucharka i siostra Szymona, oraz furman. Ale to nic nie przeszkadzało. I tamte znakomitości rozpoczynały od małego. Zasadą zaś podprokuratora było, aby zawsze stać na wysokości zadania, inaczej nie można wejrzeć w głąb psychologicznego znaczenia występku i obnażać wrzody społeczne.

— Widzicie, panowie przysięgli, przed sobą charakterystyczne przestępstwo końca stulecia, przestępstwo, które, jeśli tak można powiedzieć, nosi na sobie cechy tych głównych przejawów rozkładu, jakiemu podlegają obecnie te elementy naszego społeczeństwa, które znajdują się pod szczególnie palącemi promieniami niniejszego procesu.

Podprokurator mówił bardzo długo, starając się wypowiedzieć wszelkie mądre rzeczy, jakie obmyślił, a przedewszystkiem zwracał baczność na to, aby mowa jego płynęła bez przerwy niby strumień, przez godzinę i kwadrans czasu. Jeden tylko raz zaciął się i długo łykał ślinę, ale przestanek ten wynagrodził, dając folgę wylewowi krasomówstwa. Mówił to łagodnym, przenikającym głosem, przestępując z nogi na nogę i patrząc na przysięgłych, to cichym tonem urzędowym, patrząc w swój zeszycik, to podniesionym dobitnym tonem, zwracając się już to do słuchaczów, już do przysięgłych. Ale na oskarżonych, co wlepili w niego oczy, nie spojrzał ani razu. W mowie było wszystko, co z nabytków wiedzy stanowiło przedmiot na czasie w danej chwili, i co dziś jeszcze poczytują za ostatnie słowo mądrości. Była i dziedziczność i zbrodniczość wrodzona, i Lombroso i Tarde, i ewolucye, i walka o byt, i hypnotyzm i suggestye i Charcôt i dekadentyzm.

Kupiec Smiełkow, wedle określenia podprokuratora, była to silna, dziewicza niejako, szeroka natura rosyjska, natura, co wskutek swej łatwowierności i wielkoduszności padła ofiarą osobników przewrotnych, w których moc dostała się sama. Szymon Kartinkin, to twór atawizmu poddaństwa, człowiek tępy, prostak bez zasad, nawet bez wiary. Eufemia to jego kochanka, ofiara dziedziczności. Można odnaleźć w niej wszelkie cechy zwyrodnienia.

Ale główną sprężyną przestępstwa jest Masłowa, ujawniająca najniższe stopnie dekadentyzmu.

— Ta kobieta — mówił, nie patrząc na oskarżoną podprokurator — ta kobieta otrzymała nawet wykształcenie, jak to zeznała dziś w sądzie jej makarela. Ta kobieta nietylko umie czytać i pisać, ale posiada nawet język francuski. Sierota, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nosząca w sobie zarodki występku. Wychowana w inteligentnym domu szlacheckim, mogła utrzymywać się uczciwą pracą, ale ona porzuca swoich dobroczyńców, oddaje się chuciom sprośnym, wyróżnia się wykształceniem swojem, i, jak to słyszeliśmy tu na tem miejscu, panowie przysięgli, słyszeliśmy od makareli, umie władać tym tajemnym, w ostatnich czasach tak dokładnie przez naukę, a osobliwie przez szkołę Charcota zbadanym wpływem, wpływem suggestyi. Mocą tego wpływu potrafiła ona zawładnąć tym bohaterem ruskim, dobrodusznym, ufającym i bogatym kupcem gościem, wyzyskawszy jego zaufanie na to, aby go najpierw okraść, a następnie bezlitośnie pozbawić życia.

— No — tutaj to chyba zagalopował się nieco — rzekł, uśmiechając się, przewodniczący do surowego sędziego.

— Straszny osioł i bałwan — potwierdził surowy sędzia.

— Panowie przysięgli — ciągnął dalej podprokurator, nadobnie wyginając cienką figurę w różne strony — w rękach waszych spoczywają losy obwinionej, ale także i losy społeczne. Wniknijcie w naturę przestępstwa, oceńcie niebezpieczeństwo, jakie zagraża społeczeństwu od takich jednostek, jak Masłowa. Chrońcie je od zarazy, brońcie żywioły krzepkie, niewinne od miazmatów i zguby!

I sam najwidoczniej przybity ważnością sprawy i zachwycony własną mową, podprokurator osunął się na krzesło. Sens mowy po odtrąceniu ozdób retorycznych był ten, że Masłowa, zahypnotyzowawszy kupca, wkradła się w jego zaufanie, i przyjechawszy z kluczem do numeru, chciała najpierw sama zabrać wszystko, ale przyłapana na gorącym uczynku przez Szymona i Eufemię, musiała się z nimi podzielić. Następnie zaś, aby ukryć ślady zbrodni, znów do hotelu przyjechała z kupcem i tam go otruła.

Po mowie prokuratora z ławki adwokackiej podniósł się średnich lat jegomość we fraku i płynnie wygłosił obronę Kartinkina i Boczkowej. Byłto najęty za 300 rubli adwokat. Uniewinnił oboje, zwalając winę na Masłową. Odrzucał jej zeznanie, jakoby Boczkowa i Kartinkin byli razem w numerze, gdy brała pieniądze, albowiem zeznanie jej, jako trucicielki przekonanej o występek, niema znaczenia. Pieniądze w kwocie 2,500 rubli mogli zarobić ludzie pracowici, otrzymujący niejednokrotnie od 3 do 5 rs. dziennie od gości. Pieniądze zaś kupca zagrabiła i pewnie oddała komuś, albo zgubiła wprost Masłowa, bo znajdowała się w stanie anormalnym. Otrucie również Masłowa spełniła. Prosił przeto o uwolnienie Kartinkina i Boczkowej od zarzutu kradzieży, a jeśliby ten zarzut nie został usuniętym, to o wyłączenie udziału w otruciu, i bez wprzód obmyślanego zamiaru.

Co się zaś tyczy dziedziczności (tu adwokat wsadził w bok pikę podprokuratorowi), to jakkolwiek dziedziczność jest ważną sprawą i może niejednokrotnie rzecz wyjaśnić, to w tym razie na nic nie jest przydatną, albowiem Boczkowa jest córką rodziców niewiadomych. Podprokurator, jakby warcząc, coś gniewliwie zapisał w papierach i ściągnął ramiona z politowaniem i splunął.

Następnie powstał obrońca Masłowej i trwożliwie jąkając się, wygłosił swoją obronę. Nie zaprzeczając, że Maslowa brała, udział w kradzieży pieniędzy, nastawał na to, że nie chciała Smieikowa otruć, lecz dała mu tylko na to proszek, aby zasnął.

Chciał popisać się wymową, wykazując, że Masłową wprowadził na złą drogę mężczyzna, który oszukał ją, uwiódł i porzucił, a mimo to nie został za to ukarany, kiedy ona musiała wziąć na siebie wszelkie skutki winy i upadku.

Ale ta wycieczka w dziedzinę psychologii chybiła celu i wszystkim zrobiło się jakoś nieswojo. Kiedy paplał bez sensu o tyranii mężczyzn i bezradności kobiet, przewodniczący, pragnąc mu dopomódz, zwrócił uwagę, aby nie odbiegał od przedmiotu.

Dalej podprokurator odpowiedział na zarzuty adwokata, dotyczące dziedziczności, że jakkolwiek Boczkowa jest córką rodziców nieznanych, to prawdziwość nauki o dziedziczności nic na tem nie traci, ponieważ prawo dziedziczności do tyła uznanem zostało przez naukę, że możemy nietylko wywodzić przestępstwo od dziedziczności, ale i dziedziczność od występku.

Co się zaś tyczy wniosku obrony w tem, że Masłowa została pchniętą w życie występne przez jakiegoś istniejącego w wyobraźni (wyraz ten wymówił szczególnie uszczypliwie) mężczyznę, toć wszelkie dane prędzej za tem przemawiają, że ona to raczej pociągnęła do zepsucia wiele a wiele ofiar, które przeszły przez jej ręce.

Co powiedziawszy, usiadł z miną pogromcy.

Następnie pozwolono tłómaczyć się oskarżonym.

Boczkowa utrzymywała, że o niczem nie wie, że w niczem nie brała udziału i jest niewinną. I uparcie całą winę zwalała na Masłową.

Szymon powtórzył tylko kilkakrotnie:

— Wola prześwietnego sądu — a zawsze niewinnie i bez potrzeby.

Masłowa nic nie powiedziała. Na przedstawienie przewodniczącego, co może przytoczyć na swoją obronę, podniosła na niego oczy, obejrzała się po wszystkich, jak zgonione na śmierć zwierzę, i spuściwszy oczy, zapłakała, łkając głośno.

— Co panu jest? — zapytał siedzący obok kupiec, usłyszawszy dziwny jęk, jaki się wydarł z piersi Niechludowa.

Niechludow nie pojmował jeszcze stanu, w jakim się znajdował. Tłómaczył to sobie rozdrażnieniem nerwów, ledwie wstrzymując łkanie i łzy. Nałożył pince-nez i zaczął nos ucierać chustką. Strach przed hańbą, jakaby go okryła, gdyby oto tutaj w sali sądowej dowiedziano się o jego postępku, zagłuszał odbywającą się w głębi duszy walkę. Strach ten w chwili obecnej był silniejszym nad wszystko.

XXII.

Po daniu głosu obwinionym i debatach stron o redakcyi zapytań, co zajęło dosyć czasu, pytania ułożono i przewodniczący wygłosił zdanie sprawy i jej przebieg przed kratkami sądowemu Chociaż sam pragnął zakończyć jak najprędzej, tak jednak wdrożył się do swego zwykłego zajęcia, że rozpocząwszy mówić, nie był w stanie zatrzymać się.

Szczegółowo przeto zaczął tłómaczyć przysięgłym, że jeśli uznają oskarżonych winnymi, to mają prawo uznawać ich jako winnych, jeśli zaś dojdą do przekonania, że są niewinni, to także mają prawo uznawać jako niewinnych. Jeśli zaś znajdą, że są winni w jednem, a niewinni w drugiem, to mogą przyznać oskarżonych winnymi w jednym, a niewinnymi w drugim przypadku. Następnie objaśniał, że jakkolwiek przysługuje im takie prawo, należy korzystać zeń oględnie i rozsądnie. Chciał także wyjaśnić przysięgłym, że jeżeli na przedstawione zapytania dadzą odpowiedź twierdzącą, to tem samem przyznają to wszystko, co w zapytaniu zawarte. Jeśli zaś nie przyznają wszystkiego, co zawarte w pytaniu, to powinni omówić to, czego nie przyznają. Spojrzawszy jednak na zegarek, i zobaczywszy, że była już bez pięciu minut trzecia, postanowił nareszcie przystąpić do rzeczy.

— Okoliczności, towarzyszące sprawie, są następujące... — zaczął.

I powtórzył znów wszystko, co już kilkakrotnie omawianem było przez obrońców, podprokuratora i świadków.

Przewodniczący mówił, a sędziowie z powagą spoglądali na zegarki, znajdując jego przemówienie dobrem, to jest takiem, jakiem wedle przepisanej formy być powinno, ale nieco przydługiem. Tegoż samego zdania był podprokurator, jak również skład sądu i obecni.

Przewodniczący skończył zdanie sprawy.

Zdawało się, że już w rezultacie wszystko wypowiedziano. Ale przewodniczący uznał za stosowne jeszcze coś rzec o doniosłości przysługującego przysięgłym prawa, jak oni powinni z niego korzystać, i na niekorzyść nie obracać, że złożywszy przysięgę, stanowią niejako sumienie społeczne, że tajemnica sali obrad winna być świętą i t. d. i t. d.

Masłowa patrzyła z uwagą w twarz przewodniczącego, a Niechludow, nie obawiając się napotkać jej wzroku, bez przestanku patrzył na nią. I w umyśle jego odbywało się to zwykłe zjawisko, że napotkawszy dawno znanego człowieka, pomimo zmian, jakie poczynił czas w jego powierzchowności, znów w pamięci dawny się obraz odtwarza.

Tak. Pomimo aresztanckiego chałatu, pomimo więcej pełnych form, rozwiniętych piersi, zmiany owalu twarzy, zmarszczek na czole i skroniach, pomimo nieco obrzękłych powiek, to była taż sama Kasia która w noc Zmartwychwstania Pańskiego, patrzyła nań, na ukochanego przez nią człowieka tak niewinnie, tak słodko, pełnemi życia, rozkochanemi, śmiejącemi się radośnie oczyma.

— I co za dziwne wydarzenie! Trzeba, żeby ta sprawa wypadła akurat podczas mojej kadencyi, żebym nie spotkawszy nigdzie Kasi przez lat dziesięć, spotkał właśnie tutaj na ławie oskarżonych. I jak się to skończy? Ach, żeby tylko prędzej, jak najprędzej!

Nie poddawał się temu uczuciu żalu za grzechy, które poczęło w nim przemawiać. Zdawało mu się, że to wypadek, który przejdzie, i życia jego nie zakłóci. Czuł się w położeniu szczeniaka, którego pan za uczyniony w mieszkaniu nieporządek, porywa za kark, i nosem wtyka w ten właśnie nieporządek, jakiego narobił. Szczeniak piszczy, opiera się, aby uciec jak najdalej od skutków swego postępowania i zapomnieć o tem, ale pan nieprzebłagany, z rąk go nie puszcza, Niechludow czuł wstręt do tej brzydoty, jakiej narobił, czuł silną rękę pańską, ale nie pojmował co złego zrobił, i pana nie uznawał.

Pragnął uwierzyć, że to, co widział, nie było jego dziełem. Ale nieprzebłagana niewidoczna jakaś ręka trzymała go i przeczuwał, że się nie wykręci, przeto dodawał sobie odwagi i siłą nabytego przyzwyczajenia założywszy nogę na nogę, niedbale bawił się pince-nez i pewny siebie, siedział w pierwszym rzędzie krzeseł. Lecz w głębi jego duszy wrzała walka. Czuł całe okrucieństwo podłości i poziom ości nietylko w spełnionym czynie, ale w całem następnem życiu i postępowaniu dalszem, w tem życiu pustem, rozpustnem, egoistycznem, lichem co przez lat dwanaście zakrywało i zły postępek i to życie zaczęło się chwiać i od chwili do chwili już za jego zasłonę spoglądał.