ZmartwychwstanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XV.

Ta rezurekcya pozostała na całe życie dla Niechludowa jasnem i niezatartem wspomnieniem.

Kiedy w noc ciemną, gdzieniegdzie rozświetloną resztkami bielejącego ściegu, wjechał człapiąc po wodzie na koniu, co strzygł uszami na widok zapalonych lamp i kaganków przy cerkwi, na podwórzec cerkiewny, nabożeństwo już się rozpoczęło.

Chłopi, poznawszy krewnego dziedziczki, zaprowadzili go na miejsce suche. Skoro zsiadł, konia wzięli, aby go przywiązać, i poszli za Niechludowem do cerkwi. Cerkiew pełna była świętującego ludu.

Po prawej stronie starzy chłopi w kaftanach z samodziału, w łapciach i czystych onuckach białych, i młodzież w nowych sukiennych kaftanach, podpasanych kolorowemi pasami, i już nie w łapciach, lecz w butach. Po lewej stronie baby w chustkach czerwonych jedwabnych, w marszczonych sukmankach z jaskrawo czerwonemi rękawami, w niebieskich, zielonych, czerwonych i pstrych spódniczkach, w trzewikach z podkówkami. Po za niemi starsze kobiety w białych chustkach i szarych kaftanach, w staroświeckim przyodziewku, w trzewikach albo nowych łapciach. Pomiędzy niemi stały wystrojone z nasmarowanemi tłustością włosami dzieci.

Chłopi żegnali się i bili pokłony, potrząsając włosami. Kobiety, osobliwie starsze, utkwiwszy wyblakłe oczy w obraz, otoczony świecami, silnie przyciskały złożone palce do chustki na czole, do piersi i do żywota, i coś szepcząc, pochylały się, stojąc, albo padały na kolana. Dzieci naśladowały starszych i modliły się przykładnie skoro na nie patrzono. Złoty ikonostas gorzał od świec, otaczających obwinięte złotem duże świece. Świecznik jarzył się od świateł, za przegrodą słychać było radosny śpiew nieuczonego chóru, huczały basy, cienko zawodziły dyszkanty.

Niechludow poszedł dalej. Pośrodku stała arystokracya, jakiś obywatel z żoną i synkiem w marynarskiej bluzie, stanowy, telegrafista, kupiec w butach z wypustkami, starszyna z medalem, a za żoną obywatela, służąca Matruna, w liliowej mieniącej się sukni, i Kasia w białej sukience z niebieską przepaską, i z czerwoną wstążką, wplecioną w czarne włosy.

Wszystko było świąteczne, uroczyste, wesołe i piękne. I duchowny w srebrnej, błyszczącej ze złotemi krzyżami kapie, i dyakon i dyaki w odświętnych srebrzystych i złocistych komżach, i wystrojeni chórzyści-amatorzy ze świecącemi wysmarowanemi włosami, i wesoła nuta świątecznych pieśni, i żegnanie ludu trójramiennemi świecznikami, strojnemi w kwiaty, i ciągle powtarzane hasło: Chystus zmartwychwstał, Chrystus zmartwychwstał!

Wszystko było przepiękne, ale nad wszystko piękniejszą była Kasia w białej sukience z paskiem niebieskim, z czerwoną wstążką przewiązaną na ciemnej główce, z oczyma świecącemi zachwytem.

Niechludow czuł, że ona widziała go, nie patrząc spostrzegł to, przechodząc obok niej. Nie miał jej co powiedzieć, ale wymyślił sobie, i rzekł.

— Ciocia mówiła, że po rezurekcyi będziemy jedli święcone.

— Wiem — uśmiechając się, odpowiedziała.

I młoda krew, jak zawsze, gdy patrzyła na niego, zalała jej twarz miłą, a czarne oczy, śmiejąc się i radując, patrzyły w górę prosto w oczy Niechludowa.

Dyak, przechodzący z imbrykiem miedzianym, przeciskając się w natłoku, przeszedł koło Kasi i nie patrząc na nią, zaczepił połą komeżki. Dyak najwidoczniej przez szacunek dla Niechludowa, wymijając go, potrącił Kasię. Niechludow zdziwił się, że oto ten dyaczek nie pojmuje tego, że wszystko tutaj i wszędzie na świecie istnieje tylko dla Kasi, i można sobie niewiele robić ze wszystkiego, ale broń Bożoe z niej, bo przecież koło niej wszystko się obrana. Dla niej błyszczało złoto w świętych obrazach, dla niej gorzały świece w żyrandolu i świecznikach, dla niej brzmiały pieśni: „Radujcie się narody, Chrystus zmartwychwstał!” I wszystko, co było dobrego na świecie, dla niej było.

Tak zdawało się Niechludowowi, gdy patrzył na jej postać w białej sukience, na tę twarzyczkę w skupieniu radosnem, w której wyrazie widział, że to, co śpiewa i roi w jego duszy — w jej duszy śpiewa i roi.

Pomiędzy pierwszą a drugą mszą Niechludow wyszedł z cerkwi. Ludzie rozstępowali się przed nim, witając. Jedni poznawali, drudzy pytali, kto to?

W przedsionku zatrzymał się. Żebracy obstąpili go. Rozdał im wszystkie drobne pieniądze, jakie w sakiewce posiadał, i zeszedł po schodach.

Poczęło świtać — wstawał dzień, ale słońce jeszcze nie weszło. Lud rozsypał się na mogiłkach wokoło cerkwi. Kasia była jeszcze wewnątrz, i Niechludow zatrzymał się, czekając na nią.

Ludzie wychodzili, stukając podkówkami butów w kamienne płyty, zstępowali po schodach i rozsypywali się po kościelnym podwórcu i cmentarzu.

Dziad wieczysty, dawny pasztetnik dworski, z trzęsącą się głową, wstrzymał Niechludowa, ucałował go, a żona jego z pomarszczoną twarzą, obwiązana chustką jedwabną, dała mu żółtą pisankę, barwioną szafranem. Podszedł i młody, śmiejący się, muskularny parobczak, w nowej sukmanie, przepasanej zielonym pasem.

Aleluja przemówił — i podsunąwszy się z uśmiechem do Niechludowa, objął go i łaskocząc mu twarz kędzierzawą brodą, pocałował w same usta świeżemi, krzepkiemi wargami.

W chwili, kiedy Niechludow całował się z chłopem i brał od niego ciemno-brunatną pisankę, ukazała się mieniąca suknia Matruny i czarna główka z czerwoną wstążką.

Kasia w tej chwili ponad głowami idących dojrzała go, i on dojrzał, jak twarz jej błysnęła weselem.

W przedsionku zatrzymały się z Matruną, dając jałmużnę. Żebrak z czerwoną, wklęsłą blizną w miejsce nosa, podszedł do Kasi. Wyjęła coś z chusteczki, dała mu, a następnie, przybliżywszy się, bez żadnej odrazy, świecąc radośnie czarnemi oczyma, pocałowała dziada trzykrotnie.

I w tej chwili, jak całowała się z żebrakiem, oczy jej spotkały spojrzenie Niechludowa. Zdało się, jakby chciała zapytać, „czy dobrze, że tak robię?”

— „Tak, tak, kochana, wszystko dobrze, kocham cię.”

Zeszły z przedsionka, i on podszedł ku nim. Nie chciał korzystać z obyczaju, ale, ot tak, chciał być bliżej.

— Aleluja — rzekła Matruna, chyląc głowę i uśmiechając się, z taką intonacyą, co wyraża, że oto dziś wszyscy równi.

I otarłszy usta zwiniętą w trąbkę chusteczką, wyciągnęła je ku niemu.

— Aleluja — rzekł Niechludow, całując ją.

Obejrzał się na Kasię. Zarumieniona w tej chwili, zbliżyła się ku niemu.

— Chrystus zmartwychwstał, Dymitrze Iwanowiczu.

— Zaiste zmartwychwstał — odpowiedział.

I ucałowali się dwa razy, i jakby pomyślawszy, czy jeszcze trzeba, i zdecydowawszy, że trzeba, pocałowali się po raz trzeci i uśmiechnęli oboje.

— Nie pójdziecie na probostwo? — zapytał Niechludow.

— Nie, my tu, Dymitrze Iwanowiczu, poczekamy — rzekła Kasia, wzdychając pełną piersią, jakby po spełnieniu jakiegoś niezwykłego obowiązku i patrząc mu prosto w oczy tem pokonem, dziewiczem, kochającem spojrzeniem.

W miłości pomiędzy mężczyzną i kobietą jest jedna chwila, gdy miłość ta dochodzi do swego zenitu, kiedy w niej niema nic świadomego, obmyślanego i nic zmysłowego. Takim momentem, chwilą taką, była dla Niechludowa owa noc Zmartwychwstania Pańskiego. Kiedy dziś wspominał Kasię, to ta właśnie chwila zasłaniała wszelkie inne momenty i wspomnienia. Czarna, gładka, lśniąca główka, biała suknia w zakładki, obejmująca jej kibić i pierś okrągłą, dziewiczą i te ramiona, i te łagodne, błyszczące czarne oczy, i w całej jej istocie dwie cechy wydatne: czystość miłości dziewiczej, nietylko dla niego — był o tem przekonany — ale miłości dla wszystkich i dla wszystkiego, miłości nietylko dla tego, co miłe i piękne, ale i dla tego żebraka, którego wstrętnej, zeszpeconej twarzy czystemi dotknęła ustami.

On wiedział, że w niej żyła ta miłość, boć i on sam w tę noc i w ten ranek czuł ją w sobie, czuł, że ta miłość jego istotę z jej istotą zespala w jedno i łączy...

Ach, gdyby wszystko zatrzymało się na tem uczuciu, jakie było tej nocy! Gdyby się zatrzymało!

Niestety... cała ta rzecz okropna stała się już po owej nocy Zmartwychwstania.

Tak rozmyślał, siedząc obecnie przy oknie w izbie sędziów przysięgłych.

XVI.

Powróciwszy z cerkwi, Niech ludów zjadł śniadanie z ciotkami i żeby się pokrzepić wedle pułkowego obyczaju, napił się wódki, następnie wina i poszedł do swojego pokoju, gdzie w ubraniu spać się położył.

Zasnął natychmiast. Obudziło go pukanie do drzwi. Po tem pukaniu poznał, że to była ona; podniósł się, przetarł oczy i przeciągnął się.

— Kasiu, to ty?.. Wejdź — rzekł, podnosząc się.

Ona uchyliła nieco drzwi.

— Proszę do obiadu — rzekła.

Miała na sobie tęż samą białą suknię, ale wstążki we włosach nie było. Spojrzawszy mu w oczy, ożywiła się, jakby zwiastując mu coś wesołego.

— Zaraz idę — rzekł, biorąc grzebień, aby włosy.

Ona postała jeszcze chwilkę. Zauważył to i, cisnąwszy grzebień, zbliżył się do niej. Ale ona w tej chwili zwróciła się szybko i poszła lekkim, prędkim krokiem po chodniku korytarza.

— A to głupiec ze mnie, trzeba ją było zatrzymać — pomyślał Niechludow.

I dopędził ją w korytarzu.

Czego chciał od niej, sam nie wiedział. Ale zdawało mu się, że kiedy ona weszła do jego pokoju, trzeba było zrobić to, co wszyscy w takim razie czynią, a on tego nie zrobił.

— Kasiu, poczekaj!

Obejrzała się.

— Co panu?... — rzekła, zatrzymując się.

— Nic, tylko...

Przemógł się, i wiedząc, jak wszyscy w takich razach postępują, wogóle wszyscy tacy, jak on, objął w pół Kasię.

 

Ona zatrzymała się i spojrzała mu w oczy.

— Nie trzeba, Dymitrze Iwanowiczu, nie trzeba — rzekła, rumieniąc się ze łzami w oczach i swą narobioną silną ręką odjęła obejmującą ją jego rękę.

Niechludow puścił ją i na chwilę stało mu się jakoś opacznie, i wstyd go wziął, i było mu nieswojo. Trzeba było mu w tej chwili uwierzyć sobie samemu, trzeba było zrozumieć, że ten wstyd, to zakłopotanie, toć szlachetne, dobre strony jego duszy, wychodzące na jaw w tej właśnie chwili. Jemu się zdawało, że to, co przemawia w nim, jest poprostu głupie, że trzeba postąpić, jak inni postępują.

Dogonił ją raz jeszcze, objął w pół i pocałował w szyję.

Ale ten pocałunek już nie był takim, jak te dwa pierwsze pocałunki — jeden bezwiedny za krzakiem bzu, drugi dziś rankiem w kościele. Ten pocałunek był jakiś straszny, i ona to odczuła.

— Co pan takiego robi! — krzyknęła takim głosem, jakby tym pocałunkiem on coś zdruzgotał w niej bardzo cennego, i zdruzgotał na zawsze, i uciekła pędem od niego.

On przyszedł do jadalni. Ciotki wystrojone, doktór i sąsiadka stali przy zakąskach. Wszystko było zupełnie naturalne, ale w duszy Niechludowa wrzała burza. Nie rozumiał, o co go pytano, odpowiadał ni to, ni owo i myślał tylko o Kasi, wspominając wrażenia tego ostatniego całusa, kiedy ją dogonił na korytarzu. I nie mógł myśleć o niczem innem. Kiedy wchodziła do pokoju, on, nie patrząc na nią, czuł jej obecność całem jestestwem swojem i musiał użyć całej siły woli, aby na nią nie patrzeć.

Po o biedzie poszedł do siebie i silnie wzburzony, chodził po pokoju, słuchając odgłosów i czekając, rychło usłyszy jej kroki. Ten człowiek-zwierzę, co siedział w nim, nietylko podniósł hardo głowę, ale rzucił pod nogi i zdeptał tego drugiego człowieka-ducha, jakim on był w chwili przyjazdu, a nawet dziś rankiem w cerkwi, i ten straszny zwierz ludzki opanował jedynie całą dusze jego.

Chociaż Niechludow ciągle czatował na Kasię, nie udało mu się spotkać z nią sam na sam. Widocznie unikała go. Ale wieczorem tak wypadło, że musiała wejść do sąsiedniego pokoju. Doktór miał zanocować i Kasia miała przygotować posłanie. Usłyszawszy jej kroki, Niechludow cicho i powstrzymując oddech, jakby miał coś złego zrobić, wszedł za nią.

Wsunąwszy obiedwie ręce w czystą poszewkę i trzymając niemi rogi poduszki, Kasia obejrzała się i uśmiechnęła, ale nie wesoło i swobodnie, lecz z przestrachem i żałośnie.

Uśmiech ten zdawał się mówić do mego, że to, co teraz robi, źle robi.

Chwilę zatrzymał się. Była jeszcze możność walki z sobą. Choć słabo, ale odzywał się jeszcze głos prawdziwej miłości, głos, który mu mówił o „niej, ” o jej uczuciach, o jej życiu. Ale inny głos przemawiał: patrz, pominiesz swoją rozkosz, swoje szczęście. I ten drugi głos zagłuszył pierwszy. Śmiało więc postąpił ku niej. I straszna, nieokiełznana chęć zwierzęca zawładnęła nim całkowicie.

Nie puszczając jej ze swych objęć, Niechludow posadził ją na łóżku i czując, że trzeba jeszcze przecież coś zrobić, siadł koło niej.

— Dymitrze Iwanowiczu, kochany, puść mnie — mówiła głosem rzewnym. — Matrona Pawłowna idzie! — krzyknęła, wyrywając się, i rzeczywiście, ktoś zbliżał się do drzwi.

— Przyjdę do ciebie w nocy — rzekł Niechludow. — Przecież sama jesteś?...

— Co panu? Za nic! Nie można — mówiły jej usta, ale cała istota wzburzona, zmieszana, mówiła co innego.

Zbliżającą się do drzwi była rzeczywiście Matruna Pawłowna. Weszła do pokoju z kołdrą w ręce i spojrzawszy podejrzliwie na Niechludowa, ostro zaczęła wymawiać Kasi, że wzięła nie tę kołdrę, co należało.

Niechludow milcząc, wyszedł. Nawet wstydu nie czuł.

Z wyrazu twarzy Matruny poznał, że go potępia i słusznie. Wiedział, że to, co robi, źle robi, ale zwierzęcy popęd, wyrastający z po za pierwszej dobrej miłości, tak nim zawładnął, tak nim opanował, że nie mógł uznać nic innego. Wiedział, co zrobić należy, aby tę żądzę zadowolić, i szukał środków urzeczywistnienia.

Przez cały wieczór był nieswój. To szedł do ciotek, to powracał do siebie na górę i myślał o jednem tylko, jakby ją spotkać na osobności. Ale ona unikała go, a Matruna Pawłowna starała się nie spuszczać jej z oczu.

XVII.

Przeszedł wieczór i nastąpiła noc. Doktór spać poszedł. Ciotki także spać się kładły Niechludow wiedział, że Matruna obecnie jest w sypialni ciotek, a Kasia sama w garderobie. Więc znów wyszedł na ganek. Na dworze było ciemno, ciepło i wilgotno, i biała mgła, co wiosną roztapia resztki śniegu, unosiła się w powietrzu. Od rzeki, płynącej o jakie sto kroków od domu, dolatywały dziwne odgłosy — pękały lody.

Niechludow zeszedł z ganku i stąpając przez kałuże po resztkach lodu, podszedł do okna garderoby.

Serce bilo mu w piersi tak silnie, że słyszał jego uderzenia, oddech to zatrzymywał się, to wyrywał ciężkiem westchnieniem.

W garderobie paliła się mała lampka. Kasia siedziała sama przy stole, patrząc w zamyśleniu przed siebie.

Niechludow długo bez ruchu spoglądał na nią, chcąc zobaczyć, co robić będzie, w przekonaniu, że nikt jej nie śledzi.

Parę minut siedziała nieruchomo, potem podniosła oczy, pokiwała, jakby na przekor samej sobie, głową, i poprawiwszy się, nagle położyła obiedwie ręce na stole i utkwiła wzrok w przestrzeni przed siebie.

On stał i patrzył na nią. I mimowolnie słyszał jednocześnie i swego serca bicie i dziwne odgłosy, płynące od rzeki.

Tam na tej rzece, pośród mgły, odbywała się jakaś nieustająca, powolna praca, coś dyszało, pękało, sypało się, to znów dzwoniły, niby szkło, cienkie odłamy kry.

Stał i patrzył na zadumane, trapione jakąś walką wewnętrzną, nadobne lice Kasi i żal mu jej było, a jednak, rzecz dziwna, ta żałość budziła tem żywsze jej pożądanie.

Zapukał do okna. Ona, jakby dotknięta prądem elekrycznym, drgnęła całem ciałem i na twarzy jej odmalowało się przerażenie. Zerwała się, podeszła do okna i przyłożyła twarz do szyby. Przestrach nie schodził z jej twarzy nawet wtenczas, kiedy, przyłożywszy dłonie, niby skórzane okulary, do skroni, poznała go.

Twarz jej była niezwykle surową, nigdy nie widział jej taką. Uśmiechnęła się dopiero wtenczas, kiedy on się uśmiechnął, jakby ulegając mu, ale w duszy jej nie było śmiechu, tylko strach.

On dał jej znak ręką, wzywając ją na podwórze do siebie. Ale ona potrząsnęła głową, iż nie chce, i stała dalej przy oknie. On zbliżył jeszcze twarz do szyby i chciał powiedzieć jej, żeby wyszła, ale w tej chwili ona obejrzała się ku drzwiom, widać ktoś ją zawołał.

Niechludow odszedł od okna. Mgła była tak gęsta, że pięć kroków od domu już nie widać było okna, tylko jakąś ciemną plamę, pośrodku której świecił, niby jakiś olbrzymi, czerwony, okrągły płomyk lampy. Od rzeki szedł ciągle jakiś straszny szum, grzechot, trzask i dźwięk pękającego lodu. Gdzieś w pobliżu, pośród mgły gęstej, zapiał kogut. Odpowiedziały mu inne, a hen daleko, we wsi, dały się słyszeć pomieszane, wyprzedzające się nawzajem, zlane w jeden chór piania kogutów. Wszędzie panowała cisza. Rzeka szumiała. Śpiewały już drugie kury.

Przeszedłszy parę razy tara i napowrót i stąpnąwszy niejednokrotnie w kałużę, Niechludow zbliżył się do okna garderoby. Lampa paliła się ciągle, a Kasia znów siedziała samotna przy stole, jakby niezdecydowana, co czynić. Zaledwie podszedł, spojrzała w okno. Zastukał. Nie patrząc, kto stukał, natychmiast wybiegła z garderoby. Słyszał, jak odemknęły się i skrzypnęły drzwi wchodowe. Czekał na nią przed sienią i natychmiast chwycił ją w objęcia. Przytuliła się do niego, podniosła głowę i ustami szukała ust jego. Stali za węgłem sieni, na odmarzłem miejscu, i przepełniała go męcząca, niezaspokojona żądza.

Nagle stuknęły i zaskrzypiały drzwi wchodowe i rozległ się gniewny, ostry głos Matruny Pawłowny:

— Kasiu!

Wyrwała się i wróciła do garderoby. Słyszał, jak założono haczyk. Zrobiła się cisza. Światło w oknie znikło, zostały tylko mgła i szura rzeki. Niechludow podszedł do okna i nikogo nie ujrzał. Zastukał — nikt mu nie odpowiedział. Wrócił do domu przez główny ganek, ale nie mógł usnąć. Zdjął buty i na bosaka podszedł do drzwi Kasinego pokoju, tuż obok pokoiku Matruny.

Słyszał, jak spokojnie chrapała Matruna i chciał już wejść, gdy nagle zaczęła kaszlać i poruszać się na skrzypiącem łóżku. Stanął niby wkopany w ziemię i stał tak około pięciu minut. Kiedy wszystko ucichło i dało się znów słyszeć spokojne, miarowe chrapanie, stąpając ostrożnie po deskach, które nie skrzypiały, postąpił dalej i podszedł do samych drzwi pokoju Kasi. Było cicho. Najwidoczniej nie spała, Bo nie było słychać jej oddechu. Ale skoro tylko szepnął „Kasiu!” zerwała się, podeszła do drzwi i gniewnie, jak mu się wydało, zaczęła tłómaczyć mu, aby odszedł:

— Do czego to podobne? Jakże można? Ciocie usłyszą — szeptały jej usta, a cała jej istota mówiła: „jam twoja...” I to tylko rozumiał Niechludow.

— Otwórz na chwilkę, błagam cię — powtarzał bezmyślnie.

Zamilkła. Potem usłyszał szmer ręki, szukającej haczyka. Haczyk dźwięknął więc wszedł w drzwi otwarte.

Schwycił ją tak, jak stała, podniósł i poniósł.

— Ach! Co pan robi? — szeptała.

Ale on nie zwracał uwagi na jej słowa i niósł ją dalej.

— Ach, po co to, puść pan! — szeptała, przytulając się do niego.

Kiedy cała drżąca, bezmowna, nie odpowiadająca na słowa jego, poszła do siebie, on wyszedł na ganek, i zatrzymał się.

Na dworze było jaśniej. Tam niżej, nad rzeką, trzask, szum i dźwięk wzmagały się ciągle, a do poprzednich odgłosów przybyły jeszcze jakieś szmery.

Mgła opadała na dół, a ponad ścianą mgły wypłynął poszczerbiony księżyc, oświetlając ponuro coś, co było ciemne i straszne.

— Cóż to... stało się ze mną szczęście wielkie, czy nieszczęście? — zapytywał sam siebie. — Zawsze tak, wszystko tak — powtórzył sam do siebie i poszedł spać.

XVIII.

Nazajutrz przyjechał do Niechludowa wesoły i elegancki Schönbock i odrazu podbił serce ciotek swem ułożeniem, uprzejmością, wesołem usposobieniem, a także hojnością i przywiązaniem do Dymitra.

Hojność ta, aczkolwiek podobała się ciociom, ale je nieco zadziwiła przesadą. Wędrownym dziadom, wałęsającym się po podwórzu, dał rubla. Służącym na piwo dał 15 rubli, a gdy w jego obecności mała bonońska suczka cioci Zofii do krwi obtarła sobie nóżkę, nie wahał się podrzeć na szmatki batystową chustkę ze szlaczkiem, aby skaleczenie opatrzyć. Ciocia Zofia wiedziała, że tuzin takich chusteczek kosztuje, co najmniej, 15 rubli. Takich wytwornych kawalerów ciotki dotąd jeszcze nie widziały. Nie mogły również przypuszczać, że Schönbock ma ze 200 tysięcy rubli długów, o których wiedział, że nigdy ich nie zapłaci. Więc 25 rubli mniej, albo więcej, co to może znaczyć!

Schönbock zabawił tylko jeden dzień i nazajutrz razem z Niechludowem odjechał. Nie mogli dłużej pozostać, bo to był już ostateczny termin stawienia się do pułku.

W dzień ostatniego u ciotek pobytu, pod świeżem wrażeniem przepędzonej nocy, toczyły w duszy Niechludowa walkę dwa uczucia. Najpierw świeże, palące wrażenie miłości, która, choć nie dała tego, czego się spodziewał, zawsze niosła zadowolenie osiągniętego celu. Następnie przeświadczenie o tem, że to, co zrobił, źle zrobił, że należało to naprawić, jeśli nie dla niej, to dla samego siebie.

W tym obłędzie egoizmu, w jakim się Niechludow znajdował, myślał tylko o sobie, myślał o tem, czy go osądzą i jak go osądzą ludzie, dowiedziawszy się o tym postępku ale nie o tem, czego ona doświadcza, co odczuwa, co się z nią stanie. Sądził, że Schönbock domyśla się jego stosunku z Kasią i ta myśl głaskała jego próżność.

— Takeś raptem pokochał ciocie — odezwał się Schönbock, ujrzawszy Kasię. — Siedzisz już tydzień cały. No, no! Ja na twojem miejscu takżebym siedział. Cudo!

I o tem także myślał, że chociaż szkoda odjeżdżać teraz, nie nacieszywszy się do woli miłością Kasi, ale, że to i lepiej, bo zrywa się odrazu stosunek, który później trudnoby było podtrzymać. Myślał jeszcze i o tem, że trzeba jej coś dać grosza, nie dlatego, żeby dać, nie dlatego, że te pieniądze mogą jej być potrzebne, ale, ot dlatego, że już tak przyjęte, że wszyscy dają.

Dał jej więc tyle pieniędzy, ile uznał za stosowne ze względu na jej i swoje stanowisko.

W chwili odjazdu doczekał się jej w sieniach. Żachnęła się, ujrzawszy go i chciała przejść mimo, zwracając oczy na otwarte drzwi garderoby. Ale zatrzymał ją.

 

— Chciałem pożegnać się z tobą — rzekł, mnąc w ręku kopertę ze storublowym banknotem. Więc. oto...

Ona domyśliła, się, zmarszczyła brwi, potrząsnęła głową i odtrąciła jego rękę.

— Ależ głupstwo, weź — mruknął i wsunął jej kopertę za stanik i, jakby oparzony, nachmurzył się i wzdychając ciężko, spiesznie odszedł do siebie.

I długo potem chodził po pokoju, kulił się, drżał, coś podrzucało go i wzdychał głośno, jakby go trapił ból dotkliwy na wspomnienie tej przykrej sceny.

Ale cóż było robić? Zawsze tak, wszędzie tak! Tak zrobił Schönbock z guwernantką, o której opowiadał. Tak zrobił wujaszek Jurek, tak ojciec, kiedy, mieszkając na wsi, miał naturalnego syna, Miszkę, który i teraz gdzieś się chowa. A jeżeli wszyscy tak postępują, to widać tak robić wypada. W ten sposób pocieszał sam siebie, ale nie mógł się jakoś pocieszyć. Wspomnienie o tem paliło mu sumienie.

W głębi, na dnie duszy, czuł doskonale, że postąpił tak źle, tak podle i okrutnie, że wiedząc o swym postępku, nie wolno mu było sądzić drugich, ani patrzeć śmiało ludziom w oczy. Tem mniej mógł uważać się za młodzieńca szlachetnego, uczciwego, wzorowego, za jakiego dotąd uchodził. A należało mu mieć i dalej także same o sobie przekonanie, aby żyć równie ochoczo i wesoło.

A na to był tylko jeden środek: nie myśleć o tem, co się stało. Tak też uczynił.

Życie, jakie rozpoczynał, nowe miejscowości, nowi towarzysze, wojna, wszystko sprzyjało potemu. I czem głębiej rzucał się w wir życia, tem więcej zapominał i nareszcie zapomniał zupełnie.

Raz tylko jeden, kiedy po skończonej wojnie, przyjechawszy do ciotek, z zamiarem zobaczenia jej, skoro dowiedział się, że Kasi już niema, że wkrótce po jego odjeździe porzuciła służbę, będąc w odmiennym stanie, i podobno urodziła dziecko, jak mówiły ciotki, i chorowała ciężko, wtedy ścisnęło się mu serce.

Dziecko mogło być jego dzieckiem, albo i nie jego.

Ciotki mówiły, że Kasia popsuła się całkowicie, że miała taką samą naturę ladaco, jak i jej matka.

Sąd ciotek bardzo mu był na rękę, bo choć w części winę tłómaczył. Z początku chciał jednak odszukać ją i dziecko, a potem dlatego, że w głębi duszy było mu wstyd i przykro myśleć o tem, nie postarał się o odszukanie i zapomniał o winie swojej i przestał już myśleć o tem.

Ale obecnie, dziwny zbieg okoliczności, przypomniał mu wszystko i żądał przyznania tego braku serca, okrucieństwa, podłości, co dozwoliły mu żyć dziesięć lat spokojnie z tak ciężkim grzechem na sumieniu.

Ale jeszcze dalekim był od uznania się całkowicie winnym i myślał tylko, aby wszystko obecnie na jaw nie wyszło, żeby ona, albo jej obrońca nie opowiedzieli wszystkiego i nie znieważyli go wobec wszystkich.