ZmartwychwstanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XII.

Tak — to była Kasia.

Stosunki Niechludowa z Kasią były takie. Poznał ją po raz pierwszy, kiedy jako student 3-go kursu, przygotowując pracę swoją o własności ziemskiej, przyjechał na wakacye letnie do ciotek.

Zwykle z matką i siostrą przepędzał lato w obszernych majętnościach pod Moskwą. Ale w tym roku siostra za mąż wyszła, a matka wyjechała do wód za granicę.

Niechludow miał pisać rozprawę więc zdecydował się spędzić Jato u ciotek. Tam w kącie zapadłym był spokój, nie było żadnych przeszkód — zresztą ciotki kochały swego krewnego i spadkobiercę — i on je kochał za ową staroświecczyznę i prostotę w życiu.

Niechludow w czasie pobytu u ciotek był w tej epoce życia, kiedy młodzieniec zaczyna po raz pierwszy samodzielnie odczuwać całą piękność tego życia, całe jego dla człowieka znaczenie, kiedy sobie stawia pewne ideały i nie wątpi w możność ich urzeczywistnienia.

W tym roku czytał „ Socyologię” Spencera i rozprawy tegoż autora o własności ziemskiej, a zapatrywania, w tych dziełach zawarte, tem więcej na niego oddziałały, że sam był synem właścicielki większej własności.

Ojciec jego nie był bogatym, ale matka otrzymała w spadku około 20 tysięcy morgów ziemi. Zrozumiał on wtedy po raz pierwszy całą niesłuszność prywatnej własności ziemskiej, a ponieważ był jednym z tych ludzi, dla których ofiara materyalna dla wyższych duchowych celów sprawia przyjemność, przeto postanowił zrzec się prawa własności i otrzymaną po ojcu ziemię rozdał chłopom. W tym duchu zamierzył napisać rozprawę.

Życie na wsi u ciotek szło mu takim trybem: Rano wstawał czasami o trzeciej i szedł do rzeki kąpać się jeszcze przed wschodem słońca. Nieraz tuman mgły słał się nad łąkami i rzeką, a skoro powracał, perliła się rosa na trawach, liściach i kwiatach. Czasami, wypiwszy kawę, zasiadał do pisania, lub czytał źródła, ale częściej znów wychodził z domu i błądził po polach i lasach. Przed obiadem przespał się czasami w ogrodzie, w lesie, lub nad potokiem. Przy obiedzie radował ciotki swem weselem. Po obiedzie jeździł konno, pływał łódką — a wieczorem albo czytał, albo siedział z ciotkami, kładąc pasyanse. Często w noce księżycowe sen odbiegał jego powiek. Nie spał — bo kipiał w nim nadmiar życia. — Przeto miast spania, chodził nocami po ogrodzie z myślami swemi i marzeniem.

W ten sposób przepędził spokojnie i szczęśliwie pierwszy miesiąc pobytu na wsi, nie zwracając zupełnie uwagi na zwinną półwychowankę — półpokojową, czarnooką Kasię.

Niechludow, chowając się od lat 19 tu pod okiem matki, był zupełnie niewinnym chłopcem. Marzył o kobiecie, jako o towarzyszce życia. Kobiety, co nie mogły być jego żonami — uważał nie jako kobiety, ale jako ludzi zwykłych. Zdarzyło się jednak tegoż lata, że na Wniebowstąpienie przyjechała do ciotek ich sąsiadka z dziećmi, też z dwiema panienkami, uczniem gimnazyum, i bawiącym u niej młodym artystą, pochodzącym z chłopów.

Po herbacie zaczęli bawić się na skoszonym trawniku w łapanego. Wzięli do zabawy i Kasię. Po niejakim czasie wypadła kolej na Niechludowa ścigać się z Kasią. Zawsze patrzył na nią z przyjemnością, ale ani mu do głowy przyszło, żeby kiedykolwiek mógł istnieć jakiś związek między nimi.

— No, tej nigdy nie złapiesz — mówił „jastrząb”, wesoły malarz, biegający bystro na krótkich, krzywych, ale silnych chłopskich nogach.

— Może potknąć się.

— I tak pan nie złapie.

— Raz, dwa, trzy.

Uderzyli trzy razy w dłonie. Zaledwie wstrzymując się od śmiechu, Kasia szybko zamieniła się na miejsca z Niechludowym i ścisnąwszy małą nieco szorstką dłonią jego dużą rękę, zaczęła uciekać w lewą stronę, szeleszcząc krochmaloną spódnicą.

Niechludow biegał szybko — nie chciał dać się złapać malarzowi, więc umykał z całej siły. Skoro się obejrzał, zobaczył malarza, goniącego Kasię, ale ona żywo, przebierając młodemi sprężystemu nóżkami, nie dała się doścignąć i zmykała na lewo. Przed nimi był gęsty klomb bzu, po za który nikt dotąd nie uciekał, ale Kasia, obejrzawszy się na Niechludowa, dała mu znak głową, żeby się zbiedz z sobą po za klombem.

Zrozumiał i pobiegł za krzaki. Za krzakami był rowek, o którym nic nie wiedział — a zarosły go pokrzywy.

Potknął się — upadł, poparzywszy ręce pokrzywami i zamoczywszy padającą wieczorną rosą. Zerwał się ze śmiechem, otrząsnął i wybiegł na puste miejsce.

Kasia, rozpromieniona, śmiejąca, z czarnemi jak wilgotna porzeczka oczyma, biegła na jego spotkanie. Podeszli do siebie — i ujęli się za ręce.

— Poparzył się pan — ja o mało co również — rzekła, poprawiając swobodną ręką warkocz, i oddychając ciężko, patrzyła w górę na niego.

— Nie wiedziałem, że tam jest rowek — odpowiedział, śmiejąc się także i nie puszczając jej ręki.

Kasia podsunęła się do niego, i on sam nie wiedząc, jak i kiedy się to stało, pochylił ku niej twarz, ona się nie uchyliła, więc ścisnął silniej rękę i pocałował ją w usta.

— Otóż masz! — zawołała, i bystrym ruchem wyrwawszy rękę, uciekła.

Podbiegłszy do krzaku bzu, zerwała dwie białe, już osypujące się kiście i uderzając się niemi po rozgrzanej twarzy a oglądając się na niego, śmiało machała przed sobą rękoma i powracała napowrót do grających.

Od tej pory stosunki Niechludowa z Kasią zmieniły się i stały się właśnie takiemi — jakie bywają zwykle między niewinnym, młodym chłopcem, i równie niewinną dziewczyną — których coś ciągnie do siebie.

Skoro Kasia wchodziła do pokoju, nawet gdy zdaleka dojrzał Niechludow jej biały fartuszek, wszystko dla niego jaśniało słońcem, wszystko było więcej zajmującem, weselszem, w życie wstępowała radość. Tegoż samego doświadczała i Kasia. Ale nietylko obecność i blizkość Kasi wywoływały te wrażenia, dość było dla niego pomyśleć, że jest Kasia, a dla niej, że jest Niechludow. Jeśli otrzymał niemiły list od matki, albo nie kleiła mu się robota, albo ogarniał go ten dziwny niewytłómaczony smutek młody — dość było pomyśleć: — ot przecie jest Kasia — wnet ją zobaczę — i wszystko nikło jak mgła — jak cień.

Kasia miała wiele zajęcia w domowem gospodarstwie. Ale umiała dać wszystkiemu radę i w chwilach swobodnych czytała. Niechludow dawał jej Dostojewskiego i Turgieniewa, których sam czytał niedawno. Najwięcej jej się podobało „Zacisze” Turgieniewa. Rozmawiali z sobą dorywczo — to spotkawszy się na korytarzu, to na ganku, to na podwórzu, a czasami w izdebce starej pokojowej ciotek, Marty Pawłówny, z którą razem Kasia mieszkała. Do tej to garderóbki przychodził czasem Niechludow pić herbatę z „prykuską.”

Rozmowy w obecności Marty Pawłówny miały dziwny urok. Gorzej było rozmawiać sam na sam. Natychmiast oczy zaczynały mówić co innego, coś co daleko ważniejsze, niż to co mówiły usta, twarze zaczynały się mienić, robiło się jakoś nieswojo, i rozchodzili się. Taki stosunek pomiędzy Niechludowem i Kasią trwał ciągle podczas pierwszego pobytu u ciotek.

Ciocie coś zauważyły i przestraszyły się, a nawet napisały o tem do księżny Heleny Iwanówny, matki Niechludowa. Ciocia Marya obawiała się, żeby Dymitr nie poznajomił się z Kasią bliżej. Ale to były próżne obawy. Niechludow kochał Kasię, sam nie wiedząc o tem, jak kochają ludzie niewinni, a ta miłość była najlepszą obroną od upadku, tak dla niego, jak dla Kasi. Obawy zaś poetycznej cioci Zofii zasadzały się na tem, aby Dymitr ze swoim stanowczym charakterem, pokochawszy Kasię, nie zechciał się z nią żenić, nie bacząc na jej stan i stanowisko. I te obawy miały daleko więcej słuszności.

Gdyby Niechludow wtenczas zdawał sobie jasno sprawę ze swego uczucia dla Kasi, gdyby go zwłaszcza przekonywać chciano, że pod żadnym pozorem nie może łączyć swoich losów z taką dziewczyną, to bardzo łatwo wydarzyć się mogło, że w prostocie swoich przekonań mógł sądzić, że niema żadnych przeszkód do ożenienia się z Kasią, nie patrząc na to, kim ona jest — jeśli ją tylko prawdziwie się kocha. Ale ciotki nic mu nie wspomniały o swych obawach; więc odjechał, nie przeświadczywszy się o miłości swojej dla Kasi.

Był przekonany, że uczucie jego dla Kasi jest tylko jednym z przejawów tych wypełniających całe jego jestestwo poczuć wesela życia, które podzielała ta miła, wesoła dziewczyna.

Kiedy odjeżdżał, a Kasia, stojąc na ganku z ciotkami, patrzyła na niego swemi czarnemi, lekko skośnemi, a pełnemi łez oczyma, poczuł jednak, że traci coś, co jest przepiękne i drogie, co może zniknie na zawsze i nie odnajdzie się nigdy. I zrobiło mu się smutno — jak smutno!

— Bądź zdrowa Kasiu, dzięki ci za wszystko — przemówił przez czepek cioci Zofii, siadając na wózek.

— Bywaj zdrów Dymitrze Iwanowiczu — rzekła ona słodkim pieszczonym głosem, i wstrzymując łzy, cisnące się do oczu, uciekła do sieni, gdzie mogła wypłakać się swobodnie.

XIII.

Od tej pory przez trzy lata Niechludow nie widział Kasi. I zobaczył ją dopiero wtenczas, kiedy, zdobywszy świeżo stopień oficerski, jadąc do armii, wstąpił po drodze do ciotek, już jako inny zupełnie człowiek niż ten, co był przed trzema laty. Wtenczas był to uczciwy, otwarty młodzieniec, gotów poświęcić się dla każdej sprawy; obecnie stał się popsutym, wyrafinowanym sobkiem, ceniącym tylko własne swoje zadowolenie. Wtenczas świat boży był dla niego tajemnicą, którą pragnął odgadnąć, dziś życie było zrozumiałem i prostem i określało się wedle tych warunków, w jakich przywykł się znajdować.

Wtenczas było koniecznem i potrzebnem obcowanie z przyrodą i ludźmi, co umieli żyć, myśleć, sądzić, jak filozofowie lub poeci, dziś miały znaczenie przepisy towarzyskie i obcowanie z kolegami.

Dawniej kobieta była dla niego czemś tajemniczem, i właśnie przez tę tajemniczość zachwycającem zjawiskiem. Dziś kobieta, każda kobieta, prócz najbliższej rodziny i żon kolegów, określała się jasno: kobieta, to jedno z najlepszych narzędzi rozkoszy, już znajomej i poznanej do gruntu. Wtenczas pieniądze były zbyteczne, wystarczała trzecia część tego, co dawała matka. Można było wyrzec się ojcowskiego majątku i oddać go chłopom. Teraz nie wystarczało te 1500 rubli miesięcznie, jakie wypłacała matka, i niejednokrotnie bywały przykre rozprawy o pieniądze. Wtenczas jako swoje właściwe ja, uważał on duchową istotę swoją, dziś pojmował siebie, jako to ja zdrowe, rzeźkie, pragnące żyć i używać, ja zwierzęce. I ta cała zmiana straszliwa dokonała się w nim dlatego tylko, że przestał wierzyć sobie, a zaczął wierzyć drugim.

 

Przestał wierzyć sobie, a zaczął wierzyć drugim dlatego tylko, że żyć z wiarą w siebie było ciężko, że wierząc w siebie, każde pytanie trzeba było rozstrzygać na niekorzyść własnego zwierzęcego ja, co szukało łatwych uciech, a wierząc drugim, nie było co rozwiązywać, bo wszystko było już rozwiązanem i zdecydowanem zawsze na pogrom duchowego, a na korzyść bydlęcego ja.

Prócz tego, wierząc w siebie, ulegał sądom ludzkim, wierząc drugim, słyszał pochwały i znajdował zachętę w otoczeniu swojem.

Kiedy myślał, czytał i mówił o Bogu prawdzie, bogactwie i nędzy, otaczający uznawali to za niewłaściwe, a po części śmieszne. Matka i ciotka nazywały go dobrodusznie notre cher philosophe. Kiedy czytał powieści, opowiadał tłuste anegdoty, chodził do francuskiego teatru na ucieszne wodewile, i wesoło opowiadał o tem, chwalono go i zachęcano powszechnie. Kiedy uznawał za stosowne ograniczać się w wydatkach, nosił stary płaszcz, wina nie pijał, wszyscy to uważali za chęć popisu, za dziwactwo. Skoro wydawał dużo pieniędzy na polowania, albo urządzał sobie niezwykle piękny gabinet, wszyscy wychwalali dobry gust i nieśli kosztowne podarki.

Kiedy prowadził się przyzwoicie, był skromnym i chciał takim aż do chwili ożenienia się pozostać, matka zaczęła się lękać o jego zdrowie i nietylko nie zasmuciła się, ale raczej ucieszyła wiadomością, że syn stał się mężczyzną, co się zowie, bo odbił jakąś Francuzicę współkoledze.

O wydarzeniu z Kasią, o tem, że Dymitrowi mogła przyjść do głowy myśl o ożenku, księżna nie mogła myśleć bez trwogi.

Fakt, że Niechludow, doszedłszy do pełnoletności, oddał mały mająteczek po ojcu chłopom, fakt ten przeraził matkę i krewnych i do tej pory był przedmiotem drwin i żartów. Opowiadali mu bez przerwy, że chłopi, otrzymawszy ziemię, zamiast zyskać lepszy byt, zbiednieli, wystawili trzy karczmy w wiosce i zupełnie przestali pracować.

Skoro zaś Niechludow, służąc w gwardyi, przehulał i przegrał z kolegami tyle, że matka musiała naruszyć kapitału, to nie zmartwiło jej zupełnie. Owszem uważała, że to rzecz zupełnie naturalna i dobra, że trzeba zawsze przejść taką ospę w młodości, aby tylko w przyzwoitem towarzystwie.

Z początku Niechludow walczył, ale walka była trudną, ponieważ wszystko, co on, wierząc sobie, uznawał za dobre, drudzy uważali za głupie, i naodwrót, wszystko, co wierząc sobie, uznawał za głupie, całe otoczenie zwało mądrem i dobrem.

Więc skończyło się na tem, że złożył broń, zwątpił o sobie i w drugich uwierzył. Z początku wyrzeczenie się siebie było nieprzyjemnem, ale to przykre uczucie trwało krótko i niezadługo Niechludow, który pod tę porę zaczął palić tytoń i pić wódkę, przestał doznawać owych przykrych uczuć i wielką ulgę poczuł.

Z całą namiętnością swej natury młodej oddał się on nowemu, przez wszystkich polecanemu życiu, i zagłuszył w sobie zupełnie ten głos, co czegoś innego pragnął. Rozpoczęło się to z chwilą zamieszkania w Petersburgu, a zakończyło wstąpieniem do wojska.

Niechludow w tej epoce życia swego czuł zachwyt wyzwolenia się ze wszelakich pęt moralnych, ze wszystkich ograniczeń, jakie stawiał sobie dawniej, i bezustannie znajdował się w chronicznym stanie egoistycznego obłędu.

Takim był, kiedy po trzech latach odwiedził ciotki.

XIV.

Niechludow wstąpił do ciotek dlatego, że ich majątek był po drodze do miejscowości, do której pułk jego już naprzód pomaszerował. Zresztą ciotki bardzo prosiły go o to, a co najważniejsza, pragnął zobaczyć Kasię. Może już i wtenczas miał złe względem Kasi zamiary, które mu podszeptywało zwierzę ludzkie, ale jasno ich sobie nie uświadamiał. Ot! poprostu, pragnął zabawić chwilkę w tych stronach, gdzie mu było niegdyś tak dobrze, zobaczyć trochę śmieszne, ale kochane i dobre ciocie, zawsze go otaczające atmosferą miłości i zachwytu, i ujrzeć miłą Kasię, o której zachował tyle przyjemnych wspomnień.

Przyjechał w sam Wielki Piątek, w końcu marca, podczas roztopów, przemoczony do nitki ulewnym deszczem, ale wesół, rzeźki, świeży, ożywiony, jak się czuł zawsze w oną porę.

— Czy ona jest jeszcze tutaj? — myślał, wjeżdżając w zawalony, po zrucanym z dachów śniegiem dziedziniec dworski, który dokoła otaczał mur z cegły zbudowany. Czekał, rychło Kasia wybiegnie na odgłos dzwonka na ganek, ale na ten ganek wyszły dwie stare kulawe baby z konewkami, najwidoczniej myjące podłogę.

Nie było jej i na frontowym ganku, wyszedł tylko służący Tichon w fartuchu, także najwidoczniej porządkowaniem zajęty.

Do przedpokoju wyszła ciotka Zofia w jedwabnej sukni i czepcu.

— Sprawiłeś nam uciechę, żeś przyjechał — mówiła ciotka Zofia, całując go. — Michasia trochę niezdrowa, zmęczyła się w cerkwi. Byłyśmy u spowiedzi.

— Witam kochaną cioteczkę — mówił Niechludow, całując ręce cioci Zosi — przepraszam, jestem cały mokry.

— Idźże do swojego pokoju. Całkiem przemokłeś. I wąsy też twoje. Kasiu! Kasiu! Dajże kawy czemprędzej!

— W tej chwili! — odezwał się znany, sympatyczny głos z korytarza.

A serce Niechludowa radośnie zabiło.

— Jest!

Słońce wprost wyjrzało ku niemu z po za chmur, i wesoło poszedł za Tichonem do swojego dawnego pokoju, aby się przebrać.

Niechludow bardzo był rad zapytać Tichona: jak się ma Kasia, czy zdrowa, czy nie wychodzi za mąż.

Ale Tichon był taki służbista, a przytem tak gorliwy, tak chciał koniecznie sam polewać wodę na ręce z umywalni, że Niechludow nie mógł zdecydować się zapytać go o Kasię, ale pytał o wnuczęta, o starego ogiera, o psa podwórzowego Połkana. Wszyscy byli żywi i zdrowi, prócz Połkana, który się wściekł w przeszłym roku.

Zrzuciwszy wszystko przemoczone, już zaczął ubierać się Niechludow, gdy usłyszał szybkie kroki i stukanie do drzwi. Tak chodziła i tak pukała tylko ona.

Narzucił na siebie mokry szynel i podszedł ku drzwiom:

— Proszę wejść

To była Kasia. Taż sama, jeszcze milsza niż przedtem. Tak samo patrzyły w górę te śmiejące się, naiwne, zaledwie troszeczkę skośne oczęta czarne. Jak i dawniej, miała czysty, biały fartuszek. Przyniosła od ciotek świeżo z papieru wyjęty wonny kawałek mydła i dwa ręczniki, duży ruski i kosmaty drugi. I nietknięte z drukowanemi literami mydło i ręczniki, i ona sama, wszystko to było czyste, świeże, nietknięte, miłe. Miłe, gładkie, rumiane jagody, tak samo ściągały się jak i dawniej, gdy patrzyła na niego z trudno powstrzymywaną radością.

— Witam was, Dymitrze Iwanowiczu — przemówiła z wysiłkiem, a twarz jej oblał rumieniec.

— Jak się masz, jak się pani miewa? — nie wiedział czy mówić ty, czy pani, i zarumienił się również jak ona. — No, dobrze, wesoła, zdrowa...

— Bogu dziękować... Ciocia przysyła panu ulubione mydło różane — rzekła, kładąc na stół mydło, a ręczniki na poręcze krzeseł.

— Pan ma swoje mydło — rzekł Tichon, wskazując z dumą na otwarty duży ze srebrnem okuciem neseser Niechludowa, pełen rozmaitych flaszeczek, szklanek, szczotek, fiksatuarów, pachnideł i wszelakich toaletowych przyborów.

— Proszę podziękować cioci. Ach, jak ja jestem kontent, żem przyjechał — rzekł, czując, że w duszy czyni mu się jasno i miło, jak to bywało niegdyś.

Zamiast odpowiedzi, uśmiechnęła się tylko na te słowa i wyszła.

Ciocie, chociaż zawsze kochały Niechludowa, teraz jeszcze, jeśli można, witały go radośniej niż zwykle. Dymitr jechał na wojnę, gdzie mógł być rannym albo zginąć. To poruszało ciocie do głębi.

Niechludow taką sobie ułożył marszrutę, że miał zabawić u ciotek jedną dobę, ale ujrzawszy Kasię, zgodził się pozostać na nadchodzącą Wielkanoc i zatelegrafował do swojego przyjaciela i kolegi Szenboka, z którym mieli się zjechać w Odessie, aby i on do ciotek wstąpił po drodze.

Od pierwszej chwili, skoro ujrzał Kasię, w Niechludowie odżyło dawne uczucie. Jak dawniej tak i teraz nie mógł bez wrażenia patrzeć na biały fartuszek Kasi, nie mógł bez radości słyszeć jej kroków, jej głosu, śmiechu, nie mógł bez błogości patrzeć w jej czarne, jak mokra porzeczka, oczy, osobliwie kiedy uśmiechała się, nie mógł, co najważniejsza, bez pomieszaniamieszania patrzeć, jak czerwieniała przy spotkaniu każdem.

Czuł, że jest zakochanym, ale nie tak, jak przedtem, kiedy ta miłość była dla niego tajemnicą i on sam do niej przyznać się nie śmiał, kiedy był przekonanym, że kocha się tylko raz w życiu. Teraz był zakochanym, wiedząc, co to znaczy, ciesząc się z tego i przeczuwając mglisto, choć to ukrywał sam przed sobą, na czem zależy ta miłość i co z tego wypaść może.

W Niechludowie, jak i w każdym człowieku, było dwóch ludzi. Jeden duchowy, szukający dobra, takiego dobra, któreby było dobrem drugich, drugi człowiek-zwierzę, szukający zadowolenia i pożytku dla siebie tylko, i gotów dla swego zadowolenia świat cały i jego dobro poświęcić.

Pod tę porę samolubnego obłędu, spowodowanego życiem petersburskiem i wojskowem, człowiek-zwierzę zdławił całkowicie człowieka-ducha. Ale ujrzawszy Kasię i poczuwszy, co żywił dla niej niegdyś, człowiek-duch ocknął się i upomniał o swoje prawa. I w Niechludowie przez dwa dni przed Wielkanocą toczyła się dobrze przezeń odczuwana walka wewnętrzna.

W głębi duszy czuł, że powinien jechać, że nie powinien teraz zostawać u ciotek, czuł, że nic z tego dobrego się nie stanie, ale to było tak miłe, tak radosne, że nie mógł sobie tego odmówić, i pozostał.

W Wielką Sobotę przyjechali ksiądz z dyakonem, nie bacząc, na złą drogę, sankami, łąkami wymijając te trzy wiorsty, dzielące cerkiew od dworu, aby odprawić nabożeństwo.

Niechludow z ciotkami i służbą, nie przestając spoglądać na Kasię, przy drzwiach stojącą, wysłuchał nabożeństwa, złożył życzenia księdzu i ciotkom, i chciał położyć się spać, skoro usłyszał wybieranie się starej Marty pokojowej i Kasi do cerkwi, żeby oświęcić święcone.

— Pojadę i ja — pomyślał.

Nie było ani sannej, ani kołowej drogi, więc Niechludow, dysponujący w domu ciotek, jak w swoim własnym, kazał osiodłać sobie starego wierzchowca ogiera, i zamiast tego, żeby spać się położyć, włożył paradny mundur, obcisłe spodnie, nałożył płaszcz, i pojechał na spasłym i ciężkim, ciągle rżącym starym ogierze, w ciemnicę po ługach i zaspach do cerkwi.