Wojna i pokój. Tom 6

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI.

Stary hrabia wrócił prosto do siebie. Paweł i Nataszka, obiecali ojcu, pośpieszyć za nim niebawem. Ponieważ było jeszcze dość wcześnie z rana, postanowiono na lisa zapolować. Odjechano trochę dalej i puszczono psy w jar dość głęboki. Mikołaj sam teraz strzelców porozstawiał, nie spuszczając z oka nikogo.

Na przeciw Mikołaja, jego dojeżdżacz, stojąc w rowie, chował się za krzak leszczyny. Zaledwie je spuszczono ze smyczy, psy zagrały coraz bliżej i coraz częściej, a w chwilę później, trąbka myśliwska oznajmiła wytropienie zwierza. Sfora cała poleciała w kierunku łąki. Mikołaj czekając żeby lis pokazał się na płaszczyźnie, widział jak jego dojeżdżacze z czapkami czerwonemi, pędzą za psami galopem.

Koniuszy Mikołaja, pospuszczał tylko co psy ze smyczy, gdy pokazał się lis, rudy, o krótkich i niskich nogach, z dziwnie sprytnym wyrazem w swoich ślepkach zielonawych, a bystrych. Uciekał myszkując po polu, to w tę, to w ową stronę. Kitą wspaniałą zamiatał ziemię i zakreślał coraz ciaśniejsze esy, floresy. Rzucił się na niego najprzód pies biały, później dopadł go czarny. Wszystko zmieszało się w czambuł. Głowy psie otaczały lisa tak ściśle, że go prawie widać nie było z pomiędzy nich. Teraz zbliżyli się do lisa, dojeżdżacz Rostowa w czerwonej czapce liberyjnej, i drugi strzelec w kaftanie ciemno zielonym.

— A to co znaczy? — pomyślał Mikołaj. — Skąd się wziął ten jakiś strzelec nieznany? Nie należy przecież do „wujcia“ drużyny!

Strzelcy dobili starego wygę. Zdawało się jednak Mikołajowi, że namyślają się nad czemś, zamiast go przytroczyć od razu do konia. Psy pokładły im się u nóg, zziajane i strudzone; dwaj strzelcy zaś wymachiwali gwałtownie rękami, pokazując na lisa, i wygrażając pięściami jeden drugiemu. Trąbka dała znać teraz, że toczy się spór o ubitą zwierzynę.

— To jeden ze strzelców Haguina, kłóci się o lisa z naszym Iwanem — wtrącił Koniuszy do Mikołaja.

Rostow posłał koniuszego, na odszukanie Pawełka i Nataszki, sam zaś pospieszył w miejsce dokąd dojeżdżacze spędzali psy, biorąc takowe na smycze, i gdzie toczyła się walka o lisa zabitego. Strzelec Rostowa wydarł ostatecznie z rąk tamtego zdobycz, i zbliżył się do swego pana z lisem przytroczonym do pasa. Zdjął czapkę natychmiast, i pragnął mówić z jak największem uszanowaniem, mimo że dotąd kipiał cały gniewem zapalczywym. Jedno oko miał mocno podbite, ale zdawać się mogło, że o tem już zapomniał.

— O cóż wam poszło Iwanie? — spytał Mikołaj.

— Proszę łaski jaśnie pana... Ot o co!... Ozy może pozwolimy łajdakowi zabierać nam lisy z przed nosa, i do tego wzięte przez nasze psy? Przecie pierwsza chwyciła bestję za kark, moja suka myszata! A nie doczekanie twoje złodzieju!... Nie chciał zrozumieć ludzkiej mowy, tom go lunął w pysk, że aż się przykrył nogami! I w toi czis wypuścił z rąk lisa... Dywy! dywy! czego zachciało się łajdakowi? Może byś tego jeszcze chciał skosztować, co? — Iwan rozsierdzony, zaczął wymachiwać groźnie nożem, choć wróg jego od dawna dał za wygranę, rejterując z placu boju.

Mikołaj zwrócił się do Pawła i Nataszki, którzy nadjechali byli tymczasem, prosząc aby na niego trochę poczekali, on zaś musi tę sprawę wyjaśnić.

Strzelec Rostowa, tryumfujący i rozpromieniony, opowiadał towarzyszom, pełnym ciekawości i podziwu dla jego czynów bohaterskich, jak to on się „z tamtym“ gracko uwinął.

Haguin sąsiadujący o miedzę z Rostowami, był z niemi cokolwiek na bakier, a nawet miał z nimi jakiś proces o kopce graniczne, czy coś podobnego. Jak na to, Haguin polował dnia tego, i właśnie pod lasem Rostowów. Musiał chyba sam upoważnić, a może nawet nakazał swojej służbie polować na gruncie należącym do Rostowów, i zabierać im z przed nosa zwierzynę.

Zawsze popędliwy do granic ostatecznych w swoich sądach i uczuciach, Mikołaj, chociaż nigdy na oczy nie widział owego sąsiada, wierzył święcie wszelkim donosom służby, i był przekonany, że Haguin był zdolny do popełnienia czynów najbrudniejszych i najgwałtowniejszych. Nienawidził go też z całej duszy, na „niewidzianego“, uważajac go z góry za wroga śmiertelnego. Cały wzburzony, zbliżał się do niego, zaciskając gniewnie w pięści szpicrózgę, gotów nawet do czynnego znieważenia zuchwalca, wdzierającego się w cudze prawa i na cudze terytorjum.

Zaledwie minął krawędź lasu, spotkał się oko w oko, z tłustym i tęgim mężczyzną, w czapce bobrowej, w krótkim kożuszku, który siedział na pysznym bułanku. Za nim jechało dwóch koniuszych. Był to Haguin w własnej osobie.

Zamiast wroga spodziewanego, na którego tak się był zawziął okrutnie, Mikołaj natrafił na bardzo miłego sąsiada, z ułożeniem i wychowaniem jak najwykwintniejszem. Haguin pragnął go poznać od dawna. Unosząc lekko czapkę z grzecznością wyszukaną, oświadczył Mikołajowi, jak mu było przykrem to całe zajście niefortunne, pomiędzy ich służbą. Zapewniał najuroczyściej, że strzelec jego, zostanie surowo ukarany, iż ośmielił się przekroczyć cudzą granicę, i tropić zwierza, ruszonego z legowiska, przez obce psy. Skończył prośbą usilną, żeby młody hrabia, wyświadczył mu ten zaszczyt, i raczył zapolować teraz na jego gruncie. Ma on kotlinkę, w której o każdej porze dnia, bierze się zająca na pewno.

Nataszka wielce niespokojna o brata, bojąc się żeby rozmowa nie stała się nadto burzliwą, postępywała za Mikołajem zwolna i zdaleka. Przybliżyła się zupełnie, widząc jak się panowie witają i zaznajamiają nawzajem, z całem wylaniem i serdecznością. Haguin zdjął teraz czapkę zupełnie, podziwiając z zapałem jej grację. Zapewniał szarmancko, że jest żywem odbiciem bogini Djany, tak przez zamiłowanie do łowów, jak i swoją pięknością olśniewającą.

Aby przebłagać Rostowa ostatecznie, za nadużycie popełnione przez jego służalca, nie odstąpił od propozycji, żeby całe towarzystwo zapolowało u niego na zająca. Przystano na to bardzo chętnie, i cały tabor, pomnożony przez drużynę Haguina, przeniósł się na tegoż terytorjum.

Jechano na przełaj, przez pole świeżo zorane. Panowie złączyli się razem, utworzywszy kółko odrębne. Każdy z nich przypatrując się z pod oka psom obcym, drżał na myśl, że mógłby znajdować się w czyjej psiarni, pies lepszy, niż w jego sforach, przewyższający jego własne psy, czy to siłą, czy węchem doskonalszym.

Rostowa uderzyła szczególniej charcica Haguina. Pochodziła z najczystszej rasy angielskiej. Nóżki miała jak utoczone, pyszczek długi i wązki, członki giętkie, elastyczne, a muszkuły jakby ze stali ukute. Słyszał mnóstwo pochwał, co do szybkości i sprytu chartów Haguina. W tej prześlicznej suce przeczuwał niebezpieczną rywalkę swojej Milki najulubieńszej. Wśród rozmowy potocznej, o żniwach tegorocznych, wtrącił od niechcenia, wskazując ręką na ową charcicę:

— Zdaje mi się, że posiadasz pan nader cenną suczkę. Musi być pełną ognia?...

— Ta tu?... Tak, wcale nie zła, dobrze goni — odrzucił Haguin na pozór najobojętniej w świecie... A jednak za Erzę, odstąpił swojemu sąsiadowi, całe trzy rodziny poddanych; razem dwadzieścia dusz!

— A zatem, panie hrabio — prowadził dalej przerwaną rozmowę — i u was zbiór nie dopisał? — uznawszy zaś za stosowne, odpłacić pięknem za nadobne, zaczął z kolei przypatrywać się psom Mikołaja. Spostrzegł w końcu Milkę:

— Ależ to ty, hrabio, posiadasz sukę cudowną! tę czarną, żółtem nakrapianą.

— Tak, posiada cenne przymioty... w biegu niezrównana... Zobaczyłbyś — pomyślał Mikołaj — co warta moja Milka, gdybyśmy tak ruszyli jakiego starego, wytrawnego szaraka!

Zwrócił się w tej chwili do swego koniuszego, zapowiadając, że ten z pachołków, który wytropi pierwszy zająca, dostanie od niego rubla nagrody.

— Nie rozumiem — rzekł po chwili Haguin — zazdrości tak powszechnej pomiędzy łowcami, gdy rozstrzyga się spór, o ich sfory i o ubitą zwierzynę. Co do mnie, używam chętnie na wszystkiem: Na przejażdżce po świeżem powietrzu, na miłem towarzystwie, jak naprzykład dzisiaj — tu skłonił się znowu szarmancko w stronę Nataszki — ale kłócić się o każdą skórę i sztukę ubitej zwierzyny, lub wynosić pod niebiosa przymioty własnych psów, tego nie pojmuję wcale. Wyznam nawet szczerze, że jest mi to najzupełniej obojętnem.

— Bardzo słusznie! — bąknął Mikołaj.

— Cóż mnie to w końcu obchodzi, czy moje psy mają większe, lub mniejsze powodzenie?... Polowanie zajmuje mnie tak samo. Zresztą...

Przerwał mu krzyk przeciągły jednego z pachołków. Stał on na niewielkim pagórku, z batogiem w górę podniesionym. Powtórzył niebawem krzyk jeszcze donośniej. Było to hasło umówione, że zając leży gdzieś w bruździe o kilka kroków od niego.

— Zdaje się że go wytropili — bąknął Haguin, z udaną obojętnością. — No! trzeba będzie zapolować na niego.

— I owszem, jedźmy wszyscy razem — przywtórzył Mikołaj, spojrzawszy z niechęcią i niedowierzaniem na Erzę i Rugaja, rywali niebezpiecznych dla jego Milki, która nigdy jeszcze nie szła z niemi w parze. — Nuż okryje wstydem siebie i mnie? — pomyślał z trwogą tajemną.

— Czy to stary szarak? — spytał Haguin, świsnąwszy na Erzę, nie bez pewnego wzruszenia wewnętrznego, mimo że silił się na spokój najzupełniejszy. — A wy, Michale Nikoforowiczu? — dodał zwrócony do „wujcia“, który zdawał się być w jak najgorszym humorze.

— Ani mi się śni! — Wzruszył miłosiernie ramionami. — Wasze psy kosztowały każdy z osobna, dobrą wieś... historja pewna!... na przód! marsz!... Będę patrzał zdaleka, gdy one pójdą w zawody.

— Rugaj! Mój stary Rugajuszka! — dodał „wujcio“ tonem niewypowiedzianie czułym, jakby pokładał całą nadzieję, w niezrównanych przymiotach, swego psa ulubionego.

Nataszka odgadywała i podzielała wzruszenie gorączkowe, przejmujące dwóch starych strzelców, a tem bardziej młodego zapaleńca jak jej brat.

 

Sfora psów, i reszta towarzystwa, zbliżali się zwolna do owego pagórka, na którym stał dotąd pachołek, czekając na swoich panów.

— Gdzież jego słuchy i głowa? — spytał pachołka Mikołaj. Zając atoli nie czekając na tamtego odpowiedź, w przeczuciu że coś złego się z nim święci, dał potężnego susa w górę, i zaczął zmykać co tchu. Charty pogoniły za nim, wyciągając się jak struna. Za niemi w tropy, puścili się dojeżdżacze na koniach. Jedni psy wołaniem podniecali, drudzy zastępywali drogę szarakowi, aby utrzymać go na linji, dla psów najprzystępniejszej. Wszyscy galopowali mimowolnie, nie zdając sobie nawet sprawy, dla czego tak czynią? Każdy ginął z ciekawości i niepokoju, na czem skończy się gonitwa, i który z psów przychwyci zająca? Szarak był graczem starym i doświadczonym nie w jednej już podobnej wyprawie. Najprzód położył słuchy po sobie, aby lepiej zorjentować się, skąd słychać krzyki i tentent kopyt końskich? Zrozumiał nareszcie jak wielkie grozi mu niebezpieczeństwo, i obrawszy najkrótszą drogę, zmykał na przełaj, przez ściernisko, ku łączce błotnistej. Erza wyprzedziła niebawem dwa psy legawe owego strzelca, które były wytropiły zająca. O kilka kroków od szaraka, skoczyła i ona w górę, aby dostać go tem pewniej. Nie wyrachowała jednak dostatecznie odległości i przeleciała przez głowę zająca, wywracając koziołka w powietrzu. Zając pomykał coraz prędzej. Teraz Milka zbliżała się z kolei i tuj! tuj! miała go pochwycić.

— Milka! moja Miluszka! — zachęcał ją Mikołaj, tonem najsłodszym, z miną tryumfującą. Zając nagle w bruździe przycupnął, i Milka oszołomiona, nieprzytomna prawie, tak samo minęła go. Erza spróbowała zaatakować go na nowo. Dała takiego susa w górę, że chwilę zdawała się niby w powietrzu zawieszona. Tym razem widocznie, wymierzała skok lepiej, aby spaść prosto na kark swojej zdobyczy.

— Erza! Erza! moja śliczna, kochana Erzuniu! — wykrzyknął Haguin, czułą prośbę do swojej ulubienicy, czego ona jednak, czy nie mogła, czy nie raczyła zrozumieć. W chwili bowiem, kiedy miała zająca pochwycić, ten pomknął dalej, linją rozdzielającą ściernisko od łąki. Erza i Milka goniły równo, niby para koni przy dyszlu dobranych doskonale. Były już blizko niego, coraz bliżej, zatrzymała ich jednak w biegu łąka grząska i torfiasta.

— Rugaj! Rugajuszka!... historja pewna!... marsz! — krzyknął teraz „wujcio“, a tegoż pies brzydki, z grzbietem jakby garbatym, wyciągnął się, ziewnął, grzbiet następnie wygjął w kabłąk, puścił się jak strzała, wyprzedził obie suki, i jednym susem prawie nadnaturalnym złapał za kark zająca, cisnął nim w górę z całej siły, pochwycił na nowo, wywrócił się z nim i potoczył po łące rozmokłej oblepiając błotem grzbiet cały. Zwycięzcę i zwyciężonego otoczyli kołem tak psy, jak i strzelcy. Tylko jeden „wujcio“ zeskoczył z konia, nieposiadając się z radości, zbliżył się do zająca, i odciął mu skok prawy, aby krew ściekła. Wzruszenie gwałtowne, nadawało jego oczom wyraz dziwny, prawie obłąkany. Biegały one szybko, z miejsca na miejsce, z jednej osoby na drugą. Ruchy jego były nerwowe, urywane, słowa tak samo bez ładu i składu:

— Historja pewna... marsz!... To mi pies!... Lepszy od tych wszystkich i tanich i najkosztowniejszych!... Historja pewna... marsz!... — wyrzucał z trudnością z gardła ścieśnionego, frazesa krótkie, bez związku. Możnaby było przypuścić, patrząc na spojrzenia gniewem pałające, na jego wąsy dziko nastroszone i usta drgające wściekłością, że jest otoczony wrogami nieprzejednanymi, że go ktoś prześladuje i obraża śmiertelnie, teraz zaś nadeszła chwila sposobna, zawstydzenia owych wrogów i odzyskania czci i sławy, której chciano go złośliwie pozbawić:

— Oto są psy po kilka i kilkadziesiąt tysięcy rubli! — krzyczał zapalczywie stary dziwak, wymachując rękami. — Rugaj moje stare, poczciwe psisko, masz, zasłużyłeś na ten smaczny kąsek!

Rzucił psu skok odcięty zającowi.

— Ściągnęła się, zmordowała na nic! Trzy razy dopędzała zająca w pojedynkę! — wrzeszczał ze swojej strony Mikołaj, odchodząc również od przytomności, zdawał się nie widzieć i nie słyszeć nikogo przed sobą.

— Phi! wielka sztuka, zabiedz mu drogę na przełaj, — mruknął jeden z koniuszych Haguina.

— Skoro Erza raz go ruszyła, goniąc za nim do upadłego, pierwszy lepszy pies mógł go pochwycić, nawet taki, co wiecznie w kuchni rądle wylizuje! — dodał z kolei ponuro Haguin, z twarzą krwią nabiegłą, prawie bez tchu z powodu jazdy w tempie iście szalonem.

Nataszka również podniecona galopem i całą tą sceną, krzyczała w niebogłosy, tonem najwyższego tryumfu. Gdzie indziej i w innem położeniu, byłaby się może wstydziła, objawów tak dzikiej radości. Tu przeszły one niepostrzeżenie, zagłuszone i przyćmione zgiełkiem głosów wszystkich strzelców i graniem psów. „Wujcio“, przytroczył zająca szybko i zręcznie do swego konia, poczem oddalił się stępą, nie rozmarszczywszy czoła i nie przemówiwszy więcej słowa do nikogo. Mikołaj i Haguin, byli dotknięci do żywego i nadto boleśnie w swojej strzeleckiej miłości własnej, aby odzyskać na razie krew zimną, równowagę i módz udawać dalej, jakoby ich to wszystko nader mało obchodziło. Ścigali wzrokiem pałającym nienawiścią, Rugaja, starego, niepozornego, garbatego i zabłoconego psiska, który biegł w ślady konia „wujcia“, ze spokojem tryumfatora:

— Widzicie — zdawał się do nich przemawiać. — Jestem na pozór, jak każdy inny pies, ale gdy idzie o polowanie, fiu! fiu! Baczność! historja pewna... marsz, marsz!...

Gdy po tej całej scenie, zbliżył się „wujcio“ i zagadał do Mikołaja, mocno mu to pochlebiło i uważał to za nader zaszczytne odznaczenia jego osoby, pomimo wszystkiego, co zaszło między ich psami.

VII.

Gdy pod wieczór Haguin pożegnał Mikołaja, ten teraz dopiero zdał sobie sprawę dokładną, jaka przestrzeń ogromna, dzieli go z Otradnoe. Przyjął też najchętniej i z wdzięcznością „wujcia“ propozycję, żeby tak ludzie, jak i psy jego, odpoczęli przez noc w Michałówce.

— A gdybyście i wy do mnie zajechali, co? Historja pewna! marsz!... — zawyrokował „wujcio“. — Powietrze zimne, wilgotne... Przekąsicie cokolwiek, odsapnięcie, a hrabianeczka wróci nazad w powozie.

Projekt przyjęto z radością. Jednego z dojeżdżaczów wysłano natychmiast do Otradnoe, aby przyjechali z dorożkami po Nataszkę i jej braci. Następnie zaś całe towarzystwo prowadzone przez „wujcia“, udało się do jego wioski i zostało przyjęte na ganku, przed domem mieszkalnym, przez pięciu sługusów, stanowiących otoczenie męzkie „wujcia“. Z oficyn, nieopodal od domu, wyściubiły głowy kobiety, młode i podstarzałe, zwabione widokiem gości, tłumnie przed ganek zajeżdżających. Było ich sporo, z dziesięć sztuk razem. Najwyższy podziw wzbudziła w nich Nataszka, siedząca bokiem na damskiem siodle, w długiej amazonce. Najbardziej ciekawe niemogły wytrzymać, żeby jej się zblizka nie przypatrzeć. Najśmielsze, zaczęły głośno robić uwagi rozmaite, jakby miały przed sobą jakąś nadziemską istotę, która nie może ich ani widzieć, a tem mniej słyszeć i rozumieć.

— Patrz no Aryna — rzekła jedna — jak ona śmiesznie siedzi na koniu, ni to mysz na pudle! A jaki z tyłu garb ma to siodło! A suknia taka długa, długa! To ci dziwo dopiero!

— Rany Chrystusowe!... I że ona się jakoś utrzyma?

— Czyś ty nigdy nie spadła Barinia?[1] — spytała ją wprost najśmielsza.

„Wujcio“ zeskoczył żwawo z konia przed gankiem domu wiejskiego, nader skromnego, który chował się prawie w ogrodzie i sadzie, rosnącym dziko po obu stronach. Spojrzał ostro na służbę, wydając każdemu stosowne rozkazy, aby nie zbrakło na niczem, tak jego gościom, jak i drużynie łowieckiej, z którą przybyli. Rozlecieli się natychmiast na wszystkie strony.

Teraz zwrócił się do Nataszki, zsadził ją z konia, postawił na ganku i tu podał jej ramię szarmancko, żeby pomódz przejść po kilku schodach drewnianych ganku, chwiejących się i na pół spróchniałych. Wewnątrz dom był dalekim od wzorowej czystości i ładu. Grube i powykrzywiane belki na suficie, nie były nawet wapnem pociągnięte, tylko połyskiwały ciemną barwą od kurzu i dymu kominkowego. Skoro się kto rozglądnął po tych pokojach, domyślił się z łatwością, że ostatnią troską tutejszych mieszkańców, było utrzymanie domu w jakim takim porządku, i choćby zmycie błota naniesionego w sieniach i przedpokoju. W sieni rozchodziła się woń ckliwa i nieprzyjemna, jabłek gnijących. Ściany w obszernej sieni były ozdobione myśliwskiemi trofeami.

Z przedpokoju wchodziło się do sali jadalnej. Tu stał na środku stół składany, pociągnięty czerwonym lakierem. Otaczały go takiej samej barwy stołki drewniane. Z salki były drzwi do tak nazwanego: „pokoju bawialnego“. Piec olbrzymich rozmiarów, zabierał prawie połowę czworokątku. Kanapa wąska, wybita czarną włosienną materją, kilka karłów z poręczami, stół okrągły przed kanapą, o jednej wielkiej nodze i serwantka, której półki cztery politurowane, podtrzymywały formując nogi od razu, trzy cielska olbrzymich wężów, niegdyś wyzłacanych, a dziś mocno poczerniałych i poobdzieranych z pozłótki, stanowiły tu całe umeblowanie. Na półkach serwantki, poukładano rozmaite rupiecie ze szkła i porcelany, poszczerbione i ponadtłukiwane. Na koniec dochodziło się do gabinetu i sypialni zarazem samego gospodarza. Tu nieład panował najstraszniejszy, a powietrze stęchłe, cuchnące, przesiąkłe dymem tytuniowym, staremi skórami, psami, które tu się wiecznie wylegiwały i potem końskim, aż za gardło chwytało. Tu meble były połamane, podarte, zewsząd wychodziły garście kłaków i włosia. Podłoga nie była myta od czasów odwiecznych, ściany poczerniały i pozieleniały od wilgoci, przez brudne szyby, okryte kurzem i pajęczyną, zaledwie zdołało się światło przecisnąć. Pokój tonął zawsze w pół cieniu. Na jednej ścianie w rogu, wisiał Ikonostas. Na drugiej portret Suwarowa. W głowach tapczana, okrytego skórą niedźwiedzią, który służył za łóżko „wujciowi“ wisiały portrety (istne bohomazy!) rodziców gospodarza. Poprosił gości żeby usiedli w pokoju bawialnym, sam zaś wyszedł na chwilę. Niebawem wbiegł do salonu Rugaj, należycie wymyty i wyczesany. Zajął natychmiast swoje zwykłe miejsce, na kobiercu przed kominkiem, kończąc jeszcze toaletę i wylizując językiem swoje rude kudły.

Po drugiej stronie pokoju gospodarza, był wąski korytarz, a za nim izba dla służby męzkiej. Z niej dochodził gwar głosów pomieszanych i wybuchy śmiechu. Tam teraz zgromadziły się prawie wszystkie kobiety z oficyn. Nataszka i jej bracia, porzucali futra i ciepłe buciki, wyciągając się wygodnie na szerokiej otomanie w sali jadalnej. Paweł zasnął natychmiast, nie nawykły do trudów podobnych. Nataszka i Mikołaj mimo głodu i zmęczenia niesłychanego, nie stracili humoru. Ponieważ nie miał przed kim pozować na wielkiego strzelca i mężczyznę dojrzałego, Mikołaj odpowiedział na figlarne mrugnięcie siostry, szczerym, dziecinnym niemal wybuchem śmiechu, któremu ona zawtórowała, niewiedząc nawet, z czego właściwie śmieją się oboje...

„Wujcio“ ukazał się wkrótce w stroju domowym. W krótkim kożuszku, szerokich, z sukna granatowego szarawarach i w wygodnych bucikach filcowych. Ten ubiór, który niegdyś pobudzał Nataszkę w Otradnoe do śmiechu i przekpiwań ze starego dziwaka, tu wydał jej się zupełnie zastosowany do całego otoczenia, i nie raził wcale jej smaku wyrafinowanego. „Wujcio“, także w usposobieniu najweselszem, przyłączył się do nich, śmiejąc się na całe gardło, swoim niskim, potężnym basem.

— Cóż? Zdrowiśmy hrabianeczko? — Ścisnął czule za ręce Nataszkę. — Bodaj to być młodym!... Historja pewna!... marsz!... Nie ma nad młodość nie lepszego na świacie!... — Wykrzyknął z zapałem, podając Mikołajowi fajkę na długim cybuchu wiszniowym, z pysznym bursztynem u góry. Sam wziął krótką fajeczkę, z której zaczął pykać dym, mlaskając językiem z najwyższem zadowoleniem.

— Cały dzień na koniu, jak mężczyzna, i wygląda jak róża, a szczebiocze wesoło jak czeczotka! To rasowa niewiastka! Dajcie mi takich jak najwięcej! — wujcio strzepnął palcami.

W tej chwili, dziewczyna wiejska, bosa, ma się rozumieć podeszła cicho pod drzwi, i otworzyła je, aby ułatwić wejście kobiecie około lat czterdziestu, dźwigającej z trudem tacę olbrzymią. Była sobie tuszy okazałej, cery świeżej, policzki miała pulchne i rumiane, usta koralowe, podbródek tłusty, potrójny. Wyglądała babina nader apetycznie, powitała gości ukłonem pełnym uszanowania, i najserdeczniejszym uśmiechem. Widocznem było, że jest tak samo gościnna jak i jej chlebodawca. Mimo znacznej tuszy, ruchy jej były szybkie i elastyczne. Postawiła tacę na stolę i zaczęła natychmiast ustawiać na nim butelki, szklanki, kieliszki i talerze z najrozmaitszemi zakuskami. Cofnęła się następnie ku drzwiom nie przestając uśmiechać się słodko i serdecznie. Zatrzymała się chwilę przy drzwiach, z wyrazem tryumfu w oczach, jakby chciała powiedzieć: — „Patrzcie na przysmaki, przezemnie przysposobione. Czy teraz rozumiecie, dla czego „wujcio“, trzyma mnie stale i nie chce puścić?“

 

Czyż mogli tego nie rozumieć? Czegóż bo nie było na tej tacy błogosławionej? Wyborne „nalewki“, konserwy z owoców, suche konfitury i w syropie, gruszki w miodzie osmarzane i suszone, przewyborne placuszki kruche z mąki pszennej, chleb żytni razowy świeżuteńki, masełko jak migdał, miód w plastrach, patoka i wyborny miodek sycony. Na koniec coś bardziej realnego: szynka olbrzymia i kapłon z rożna, żółciutki jak pomarańcza.

Wszystko było tak samo apetyczne, jak cała postać gospodyni „wujcia“ Anicji Fedorówny, wszystko jaśniało czystością, jak jej strój, ręce pulchne i białe, twarz i zęby duże, ale śliczne i równe, niby rząd opali.

Wróciła po chwili z nowemi zapasami, których nie była w stanie pomieścić na tacy.

— Proszę hrabianeczki, skosztować tego, a teraz kawałek kapłona, a może placuszka? — zapraszała najserdeczniej Nataszkę, która też zajadała wszystko, i pochłaniała niemal z iście wilczym apetytem. Zdawało się jej, że nigdy w życiu nie jadła takich doskonałości. Ani tak tłustego i kruchego kapłona, ani takiej szynki, ani takich smacznych placuszków, konfitur, orzechów z miodem, i tak dalej... i dalej... Mikołaj z „wujciem“, prowadzili ożywioną rozmowę, o polowaniu odbytem i o tem, które miało wkrótce nastąpić, o niezrównanych przymiotach Rugaja, i kosztownej psiarni Haguina. Nataszka usiadłszy po turecku, na nóżkach, rozparta wygodnie, słuchała pilnie ich dysput z oczami błyszczącemu zapałem. Próbowała kiedy niekiedy nakarmić Pawła doskonałościami, na których sama tak używała. Podnosił leniwo ociężałe powieki, połykał machinalnie co mu w usta wciskała, mrucząc słowa bez związku i zapadał na nowo w sen ciężki, prawie letargiczny. Ona nie posiadała się z radości, tak się u wujcia czuła swobodną, tak jej tu dobrze było i miło. Jednego tylko obawiała się najokropniej, żeby za wcześnie nie nadjechały po nią konie z Otradnoe. Wśród milczenia, które było na chwilę zapanowało pomiędzy mówiącymi, usłyszała te słowa:

— Tak, tak — wyrwał się „wujcio“ jakby odpowiadał sam sobie. — W taki sposób kończę moje życie... gdy raz jejmość śmierć zajrzy w oczy... historja skończona!... na przód marsz!...

Był prawie piękny w tej chwili. Mikołajowi przypomniało się, co mu ojciec nie raz o „wujciu“ opowiadał, o jego czynach najszlachetniejszych, a spełnianych w największej ciszy, bez rozgłosu i chwalby niepotrzebnej. W całym powiecie uważano „wujcia“ tak samo za najzacniejszego z ludzi, pomimo jego mnogich dziwactw, i za zupełnie bezinteresownego. Co chwila wzywano go bądź na sędziego polubownego, bądź na arbitra, mającego rozstrzygnąć ostatecznie sprawę ważną i spór w obywatelstwie okolicznem. Spełniał on nieraz rozmaite obowiązki obywatelskie, ale na wyrywki, kiedy mu właśnie przyszła po temu ochota. Stałego urzędu nie byłby przyjął za żadną cenę. Czas jego tak był podzielony: Na wiosnę i w jesieni polował zawzięcie, prawie nie zsiadając z konia. Na zimę zasklepiał się w domu, i nie ruszał nigdy i nigdzie, niby niedźwiedź z legowiska. W lecie leniuchował tak samo, z tą tylko różnicą, że nie w domu leżał po dniach całych, ale na trawie, w cieniu gąszczu leśnego, który podobało mu się nazwać ogrodem.

— Dla czego „wujcio“ nie przyjmie jakie urzęda? — spytał Mikołaj w toku rozmowy.

— Dość się już nasłużyłem... teraz jam stary grat, do niczego!... historja skończona!... na przód marsz!... Do was młokosy przyszłość należy, ja stary już teraz niczego nie rozumiem. Polowanie to rzecz inna... Historja pewna!... na przód, marsz!... Hej! otworzyć drzwi do sieni!... któż to je zamknął? — krzyknął „wujcio“. Zbliżyła się znowu do drzwi bez szelestu owa bosa dzieweczka, ręka niewidzialna drzwi otworzyła, i naraz usłyszano ciche tony bałałajki[2]. Tony czyste, dźwięczne, zdradzały prawdziwego artystę. — To mój woźnica Mitka, gra w ten sposób. Kupiłem mu też instrument doskonały — tłumaczył „wujcio“ swoim gościom. — Lubię bardzo tę muzykę!

Było w zwyczaju od dawna, że skoro pan powracał z polowania, Mitka puszczał wodze swojej fantazji, improwizując coraz nowe warjacje, na znane, ludowe melodje. „Wujcio“ słuchał go zawsze z zachwytem.

— Gra rzeczywiście nie źle — bąknął Mikołaj od niechcenia, jakby wstydził się przyznać, że go zajmuje ta muzyka.

— Jakto nie źle? — zawołała Nataszka z wyrzutem. — Ależ gra prześlicznie, czarująco! — Istotnie prosta melodja, której słuchała, wydała jej się idealnie piękną, tak samo, jak przed chwilą znajdywała, że w życiu nie jadła niczego tak smakowitego, jak zakuski u „ wujcia“.

— Jeszcze, jeszcze! wujciu każ mu grać dalej! — błagała Nataszka, gdy muzyka ucichła. Mitka zatem, podstroiwszy instrument, zaczął na nowo pieśń Krasnij Sarafan, tylko z innego tonu i z odmiennemi modulacjami. „Wujcio“ z głową trochę na bok przechyloną, słuchał najuważniej w świecie, z błogim uśmiechem po ustach igrającym. Pierwotna melodja, wracała wiecznie pod palce biegłego artysty, coraz w inne kwiaty przystrojona. Słuchacze nie byli tem znudzeni, ani przesyceni. Przeciwnie, żądali ciągle, żeby grać nie przestawał. Słuchała i Anicja Fedorówna, oparta plecami o futrynę w drzwiach:

— Niech hrabianeczka słucha tylko — szepnęła Nataszce, z uśmiechem takim samym, jak i rozjaśniał w tej chwili twarz „wujcia“. — Gra doskonale ten kawałek!...

— Oho! ten takt zmylił! — rzucił się nagle „wujcio“ jak oparzony — z giestem energicznym. — Te nuty powinny być grane żywo! nie tak ślamazarnie! Historja pewna! na przód, marsz!...

— Czyżby „wujcio“ umiał sam grać na bałałajce? — spytała Nataszka zdumiona.

— Anicjuszko! — wujcio uśmiechnął się figlarnie. — Podaj no mi moją hiszpańską gitarę, tylko popatrz czy są wszystkie struny. Tak dawno nie miałem jej w rękach!

Anicja z widocznem zadowoleniem, pospieszyła rozkaz wykonać i przyniosła gitarę, starannie schowaną w pochwę skórzanną.

„Wujcio“ oczyścił ją z pyłu najstaranniej, nastroił palcami kościstemi; a usiadłszy wygodniej, zaokrąglił lewe ramie, trochę przesadnie, jakby stał na estradzie koncertowej, mrugnął oczami na Anicję i wziął kilka śmiałych akordów. Zaczął improwizować wprawnie i biegle, bez chwili namysłu, na temat pięknej melodji Sołowiej, w sposób iście zachwycający. Tempo było powolne, ale melodja tak rzewna, tak na wskroś przejmująca, że Nataszka o mało w głos się nie rozpłakała. Anicja łkając głucho, z chustką na oczach, uciekła z pokoju. „Wujcio“ przeszedł teraz do innej, równie rzewnej melodji:

„Tam, tam, nad strumykiem, Dzieweczka czeka mnie!“

Grał coraz piękniej i z większym zapałem. Gdy nareszcie struna jedna pękła z świstem złowrogim, Nataszka rzuciła mu się z płaczem na szyję, ściskając do uduszenia, i prosząc tak usilnie, żeby grał dalej, jak gdyby życie jej zawisło od tych tonów czarownych.

— Dość tych ckliwych melodji! — zawołał „wujcio“. Teraz wyglądał jakby nagle odmłodzony. Wąsa podkręcił junacko, mrugnął zalotnie ku drzwiom, gdzie stała znowu Anicja, i jeszcze kilka głów ciekawych ze służby tak żeńskiej, jak i męzkiej, zaglądało do salki jadalnej.

— A no hrabianeczko! proszę na przód! — zakomenderował. Nataszka uwolniła się szybko z dużej chustki, związanej na plecach, wyskoczyła jak łania na środek pokoju, wzięła się pod boki obiema rękami, i czekała na muzykę, kołysząc się zwolna i przestępując z nogi na nogę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?