Wojna i pokój. Tom 6

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV.

Stary hrabia, mimo że zawsze polowanie było u niego utrzymywane na wielką stopę, prawie się niem nie zajmywał, oddawszy takowe synowi pod opiekę. W dniu piętnastego września, był wyłącznie w tak dobrym humorze, że postanowił i on wziąć udział w wyprawie.

Wkrótce tak psy jak i strzelcy, zgromadzili się przed gankiem pałacu. Mikołaj, z czołem ponuro zmarszczonem, przeszedł koło Pawła i Nataszki, nie słysząc wcale co do niego mówili. Czyż w chwili tak uroczystej, mógł umysł jego zajmywać się drobnostkami? Obejrzał wszystko najdokładniej, wysłał napród swory z dojeżdżaczami, sam zaś dosiadł swego dzielnego bułanka Dońca. Świsnął na swoje pieski i wyjechał za bramę dziedzińca, kierując się drogą ku lasowi w Otradnoe. Jeden z pachołków stajennych, prowadził za uzdę klacz skarogniadą, z grzywą już cokolwiek pobielałą, nazywającą się Wiflanka. Była to poczciwa, stara klaczka samego hrabiego. Miał wsiąść na nią aż pod lasem, do lasu zaś jechał w dorożce.

Prowadzono pięćdziesiąt cztery psów legawych, czterdzieście chartów i jeszcze kilka szczególnych faworytów, biegło koło koni Mikołaja, Pawła i Nataszki. Całość wynosiła w psach sztuk sto trzydzieści, a strzelców na koniach było dwudziestu. Każdy z psów znał swego pana, i odpowiadał naszczekiwaniem, gdy go zawołano po imieniu. Strzelcy wiedzieli również najdokładniej, gdzie który ma się ustawić.

Jeźdźcy zjechali na łąkę. Po niej konie stąpały cicho, czasem tylko woda bryznęła z pod kopyt, grunt bowiem był nasiąkły wilgocią. Niebo szare i mgliste, zdawało się zniżać coraz bardziej. W głuchej ciszy odezwał się niekiedy świst przeciągły, którego ze strzelców, rżenie konia, strzelanie z bata, lub krótkie a bolesne psa zawycie, gdy go poczęstowano pletnią po grzbiecie, nawołując do porządku i nie zbaczania z drogi wytkniętej.

O wiorstę dalej, wyłoniło się z mgły pięciu innych strzelców z kilkoma psami na smyczy prowadzonemi. Na czele tej garstki jechał piękny starzec, postawy wyniosłej, z sumiastym, siwym wąsem.

— Dzieńdobry wujaszku! — zawołał Mikołaj.

— Historja pewna... śmiało, naprzód! — odpowiedział nowoprzybyły, posiadający małą wiosczynę o miedzę z Rostowami i po trochę z nimi spokrewniony. — Wiedziałem, że dziś chłopcze w domu nie wysiedzisz i słusznie do stu kaduków! Historja pewna, naprzód, marsz! — powtórzył swoje przysłowie ulubione. — Od razu bierz las w posiadanie, mój gajowy bowiem zwiastował mi niedawno nowinę, że Haguin ze swoimi gośćmi poluje od strony Kurnikowa. Mogłoby zdarzyć się z łatwością, że tamci zabraliby ci z pod nosa całą zwierzynę. Historja pewna, na przód marsz!

— Dążę tam prosto. Czy będzie potrzeba całej psiarni, jak wujaszek sądzi? — spytał Mikołaj.

Wydano stosowne rozkazy i dwaj panowie jechali dalej obok siebie. Zrównała się z nimi wkrótce i Nataszka, tak jak mumja szalem owinięta, z którego wyzierały jedynie jej oczka duże i błyszczące. Nadjechał z nią pospołu Paweł, Michajło ze sforą chartów, jeden ze strzelców i masztalerz, który miał nakazane przez starego hrabiego nie spuszczać z oka Nataszki. Paweł wybuchał śmiechem co chwila, ni w pięć, ni w dziewięć, drażniąc swego rumaka, lekkiemi uderzeniami szpicrózgi. Nataszka siedząc silnie na siodle i z gracją niewymuszoną, powściągała wprawną ręką w zbytnim zapale swoją ognistą Arabkę, o sierści czarnej, połyskującej i miękkiej jak aksamit.

Wujaszek, spojrzał z pod oka, z widoczną niechęcią, na tę młodzież, zupełnie zbyteczną w podobnej wyprawie. Polowanie na wilki, to sprawa wielkiej wagi, nie żadna dziecinna zabawka.

— Dzieńdobry wujciowi! I my z wami dziś polujemy! — zawołał Paweł wesoło.

— Dzieńdobry, dzieńdobry! wleźliście tu potrzebnie jak Piłat w Credo! Nie najeżdżaj że chłopcze na psy! — mruknął starzec opryskliwie.

— Mikołciu, co to za skarb takie zwierze, jak Truinił. Poznał mnie od razu! — wykrzyknęła z kolei Nataszka, wabiąc ku sobie psa uwielbianego.

— Najprzód Truinił, to nie zwierzę, tylko rzadkiej piękności i sprytu legawiec — odrzucił Mikołaj sentencjonalnie, patrząc z góry na siostrę, jakby chciał dać jej do zrozumienia, o ile jest pod tym względem wyższym od niej i jaka ich przepaść rozdziela. Pojęła to natychmiast.

— Nie będziemy ci zawadzali, kochany wujciu — przemówiła powtórnie. — W ogóle nie naprzykrzymy się nikomu. Będziemy stali nieruchomi na wyznaczonem stanowisku.

— Co będzie zupełnie w porządku, hrabianeczko! Tylko proszę uważać i nie spaść z konia przypadkiem. Bo wtedy historja pewna... na przód marsz! nie byłoby możliwem dopędzić nas.

Byli może oddaleni o sto sążni od lasu. Mikołaj z wujaszkiem zdecydowali w którą stronę wypada psy zwrócić. Nataszkę brat postawił na samym kraju lasu, w przekonaniu, że tamtędy ani jedna sztuka zwierzyny nie przejdzie. On zaś pojechał dalej, spuszczając się z góry w głąb parowu.

— Tylkoż uważnie, siostrzeńcze kochany, to stara wilczyca. Nie wypuść że jej na miły Bóg.

— Zobaczymy — mruknął Mikołaj od niechcenia. — Hola, Karaj! — przemówił do psa starego, z sierścią okropnie rudą, który z wiekiem stał się potwornie brzydkim. Znany był jednak ze swojej dzielności, że rzucał się w pojedynkę, na wilka czy na wilczycę choćby i największą.

Stary hrabia znał zapalczywość swego syna, skoro szło o polowanie. Stawił się też najpunktualniej, na godzinę naznaczoną. Zaledwie miano czas strzelców porozstawiać na stanowiskach, kiedy ukazał się ojciec Mikołaja, w dorożce na resorach, zaprzężonej trójką rysaków, czarnych jak kruki. Staruszek miał minę wesołą, junacką. Owinął się delją z białych niedźwiedzi, wlazł ciężko i z mozołą na siodło, odebrał z rąk stangreta strzelbę i zapas nabojów, poczem rozkazał mu wrócić do domu. Nie był wprawdzie strzelcem strasznie zapalonym, przestrzegał jednak ściśle wszelkich przepisów, raz dostawszy się na polowanie. Poprawił się na siodle, lewą ręką wziął krótko za cugle swoją poczciwą starą klaczkę, która i bez tej przezorności, ani myślała brykać, a skończywszy te wszystkie przygotowania, oglądnął się w koło z uśmiechem najwyższego zadowolenia... był gotów najzupełniej!

Obok siebie umieścił swego masztalerza Semiona Czekmara. Był on za młodu sławnym jeźdźcem. Teraz wiekiem obciążony trzymał się trochę pochyło, mając na smyczy trzy olbrzymie charty białe, (rasa specjalnie w Rosji hodowana, do chwytania wilków.) Psy również były jeszcze pełne animuszu i sprytu, mimo że i one nie były już młode. O sto kroków z tamtąd, stał drugi masztalerz starego hrabiego Mitka. Ten był w sile wieku, jeździec doskonały i namiętnie lubiący polowanie. Stary hrabia wierny swoim zasadom i zwyczajom, golnął najprzód czarkę wybornej wódki „Starki“ — przeznaczonej do polowania. Potem zakąsił ją dobrą wędliną, a to wszystko popłókał pół butelką wina Bordeaux, które przekładał nad wszelkie inne gatunki. Wino i przejażdżka po świeżem, i prawie mroźnem powietrzu, zrumieniły mu policzki. Oczy mu błysnęły ogniem młodzieńczym. Powinięty w białe futro, wyglądał na dzieciaka, którego wysłano na przechadzkę.

Semion, chudy, żółty jak pargamin, z policzkami zapadniętemi, ukończywszy również wszelkie przygotowania, spoglądał raz po raz na swego pana, z którym zżył się był niejako, służąc mu wiernie i poczciwie od lat trzydziestu. Widząc hrabiego w tak świetnym humorze, chciał właśnie rozpocząć poufną pogadankę, tak samo przyjemną, jak usposobienie jego pana. Nie dopuścił go do słowa na razie ktoś trzeci, także na koniu, skradający się ku nim cichuteńko. Był to starzec, z długą siwą brodą, ubrany najdziwaczniej w świecie. W jubce i chustce kobiecej, na głowie miał wysoką czapkę męską, mocno u góry zaszpicowaną. Trefniś nadworny hrabiego, ubierał się najczęściej jak kobieta, dla większej śmieszności, i nikt go też inaczej nie nazywał, tylko imieniem kobiecym: Anastazją Iwanówną.

— Cóż nam powiesz Nastusiu? — hrabia szepnął mrugając figlarnie oczami. — Uważaj tylko, bo jak spłoszysz zwierzynę, to mogłaby się spotkać z twojemi plecami pletnia Daniły.

— Ba! niby to u mnie nie ma również dzioba i pazurów! — odrzucił trefniś lekceważąco.

— Pst! pst! — hrabia przytknął palec do ust. Dodał zaś zwracając się do Semiona: — Nie widziałeś hrabianki Natalji?

— Pojechała razem z bratem, aż w las Jarowski. Że też ją to może bawić? Przecież to panienka!

— Czy to nie dziwo Semionie, widzieć ją na koniu, he? Siedzi na siodle jak przylepiona! Powinna się była chłopcem urodzić!

— Kogożby to nie zdziwiło?... Nieustraszona, a na siodle siedzi, niby w krześle najwygodniejszem.

— A gdzież hrabia Mikołaj?

— Ten w lesie Lindowskim... O tego nie potrzeba się wcale troszczyć, zna on miejsca najlepsze; strzelec to zawołany! A jaki z niego kawalerzysta! Świat się kończy! Podziwiamy go nieraz z Daniłem — kończył Semion, który lubił się panu swemu przypochlebiać.

— Wygląda na koniu wspaniale, nieprawdaż?

— Tylko malować! Tu kiedyś naprzykład, jak gonił lisa na koniu za tysiąc rubli! Zdawało się że lecą razem w powietrzu! Na takiego jeźdźca, to chyba niema ceny! W korcu maku, nie znalazłby drugiego chłopca tak chwackiego i tak dorodnego! Choćby szukał z pochodnią po całym świecie.

— Tak! tak! — hrabia głową potakiwał, szukając pod futrem kieszeni, aby wyciągnąć z niej złotą tabakierkę.

— A wtedy, jak wychodził z cerkwi w pełnej gali — opowiadał Semion, uważając jaką sprawia tem radość swemu panu — Michał Szymonowicz, spotkawszy go stanął osłupiały i...

Urwał w pół, usłyszawszy zdaleka sforę lecącą pędem, i skomlenie kilku psów. Wytężył słuch, z ruchem nakazującym hrabiemu milczenie.

— Są na tropie — szepnął. — Gonią ku lasowi lindowskiemu.

Hrabia dotąd uśmiechnięty błogo, po ostatnich słowach Semiona, patrzał w dal bezmyślnie, trzymając w dłoni otwartą tabakierkę. Tak się zadumał, że zapomniał nawet zażyć tabaczki. Zabrzmiał róg bawoli Daniły, zwiastując, że zwierz już wytropiony. Sfory zaczęły grać wszystkie, owym głosem specjalnym, który wilka zapowiadał. Dojeżdżacze nie potrzebowali już innej zachęty, prócz nawoływania kiedy niekiedy: — Huź ha! Huź ha!... — Po nad te wszystkie krzyki, górował potężny głos Daniły, przenosząc się od najniższych nut basowych, do najwyższego dyszkantu. Ten zdawał się rozbrzmiewać i napełniać swojem echem las cały i pagórki okoliczne.

 

Kilka sekund pilnego nadsłuchiwania, dozwoliły zorjentować się w położeniu, hrabiemu i Semionowi. Zrozumieli, że obecnie sfory podzielono. Połowa, ta co skomliła w niebogłosy, coraz się oddalała; druga część psów tymczasem, pędzona przez Daniłę, przeleciała przez gąszcz leśny, o kilka kroków od nich. Wkrótce granie obu sfor, oznajmiły nadsłuchującym, że polowanie wzięło już zupełnie inny kierunek. Semion westchnął spuszczając jednego psa ze smyczy. Westchnął i hrabia mimowolnie, spostrzegłszy teraz dopiero, że trzyma w ręce otwartą tabakierkę. Zażył szczyptę, strzepnął palcami i zamknął misternie wyrabiane pudełeczko, z miniaturą żony, na złocie emaljowaną.

— Do nogi! — krzyknął Semion groźnie na psa, pomykającego ku lasowi. Hrabia drgnął na ten głos gromki i wypuścił tabakierkę. Trefniś zsunął się z konia natychmiast i podniósł ją.

Naraz, jak to się często zdarza na polowaniu, wszystkie te gardła szczekające, wyjące i skomlące, zdawały się coraz do nich przybliżać, jakby już były tuż przed nimi.

Hrabia spojrzał w prawo i spostrzegł Mitkę, któremu oczy zdawały się na wierzch wyskakiwać. Ten machał czapką i rękami ku niemu, jakby wskazywał coś hrabiemu w stronie przeciwnej.

— Idzie prosto na nas! — krzyknął tak potężnie, że łatwo było domyśleć się, iż ten głos pragnął od dawna wydobyć się na zewnątrz.

I popędził pierwszy galopem spuszczając psy ze smyczy.

Hrabia z Semionem, wyskoczyli również z lasu na drogę. Teraz i oni zobaczyli wilka ogromnego, który szedł prosto na nich. Kołysał się i biegł w podskokach nie spiesząc się zanadto. Psy podniecone widokiem wilka zagrały i zerwawszy się gwałtownie ze smyczy, pogoniły za nim.

Wilk przystanął. Zwrócił ku psom ciężko i niezgrabnie, swój łeb wielki i szeroki, niby ktoś cierpiący na silne gardła zapalenie. Po chwili popędził dalej ogon podniósłszy. W dwóch rzutach potężnych, dotarł do lasu i znikł w gęstwinie. Teraz z przeciwnej strony lasu, wysunął się pies jeden, za nim drugi i trzeci, wreszcie cała sfora psów, zdyszanych, rozszalałych i bezradnych. Psy przeleciały galopem przez niewielką polankę pod lasem, goniąc dalej wilka w gąszczu leśnym. Wśród splątanych gałęzi leszczyny, ukazał się nagle bułanek z siedzącym na nim Daniłą. Koń był cały spieniony. Jeździec z głową odkrytą, (czapka spadła mu gdzieś w krzakach), z włosem siwym rozwianym na cztery wiatry, z twarzą krwią nabiegłą i ociekłą potem, podany naprzód, krzyczał w niebogłosy. — Huź ha!... huź ha!... — aż do zupełnego ochrypnięcia. Na widok hrabiego, oczy błysnęły mu dziko i ryknął grożąc mu pletnią: — Do stu kaduków! Bodajby wszyscy djabli porwali takich strzelców, którzy!... Wypuścić zwierza, gdy go się ma pod samym nosem! — osądziwszy, że jego pan, cały oszołomiony, nie wart dłuższej rozmowy, palnął z całej siły pletnią groźnie podniesioną po grzbiecie swojego konia biednego i najniewinniejszego w tej całej sprawie, pędząc dalej w las razem z psami! Hrabia dotąd osłupiały, usłyszawszy tak ostrą reprymendę z ust swego sługi, spróbował uśmiechnąć się, choć mu to nie szło gładko i zwrócił się ku Semionowi, spodziewając się, że ten mu przynajmniej postara się osłodzić gorzką pigułkę. Semion atoli zniknął również z horyzontu. Objechał krzaki z przeciwnej strony, aby w danym razie przeciąć tędy odwrót wilkowi. Charty goniły wściekle, na prawo i lewo. Jednak mimo tego wszystkiego, wilk wśliznąwszy się w gąszcz leśny, przepadł w nim, jak kamień w wodę wrzucony i znikł zupełnie z oczów, strzelcom tropiącym go.

V.

Mikołaj czekając na wilka nie schodził ze stanowiska. Przeczuwał co się dzieje w lesie, po rozmaitem graniu psów, po nawoływaniach dojeżdżaczy, które odzywały się to bliżej, to dalej. Wiedział doskonale, że w tym lesie zamkniętym i okopanym, znajduje się para starych wilków z ich wilczętami. Domyślał się i tego, że sfory rozdzieliły się były zrazu, łącząc się następnie, gdy już były na tropie. Odczuwał instynktowo, że musiała zajść jakaś fatalność, która szyki popsuła. Przypuszczał to to, to owo, robił coraz inne kombinacje, pytając się w duchu, z której też strony zwierz wyjdzie na niego i w jaki sposób potrafi go uśmiercić. Nic się jednak z nikąd nie pokazywało. Przechodząc co chwila z błogiej nadziei, do zupełnego zwątpienia i czarnej rozpaczy, zaczął nareszcie modlić się gorąco. Błagał Boga, jak się to czynić zwykło, pod wpływem jakiegoś wzruszenia gwałtownego, chociaż wstydził się poniekąd, tak błahego i drobiazgowego powodu do modlitwy.

— Dla czegóż nie miałbym tej łaski otrzymać? — mruczał z cicha. — Tyś olbrzymio-wielki Panie Boże, wiem o tem. Może to grzech błagać cię o taką marnotę? A ja cię jednak proszę najusilniej, spraw w Twojej wszechmocy, żeby jeden z tych starych wilków wyszedł na mnie, aby mój ogar Karuś mógł w oczach „wujcia“ który widzi wszystko, schwycić go za kark i powalić od razu na ziemię. — Wzrokiem niespokojnym, badał i przenikał gąszcz leśny, raz po raz, ale wszystko nadaremnie.

— Nie, nie, ominie mnie ta gratyska. To tak zawsze się dzieje — myślał i dumał Mikołaj. — W niczem szczęścia nie miałem. Tak samo los mnie prześladował pod Austerlitz, jak wtedy na wieczorze u Dołogowa, jak wszędzie!

Wytężał nie mniej i słuch i oczy. Śledził bacznie każdy załom, starając się pojąć, co znaczy psów granie? Naraz, spojrzawszy w prawo, zobaczył „coś“ wyskakującego z zarośli i dążącego ku niemu.

— Czyżby na prawdę, modły moje miały być wysłuchane? — pomyślał Mikołaj, z zapartem oddechem, ze zbytku wzruszenia. A jednak ta pomyślność, to szczęście, o którem już był zwątpił najzupełniej, oczekując nań, z taką gorączkową niecierpliwością, przybywało rzeczywiście, bez hałasu i tartasu, bez żadnych poprzednich znaków i zapowiedzi. Nie wierzył zrazu oczom własnym, ale wkrótce przestał wątpić. Był to rzeczywiście wilk stary, wilk potężny, o grzbiecie siwiejącym, z brzuchem rudawym, który biegł sobie małym truchcikiem, najspokojniej, jakby był najpewniejszy, że w tem miejscu, nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Teraz przeskoczył przez rów ciężko i niezgrabnie. Mikołaj nie śmiał nawet odetchnąć. Spojrzał na psy. Jedne leżały, drugie stały nie widząc wcale wilka. Nawet i stary, doświadczony Karuś, wygjął był w tył głowę, pokazał swoje żółte i powyszczerbiane zęby, szukając pchieł na prawym boku.

— Huź ha, huzia go! — zawołał Mikołaj pół głosem. Psy zastrzygły uszami, a stary Karuś, skoczył jednym rzutem na nogi, jakby tknięty iskrą elektryczną. Machał żywo ogonem, z którego posypały się kłaczki sierści wyskubanej.

— Czy spuścić psy? — pomyślał Mikołaj. Wilk oddalając się coraz bardziej od lasu, szedł prosto na niego. Naraz drgnął drapieżnik. Odkrył zapewne wpatrzone w niego ludzkie źrenice. Przeląkł się widocznie tego czegoś, nieznanego mu dotąd. Stanął niepewny i wahający, jakby się namyślał. Czy cofnąć się w tył, czy iść dalej w tym samym kierunku? — „Na przód!“ — zdawał się mówić sam sobie i pomknął dalej z miną rezolutną, ale spokojnie i nie spiesząc się zbytecznie. Teraz biegł nie oglądając się wcale po za siebie.

— Huź ha, huzia na niego! — krzyknął Mikołaj z pełnej piersi, a jego koń bystry i rozumny pomknął z kopyta, niby strzała z łuku wypuszczona, sadząc przez bruzdy i dziury na polu, byle dostać się prędzej na łączkę, w ślad za wilkiem. Charty spuszczone ze smyczy, jeszcze bieg konia wyprzedziły. Mikołaj oszołomiony, nie zdawał sobie sprawy z niczego. Dla czego krzyknął? Dla czego tak pędzi galopem? Którędy koń go unosi? Widział jedynie wilka przed sobą, który przyspieszając również biegu, w tym samym kierunku, zbliżał się do jaru głębokiego. Milka, suka czarna, żółto nakrapiana, wyrwała się naprzód o całą długość swoją. Już dobiegała do wilka i miała go pochwycić, gdy ten odwrócił się i błysnął swemi ślepiami roziskrzonemi. Milka zamiast rzucić się na drapieżnika, wyprężyła ogon i stanęła nieruchoma.

— Huzia na niego! Chwytaj! — wrzeszczał Mikołaj w niebogłosy. Liubim, pies ogromny, o sierści rudej, który biegł drugi za Milką, rzucił się na wilka, chwytając go za tylne udo. Wilk przysiadł na chwilę, zgrzytnął wściekle zębami, porwał się w górę, wyrwał się psu, który odskoczył wyjąc z przerażenia i pogalopował dalej, a za nim psy, w odległości dobrego sążnia. Żaden z nich nie miał odwagi rzucić się powtórnie na dziką bestję.

— Umknie nam! umknie na pewno! — rozpaczał w duszy Mikołaj, podniecając głosem ochrypłym, swojego starego Karusia, ostatnią nadzieję! ostatni punkt oparcia!

Karuś mimo starości wyciągnięty jak struna, biegł obok zwierza strasznego, chcąc widocznie wyprzedzić go, i zaatakować od frontu. Można było jednak łatwo przewidzieć, po ruchach szybikch i elastycznych drapieżnika, że pies ociężały na starość, nie potrafi tego dokazać. Mikołaj patrzał z trwogą śmiertelną, na przestrzeń coraz się zmniejszającą, która oddzielała ich od gąszczu leśnego. Skoro tam się dostanie, wilk będzie dla nich stracony! Odżyła w nim jednak nadzieja, w tej samej bowiem chwili, pokazało się kilku jeźdźców na przedzie wilka, ze sforą psów. Jeden z nich ciemno-kasztanowaty, nieznany zupełnie Mikołajowi, rzucił się gwałtownie na drapieżnika i powalił go na ziemię. Wilk otrząsł się jednak szybko z tej napaści niespodziewanej, odzyskał równowagę, i sam zaatakował napastnika. Biedne psisko, z bokiem rozdartym przez wilka, ociekły krwią, drgający konwulsyjnie, upadł na ziemię z wyciem bolesnem.

— Karuś! Karuś! O mój Boże! — Mikołaj wołał zrozpaczony.

Wilk wietrząc nowe niebezpieczeństwo ze strony Karusia, który dzięki tej chwilce przerwy w biegu, miał go z frontu zaatakować, wziął nogi za pas, mknąć teraz i uciekać co tchu. Ale o dziwo! o cudzie niespodziewany! Mikołaj zobaczył nagle Karusia, chwytającego wilka za gardło, i staczającego się razem z nim, w niewielką rozpadlinę, tuż pod ich stopami.

Rzuciła się na wilka i reszta psów. Była to najpiękniejsza chwila w życiu Mikołaja, widok wilka powalonego na ziemię, rzucającego się wściekle, ale bez skutku, (Karuś bowiem trzymał go dotąd za gardło), wśród tego chaosu głów i członków psich. Czasem błysły wilka ślepie i zęby zgrzytające. To znowu wyłonił się jeden bok płowy, to jedna noga potrafiła wyrwać się psu z paszczeki. Chciał właśnie zeskoczyć z konia, aby dobić wilka kordelasem, gdy naraz dziki drapieżnik jednym susem stanął na nogi, skoczył w górę, oswobodziwszy się od wszystkich psów i zaczął na nowo uciekać. Karuś z wywalonym językiem, z sierścią najeżoną, skomląc żałośliwie, czy skaleczony, czy tylko zmordowany, wylazł z mozołą z dziury, w którą był się stoczył razem z swoim wrogiem.

— Boże! Boże! Co za nieszczęście! — Mikołaj zawołał.

Nie wypuszczono jednak zdobyczy. Zastąpili drogę wilkowi dojeżdżacze, strzelcy „wujcia“, on sam i Mikołaj, który również w to miejsce przygalopował. Wszyscy wrzeszczeli — „Huź ha! Huzia na niego!“ — Wilczysko ogłuszony, goniony ze wszystkich stron, nie mógł już dostać się do gąszczu leśnego, gdzie czekał go jedyny ratunek.

Daniło wyjechał był z lasu, na samym początku tej całej sceny. Patrzał na nią, pewny tym razem zwycięstwa. Na widok jednak wilka, który uciekał dalej, pomknął w prostej linji ku lasowi, aby tam mu drogę zagrodzić. Dzięki tej jego przezorności, zrównał się z wilkiem w chwili, kiedy psy „wujcia“, zwaliły go były na ziemię po raz wtóry.

Daniło galopował w głuchem milczeniu. W lewej dłoni ściskał kordelas z pochwy wyciągnięty. Pletnią szeroką prał bez ustanku boki swego biednego rumaka, który i bez tej zachęty leciał z wichrem w zawody. Tylko co był minął Mikołaja, gdy ten usłyszał łoskot ciała ciężko spadającego. To Daniło zwalił się z konia, prosto na grzbiet wilkowi, chwytając go oburącz za uszy. Teraz powiedzieli sobie wszyscy, a i wilk prawdopodobnie, że historja nareszcie skończona! Wilk spróbował wyrwać się po raz ostatni. To mu się atoli nie udało. Daniło siedział na nim jak na siodle, niby wrośnięty, gniotąc go całym swoim ciężarem, Mikołaj chciał wilka dobić kordelasem.

— Nie potrzeba — Daniło machnął ręką lekceważąco. — Wsadzimy mu kół w paszczekę.

Przycisnął nogą kark wilka i wbił mu w gardło kół gruby a krótki. Następnie skrępowano mu łapy grubemi postronkami, a Daniło przerzucił sobie wilka, jakby nigdy nic, przez plecy.

 

Utrudzeni, ale i uszczęśliwieni tak świetnym końcem wyprawy, wszyscy pomagali Danile przymocować wilka do grzbietu konia. Koń drżał cały, uczuwszy na sobie ciało pokonanego drapieżnika. Odjechano przy akompaniamencie grania psów, strzelania z batów i strzelców nawoływania. Każdy z kolei, gdy wilka zdjęto z konia i położono na ziemi na miejscu zbornem, przychodził oglądać go. Wytrzeszczał on swoje straszne ślepie na obecnych. Przy najlżejszem dotknięciu drgał konwulsyjnie, fiksując wzrokiem błędnym i szklannym zbliżających się do niego. Nadszedł i stary hrabia razem z innymi.

— Ho! ho! stary gracz! — wykrzyknął. — Nieprawdaż że stary? — zwrócił się ku Danile.

— Pewnie... co stary, jaśnie panie! — Daniło zdjął czapkę z uszanowaniem.

— Słuchaj no hultaju!... Drugi raz tak się nie wściekaj, i takich głupstw mi nie gadaj, bo gotowo być źle z twoją skórą! Rozumiesz?

Daniło spuścił głowę w milczeniu. Na ustach jednak zaigrał mu uśmiech, na poły pokorny, a na poły figlarny, jak u dziecka popsutego i rozpieszczonego, które wyłapią na psocie.