Wojna i pokój. Tom 4

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojna i pokój. Tom 4
Wojna i pokój. Tom 4
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,90  16,72 
Wojna i pokój. Tom 4
Wojna i pokój. Tom 4
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
17,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V.

— I cóż? Kiedyż wreszcie zaczniemy? — wykrzyknął Dołogow.

— Zapewne... zaczynajmy — uśmiechnął się Piotr dobrodusznie.

Położenie robiło się strasznem. Sprawa tak błaha z początku, teraz musiała iść dalej swoim torem. Dobiegała fatalnie do aktu ostatniego krwawego dramatu, niezawisła już zupełnie od woli ludzkiej. Miało spełnić się nieubłagane przeznaczenie. Denissow zbliżył się aż do barjery:

— Przeciwnicy — rzekł z naciskiem — nie dali nakłonić się do pojednania i przebaczenia sobie nawzajem urazy... Możemy zatem zaczynać. Proszę wziąć do rąk pistolety, idąc prosto przed siebie na komendę „trzy!“

— Raz!... dwa!... trzy!... — liczył Denissow zwolna i głosem stłumionym. Przeciwnicy szli ścieżką utorowaną, widząc wyłaniającą się z mgły gęstej, twarz i postać jeden drugiego. Przysłużało im prawo strzelić, kiedy będą chcieli, idąc. Dołogow szedł nie spiesząc się wcale, z pistoletem spuszczonym. Jego oczy niebieskie dziwnie błyszczały fiksując Piotra. Usta składały się do jakiegoś niemiłego, drwiącego uśmiechu.

Na komendę — „trzy!“ — Piotr posunął się szybko naprzód, a prześlepiwszy ścieżkę ubitą zapadł naraz w śnieg głęboki. Trzymał pistolet prosto przed sobą, jakby w obawie, żeby nie ranić nim siebie samego. Podtrzymywał prawe ramię lewą ręką, odrzuciwszy je całkiem na bok, chociaż pojmował instynktowo, że czyni to całkiem bez celu i bez potrzeby. Po kilku krokach odszukał ścieżkę, popatrzył pod nogi, spojrzał następnie na Dołogowa i wystrzelił. Nie spodziewając się wstrząśnienia tak gwałtownego, Piotr drgnął nerwowo, zachwiał się i uśmiechnął mimowolnie z wrażenia odniesionego. Dym zgęszczony jeszcze mgłą, nie dozwolił mu zrazu rozróżnić niczego i tak czekał czas jakiś nadaremnie na strzał drugi. W tem usłyszał kroki przyśpieszone i dopatrzył wreszcie, gdy dym opadł cokolwiek, Dołogowa przyciskającego dłonią bok lewy. W prawej ręce trzymał dotąd kurczowo pistolet ku ziemi otworem nachylony. Rostow podbiegł ku niemu.

— Nie... — syknął przez zęby Dołogow — nie... jeszcze nie wszystko skończone! — Postąpił kilka kroków chwiejąc się na nogach, nareszcie upadł na śnieg obok pałasza zatkniętego. Dłoń miał zakrwawioną. Otarł ją o mundur, opierając się na niej następnie. Twarz jego blada i ponura drgała nerwowo.

— Proszę... — zaczął mówić i powtórzył z wysiłkiem — ja proszę!... — Piotr tłumiąc zaledwie łkanie bolesne, chciał właśnie zbliżyć się do niego, gdy Dołogow krzyknął gromko: — „Do barjery!“ — Piotr zrozumiał o co chodzi i stanął jak wryty. Byli już tylko o dziesięć kroków oddaleni jeden od drugiego. Dołogow zanurzył głowę w śnieg i z chciwością zaczął go chwytać ustami. Podniósł się po chwili, starając się utrzymać równowagę. Ciągle brał w usta śnieg świeży ssąc go i połykając. Usta drżały febrycznie, oczy mu jednak pałały dziką nienawiścią. Udało mu się wysiłkiem nadludzkim dźwignąć na nogi. Podniósł pistolet i zaczął mierzyć.

— Zwrócić się bokiem, zasłonić pistoletem! — krzyknął Neświcki.

— Zasłońże się pan! — wyrwało się Denissowowi, chociaż był sekundantem strony przeciwnej.

Piotr z łagodnym uśmiechem, pełnym żalu i politowania, stał bezbronny, wystawiając pierś szeroką, zupełnie odsłoniętą, na strzał Dołogowa, na którego patrzał smutno. Trzej sekundanci przymknęli oczy. Padł strzał, a Dołogow wykrzyknąwszy z dziką wściekłością: — „Chybiłem!“ — runął jak długi twarzą na ziemię.

Piotr porwał się oburącz za głowę, zawrócił na miejscu, i wszedł w las, brnąc w śniegu po kolana.

— Głupia historja!... niesłychanie głupia — mruczał sam do siebie. — Zginął? Ależ to być nie może.

Neświcki dopędził go i odwiózł do domu.

Rostow z Denissowem podnieśli ostrożnie Dołogowa i złożyli na saniach. Ranny ciężko, leżał czas jakiś bez ruchu, z oczami przymkniętemi, nie odpowiadając wcale na ich pytania. Dopiero gdy wjechali do miasta ocknął się, podniósł głowę z mozołą i ujął za rękę Rostowa. Uderzyła go zmiana nadzwyczajna, która zaszła w twarzy rannego. Wyraz całej fizjognomji był dziwnie słodki i rozczulony.

— Jakże ci jest, mój drogi?

— Źle, ale nie o to mi idzie. Kochany Mikołaju — mówił dalej ranny głosem urywanym — gdzież my się znajdujemy? W Moskwie, nieprawdaż? Słuchaj... zabiłem ją, ona... ona tego nie przeżyje... nie przeżyje tego ciosu.

— Któż taki? — Rostow spytał zdumiony.

— Moja matka, moja biedna matka, moja najukochańsza, uwielbiana matka.

I Dołogow załkał głucho. Gdy uspokoił się cokolwiek, wytłumaczył Rostowowi, że mieszkał z matką staruszką. Jeżeliby go zobaczyła nagle umierającego, nie przeżyłaby tej boleści. Błagał go zatem, żeby wyprzedził ich i wszystko u niego w domu opowiedział. Uczynił to Rostow natychmiast dowiadując się ku najwyższemu swojemu zdziwieniu, że ów hultaj, zawadjaka, rębajło, żył pod jednym dachem z matką starą i z siostrą ułomną. Był dla pierwszej najczulszym synem, a dla drugiej najlepszym bratem.

VI.

Piotr z żoną spotykali się teraz coraz rzadziej sam na sam, szczególniej od kilku tygodni. W Moskwie, jak i w Petersburgu, dom ich był pełen gości, od rana do późnej nocy. Noc, która nastąpiła po pojedynku, przespał na szezlongu, (co mu zdarzało się dość często), zamiast w pokoju sypialnym obok żony. Szezlong stał w gabinecie, tym samym, w którym umarł jego ojciec.

Rzucił się w całem ubraniu na szezlong i próbował zasnąć, żeby zapomnieć o wszystkiem co zaszło. Taka jednak burza nim miotała, tyle myśli mózg rozsadzało, tylu doznał wrażeń i tyle wspomnień spokój jego mąciło, że nie tylko oka nie zmrużył, ale nawet nie był w stanie leżeć. Zerwał się po chwili przemierzając obszerną komnatę krokiem przyśpieszonym. To przypominał sobie pierwsze dni po ślubie; białe, toczyste ramiona Heleny, jej wzrok zamglony, omdlewający, a tak namiętny; to znowu stawał przed nim Dołogow, piękny, bezczelny, z swoim uśmiechem szatańskim, jakim go widział w klubie przy stole, lub blady jak widmo drżący od gorączki, zakrwawiony i słaniający się na śnieg.

— Koniec końców — mówił sobie — jeżeli i zginął, toć zabiłem tylko jej kochanka... tak, kochanka mojej żony! Dla czego jednak tak się stało?... — Dla tego — odpowiadał mu jakiś głos tajemny — żeś ją poślubił. — W czemże tak bardzo zawiniłem? — W tem — szeptał dalej ów głos tajemniczy — żeś wziął ją za żonę nie kochając wcale. Oszukiwałeś ją, oszukiwałeś samego siebie. Byłeś ślepym i głuchym dobrowolnie.

Przypomniał sobie teraz najdokładniej tę chwilę, kiedy z największym przymusem, zdołał wreszcie wyksztusić słowo: — „Kocham cię“.

— Tak, tak, w tem zbłądziłem niesłychanie, bo nie miałem prawa powiedzieć jej czegoś podobnego.

Spłonął wstydu rumieńcem, gdy przypomniały mu się miodowe dni po ślubie. Jedno szczególniej zdarzenie stanęło mu żywo w pamięci, i teraz jeszcze upakarzało go. Oto niedługo po ślubie, wychodził raz z pokoju sypialnego około południa, w pysznym szlafroku z perskiej materji złotem przetykanej, gdy na progu gabinetu spotkał się oko w oko ze swoim pełnomocnikiem, czekającym na niego od dwóch godzin. Ten kłaniając się nisko swojemu chlebodawcy, nie mógł się jednak wstrzymać od lekkiego uśmiechu, widząc go tak późno jeszcze w zupełnym negliżu. Zdawać się mogło, że tym uśmiechem chce mu pogratulować szczęścia w małżeństwie.

— Ileż razy byłem bądź co bądź dumnym z takiej żony, dumnym z jej taktu i ułożenia tak dystyngowanego, z tej miary, jaką umiała zachować we wszystkiem, przyjmując prawie całe miasto. Szczególniej cieszyłem się jej majestatyczną, (a jak sądziłem w zaślepieniu) niedostępną pięknością! Zdawało mi się, że nie umiem jej zrozumieć i dziwiłem się sam sobie, dlaczego nie mogę jej pokochać? Gdy nieraz studjowałem jej charakter, wmawiałem w siebie, że to moja wina, jeżeli nie pojmuję tej apatycznej obojętności, tego braku jakiejkolwiek zachcianki, zainteresowania się czemś na świecie... teraz znalazłem wreszcie klucz rozwiązujący straszliwą zagadkę... To kobieta zepsuta do gruntu!... Anatol chciał nieraz pożyczyć od niej pieniędzy, nie szczędząc jej przytem karesów. Pieniędzy nie dała mu nigdy, ale pozwalała całować ile chciał swoje ramiona łabędzie. Jeżeli ojciec przekamarzał się z nią kiedy niekiedy, starając się obudzić w niej zazdrość, odpowiadała jak zawsze najspokojniej, ze swoim najsłodszym uśmiechem — „że nie jest na tyle głupią żeby wdawać się w zazdrość“. — „Może robić co mu się podoba“ — powtarzała, skoro o mnie była mowa. Gdym raz ją badał z ogródkami, czy nie czuje się czasem w stanie błogosławionym? odrzuciła szorstko i stanowczo: — „że ani jej w głowie postało pragnąć dzieci, ze mną zresztą, nie będzie ich mieć z wszelką pewnością!“

Przypominał sobie z kolei wyuzdane jej myśli, brutalność i prostactwo w wyrażeniach, mimo wychowania niesłychanie arystokratycznego. — Nie, nie kochałem jej nigdy! — powtarzał. — A oto teraz Dołogow leży na śniegu, brocząc we krwi. Stara się uśmiechnąć i odpowiada konający z dziką nienawiścią i niepotrzebną brawurą, na mój żal niewczesny i skruchę!

Piotr należał do rzędu tych ludzi, którzy mimo słabego i chwiejnego charakteru, nie szukają nigdy powierników w cierpieniu. Walczył sam z bólem serce rozrywającym i milczał. — Jestem więc winny i powinienem znosić, ale co?... hańbę mego nazwiska, niedolę życia całego? Wszystko to wierutne szaleństwo! Moje nazwisko i mój honor, to wszystko urojenia, moje zaś „ja“, jest od tego zupełnie niezależnem!... Ścięto Ludwika XVI, uważając go za zbrodniarza. I w swojem własnem przekonaniu, mieli tak samo słuszność ci, co go na śmierć zasądzili, jak i ci drudzy, którzy uznawszy w nim i uwielbiwszy świętego męczennika, umierali również dla niego śmiercią męczeńską! Czyż potem nie posłano pod gilotynę Robespierra, dla tego że był despotą? Kto miał słuszność? Kto błądził? Nikt. Żyj póki możesz: jutro, któż wie, umrzesz, jak ja mogłem umrzeć przed godziną. Po co tak się trapić i kłopotać, gdy pomyślimy czem jest nasze życie w obec wieczności!

 

W chwili gdy sądził, że już potrafił się uspokoić, zjawiła się znowu przed nim Helena, owiana czarem zmysły mącącym, który upajał go zrazu i do szału dzikiego doprowadzał. Zrywał się i zaczynał biegać po pokoju, tłukąc wszystko co mu wpadło pod rękę, aby na czemkolwiek wywrzeć wściekłość nim miotającą.

— Dla czegóż powiedziałem jej: „Kocham cię?“ — pytał sam siebie po raz dziesiąty, i uśmiechnął się mimowolnie, przypomniawszy sobie frazes Molierowski. — „Po co u djabła! wlazł w tę kabałę, i dał się złapać w samotrzask?“

Dzień jeszcze nie zaświtał, gdy zbudził służącego, wydając mu rozkaz, żeby gotował wszystko do wyjazdu. Nie rozumiał wcale, jakby mógł po tem co zaszło, mówić jeszcze z żoną. Pragnął zatem wrócić do Petersburga, skąd chciał wysłać list do niej, zapowiadający chęć jego żyć odtąd samotnym i z żoną rozłączonym.

W kilka godzin później, lokaj który przyniósł mu kawę, znalazł go leżącym na szezlongu, z książką w ręce i śpiącego na twardo.

Obudzony nagle, nie mógł pojąć przez dłuższą chwilę, dla czego tu leżał i co z nim się stało właściwie?

— Jaśnie pani pyta, czy wasza wysokość jest w domu?

Piotr nie miał czasu odpowiedzieć lokajowi, kiedy w tropy za nim weszła Helena, w prześlicznym rannym szlafroczku, z atłasu białego ze srebrnym haftem. Jej dwa grube warkocze, okalały niby djadem piękną główkę. Tylko na czole gładkiem zwykle i białem jak alabaster, zarysowała się bruzda gniewem wyżłobiona. Wstrzymywała się od wybuchu, póki nie wyszedł lokaj z pokoju. Wiedziała już najdokładniej o całej historji z owym pojedynkiem i o tem chciała rozmówić się z mężem. Zatrzymała się o krok przed nim, mierząc go wzrokiem pogardliwym, z uśmiechem pełnym gorzkiego sarkazmu. Piotr onieśmielony, spojrzał na nią przelotnie z pod okularów, udając że czyta dalej książkę, której dotąd nie był z ręki wypuścił. Niby zając, gdy czuje że go siły opuszczają, i pies ma go tuj-tuj za kark schwycić, tak i on przycupnął cicho, położywszy uszy po sobie, nieruchomy w obec nieprzyjaciela.

— Co to znaczy? Skąd panu przyszła ochota do wyprawiania podobnych awantur? Żądam kategorycznie wytłumaczenia — rzekła tonem ostrym, skoro za lokajem drzwi się zamknęły.

— Jakto, ja? — Piotr spytał.

— Co znaczy ta bezsensna junakierja? Ten pojedynek? Czy raczysz mi pan odpowiedzieć?

Piotr poruszył się ciężko w pół leżąc na szezlongu, otworzył usta, słowa jednak uwięzły mu w gardle.

— No! to ja panu odpowiem... Wierzysz każdej bredni, którą ktokolwiek przyjdzie ci powtórzyć, a znaleźli się tak łaskawi, którzy opowiedzieli ci, że Dołogow jest moim kochankiem — mówiła dalej z cynizmem jej właściwym, nie owijając niczego w bawełnę. Słowo: „kochanek“, przeszło jej tak gładko przez usta, jak każde inne, najzwyklejsze. — Uwierzyłeś zatem, i cóż zyskałeś, czego dowiodłeś, pojedynkując się z Dołogowem? Żeś setnym głupcem, idjotą po prostu, o czem zresztą wie i tak świat cały! Cóż z tego wyniknie? Że ja będę wystawiona na pośmiewisko całej Moskwy, że każdy będzie opowiadał, jak po pjanemu wyzwałeś młodego człowieka, o którego byłeś zazdrosny bez powodu; młodzieńca pod każdym względem o całe niebo wyższego, i większej wartości niż pan!...

Im dłużej mówiła, tem więcej zapalała się, głos podnosząc.

Piotr dotąd nieruchomy, mruczał jakieś słowa niezrozumiałe, nie podnosząc wcale wzroku od posadzki.

— I dla czegoś uwierzył, że Dołogow jest moim kochankiem? że znajduję przyjemność w jego towarzystwie? Gdybyś pan był rozumniejszym, gładszym w obejściu, wykształconym jak on, wolałabym spędzać czas z tobą!

— Błagam panią... przestań mówić do mnie — Piotr odezwał się głosem stłumionym.

— Dla czegóż nie miałabym mówić? Mam wszelkie prawo do tego, i powiem śmiało wszem w obec, że żona takiego męża jak pan, nie mająca kochanka, należałaby do nadzwyczajnych wyjątków, a ja go nie miałam i nie mam!

Piotr spojrzał na nią dziwnie, ona jednak nie zrozumiała znaczenia tego wzroku płomienistego. Położył się na powrót. Cierpiał fizycznie. Pierś miał ściśniętą, tchu mu brakowało... Wiedział, że mógłby natychmiast uwolnić się od tych męczarni, ale i o tem wiedział, że to, co chciał uczynić, byłoby czemś strasznem.

— Najlepiej będzie, gdy się rozłączymy — rzekł głucho.

— Rozłączyć się? I owszem! Pod warunkiem atoli, ze mi pan dasz stosowny majątek.

Piotr zerwał się na równe nogi, tracąc zaś przytomność z gniewu rzucił się na nią.

— Zabiję cię! — krzyknął wściekle. A porwawszy ze stołu kawał marmuru, postąpił ku niej wywijając niby piórkiem, tym ciężarem, z siłą, której sam się przestraszył.

Twarz hrabiny przybrała wyraz okropny. Ryknęła jak tygrysica rozjuszona i w tył się cofnęła. Oszołomiony, wściekły, Piotr w szale czuł, że gotówby był zbrodni nawet. Rzucił po za siebie ów posążek marmurowy, który rozbił się w drobne kawałki o posadzkę, i szedł ku niej z pięściami groźnie zaciśniętemi.

— Wyjdź! — krzyknął takim głosem potężnym, że wszyscy struchleli w pałacu. Bóg jeden wie, co byłby uczynił w tej chwili, gdyby Helena nie była się ulotniła czemprędzej...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W tydzień jakoś, Piotr odjechał do Petersburga, oddawszy żonie do rozporządzenia dowolnego, swoje dobra w Wielko-Rosji, które stanowiły blisko połowę jego całego majątku.

VII.

Upłynęło dwa miesiące od dnia, w którym doszła do Łysych Gór wieść hiobowa, o rozbiciu wojsk rosyjskich pod Austerlitz i o zniknięciu księcia Andrzeja Bołkońskiego. Mimo listów gończych, wysyłanych przez poselstwo rosyjskie w Wiedniu, mimo wszelkich poszukiwań na placu boju, ani ciała jego nie odnaleziono, ani nie był umieszczony w spisie więźniów. Najprzykrzejszem było to przypuszczenie dla jego rodziny, że mogli go zabrać z pola bitwy krajowcy i znajduje się obecnie wśród obcych chory, a nawet umierający, bez opieki, bez ratunku, nie będąc w stanie dać znaku życia w obec swoich najbliższych. Dzienniki, które pierwsze uwiadomiły starego księcia o fatalnem rozbiciu wojsk sprzymierzonych pod Austerlitz, opisywały jedynie w słowach nader zwięzłych i nie dość jasno określonych, że Rosjanie, po starciu potężnem i bohaterskiem, musieli ustąpić przed dwa razy liczniejszym nieprzyjacielem, rejterada odbyła się jednak w należytym porządku. Książę atoli umiał czytać między wierszami i domyślił się łacno, że Rosjanie zostali rozbici najzupełniej. W tydzień później nadszedł list od Kotuzowa, w którym donosił księciu o tajemniczem zniknięciu jego syna.

„Syn twój, stary mój druhu, padł jak bohater, ze sztandarem w dłoni, godny nazwiska, które nosił, godny ciebie, godny syn swojej ojczyzny. Żałujemy go szczerze wszyscy jak jesteśmy; dotąd zaś niewiadomo czy trzeba zaliczyć go do umarłych, czy też należy jeszcze do żyjących. Nie trać jednak nadziei, drogi mój przyjacielu, gdyby znaleźli byli jego zwłoki, nazwisko Bołkońskiego, znajdywałoby się w spisie oficerów znalezionych na placu bitwy, który to spis przysłano mi z obozu nieprzyjacielskiego przez parlamentarza“.

Stary książę otrzymał ten list późno w nocy. Nazajutrz z rana wyszedł jak codzień na przechadzkę, ponury, milczący i w najgorszym humorze. Do nikogo ust nie otworzył, ani jak zwykle do ogrodnika, ani do rządcy, ani nawet do budowniczego.

Gdy weszła córka na dzień dobry, zastała ojca jak zawsze przy tokadle, nie obrócił się jednak do niej, jak to czynił codziennie.

— Ah! księżniczko Marjo! — zawołał nagle, odtrącając od siebie cały warstat. Koło gwałtownie potrącone, obracało się dalej przez dłuższą chwilę. Zgrzyt tego koła coraz słabszy i cichszy, złączył się później ściśle w pamięci biednej Marji, z sceną bolesną która nastąpiła.

Zbliżyła się do ojca. Wyraz jego fizjognomji tak ją przeraził, że skamieniała na razie, bez tchu, bez głosu. Coś ją ściskało za gardło i w oczach jej się zaćmiło. W rysach starca był kurcz gniewem wywołany. Malowała się w nich złość wściekła, raczej niż ból i smutek przygnębiający. Widoczną była walka gwałtowna, którą staczał sam z sobą. Była przygotowaną, na jakieś wielkie nieszczęście, które miało w nią jak grom uderzyć, najstraszniejsze, dotąd przez nią niedoświadczone: Oto miała dowiedzieć się o stracie brata jedynego! istoty przez nią nad życie własne ukochanej!

— Ojcze! Jędruś? — i ta biedna dziewczyna, niezgrabna i brzydka, wymówiła te słowa z takim wdziękiem, z takim urokiem współczucia i chrześcjańskiej rezygnacji, że stary książę pod wpływem magnetycznym tego spojrzenia anielskiego, załkał głucho, twarz od niej odwracając.

— Doszły mnie wiadomości... nigdzie go nie odszukali, ani między więźniami, ani pomiędzy umarłymi. Pisze mi o tem Kotuzow... Zabity! — krzyknął głosem przeraźliwym, jakby chciał tym krzykiem serce rozdzierającym, wypędzić córkę z pokoju.

Ona jednak nie ruszyła się z miejsca, nawet nie zemdlała. Była już bladą, ale teraz na to słowo straszne, twarz jej zmieniła się do niepoznania, piękne oczy promieniały światłem nadziemskiem. Można było przypuścić, że uczucie nieokreślone, pociecha i objawienie z góry zesłane, napełniało niby balsam gorący rany, jej serce dotknięte ciosem najboleśniejszym. Zapomniała w tej chwili o trwodze, jakiej zwykła była doświadczać w obec ojca, porwała go za rękę, pociągnęła ku sobie i pocałowała w twarz suchą, żółtą i pomarszczoną.

— Ojcze najdroższy — szepnęła — nie odwracaj się odemnie. Płaczmy po nim wspólnie.

— Łotry, tchórze! — wykrzyknął starzec, odsuwając ją od siebie. — Zgubić armję, zgubić ludzi tylu! I po co?... Zapowiedz to Lizie! — Marja upadła na fotel i zalała się łzami. Stanął jej brat w oczach w chwili pożegnania, gdy zbliżył się do niej i do żony. Zdało się jej, że widzi ów wyraz w jego twarzy rozrzewniony, a po trochę drwiący i lekceważący, gdy mu wkładała na szyję obrazek poświęcany. Czy też stał się wierzącym? Czy żałował przed śmiercią swojej niewiary? Czy dostał się w krainę błogosławionych, gdzie panuje wieczny spokój i szczęście niczem nie zamącone?

— Jak się to stało ojcze?

— Jak, jak, zabili go podczas bitwy, do której poprowadzono na rzeź najtęższe wojsko rosyjskie i poświęcono sławę naszej armji! Idź księżniczko Marjo! Idź do Lizy z tą nowiną!

Marja weszła do bratowej, którą zastała z jakąś robótką w ręku. Podniosła Liza na nią wzrok, z owym wyrazem szczęścia wewnętrznego, pełnego spokoju, który mają zwykle kobiety w tym stanie i położeniu. Oczy jej patrzyły nie widząc, wpatrywała się bowiem w głąb samej siebie, zastanawiając się nad dziwnie słodką i tajemniczą robotą, która odbywała się w jej łonie.

— Maryniu — zawołała odsuwając krosna, w których coś wyszywała — podaj mi twoją rękę.

Śmiały się jej czarne promieniste oczy. Warga górna podniosła się jeszcze wyżej niż zwyczajnie, uśmiechając się serdecznie, po dziecinnemu. Marja uklękła przed nią, chowając głowę w fałdy jej szlafroczka.

— Tu... tu... słyszysz?... Coś tak nadzwyczajnego! A wiesz Marynieczko, będę bobo strasznie kochała — i jej wzrok szczęściem rozpromieniony spoczął na Marji, która nie mogła podnieść głowy, cała bowiem twarz była w łzach skąpana.

— Co ci jest Maryniu?

— Nic... nic zupełnie... Myślałam o Andrzeju i to mnie zasmuciło — odpowiedziała oczy czemprędzej z łez ocierając.

Wśród dnia Marja próbowała kilka razy przygotować bratowę do tej strasznej katastrofy, zawsze jednak płaczem wybuchała. Te łzy, niepokoiły małą księżnę, pomimo, że nie odznaczała się bystrością w spostrzeżeniach, nie umiała bowiem odgadnąć dla czego Marja płacze? Nie pytała wprawdzie o nic, kręciła się jednak, jakby czegoś szukała. Stary książę, którego lękała się dotąd, wstąpił do niej na chwilę przed samym objadem. Był zły i dziwnie poruszony. Wyszedł nie przemówiwszy do niej ani słowa. Spojrzała na Marję i głośno załkała ni stąd, ni zowąd.

— Czy są jakie wiadomości o Jędrusiu? — spytała.

— Żadnych, wiesz przecie, że jest to czystem niepodobieństwem. Ojciec zaniepokojony a i ja trwożę się mimowolnie.

— Nie wiecie więc o niczem?

— O niczem — Marja spojrzała jej śmiało w oczy. Była zdecydowana i ojca namówiła do tego samego, żeby nie mówić jej o śmierci męża, póki nie nastąpi rozwiązanie, na co czekano i spodziewano się od dnia do dnia, lada moment. Ojciec z córką dźwigali zatem sami cały ciężar smutku, każde z nieb na swój sposób. Wysłał był wprawdzie stary książę kogoś zaufanego na zwiady, aby starał się w okolicy, gdzie bitwę stoczono, odszukać śladów Andrzeja, był jednak najmocniej przekonany, że jedynak jego nie żyje. Był nawet zamówił dla niego w Moskwie wspaniały grobowiec, który miano umieścić w ogrodzie. Niczego na pozór nie zmienił w trybie życia. Siły jednak starca opuszczały. Mniej teraz chodził, mniej jadł, nie spał nic prawie i był coraz bardziej osłabiony. Marja natomiast nie traciła nadzieji. Modliła się za brata, jakby jeszcze znajdował się między żyjącymi i oczekiwała lada chwila jego powrotu.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?