Wojna i pokój. Tom 4

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojna i pokój. Tom 4
Wojna i pokój. Tom 4
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,90  16,72 
Wojna i pokój. Tom 4
Wojna i pokój. Tom 4
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
17,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wiadomość o zupełnej porażce pod Austerlitz, spiorunowała całą Moskwę. Dotychczas zwycięztwo tak było wierne Rosjanom, że wieści o przegranej nikt zrazu wierzyć nie chciał, a w końcu przypisywano katastrofę, jakiemuś fatalnemu zbiegowi wypadków. Gdy w połowie grudnia, było niepodobieństwem zaprzeczyć faktowi dokonanemu, wszyscy tak wyglądali w klubie angielskim, gdzie zbierała się cała arystokracja i najwyżsi państwowi dygnitarze, jakby dali sobie słowo nie wspominać wcale o wojnie, a tem mniej o owej nieszczęsnej bitwie przegranej. Osobistości wpływowe, które nadawały zwykle ton wszystkim rozmowom w klubie, jak naprzykład hrabia Roztopczyn, książę Jury Władimirowicz, Dołgorukow, Wałujew, hrabia Markow, książę Wiazemski, nie pokazywały się wcale w klubie, tylko widywały się nawzajem w ścisłem kółku. Tym sposobem owi mieszkańcy Moskwy, do których zaliczał się i hrabia Rostow, nie umiejący wypowiadać własnego zdania w polityce, tylko powtarzający bezmyślnie to, co im kto poddał, byli czas jakiś niby błędne owce, bez kierunku, bez przewodnika w tym wojennym labiryncie. Czuli instynktowo, że wiadomości wojenne są najgorsze w świecie, że w takiem oddaleniu, trudno nawet zdać sobie z nich sprawę dokładną, zachowywali też co do tych kwestji drażliwych grobowe milczenie. Matadory, niby sędziowie przysięgli, wychodzący z sali trybunału po wydaniu wyroku nieodwołalnego, raczyli w końcu ukazać się w klubie i oświadczyć zgromadzonym swoje zdanie, co do ubiegłych wypadków. Natychmiast wszyscy przejrzeli, łuski im z ócz opadły. Jaki taki odkrywał tysiąc i jedną przyczynę, aby tłumaczyć po swojemu niesłychaną katastrofę, katastrofę niepojętą: rozproszenie niezwyciężonej dotąd armji rosyjskiej. Od tej chwili nikt się niczem innem nie zajmywał w Moskwie, tylko robieniem coraz nowych przypuszczań i kombinacji na ten temat niewyczerpany. Powtarzano do znudzenia, o braku żywności, tak dla koni, jak i dla ludzi, o zdradach: Austrjaków, Polaka Pszczebiszewskiego, Francuza Langeron’a; o nieudolności Kotuzowa, i (cicho, cichuteńko) o zbytniej młodości, niedoświadczeniu i łatwowierności nie na miejscu, samego cara. Natomiast utrzymywano jednogłośnie, że wojsko rosyjskie dokazywało cudów waleczności. Wszyscy co do nogi, byli bohaterscy: jenerałowie, oficerowie, aż do prostych żołnierzy. Jednakowoż bohaterem, najbardziej bohaterskim był książę Bagration. Okrył się sławą nieśmiertelną, tak pod Schöngraben, jak i pod Austerlitz, gdzie jemu jedynie udało się utrzymać swoją kolumnę w należytym porządku. Cofał się i on co prawda, ale przynajmniej jego żołnierze nie poszli w rozsypkę, jak inni, mimo że nacierał na nich dwa razy liczniejszy nieprzyjaciel. Brak zupełny krewnych w Moskwie, przyczynił się wielce do wyniesienia go na najwyższy stopień bohaterstwa. Czczono w nim dzielnego żołnierza, który bez protekcji, bez intryg jakichkolwiek wyniósł się po nad cały tłum. On pragnął jedynie walczyć za swój kraj. Imię jego było zresztą związane z zaszczytnemi dla Rosji wspomnieniami kampanji włoskiej i Suwarowa. Niechęć i ostra nagana, którą Kotuzowa obciążano, występowała jeszcze jaskrawiej w obec czci okazywanej Bagrationowi — którego trzebaby było wymyśleć, gdyby nie istniał — jak się o nim wyraził wieczny żartowniś Szynszyn, parodując sławne powiedzenie Voltaire’a o Bogu. O Kotuzowie wspominano jedynie, aby krytykować każdy krok jego. Oskarżano go, że jest prostą dworską chorągiewką, zwracającą się zawsze w tę stronę, skąd wiatr wieje i przezywano „starym satyrem“.

Cała Moskwa powtarzała maksymę Dołgorukowa: — „Ciągle kując, stajemy się kowalami“. — Pocieszano się w porażce obecnej, wspomnieniem przeszłych zwycięztw, i aforyzmami Roztopczyna, który powtarzał każdemu, kto miał czas go słuchać, że: — „żołnierz francuzki potrzebuje brzmiących frazesów, aby nabrać do bitwy animuszu; Niemcowi trzeba wykazać według zasad ścisłej logiki, że o wiele jest niebezpieczniej uciekać, niż iść śmiało na nieprzyjaciela, tylko żołnierza rosyjskiego trzeba wstrzymywać i błagać, żeby miarkował się w zbytnim zapale“.

Codziennie cytowano jakieś nowe czyny bohaterskie, wykonane pod Austerlitz przez rosyjskich żołnierzy i oficerów. Ten z męztwem nieustraszonem uratował sztandar i wydarł go ze szpon nieprzyjacielskich; ów ubił aż pięciu Francuzów, a jeszcze inny zdobył pięć dział. I o Bergu nie zapomniano. Nawet ci, którzy go wcale nie znali, rozpowiadali jak skaleczony w prawą rękę, chwycił szpadę ręką lewą i szedł naprzód z męztwem nieustraszonem. Co do Bołkońskiego, o tym ani jednem słówkiem nikt nie wspomniał. Najbliższa rodzina jedyne opłakiwała jego zgon przedwczesny, ubolewając nad młodą wdową, która była bliską rozwiązania i nad ojcem, starcem zdziwaczałym.

III.

W dniu trzeciego marca, mnóstwo głosów, podobnych do roju pszczół, gdy wyleci z ula po raz pierwszy na wiosnę, brzęczało i huczało w salach klubu. Członkowie klubu, jak i zaproszeni przez nich, jedni w mundurach, inni we frakach, niektórzy nawet w dawnym stroju francuzkim, przechadzali się, lub siadali, zbierając się po kilku w mniejsze kółka. Lokaje upudrowani, w pończochach i trzewikach lakierowanych, stali po dwóch w każdych drzwiach, gotowi na usługi. Większość owego zgromadzenia stanowili ludzie poważni, już w starszych latach, z wyrazem zadowolenia w twarzach tłustych po większej części, z grubemi palcami, pełnemi pierścieni błyszczących drogiemi kamieniami, mówiących głosem donośnym, tonem pewnym siebie, i z mnogiemi giestami. Owa kategorja członków odwiecznych, miała wielkie w klubie przywileje, posiadała miejsce raz na zawsze zarezerwowane i łączyła się razem w ścisłe kółeczka. Mniejszość składała się z zaproszonych na chybił trafił, szczególniej z młodzieży, między którą rej wodził Neświcki, od dawna wpisany do klubu. Do owego zastępu młodych, należeli również Denissow, Rostow syn, Dołogow mianowany napowrót porucznikiem w pułku Semenowskim i kilku innych jeszcze. Ta młodzież przybierała minę trochę lekceważącą w obec starszego pokolenia. Okazywała starszym pewne względy, ale zdawała się do nich przemawiać:

— Jesteśmy gotowi wasz wiek poważny uszanować, ale wy o tem nie zapominajcie również, że przyszłość do nas należy.

Piotr, który aby przypodobać się żonie, był zapuścił długie włosy, zdjął okulary i ubierał się według najświeższej mody, przenosił się z sali do sali, wlokąc za sobą nudę i smutek dręczący go potajemnie.

Tu, jak i gdzieindziej, otaczała go zgraja, czcząca jedynie „cielca złotego“, a dla której czuł prawie pogardę, odpowiadając na wyrazy pełne uwielbienia, z lekceważącem roztargnieniem. Wiekiem należał do grona młodzieży, stanowiskiem atoli i wielkim majątkiem łączył się raczej z ludźmi poważniejszymi, z osobistościami wybitnemi i wpływowemi. Według własnej fantazji przechodził od jednych do drugich, przyjmowany wszędzie otwartemi ramionami.

Rozmowę matador, jak Roztopczyna, Wałujewa i Naryszkina, słuchali inni członkowie klubu z czcią prawie i z uwagą wytężoną. Zbliżano się do nich z najwyższem uszanowaniem. Roztopczyn opowiadał jak Rosjanie, odcięci od gościńca przez wojsko austryjackie, idące w rozsypkę bezładną, musieli sobie utorować drogę przez ten tłum niesforny, szarżując po prosto, z bagnetami na ostro nabitemi. Wałujew tłumaczył swoim sąsiadom pod pieczęcią głębokiej tajemnicy, że wysłano Uwarowa do Moskwy w tym celu jedynie, aby zbadał opinję panującą w mieście tem, co do bitwy pod Austerlitz. Naryszkin ze swojej strony przypominał anegdotę o Suwarowie, który niegdyś za całą odpowiedź pełnej radzie wojennej austrjackiej, zapiał na całe gardło, aby tem głośnem „kukuryku!“ dać poznać co myśli o nieudolności i bredniach, przez członków rady wypowiadanych. Szynszyn, który czyhał wiecznie na sposobność puszczenia w obieg jakiego dowcipu, dodał z miną wielce żałośną, że Kotuzow niestety nie nauczył się nawet od Suwarowa zapiać w porę. Wzrok surowy i pełen wyrzutów „starych“, dał mu do zrozumienia, że niewypada wyrażać się w ten sposób o Kotuzowie, szczególniej w dniu w którym wyprawia się bankiet na cześć Bagrationa.

Hrabia Rostow chodził z sali jadalnej do głównego salonu i napowrót, z miną wielce niespokojną i zakłopotaną. Kłaniał się i witał najserdeczniej każdego, ze zwykłą swoją dobrodusznością, tak starych jak i młodych, tak niższych, jak i najwyższych. Czasem szukał wzrokiem czułym owego pięknego, dorodnego chłopaka, który był jego synem ukochanym, mrugając do niego oczami z serdeczną poufałością. Mikołaj stojąc w okna framudze, rozmawiał z Dołogowem, którego był poznał niedawno i cenił nader wysoko. Stary hrabia zbliżył się do nich, aby uścisnąć dłoń Dołogowa.

— Wszak przyjdziesz do nas, kochany poruczniku, nieprawdaż? Znasz przecie mego wojaka i jesteście obaj sławnymi bohaterami z ostatniej wyprawy!... ah! Wasyl Iwanowicz... dzień dobry mój stary!...

Nie miał czasu dokończyć powitania, wpadł bowiem jeden ze służby cały zdyszany i zastraszony, zapowiadając:

— Przybył!

Na schodach odezwały się dzwonki, dyrektorowie klubu wybiegli do przedpokoju, a liczni biesiadnicy, rozproszeni po różnych kątach, niby ziarnka zboża na toku, zebrali się tłumnie i zatrzymali u drzwi od głównego salonu.

W tej samej chwili ukazał się na progu Bagration. Był bez szpady i bez stosowanego kapelusza na głowie. Według zwyczaju w klubie przyjętego, zostawił to wszystko w przedpokoju. Miał na sobie mundur nowiusieńki, na piersiach mnóstwo dekoracji tak rosyjskich, jak i państw ościennych, z wielkim krzyżem na wstędze św. Grzegorza. Nie miał na głowie kozackiej czapki futrzanej i nahajki przez plecy przewieszonej, jak go widział Mikołaj Rostow w przededniu bitwy pod Austerlitz. Kazał był sobie podciąć cokolwiek włosy i faworyty, co zmieniało mu twarz niekorzystnie. Mina odświętna, strój galowy, nie licował wcale z jego rysami wybitnemi, z wyrazem energji i z cerą smagłą. Wyglądał jakiś nie swój, jakby wlazł w obcą skórę, trochę śmiesznie nawet. Bekleszow i Fedor Piotrowicz Uwarow, wchodząc razem z nim, zatrzymali się przy drzwiach, aby puścić naprzód gościa dostojnego. Bagration zmieszany ich nadzwyczajną grzecznością stanął na chwilę, a zamieniwszy z nimi kilka słów banalnych, zdecydował się wreszcie wejść pierwszy. Każdy, skoro spojrzał na niego, domyślił się po jego ruchach niezgrabnych i kroku niepewnym, jakim ślizgał się po lśniącej posadzce, że było mu o wiele łatwiej i wygodniej, iść do ataku po roli świeżo zoranej i rozmokłej po deszczu, pod gradem kul, jak w Schöngraben, gdy prowadził do boju pułk z Kurska przybyły. Dyrektorowie, którzy wybiegli byli na jego spotkanie, wyrazili w kilku słowach doborowych radość niezmierną, że raczył przyjąć zaproszenie i znajduje się w ich gronie. Nie czekając na odpowiedź, otoczyli go prowadząc w tryumfie niejako do głównego salonu. We drzwiach zastali taki tłum zbity w jeden kłąb, tak pchali się jeden na drugiego, aby popatrzeć bodaj na Bagrationa, przez ramię sąsiada, jakby na jakieś zwierzę ciekawe, że wejście do salonu szczelnie zabarykadowano. Ledwie nie ledwie udało się hrabiemu Rostowowi, rozpychając łokciami i prosząc usilnie: — Miejsca panowie, miejsca! Chciejcie przepuścić naszego gościa dostojnego! — udało się wprowadzić do środka Bagrationa i usadowić tegoż na szerokiej otomanie. Otoczyły go natychmiast matadory klubowe, podczas gdy ojciec Rostow wyśliznął się, aby wrócić niebawam w towarzystwie reszty dyrektorów, z których jeden niósł na ogromnej srebrnej tacy, zwitek pargaminu, a na niej wypisaną odę na cześć Bagrationa przez jakiegoś poetę domorosłego.

 

Na widok tacy, Bagration spojrzał w koło wzrokiem zaniepokojonym, jakby szukał skądkolwiek pomocy. Poddając się wreszcie losowi nieubłaganemu i widząc się wydanym na pastwę tym wszystkim oczom w niego wlepionym, porwał żywo tacę oburącz, rzuciwszy jednak mimochodem spojrzenie pełne gorzkiego wyrzutu hrabiemu Rostowowi, który kłaniał mu się raz po raz z najwyższem uszanowaniem. Na szczęście poratował księcia jeden z członków klubu, odbierając mu z rąk ciężką tacę, którą trzymał kurczowo, jakby jej już nigdy nie miał z rąk wypuścić. Podsunął księciu zwitek natomiast, polecając wiersze w nim zawarte, jego dostojnej uwadze. — „Skoro muszę wypić do dna ten kielich goryczy!“ — zdawały się mówić jego oczy nudą zamglone i patrzące miłosiernie na rulon pargaminu. Rozwinął go w końcu i zaczął czytać z uwagą i w ducha skupieniu.

Autor wierszydła nieznośnie napuszonego ofiarował się sam odę odczytać. Bagration na wszelkie utrapienia zrezygnowany, skinął głową potakująco

„Bądź dalej chwałą wieku Aleksandra,

„Bądź tarczą naszego Tytusa na tronie...

Zaczął czytać z przesadą autor. Nie dozwolono mu ich jednak dokończyć. Marszałek zapowiedział głosem donośnym:

— Dano do stołu!

Drzwi otworzono na oścież, a w olbrzymiej sali jadalnej odezwały się tony orkiestry grającej sławny polonez:

„Niech zagrzmią surmy bojowe, surmy zwycięstwa,

„Niech się raduje dzielny Rus!

Hrabia Rostow zniecierpliwiony niefortunnym autorem, który wlazł im w drogę najniepotrzebniej w świecie, zbliżył się do Bagrationa i zaprosił do sali z niskim ukłonem. Ponieważ w tej chwili, objad wydał się wszystkim bardziej interesującym, niż nudna poezja, ruszyli się z miejsc hurmem i z Bagrationem na czele przeszli do sali. Sławny wódz siedział na pierwszem miejscu, między Bekleszowem i Naryszkinem. Obydwom było na imię Aleksander; miało to więc stanowić delikatną aluzję do cara. Trzysta osób usiadło do stołu, według rangi i godności. Matadory najbliżej gościa dostojnego.

Przed samym objadem Rostow ojciec przedstawił syna Bagrationowi, patrząc w koło z dumnem zadowoleniem. Bagration poznał natychmiast Mikołaja i zamruczał do niego kilka słów niezrozumiałych.

Denissow, Mikołaj Rostow i Dołogow, usiedli po środku stołu, naprzeciw hr. Bestużewa i Neświckiego. Stary hrabia Rostow, siedział naprzeciw Bagrationa, robiąc honory podczas uczty, razem z innymi dyrektorami klubu. Był on uosobistnieniem serdecznej i dobrodusznej gościnności ogólnie w Moskwie panującej.

Trud i mozoła, które Rostow ponosił, były przynajmniej uwieńczone najzupełniejszem powodzeniem. Oba objady, tak mięsny, jak postny, wypadły znakomicie. Każde danie było wyśmienite. Hrabia jednak do samego końca okazywał trwogę niesłychaną i spozierał okiem niespokojnem na wnoszone półmiski, zdradzał się zaś z tem uczuciem mimowolnie, to drgnięciem nerwowem, to słówkiem rzuconem kamerdynerowi, lub piwnicznemu. Zaledwie wniesiono dwa potworne sterlety na blatach srebrnych, których ogrom imponujący, wywołał na policzki hrabiego rumieniec dumy zasłużonej i wyraz zadowolenia, zaczęła się kanonada na całej linji i szampan lał się strumieniem. Skoro uspokoiło się cokolwiek wrażenie wywołane olbrzymią rybą, hr. Rostow zaczął naradzać się z resztą dyrektorów.

— Zdaje mi się — rzekł z cicha — że czas wnieść pierwszy toast, będzie ich bowiem sporo!...

Powstał z kielichem w ręce. Cisza zapanowała; chciano słyszeć dokładnie słowa hrabiego.

— Zdrowie jego carskiej mości. Niech żyje w najdłuższe lata, pan nasz najmiłościwszy! — wykrzyknął Rostow ojciec, z oczami łez pełnemi, z nadmiaru radości i zapału. Orkiestra zaintonowała grzmiącą fanfarę. Zerwano się na równe nogi i krzyknięto potężne „hurra!“ Bagration odpowiedział tak rozgłośnem „hurra!“ z jakiem pod Schöngraben poprowadził wojsko w bój. Głos młodego Rostowa przekrzyczał jednak wszystkie trzysta głosów. Wzruszony do tego stopnia, że zaledwie wstrzymywał się od płaczu, powtarzał raz po raz: — „Zdrowie najjaśniejszego pana!“ — a wypiwszy wino duszkiem, cisnął kieliszkiem na posadzkę. Kilku poszło za jego przykładem i hałas wzmagał się coraz bardziej. Gdy wreszcie uspokojono się cokolwiek w ferworze, a służba pozmiatała szkła kawałki, jaki taki usiadł napowrót, uszczęśliwiony, że zamanifestował swoje dla cara przywiązanie, takim potężnym brzękiem i szczękiem. Za chwilę ojciec Rostow podniósł się znowu, spojrzał na spis toastów, przed nim rozłożony i wzniósł toast na cześć bohaterskiego wodza z ostatniej kampanji Piotra Iwanowicza Bagrationa! Tak samo jak za pierwszym razem, oczy zaszły mu łzami rozczulenia, i tak samo podniosło się trzysta głosów jak jeden, wrzeszcząc „hurra!“ — w niebogłosy. Tym razem odezwał się chór śpiewaków, ze znaną kantatą, skomponowaną niegdyś dla Kotuzowa:

„Rusy nie znają zapory,

„Każdy z nich do zwycięstwa skory“...

Tylko przy końcu, zamiast Kotuzowa, wsadzono w wiersz nazwisko Bagrationa.

Zaledwie przebrzmiały ostatnie dźwięki kantaty, szły dalej toasta jeden za drugim, niby tytuły w akafiście do Św. Mikołaja Cudotworcy.

Stary Rostow z łez nie osychał; pito na umor, tłukąc coraz więcej szklanek i talerzów, i krzyczano do zupełnego zachrypnięcia. Wznoszono po kolei zdrowie wszystkich biesiadników, a gdy ktoś przemówił o zasługach Stefana Andrzejewicza, hrabiego Rostowa, podnosząc jego niespożyte zasługi i przymioty drogocenne, ten na pierwsze słowa toastu pokonany wzruszeniem nad siły, wybuchnął głośnym płaczem, kryjąc twarz w chustkę od nosa.

IV.

Bestużew jadł i pił dużo; jak zawsze, chciwie i łapczywie. Tego dnia jednak, milczący, ponury i zgnębiony, patrzał w koło siebie z dziwnem roztargnieniem, jakby nikogo nie widział i nic nie słyszał. Skoro rzucili nań okiem, domyślili się jego przyjaciele, że dręczy go i zajmuje wyłącznie jakaś kwestja przygniatająca i nierozwiązalna.

Owa kwestja raniąca mu serce i odbierająca prawie przytomność, tak miał nią umysł zajęty, była wywołana aluzjami aż nadto jasnemi, złośliwej kuzynki, księżniczki Katarzyny, co do stosunku zbyt serdecznego i poufałego, jego żony z Dołogowem.

Tego właśnie ranka dostał mu się w ręce bezczelny list bezimienny, w którym, wydrwiwano i ośmieszano Piotra, w sposób grubjański, właściwy ludziom nikczemnym, piszącym anonimy. Pytano go się między innymi, po co właściwie nosi okulary, kiedy nie mógł dopatrzeć stosunku miłosnego między żoną a Dołogowem, o czem wiedzą już wszyscy doskonale? Nie uwierzył zrazu ani podłym denuncjacjom w liście zawartym, ani podszczuwaniom księżniczki Katarzyny. Teraz jednak, ujrzawszy na przeciw siebie Dołogowa, uczuwał dziwny niesmak, prawie nienawiść do tego młodego człowieka. Ile razy Dołogowa piękne i wyraziste oczy spotkały się z wzrokiem Piotra, budziły w jego duszy uczucie straszne, krwiożerce, potworne. Przechodził w myśli przeszłość, przypisywaną Helenie Kurakin, i jej obecne kokietowanie z Dołogowem. Któż wie, czy w końcu nie ma trochę prawdy, w owym donosie anonimowym? Przypominał sobie mimowolnie pierwsze odwidziny Dołogowa w jego domu. Pożyczył mu był wtedy znaczną sumę, a pamiętny ich dawnych szaleństw i wspólnych wesołych hulanek, zaprosił Dołogowa raz na zawsze, skoro nie będzie miał co lepszego do czynienia. I o tem nie zapomniał, jak Helena, ze swoim stereotypowym słodkim uśmieszkiem, który zdawał się raz na zawsze przyklejonym do jej ust, wymawiała mu nudę, jaką jej sprawia ów gość niepozbyty. Dołogow rzeczywiście, począwszy od tego dnia, prawie z ich domu nie wychodził, wychwalając przed Piotrem z cynizmem właściwym temu wisusowi, urodę niezwykłą jego żony.

— Piękny mężczyzna, to prawda — przyznawał Piotr w duchu — a i o tem jestem najmocniej przekonany, że sprawiłoby mu to rozkosz nielada, okryć hańbą moje nazwisko, wystrychnąć mnie na dudka, z powodu właśnie mnogich przysług, nawet dobrodziejstw odemnie odebranych. Pojmuję, jakby mu to wydało się dowcipnem, oszukać mnie w ten sposób. Nie wierzę temu jednak, nie mam prawa dotąd posądzać żonę o coś podobnego!

Uderzał go nieraz wyraz niesłychanie złośliwy w Dołogowa fizjognomji. W dniu naprzykład, kiedy strzeliło im do głowy przywiązać komisarza od policji do grzbietu niedźwiedzia, i wrzucić ich razem do wody. Lub kiedy wyzywał kogo na pojedynek, bez powodu, albo też gdy zabijał kulą z pistoletu konia jakiego biednego izwoszczyka. Dziś, skoro jego oczy spotykały się z Piotra wzrokiem, odszukiwał w nich ten sam wyraz iście szatański:

— Tak, tak, to szaławiła, rębacz, zawalidroga — Piotr powtarzał w duchu — zabić człowieka, zabawką dla niego. Jest pewny, że każdy drży przed nim i omija go zdaleka, a ja najpierwszy... i to go musi cieszyć niesłychanie... W końcu tak jest rzeczywiście... lękam się tego człowieka!...

Tak myślał Bestużew, a młody Rostow tymczasem prowadził rozmowę nader ożywioną, ze swoimi dwoma przyjaciółmi, Denissowem i Dołogowem, z których pierwszy był poczciwym żołnieraką, drugi zaś prostym łotrem. Ich tercet rozweselony niesłychanie, wybuchający co chwila śmiechem szalonym, dziwnie odbijał od postaci Piotra, ciężkiej, zwalistej, z wyrazem ponurej zadumy w twarzy i jakby pewnego zakłopotania. Mikołaj zresztą nie czuł najmniejszej sympatji do tego olbrzyma. Był to po pierwsze: cywil miljoner, który nigdy prochu nie powąchał. Po drugie mąż piękności modnej i wodzącej cały rój młodzieży, przykutej do jej rydwanu. W zwyż tego utrzymywano, że jest tchórzem podszyty, trzy grzechy nie do odpuszczenia w oczach młodego porucznika w huzarach. Na samym wstępie, Bestużew tonąc w przykrej zadumie, nie odkłonił mu się wcale, gdy go witał, a gdy wniesiono toast na cześć cara, nie ruszył się z miejsca.

— Jakto? hrabia nie wstajesz? — huknął na niego Mikołaj coraz bardziej rozdrażniony i zgorszony. — Czyś pan nie słyszał? Pijemy carskie zdrowie!

Piotr westchnął ciężko, wstał zrezygnowany, wychylił duszkiem kieliszek, a gdy wszyscy nazad usiedli, zwrócił się do Mikołaja z swoim poczciwym i dobrodusznym uśmiechem.

— To sławne! nie poznałem cię wcale hrabio.

Rostow wrzeszczący „hurra!“ na całe gardło, ani słyszał tego tłumaczenia.

— Jakże? — spytał Dołogow — nie odnowisz znajomości z Bestużewem?

— Niech go Bóg ma w swojej świętej opiece, tego bałwana! — bąknął Rostow zżymnąwszy niecierpliwie ramionami.

— Phi! — zażartował z cicha Dołogow — powinno się zawsze nadskakiwać i ugrzeczniać mężów, którzy posiadają piękne żonki.

Piotr domyślił się że o nim mówią, nie mógł jednak słów dosłyszeć. Zarumienił się jednak i zwrócił wzrok w inną stronę.

— A teraz wznieśmy toast na cześć pięknych dam! — Dołogow przemówił pół serjo, ale nie mniej z drwiącym uśmiechem na ustach. — Petruszka!... Zdrowie pięknych kobiet i kochanków tych bogiń.

Piotr wypił z oczami spuszczonemi, nie spojrzawszy na Dołogowa i nic nie odpowiadając na jego żart niewczesny. W tej samej chwili, lokaj rozdający kantatę drukowaną wszystkim biesiadnikom, wręczył egzemplarz Piotrowi, jako jednemu z głównych członków klubu. Wyciągnął już dłoń, gdy Dołogow przechylił się przez stół, wyrywając mu papier z ręki, aby przed nim przeczytać. Piotr podniósł głowę, a uniesiony gniewem, nie panując nad sobą więcej, krzyknął z całej siły:

 

— Zabraniam panu tego!

Na te słowa, zrozumiawszy kogo się tyczą, Neświcki i jego sąsiad z prawej strony, przestraszeni, starali się go uspokoić, Dołogow tymczasem, fiksując go oczami jak stal błyszczącemi i jak ona zimnemi, odpowiedział kładąc nacisk na każdą sylabę:

— Zatrzymam właśnie!

Blady jak ściana, z ustami drgającemi, Piotr rzucił się naprzód i wydarł mu papier z ręki.

— Łotrze jakiś!... Zdasz mi z tego rachunek!...

Zerwał się od stołu i pojął natychmiast, że kwestja niewinności jego żony, która dręczyła go od dwudziestu czterech godzin, została przeciętą gwałtownie, jednym zamachem, bez ratunku i niepowrotnie. Nienawidził jej obecnie i czuł że wszelkie węzły zerwane między nimi na zawsze. Pomimo perswazji Denissowa, Rostow obiecał sekundować Dołogowowi. Jak tylko skończył się objad, zaczął tę kwestję obrabiać z Neświckim, sekundantem Bestużewa, i układać się o warunki pojedynku. Piotr wrócił do siebie, Rostow zaś, Dołogow i Denissow zostali w klubie do późnej nocy, słuchając śpiewu cyganek i chórów złożonych z żołnierzy.

— A więc jutro w Sokolnikach — rzekł Dołogow żegnając się z Rostowem na ganku przed klubem.

— Czyś całkiem spokojny? — wtrącił Rostow.

— Widzisz mój drogi — odpowiedział Dołogow — odkryję ci w kilku słowach moją tajemnicę. Jeżeli w przededniu spotkania się z kimkolwiek z bronią w ręku, zaczniesz pisać testament i tkliwe listy, łzami skropione, do twoich najbliższych, jeżeli szczególniej przypuścisz, że mógłby cię zabić przeciwnik, jesteś głupcem i człowiekiem zgubionym! Przeciwnie zaś stanie się, skoro powiesz sobie, że musisz zgładzić ze świata napastnika i to jak najrychlej, wtedy wszystko pójdzie jak po maśle. Ot, co mi raz mówił sławny strzelec niedźwiedzi: — Jakżeby można nie bać się niedźwiedzia?... a jednak widząc bestję przed sobą, o to jedynie trwożymy się, żeby nam z rąk nie umknęła! — Tak właśnie i ja myślę mój drogi. Do zobaczenia jutro.

Nazajutrz o ósmej z rana, Piotr i Neświcki, dojeżdżając do boru w Sokolnikach, zastali tam już Dołogowa, z dwoma sekundantami, Denissowem i Rostowem. Piotr wydawał się zupełnie obojętnym na to, co miało nastąpić. Na twarzy były ślady znużenia. Musiał widocznie spędzić noc bezsenną. Oczy były zaczerwienione i mrugał niemi bezwiednie, olśniony światłem dziennem. Dwie rzeczy zajmowały umysł jego wyłącznie. Był teraz pewnym, że postępowanie jego żony było niecne i karygodne. A drugiej strony uznawał w duchu niewinność w tej sprawie Dołogowa. Czyż miał powód jakikolwiek oszczędzać honor człowieka, który w końcu był mu zupełnie obcym? — Może i jabym postąpił tak samo, będąc na jego miejscu? Tak, tak, najniezawodniej! korzystałbym z trafiającej mi się gratyski!... W takim razie czyżby ten pojedynek nie trzeba uważać raczej za morderstwo?... Albo ja go zastrzelę, albo on mnie zrani w głowę, w ramię, w nogę, w kolano... Nie lepiejżeby było schować się i uciec stąd gdziekolwiek.

Jednocześnie pytał ze spokojem, którym imponował wszystkim obecnym:

— Prędkoż będziemy gotowi?

Gdy odznaczono metę wbijając pałasze w śnieg zamarznięty, i jak daleko wolno posuwać się przeciwnikom, ponabijano kulami pistolety. Neświcki zbliżył się do Piotra.

— Nie spełniłbym jak należy mojej powinności, hrabio, — przemówił nieśmiało — i nie usprawiedliwiłbym zaszczytnego zaufania, którem mnie raczyłeś odznaczyć, mianując twoim sekundantem, gdybym w tej chwili uroczystej nie wypowiedział ci całej prawdy... Nie zdaje mi się, żeby warto było krew przelewać dla tak błahego powodu... Hrabia zbłądziłeś unosząc się zanadto...

— Ah! tak zapewne... głupstwo wierutne!... — bąknął Piotr wymijająco.

— Skoro sam to hrabio uznajesz, pozwól mi zanieść twemu przeciwnikowi słowo pojednania. Ręczę że strona przeciwna przyjmie takowe skwapliwie. — Neświcki mówił dalej, który jak wszyscy zresztą sekundanci, w ostatniej chwili dopiero, brał na serjo pojedynek. — Mojem zdaniem, jest zaszczytniej uznać swój błąd, niż dopuścić do czynu krwawego, którego nie można już potem niczem naprawić. Nie było właściwie obrazy tak ważnej, ani z jednej, ani z drugiej strony. Pozwól mi zatem hrabio...

— Szkoda każdego słowa! — Piotr nagle wybuchnął. — To mi wszystko jedno... Proszę mi tylko wskazać którędy i dokąd mam iść, i kiedy mogę wystrzelić.

Wziął w rękę pistolet. W życiu nie strzelał i nie wiedział nawet jak kurek pociągnąć. Wstydził się jednak przyznać do takiego nieuctwa. Zaczął się dopytywać od niechcenia sekundanta, w jaki sposób pociska się palcem cyngiel.

— Ah! tak prawda... jak też mogłem o tem zapomnieć?

— Żadnych wymówek, żadnych! ma się rozumieć! — odpowiedział również Dołogow Rostowowi, gdy ten ze swojej strony próbował pogodzić przeciwników.

Wybrano miejsce na niewielkiej polance, wśród wysokopiennego lasu świerkowego. Okrywał ją śnieg, topniejący już z wierzchu. O jakie sto kroków, zostawili byli na gościńcu swoje sanki. Od miejsca gdzie stali sekundanci, aż do pałaszów wetkniętych w ziemię na przestrzeni dziesięciu kroków, w rodzaju barjery, odrachowując kroków czterdzieści, które miały dzielić przeciwników, zostawili byli sekundanci ślady głębokie w śniegu rozmokłym. Nad polanką wznosiły się opary mleczne, z ziemi rozmarzającej się i budzącej z długiego snu zimowego. Chociaż wszystko było gotowe od kilku minut, nikt jakoś nie dawał sygnału. Zapanowało w okół głuche milczenie.