Wojna i pokój tom 3-4

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Wojna i pokój

tom III-IV

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Wojna i mir

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-284-8

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

TOM TRZECI
CZĘŚĆ PIERWSZA
I

Pod koniec roku 1811 monarchowie Europy Zachodniej wypełniali luki w szeregach swoich armii, zbroili na gwałt żołnierzy, koncentrując ich nieopodal granic państwa. W roku 1812 te nagromadzone masy liczyły miliony ludzi, dorzuciwszy do liczby żołnierzy tych, którzy mieli nimi dowodzić, jak też lud wiejski mający ich przewozić z miejsca na miejsce i dostarczać żywności dla ludzi, a furażu dla koni. Cały ten tłum posuwał się z wolna ku granicom Rosji, która też szła naprzeciw najeźdźców z całą swoją armią. 12 czerwca armia Europy Zachodniej weszła na terytorium rosyjskie i wojna wybuchła, czyli w tej chwili zaszedł wypadek kłócący się ze zdrowym rozsądkiem. Był on w dodatku w rażącej niezgodzie ze wszystkimi prawami boskimi i ludzkimi.

Te miliony istot stworzonych na wzór i podobieństwo Boga, obdarzonych duszą nieśmiertelną, popełniały nawzajem najohydniejsze zbrodnie: morderstwa, rabunki, defraudacje, szpiegostwo, zdrady, złodziejstwa, podpalenia, produkcje fałszywych banknotów. Wszystkie te najszkaradniejsze, oburzające czyny były wówczas na porządku dziennym. Dopuszczano się tych zbrodni w tak straszliwej liczbie, że roczniki sądowe jak świat długi i szeroki nie dostarczyłyby tylu spraw kryminalnych przez ciąg całych stuleci. A jednak, co w tym było najciekawsze i godne zastanowienia, ci, którzy te zbrodnie popełniali, uważali się za bohaterów, a nie za kryminalistów.

Gdzież mamy szukać powodów tych niezwykłych wydarzeń? Ówcześni historycy zapewniają nas z całą naiwnością, że odkryli powód nader ważny w zniewadze wyrządzonej księciu Oldenburskiemu, w nieprzestrzeganiu systemu kontynentalnego, w nienasyconej dumie i ambicji Napoleona, w mężnym oporze stawianym przez cara Aleksandra, w rażących błędach ówczesnej dyplomacji... i tak dalej.

Gdybyśmy zatem uwierzyli na słowo historykom, wystarczyłoby do zażegnania i unicestwienia straszliwej wojny, żeby Metternich** (Klemens Lothar von Metternich (właśc. Metternich-Winneburg, 1773-1859) - austriacki książę i polityk; minister spraw zagranicznych, później kanclerz. Popierał europejską równowagę sił, dążąc do osłabienia Rosji i Francji; współtworzył Święte Przymierze. Przeciwnik europejskiego ruchu niepodległościowego i rewolucyjnego, zmienił Austrię w państwo niemal policyjne), Rumiancew lub Talleyrand** (Charles Maurice de Talleyrand (właśc. Talleyrand-Périgord, 1754-1838) - francuski mąż stanu i dyplomata, książę Benewentu; poparł zamach stanu Bonapartego. Minister spraw zagranicznych do 1807 r.; reprezentował Francję na kongresie wiedeńskim) wystosowali zręcznie i dowcipnie zredagowaną notę dyplomatyczną pomiędzy galowym obiadem a jakimś wspaniałym balem dworskim, albo też gdyby Napoleon napisał liścik do cara, w tych słowach mniej więcej: „Panie Bracie, przystaję na oddanie księciu Oldenburskiemu jego księstwa”.

Łatwo zrozumieć, że ówcześni tak a nie inaczej zapatrywali się na ten wypadek niesłychany w dziejach świata. Odpowiedzialność spychali jedni na drugich. Napoleon jeszcze w swoich pamiętnikach, pisanych na Wyspie Świętej Heleny, przypisywał ową wojnę wyłącznie intrygom Anglii. Członkowie angielskiego parlamentu zrzucali całą odpowiedzialność na szaloną dumę Napoleona, książę Oldenburski na zniewagę mu wyrządzoną, kupcy na zamknięcie handlu z Anglią, co niszczyło Europę kontynentalną, legitymiści powoływali się na świętość ich zasad i wierność zaprzysiężoną prawym władcom, monarchom z bożej łaski, sromotnie wypędzonym z Francji przez uzurpatora, dyplomaci uważali za główną przyczynę przymierze austriacko-rosyjskie, którego nie dało się ukryć przed Napoleonem. My, stanowiący potomność, patrzymy z innego stanowiska na ten fakt olbrzymiej doniosłości. Wszystkie owe wyżej przytoczone powody wydają się nam nie dość ważne i nadto drobiazgowe. Nie pojmujemy, co prawda, żeby miliony istot ludzkich miały się zarzynać i mordować nawzajem z tego powodu jedynie, że Napoleon był nadto ambitny, Aleksander uparty i strzegący zawzięcie swoich praw, że Anglia była zawsze chytra i podstępna, a książę Oldenburski czuł się znieważony i pokrzywdzony.

Musimy zatem przypuścić fatalizm w historii, który jedynie tłumaczy nielogiczne wypadki. Im bardziej staramy się wytłumaczyć te zjawiska w historii, tym bardziej stają się one dla nas niedorzeczne i niezrozumiałe.

Każdy człowiek żyje dla siebie i używa wolnej woli niezbędnej, by dojść do wytkniętego celu. Czuje w sobie i ma możność dokonania lub nie czynu tego lub owego. Skoro jednak raz go spełni, czyn przestaje być jego własnością i odtąd należy do historii. Tam zaś znajduje ocenę i stosowne miejsce, wyznaczone z góry bez uwzględnienia trafu, który czyn po części sprowadził.

Życie człowieka jest podwójne. Jednym jest życie wewnętrzne, osobiste, tym bardziej niezależne od spraw zewnętrznych, im ich cel będzie wyższy i szlachetniejszy. Drugim jest życie ogólne, wmieszane mimowolnie w to olbrzymie mrowisko nazywające się społeczeństwem. Tu traci człowiek wolność działania, pociągnięty w wir wypadków kołem rozpędowym praw i obowiązków, którym oprzeć się nie jest w stanie.

Choćby silnie był przekonany o istnieniu w nim wolnej woli, człowiek jednak staje się częstokroć narzędziem bezmyślnie, nieświadomy rządzącego nim fatalizmu. Im wyżej stoi na szczeblach drabiny społecznej, im większą liczbą istot ludzkich rządzi, im potężniejszą na pozór jest jego władza, tym widoczniejsze są przeznaczenie i konieczność w górze zapisana, zmuszające tego potentata do pewnych czynów i aktów poza jego własną wolą:

Serca monarchów są w rękach Opatrzności.

Monarchowie są niewolnikami historii.

Historia, czyli życie zbiorowe całej ludzkości, całego społeczeństwa, korzysta z każdej chwili w życiu monarchów, używając tychże do swego własnego celu.

Chociaż Napoleon w roku 1812 bardziej niż kiedykolwiek był przekonany, że wyłącznie od jego woli zależy wylanie lub nie potoków krwi jego poddanych, więcej niż kiedykolwiek podlegał on owej tajemniczej sile, owemu dziejowemu fatalizmowi popychającemu go naprzód, wiecznie naprzód! Zostawiał mu jednocześnie ułudę, że działa z własnej woli i z własnego popędu.

Idąc więc na nieuniknioną rzeź, te miliony istot myślących i czujących ani przypuszczały, ani się domyślały, że pcha je na wschód fatalizm dziejowy...

Czemu dojrzałe jabłko spada z jabłoni? Czy pociągnięte własnym ciężarem? Czy dlatego, że od promieni słońca usechł korzonek, który trzymał się głównej gałęzi? Czy spadło po prostu dlatego, że pod drzewem stoi dziecko pragnące je zjeść?

Biorąc pojedynczo każdą z tych przyczyn, każda może wydać się dobra i właściwa lub zła i niewłaściwa. Botanik przypisujący spadnięcie jabłka rozkładowi tkanki komórkowej będzie miał tak samo słuszność, jak i to dziecko, które widzi w tym wypadku tylko szczęśliwy traf spowodowany jego żądzą zjedzenia jabłka z największym smakiem.

Tak samo miałby słuszność i myliłby się jednocześnie ten, kto by utrzymywał, że Napoleon wkroczył do Moskwy, bo tak postanowił, i że znalazł tam swoją zgubę, bo taka była wola cara Aleksandra. Tak samo będzie i słuszne, i fałszywe jednocześnie zdanie, dajmy na to inżyniera, któryby zaręczał, że góra ważąca kilka milionów pudów** (Pud (z ros.) - dawn. rosyjska jednostka ciężaru (16,38 kg)) wywróciła się tylko z powodu ostatniego uderzenia motyką przez ostatniego robotnika, który ją podkopywał wraz z innymi.

Tak zwani wielcy ludzie są po prostu etykietami historii. Dają oni swoje nazwiska pewnym wypadkom, częstokroć nie mając nawet, na wzór etykiet na butelkach wina, najmniejszej styczności z faktami.

Żaden z czynów przez nich spełnionych, na pozór dobrowolnie i z całą świadomością, nie był właściwie od nich zależny. Był on związany z góry z biegiem historii, a miejsce jego w dziejach świata było oznaczone od wieków wszechwładną dłonią Opatrzności.

II

Napoleon opuścił Drezno 29 maja. Spędził on tam trzy tygodnie wśród dworu złożonego z samych udzielnych książąt, królów, a nawet jednego cesarza. Uprzejmy dla takich książąt i królów, którzy mu się dobrze zasłużyli, nie szczędził ostrej nagany tym, z których nie był zupełnie zadowolony. Cesarzowej austriackiej ofiarował perły i diamenty zabrane z innych skarbców koronnych i wycałowywał publicznie Marię Ludwikę, która uważała się za jego prawowitą małżonkę. A jednak pod Paryżem mieszkała jego pierwsza żona w ciężkim żalu z powodu wyrządzonej jej krzywdy i rozłąki z mężem. Prosto z Drezna wyjeżdżał, by stanąć na czele armii, pomimo rozmaitych not dyplomatycznych, które łudziły ciągle możnością utrzymania pokoju i które w tym celu jedynie wysyłano, i pomimo jego listu do cara Aleksandra. Zaczynał on się od sakramentalnych słów: „Panie Bracie!”, zawierał dalej „zapewnienie najszczersze, że co do niego, wcale sobie wojny nie życzy”, kończył się zaś mnóstwem czułych wylewności. Na każdym popasie jednak nakazywał on jak największy pośpiech w posuwaniu się wojsk sprzymierzonych z zachodu na wschód. Sam jechał w karecie zaprzężonej w szóstkę koni, otoczony paziami, adiutantami i liczną świtą dworską. Drogę miał wyznaczoną na Poznań, Toruń, Gdańsk i Królewiec. W każdym z tych miast naprzeciw niego wychodziły tłumy, witające go z zapałem, ale i z trwogą.

 

Jadąc w tym samym kierunku co jego wojska, nocował 10 czerwca w domu pewnego polskiego magnata, który, uprzedzony, zgotował mu iście cesarskie przyjęcie. Następnie zrównał się z armią, wyprzedził ją, dotarł nazajutrz do brzegów Niemna, a przywdziawszy mundur wojsk polskich, wysiadł z karety podróżnej, aby przypatrzeć się dokładniej miejscowości wybranej dla przekroczenia granicy.

Na widok Kozaków, uwijających się na koniach po przeciwległej stronie, i stepów ciągnących się jak okiem sięgnąć aż do bram Moskwy, tego miasta uznawanego za świętość w całym państwie rosyjskim, które swoim ogromem przypominało mu zdobycze Aleksandra Wielkiego, rozkazał naprzód maszerować zaraz nazajutrz, wbrew wszelkim przewidywaniom dyplomacji i wszelkim prawom strategicznym... Wojska jego przeszły rzeczywiście przez Niemen w wyznaczonym na to dniu.

12 czerwca wyszedł spod namiotu ustawionego na lewym brzegu rzeki, aby z dość stromego pagórka patrzeć przez lunetę na ruchy maszerującego wojska. I tu toczyły się niby rwące fale, ale złożone z ludzkich ciał. Wojsko przeprawiało się przez Niemen na drugą stronę po zbudowanych naprędce trzech mostach. Żołnierze wiedzieli, że cesarz tam jest. Wszyscy patrzyli ku niemu, jak kwiat słonecznika zwraca się ku ożywczym promieniom słońca. W historycznym szarym surducie i w małym stosowanym kapeluszu na głowie, odbijał od reszty otoczenia, błyszczącego od złota. Wtedy cały tłum zaczął krzyczeć: „Niech żyje cesarz!” i wyrzucać w górę, co kto miał na głowie. Tak płynęły i płynęły żywe fale, wynurzając się z wolna z leśnego gąszczu, a następnie przechodząc na przeciwny brzeg.

– No, tym razem zrobimy kawał drogi! – gwarzyli żołnierze między sobą. – Och, jak on sam się gdzieś pojawi, tam się robi diabelnie gorąco... Do kroćset diabłów!... Jest tam, tam!... Na wzgórzu, nasz cesarz!... Phi, to są zatem owe sławne stepy azjatyckie?... Jednak wielkie szkaradztwo!... Szkoda oczu, żeby na to patrzeć... Do widzenia, kochany Bauché, zarezerwuję dla ciebie najpiękniejszy pałac w Moskwie i najładniejszą dziewczynę, jaka mi wpadnie w rękę! Do widzenia! I daj ci Boże szczęście! Widziałeś naszego cesarza?... To ci dopiero człowiek, co?... Jeżeli mnie mianuje gubernatorem w Indiach, to ja zrobię ciebie, Gerardzie, ministrem w Kaszmirze!... To postanowione!... Jakbyś już miał nominację w kieszeni!... Niech żyje cesarz! Niech żyje!... Widziałem go dwa razy, małego kaprala, ot, tak blisko, jak ciebie mam teraz przy sobie... Widziałem, jak własnoręcznie przypinał order jednemu z naszych starych wiarusów. Niech żyje cesarz!... – I tysiące innych, podobnych tym, słów urywanych krzyżowało się w powietrzu pomiędzy starymi a nowozaciężnymi rekrutami.

Na wszystkich tych ciemnych, ogorzałych od słońca i wiatru twarzach promieniała najwyższa radość, jak to zwykle bywa przy rozpoczęciu kampanii tak niecierpliwie oczekiwanej. Ów mały człowiek, stojący na wzgórku w szarym surducie, rozpłomieniał wszystkie serca miłością dochodzącą do szału. Każdy w tym tłumie gotów był oddać życie na skinienie swojego ubóstwionego cesarza.

13 czerwca Napoleon dosiadł wierzchowca czystej krwi i puścił się galopem ku jednemu z trzech mostów. Gdziekolwiek się ukazał, spotykały go znowu ogłuszające wiwaty. Tolerował je, raz że nie był w stanie przeszkodzić tym objawom czci i przywiązania, a poza tym pochlebiało to jego wygórowanej dumie i próżności. Było jednak widoczne, że go w końcu nużyły te wrzaski, odwracające uwagę od pochłaniających go całkowicie planów strategicznych, które układał w głowie. Przejechał jak wicher po moście uginającym się pod końskimi kopytami i popędził dalej w kierunku Kowna. Przed nim maszerowali strzelcy gwardyjscy, torując drogę cesarzowi pomiędzy zbitym tłumem wojska. Dojechawszy aż do brzegów Niemna, który w tym miejscu rozlewał się szeroko, zatrzymał się przed pułkiem polskich ułanów.

– Niech żyje cesarz! – krzyknęli żołnierze jak jeden mąż, z zapałem dorównującym zupełnie Francuzom. Zaczęli występować z szeregów, byle mu się z bliska przypatrzeć.

Napoleon zeskoczył z konia i usiadł na kłodzie drzewa nad brzegiem rzeki. Skinął ręką, a jeden z paziów, promieniejący szczęściem i dumny jak paw z tego wyróżnienia, podał mu lunetę. Napoleon oparł ją jednym końcem o ramię młodziutkiego pazia, aby zbadać dokładnie przeciwny brzeg. Następnie zaczął studiować mapę rozłożoną przed nim na drugiej kłodzie drzewa. Powiedział kilka słów, nie odrywając wzroku od mapy, i dwaj adiutanci pomknęli jak strzała ku polskim ułanom.

– Co rozkazał? Co powiedział? – zaszemrali żołnierze w szeregach, podczas gdy ich dowódca dostawał rozkaz poszukania brodu i przejechania ze swoimi ludźmi na drugi brzeg.

Pułkownik, człowiek niemłody, jednak jeszcze dziarskiej postawy, z twarzą nader sympatyczną i z inteligentną, spytał adiutanta, rumieniąc się i jąkając z nadmiaru wzruszenia, czy mu będzie wolno, zamiast szukać brodu, przepłynąć Niemen wpław na czele swego pułku. Można było domyślić się z łatwością, że odpowiedź odmowna zmartwiłaby go i dotknęła do żywego. Adiutant pospieszył więc z zapewnieniem, że cesarz nie mógłby wziąć za złe takiego zbytku gorliwości w spełnieniu jego rozkazu. Na te słowa stary wiarus z rozpłomienionym radością wzrokiem wywinął w górę pałaszem, krzycząc: „Wiwat!”, zakomenderował do podkomendnych: „Za mną, naprzód!” i puścił się galopem, spiąwszy konia ostrogą. Koń przed rzeką stanął dęba, nie mając ochoty skąpać się w jej nurtach. Rozgniewany pułkownik uderzył z całej siły biedne zwierzę i rzucił się w bystry prąd. Wszyscy ułani poszli za przykładem wodza. Jedni, pospadawszy z siodeł, czepiali się bądź grzywy końskiej, bądź tych, którzy płynęli, siedząc na koniach. Kilka koni i kilkudziesięciu ludzi utonęło. Reszta jeźdźców płynęła unoszona wartkimi falami, ile możności w linii prostej, trzymając się kurczowo siodła lub końskiej grzywy. Tymczasem o pół wiorsty od tego miejsca był bród zupełnie płytki i bezpieczny. Oni jednak byli niesłychanie dumni z tego, że mogą tak płynąć, a choćby i umrzeć w oczach tego człowieka siedzącego na pagórku, który nie raczył nawet na nich spojrzeć.

Gdy adiutant powrócił i ośmielił się zwrócić uwagę cesarza na poświęcenie Polaków dla jego osoby, mały człowiek w szarym surducie wstał, przywołał Berthiera** ( Louis Alexandre Berthier (1753-1815) - książę Neuchątel i Wagram, marszałek Francji; należał do rewolucyjnej armii francuskiej. W 1796 r. został szefem sztabu generalnego Napoleona, później ministrem wojny, a w latach 1805-14 był szefem sztabu Wielkiej Armii, po czym przeszedł na stronę Burbonów) i zaczął się z nim przechadzać nad brzegiem rzeki, wydając mu rozmaite polecenia. Niekiedy spozierał niechętnie z gniewnie ściągniętymi brwiami na tonących żołnierzy, którzy niepotrzebnie odrywali jego myśl od tak ważnych planów. Czyż to było dla niego czymś nowym? Czyż on nie wiedział z góry, że od puszcz piaszczystych Afryki aż do stepów moskiewskich jego obecność wystarczała, aby wprawić w szał żołnierzy do tego stopnia, że byli gotowi bez wahania, bez namysłu poświęcić dla niego wszystko, nawet własne życie. Wsiadł na konia i wrócił do obozu.

Czterdziestu ułanów utonęło, mimo że wysłano po nich łodzie ratunkowe. Prawie cały pułk woda popchnęła wstecz do tego samego brzegu, który opuścili. Jedynie pułkownik i kilku ułanów dostali się szczęśliwie na drugą stronę i wyszli z wody zmoknięci jak kaczki. Zaledwie znaleźli się na stałym gruncie, wykrzyknęli na nowo: „Niech żyje!”, szukając oczami Napoleona na wzgórzu. Wprawdzie już go tam nie było, oni jednak czuli się i bez tego najszczęśliwsi.

Tego samego wieczora Napoleon, wydawszy rozkaz, żeby przyspieszono ile możności wysyłkę fałszywych banknotów przeznaczonych dla Rosji, po rozstrzelaniu jakiegoś Saksończyka, przy którym znaleziono papiery objaśniające położenie i liczbę wojsk francuskich, przypiął krzyż oficerski Legii Honorowej pułkownikowi ułanów. I za co? Że bez żadnej potrzeby rzucił się w nurty rzeki w miejscu, w którym była najgłębsza!... Quos vult perdere – dementat!** (Quos vult perdere - dementat (łac.) - Kogo chce zgubić, tego pozbawia rozumu).

III

Car Aleksander mieszkał w Wilnie od przeszło miesiąca. Spędzał czas na przeglądach wojsk i manewrach. Nic dotąd nie było gotowe do wojny, mimo że spodziewano się jej od dawna. Chcąc wszystko przyspieszyć, car opuścił Petersburg. Nie istniał dotąd żaden plan ogólny. Co się tyczy wyboru naczelnego wodza, wahanie co do tej palącej kwestii wzmagało się, w miarę jak się przedłużał pobyt samego monarchy w głównym sztabie. Każda z trzech armii miała swego oddzielnego wodza, ale ogólnego wodza wszystkich armii nie było, car zaś sam nie chciał brać na siebie tak wielkiej odpowiedzialności. Im dłużej bawił car w Wilnie, tym bardziej przeciągały się w nieskończoność wszelkie przygotowywania. Zdawać się mogło, że całe carskie otoczenie na to wysila się jedynie, ten ma tylko cel przed sobą, aby dać zapomnieć o wojnie młodemu monarsze, aby uprzyjemnić mu, ile możności, pobyt w stołecznym mieście Litwy.

Po całym szeregu wspaniałych uczt wyprawianych na cześć cara przez polskich magnatów i przez najwyższych dworskich dostojników, a w końcu i przez samego monarchę jako podziękowanie, powziął myśl jeden z polskich adiutantów cara, żeby urządzić bal na jego cześć w imieniu wszystkich wojskowych kolegów. Ta propozycja, przyjęta z najwyższym zapałem, otrzymała przyzwolenie cara. Zebrano w drodze dobrowolnej składki potrzebne pieniądze, upraszając na gospodynię balu damę, dla której car czuł największą sympatię. Wyznaczono na ów bal dzień 13 czerwca. Obiad, przejażdżkę po wodzie i ognie sztuczne urządzano nieopodal Wilna, w majątku hrabiego Bennigsena** (Leontij Bennigsen (właśc. Levin August Teofil Bennigsen, 1745-1826) - niemiecki hrabia; od 1773 r. w armii rosyjskiej. Brał udział w kampaniach przeciw Turcji, Prusom, Polsce i Francji. W 1807 r.

był wodzem naczelnym armii rosyjskiej), który swój pałac z przyległościami chętnie oddał do rozporządzania tym, którzy układali cały program przyjęcia.

W dniu, w którym Napoleon wydał rozkaz swoim wojskom, a właściwie swojej ariergardzie, aby wkroczyła na terytorium rosyjskie, rozpędzając na cztery wiatry pogranicznych Kozaków, car był na balu wyprawianym na jego cześć przez adiutantów i resztę oficerów głównego sztabu.

Ta świetna uczta zgromadziła w jedno miejsce, według zdania ówczesnych znawców, tyle pięknych kobiet, jakich nigdy i nigdzie dotąd nie widziano. Hrabina Bezuchow, która przybyła umyślnie na ten bal z kilkoma innymi damami z Petersburga, przyćmiewała pyszną toaletą i bujną, lubieżną pięknością, właściwą Rosjankom, damy polskie o rysach delikatniejszych, o kibiciach bardziej wiotkich, z ułożeniem bardziej dystyngowanym. Car jednak zauważył tę jasnowłosą Junonę i raczył raz z nią zatańczyć.

Borys Drubecki, zostawiwszy w Moskwie swoją żonę, żył sobie w Wilnie po kawalersku, jak się sam wyrażał. Chociaż nie był carskim adiutantem, wziął udział w balu, przyczyniwszy się do składki bardzo znaczną sumą. Posiadając obecnie wielki majątek, obrzucany ze wszystkich stron rozmaitymi dostojeństwami, nie szukał już niczyjej protekcji. Utrzymywał się na równej stopie towarzyskiej z najwyższymi ówczesnymi osobistościami. Czuł, że ma do tego wszelkie prawo i że mu je każdy chętnie przyzna.

O północy tańczono jeszcze w najlepsze. Helena, nie znajdując wkoło siebie godnego jej tancerza, sama poprosiła Borysa, żeby stanął z nią do mazura, do którego właśnie się gotowano. Oni byli trzecią parą. Borys patrzył obojętnie na wspaniale i olśniewająco białe ramiona i biust Heleny, jak zawsze bezwstydnie obnażony, kontrastujący z suknią z ciemnowiśniowej gazy, bogato przyozdobionej złotym, wypukłym haftem. Rozmawiali o swoich dawniejszych znajomych, o tym i owym... Borys jednak nie spuszczał z oka cara, który stojąc w drzwiach do ogrodu, zatrzymywał łaskawym skinieniem to jednych, to drugich, obdarzając miłymi słowami, jak to on jedynie potrafił.

Uderzyło wkrótce Borysa, że generał-adiutant Bałaszew, jeden z carskich ulubieńców, zbliżył się poufale na dwa kroki, w chwili kiedy car rozmawiał w najlepsze z jedną z najpiękniejszych dam polskich. Aleksander spojrzał na śmiałka pytająco, zrozumiawszy jednak, że musi mieć nader ważny powód do postępowania wbrew wszelkiej dworskiej etykiecie, skłonił się damie uprzejmie i zwrócił się do Bałaszewa. Twarz cara pobladła, gdy mu Bałaszew szepnął coś do ucha i można było wyczytać w niej najwyższe zdumienie. Wziął go car pod ramię, pociągając żywo za sobą do ogrodu. Nie zwracał wcale uwagi na zaciekawienie tłumu, który jednak usuwał się przed carem z całym uszanowaniem. Borys spojrzał na Arakczejewa, ministra wojny. Zauważył jego zmieszanie, gdy Bałaszew zjawił się nagle przy boku cara. Widział, jak wysuwa się naprzód. Spodziewał się widocznie, że go car obdarzy jakimś słowem. Po tym ruchu ministra wojny Borys zrozumiał, że jest zazdrosny o Bałaszewa, że ma żal do niego, dlaczego jemu pierwszemu szczęście posłużyło donieść carowi o czymś bardzo ważnym. Gdy o nim zupełnie zapomniano, poszedł za tamtymi do ogrodu, trzymając się w odległości jakichś dwudziestu kroków. Dysząc z bezsilnego gniewu, rzucał wokoło wściekłe spojrzenia.

 

Borys, dręczony niepohamowaną chęcią dowiedzenia się najwcześniej z całego towarzystwa, jaką to ważną wiadomość przyniósł carowi Bałaszew, szepnął na ucho Helenie, że idzie poprosić do figury mazurowej hrabinę Potocką, która tylko co wyszła na taras. W chwili gdy i on stanął w drzwiach do ogrodu, zatrzymał się nagle, jakby wrósł w posadzkę, wracali bowiem car z Bałaszewem. Udał, jakoby nie miał już czasu usunąć się na bok, tylko ile możności przytulił się do drzwi, skłaniając głowę z najwyższym uszanowaniem. Usłyszał Aleksandra mówiącego z rozdrażnieniem, jak ktoś, komu wyrządzono osobistą zniewagę:

– Wejść w granice Rosji wcale wojny nie wydawszy! Nie przyjmiemy i nie zawrzemy pokoju, póki ostatni nieprzyjaciel nie opuści naszego państwa. – Borysowi zdawało się, że car wymawia te słowa z pewnym naciskiem i wewnętrznym zadowoleniem. Cieszyło go widocznie, że myśl swoją potrafił oddać tak patetycznie. Jednocześnie jednak irytowało cara, że go podsłuchano przedwcześnie.

– Nikt o tym wiedzieć nie powinien – dodał, marszcząc groźnie brwi. Borys pojął, że te słowa stosują się do niego. Przymknął oczy i głowę spuścił jeszcze niżej. Car wrócił na salę balową, gdzie jeszcze zabawił z pół godziny.

Borys, dzięki szczególnemu trafowi dowiedziawszy się pierwszy o przejściu przez Niemen francuskich wojsk, skorzystał z tego szczęśliwego zbiegu okoliczności, dając niedwuznacznie do zrozumienia kilku osobistościom stojącym najwyżej w hierarchii dworskiej, że tylko mówić mu o tym nie wolno, ale wie o wiele więcej od nich wszystkich. Tym sposobem w ich mniemaniu urósł o drugie tyle.

Ta wiadomość była istnym uderzeniem pioruna. Dowiedzieć się o czymś podobnym na balu i po całym miesiącu nadaremnego czekania na formalne wypowiedzenie wojny, nie dziw, że wydało się carowi czymś nie do uwierzenia. Monarcha pod pierwszym piorunującym wrażeniem i w pierwszym gwałtownym oburzeniu znalazł i wypowiedział te słowa, które później stały się sławne i przeszły do historii. Chętnie je też potem powtarzał, ponieważ oddawały wiernie uczucia, które rozpierały mu serce. O drugiej po północy, wróciwszy do siebie, posłał po swojego sekretarza Szyszkowa** (Aleksander Szyszkow (1754-1840) - rosyjski pisarz i mąż stanu; w 1812 r. mianowany sekretarzem państwa. W 1814 r. został prezesem Rosyjskiej Akademii Nauk, następnie wiceadmirałem, członkiem Rady Państwa oraz licznych towarzystw naukowych w kraju i za granicą; autor manifestów, proklamacji, ukazów), dyktując mu rozkaz dzienny do armii i pismo do marszałka księcia Sałtykowa** (Mikołaj Sałtykow (1736-1816) - rosyjski książę i polityk; od 1783 r. wychowawca wielkich książąt Aleksandra i Konstantego Pawłowiczów, później mianowany feldmarszałkiem. W 1812 r. przewodniczył Radzie Państwa). W obu pismach wyrażał stałe postanowienie w tych samych słowach, których użył najpierw do Bałaszewa: „nie zawierać pokoju, nie przyzwolić na pokój, póki ostatni Francuz nie opuści terytorium Rosji”.

Następnie własnoręcznie napisał do Napoleona list tej treści:

Panie Bracie, dowiedziałem się wczoraj, że pomimo wierności, z jaką dotrzymywałem z mojej strony wszelkich zobowiązań wobec Waszej Cesarskiej Mości, Jego wojska przekroczyły granice mojego państwa. W tej chwili odbieram z Petersburga powiadomienie od hrabiego Lauristona** ( Aleksander Jakub Bernard Law de Lauriston (1768-1828) - francuski markiz, marszałek i par Francji; w 1800 r. został adiutantem Bonapartego. Brał udział w kampaniach wojennych Napoleona. Po 1809 r. został ambasadorem w Petersburgu (do 1812 r.), później dowódcą w Wielkiej Armii), że powodem tego wtargnięcia jest to, iż Wasza Cesarska Mość uznał, że jesteś w otwartej wojnie ze mną, w chwili gdy książę Kurakin** (Aleksander Borysowicz Kurakin (1752-1818) - rosyjski książę i polityk; za Aleksandra I ambasador w Austrii w latach 1806-08 i we Francji w latach 1808-12) zażądał paszportu i swoich listów uwierzytelniających. Powody, na których książę Bassano** (Hugo Bernard Maret, książę Bassano (1763-1839) - francuski polityk; jako sekretarz stanu towarzyszył Napoleonowi we wszystkich jego wyprawach i na kongresy. W 1812 r. udał się wraz z cesarzem do Wilna, skąd kierował sprawami zagranicznymi) opierał swoją odmowę w wydaniu mu tego, czego żądał, nie mogły nigdy wzniecić we mnie podejrzenia, że ten jego krok może posłużyć za pretekst do napadu na moje państwo. W rzeczywistości ten poseł nie był wcale przez nikogo upoważniony do czegoś podobnego, do czego zresztą sam się przyznał. Dałem mu uczuć dotkliwie, jak tego nie pochwalam, i rozkazałem, żeby nie ważył się opuszczać powierzonego mu stanowiska. Jeżeli Wasza Cesarska Mość nie chce wylewać krwi naszych poddanych dla nieporozumienia w tym rodzaju i jeżeli przystanie na wyprowadzenie swoich wojsk z naszego terytorium, nie zwrócę uwagi na to, co zaszło, i może jeszcze przyjść do zgody między nami. W przeciwnym razie będę zmuszony odeprzeć całą siłą napad, którego niczym z mojej strony nie wywołałem. Od Waszej Cesarskiej Mości zależy więc jedynie oszczędzić ludzkości klęsk i straszliwej niedoli wskutek nowej wojny.

Jestem...

Aleksander