Wojna i pokój t. I i II

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Lew Tołstoj

Wojna i pokój t. I i II


Tytuł oryginału

Wojna i mir ISBN 978-83-8116-378-1 Copyright © by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018 All rights reserved Projekt graficzny okładki Anna Damasiewicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.


Portret Lwa Tołstoja – Ilya Efimovich Repin, 1887.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Autor

TOM 1

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

TOM 2

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

CZĘŚĆ CZWARTA

CZĘŚĆ PIĄTA

Przypisy końcowe

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

TOM 1
CZĘŚĆ PIERWSZA
I

Eh bien, mon prince, Gênes et Lucques ne sont plus que des apanages, des dobra, de la famille Buonaparte[1]. Non, je vous préviens, que si vous ne me dites pas, que nous avons la guerre, si vous vous permettez encore de pallier toutes les infamies, toutes les atrocités de cet Antichrist (ma parole, j’y crois) — je ne vous connais plus, vous n’êtes plus mon ami, vous n’êtes plus mój wierny niewolnik, comme vous dites. No, witam księcia, witam. Je vois que je vous fais peur1, proszę siąść i opowiadać.

Mówiła tak w lipcu 1805 r. znana powszechnie Anna Pawłowna Scherer, dama dworu i zaufana cesarzowej Marii Fiodorowny, witając znacznego dygnitarza księcia Wasilija, który pierwszy przybył na jej wieczór. Anna Pawłowna kaszlała od kilku dni, miała grypę, jak powiadała (grypa była wówczas nowym słowem, rzadko używanym). W bilecikach wysłanych rano przez lokaja w czerwieni było napisane do wszystkich bez różnicy:

„Si vous n’avez rien de mieux à faire, M. le comte (lub mon prince), et si la perspective de passer la soirée chez une pauvre malade ne vous effraine pas trop, je serai charmée de vous voir chez moi entre 7 et 10 heures. Annette Scherer”2.

— Dieu, quelle virulente sortie!3 — odpowiedział bynajmniej nie zmieszany takim powitaniem książę, wchodzący w dworskim haftowanym mundurze, w pończochach, trzewikach, przy gwiazdach, i rozjaśnił płaskie oblicze.

Mówił tą wytworną francuszczyzną, którą nie tylko mówili, ale i myśleli nasi dziadowie, z ową spokojną protekcjonalną intonacją, właściwą dygnitarzowi, który życie strawił w wielkim świecie i przy dworze cesarskim. Podszedł do Anny Pawłowny, pocałował ją w rękę, podstawiając jej swą błyszczącą, perfumowaną łysinę, i rozsiadł się wygodnie na kanapce.

— Avant tout dites-moi, comment vous allez, chère amie?4 Proszę mnie uspokoić — rzekł, nie zmieniając głosu, tonem, w którym poprzez uprzejmość i współczucie przeświecała obojętność, a nawet kpina.

— Jakże można być zdrową… gdy się cierpi moralnie? Czyż istota czuła może być spokojna w naszych czasach? — rzekła Anna Pawłowna. — Mam nadzieję, że spędzisz u mnie, książę, cały wieczór?

— A bal u posła angielskiego? Mamy dziś środę. Muszę się tam pokazać — rzekł książę. — Córka przyjedzie po mnie i zawiezie tam.

— Myślałam, że dzisiejszy bal został odwołany. Je vous avoue que toutes ces fêtes et tous ces feux d’artifice commencent à devenir insipides5.

— Gdyby wiedziano, że pani sobie tego życzy, odwołano by bal — rzekł książę, z nawyku, niby nakręcony zegar, mówiąc rzeczy, w które sam nie chciał, aby wierzono.

— Ne me tourmentez pas. Eh bien qu’a-t-on décidé par rapport à la dépêche de Novosilzoff? Vous savez tout6.

— Jak by tu rzec — rzekł książę chłodnym, znudzonym tonem. — Qu’a-t-on décidé? On a décidé que Buonaparte a brûlé ses vaisseaux et je crois que nous sommes en train de brûler les nôtres7.

Książę Wasilij mówił zawsze leniwie, niby aktor wygłaszający rolę ze starej sztuki. Anna Pawłowna Scherer, przeciwnie, mimo swej czterdziestki była pełna żywości i porywów.

Być entuzjastką stało się jej pozycją społeczną i niekiedy, nawet wcale tego nie chcąc, robiła z siebie entuzjastkę, aby nie zawieść oczekiwań ludzi, którzy ją znali. Powściągliwy uśmiech, igrający stale na twarzy Anny Pawłowny, mimo iż nie pasował do jej zużytych rysów, wyrażał, jak to bywa u rozpieszczonych dzieci, stałą świadomość własnej miłej wady, z której nie chcemy, nie możemy i nie uważamy za stosowne poprawić się.

Wśród rozmowy o wypadkach politycznych Anna Pawłowna wpadła w zapał.

— Ach, proszę mi nie mówić o Austrii! Ja nic nie rozumiem, być może, lecz Austria nigdy nie chciała i nie chce wojny. Zdradza nas. Rosja jedynie powinna być zbawczynią Europy. Nasz dobroczynny monarcha zna swą wysoką misję i pozostanie jej wierny. To jedno, w co wierzę. Naszemu dobrotliwemu, cudownemu monarsze przypadnie największa rola w świecie, a on jest tak cnotliwy i dobry, że Bóg go nie opuści, i on spełni misję zdławienia hydry rewolucji, która teraz jest jeszcze okropniejsza w postaci tego mordercy i łotra. My jedynie winniśmy okupić krew Sprawiedliwego. Pytam, na kim mamy polegać? Anglia ze swym kupieckim duchem nie pojmie i nie może pojąć całej wzniosłości duszy cesarza Aleksandra. Odmówiła opuszczenia Malty. Chciałaby poznać, szuka ukrytego sensu naszych działań. Cóż powiedzieli Nowosilcowowi? Nic. Oni nie zrozumieli, oni nie mogą zrozumieć poświęcenia naszego cesarza, który niczego nie chce dla siebie i chce tylko szczęścia świata. I cóż oni obiecali? Nic. A i tego nie spełnią, co obiecali! Prusy już obwieściły, że Bonaparte jest niezwyciężony i że cała Europa nic nie zdziała przeciw niemu… I ja nie wierzę ani jednemu słowu Hardenberga czy Haugwitza. Cette fameuse neutralité prussienne, ce n’est qu’un piège8. Wierzę w Boga jedynego i w wielkie przeznaczenie naszego umiłowanego cesarza. On zbawi Europę!… — zatrzymała się nagle z uśmiechem drwiny nad własnym uniesieniem.

— Myślę — rzekł książę z uśmiechem — iż gdyby posłano panią zamiast naszego kochanego Wintzingerode, zdobyłabyś szturmem zgodę króla pruskiego. Pani jest tak wymowna! Czy dostanę herbaty?

— Zaraz. À propos — dodała, uspokajając się — mam dziś u siebie dwóch interesujących ludzi: le vicomte de Mortemart, il est allié aux Montmorency par les Rohans9, jedna z najlepszych rodzin Francji. On należy do tych porządnych prawdziwych emigrantów. A poza tym l’abbé10 Morio. Zna książę ten głęboki umysł. Został przyjęty przez cesarza, wie książę?

— A! Będę się bardzo cieszył — rzekł książę. — Proszę powiedzieć — dodał w sposób osobliwie niedbały, jak gdyby dopiero co przypominając sobie, a przecie to, o co pytał, stanowiło główny cel jego odwiedzin — czy to prawda, że l’impératrice-mère pragnie nominacji barona Funke na pierwszego sekretarza do Wiednia? C’est un pauvre sire, ce baron, à ce qu’il paraît11. — Książę Wasilij pragnął umieścić syna na tym stanowisku, które poprzez cesarzową Marię Fiodorownę starano się powierzyć baronowi.

Anna Pawłowna niemal przymknęła oczy na znak, że ani ona, ani ktokolwiek inny nie może sądzić o tym, czego cesarzowa sobie życzy lub co się jej podoba.

— Monsieur le baron de Funke a été recommandé à l’impé­ratrice-mère par sa soeur — rzekła tylko smętnym, oschłym tonem. W chwili gdy wspomniała o cesarzowej, twarz Anny Pawłowny nagle przejawiła głęboki, szczery wyraz oddania i czci połączonej ze smutkiem, co się u niej zdarzało zawsze, gdy w rozmowie wspomniała swą wysoką protektorkę. Powiedziała, że jej cesarska mość raczyła okazać baronowi Funke beaucoup d’estime12, i znowu wzrok jej powlókł się smutkiem.

 

Książę zamilkł obojętnie. Anna Pawłowna w właściwy sobie sposób, ze zręcznością nabytą przy dworze i z kobiecym bystrym taktem, pragnęła zarazem i dotknąć księcia za to, że ośmielił się wspomnieć w ten sposób o osobie, która cieszyła się protekcją cesarzowej, i pocieszyć księcia.

— Mais à propos de votre famille — rzekła — książę wie, że jego córka, od czasu gdy udziela się w towarzystwie, fait les délices de tout le monde? On la trouve belle, comme le jour13.

Książę skłonił się na znak szacunku i wdzięczności.

— Myślę często — ciągnęła Anna Pawłowna po chwili milczenia, przysuwając się do księcia mile uśmiechnięta, jakby wykazując przez to, że dyskusje na tematy polityczne i światowe zostały ukończone i teraz zaczyna się rozmowa od serca — często myślę, jak szczęście w życiu bywa niesprawiedliwie rozdzielone. Za co los dał księciu dwoje tak wspaniałych dzieci (wyjąwszy Anatola, młodszego syna, nie lubię go — wtrąciła bezapelacyjnie, uniósłszy brwi) — tak zachwycających dzieci? A książę, doprawdy, ceni je mniej niż inni i dlatego nie jest ich wart.

I Anna Pawłowna uśmiechnęła się swym entuzjastycznym uśmiechem.

— Que voulez-vous? Lavater aurait dit que je n’ai pas la bosse de la paternité14 [2] — powiedział książę.

— Proszę nie żartować. Chciałam poważnie z księciem pomówić. Wie książę, jestem niezadowolona z pańskiego młodszego syna. Niech to pozostanie między nami (twarz jej przybrała smutny wyraz): mówiono o nim u jej cesarskiej mości, współczując księciu…

Książę nie odpowiadał, lecz ona w milczeniu, patrząc na niego znacząco, czekała na odpowiedź. Książę Wasilij skrzywił się.

— Cóż mam począć? — rzekł wreszcie. — Pani wiesz, zrobiłem dla ich wychowania wszystko, co może zrobić ojciec. I obaj wyrośli na des imbéciles15. Hipolit to przynajmniej głupiec spokojny, Anatol zaś niepohamowany. To cała różnica — rzekł, uśmiechając się w sposób bardziej ożywiony i nienaturalny niż zwykle, przy czym szczególnie ostro uwydatniało się w zmarszczkach, które powstały koło jego ust, coś niespodzianie brutalnego i nieprzyjemnego.

— I po co tacy ludzie jak pan mają dzieci. Gdyby książę nie był ojcem, nic bym mu nie mogła zarzucić — rzekła Anna Pawłowna, wznosząc oczy w zamyśleniu.

— Je suis votre wierny niewolnik et à vous seule je puis l’avouer. Moje dzieci — ce sont les entraves de mon existence. To mój krzyż. Tak to sobie tłumaczę. Que voulez-vous?…16 — zamilkł, wyrażając gestem poddanie się okrutnemu losowi.

Anna Pawłowna zamyśliła się.

— Czy książę nigdy nie pomyślał o tym, aby ożenić swego marnotrawnego syna Anatola? Powiadają — rzekła — iż stare panny ont la manie de mariage. Ja jeszcze nie czuję u siebie tej słabostki, ale mam pewną petite personne, która jest bardzo nieszczęśliwa z ojcem une parente à nous, une princesse17 Bołkońska.

Książę Wasilij nie odpowiedział, choć z szybkością orientacji i zapamiętywania, właściwą ludziom światowym, dał poznać ruchem głowy, że przyjmuje te dane do wiadomości.

— Czy pani wie, że Anatol kosztuje mnie czterdzieści tysięcy rocznie — rzekł, nie mogąc, widać, powstrzymać smutnego biegu własnych myśli. Umilkł. — Co będzie za pięć lat, jeśli tak dalej pójdzie? Voilà l’avantage d’être père18 Czy ta pani księżniczka jest bogata?

— Ojciec jest bardzo bogaty i skąpy. Mieszka na wsi. Wie książę, to ten słynny książę Bołkoński, dymisjonowany jeszcze za nieboszczyka cesarza i przezwany „królem pruskim”. To człowiek bardzo rozumny, ale zdziwaczały i ciężki w pożyciu. La pauvre petite est malheureuse, comme les pierres19. Ma brata, to ten, co niedawno ożenił się z Lizą Meinen — adiutant Kutuzowa. Będzie dziś u mnie.

— Écoutez chère Annette — rzekł książę, ujmując nagle swą rozmówczynię za rękę i przyginając ją nie wiadomo czemu ku dołowi. — Arrangez-moi cette affaire et je suis votre najwierniejszym rabem à tout jamais (rapem przez p, comme mon starosta m’écrit des doniesienia)20. Jest z dobrej rodziny i bogata. To wszystko, czego mi trzeba.

Swobodnymi i poufale wdzięcznymi ruchami, które go cechowały, ujął dłoń damy dworu, ucałował, a ucałowawszy, pomachał ręką frejliny, rozwalając się w fotelu i patrząc w bok.

— Attendez — rzekła Anna Pawłowna z namysłem. — Dziś jeszcze powiem Lizie (la femme du jeune Bołkoński). I może to się ułoży. Ce sera dans votre famille, que je ferai mon apprentissage de vieille fille21.

II

Salon Anny Pawłowny zaczął się po trochu zapełniać. Przybyła noblesa petersburska, ludzie najrozmaitszego wieku i charakteru, lecz zrównani przez towarzystwo, w którym żyli; przyjechała córka księcia Wasilija, piękna Hélène, która wstąpiła po ojca, by razem z nim pojechać na bal do posła. Była w balowej sukni, z cyfrą dworską. Przyjechała również młoda, malutka księżna Bołkońska, znana jako la femme la plus séduisante de Pétersbourg22. Ubiegłej zimy wyszła za mąż i obecnie nie pokazywała się w wielkim świecie z powodu brzemienności, ale na mniejszych przyjęciach jeszcze bywała. Przyjechał książę Hipolit, syn księcia Wasilija. Przywiózł ze sobą Mortemarta, którego przedstawił; przyjechał również ksiądz Morio oraz wiele innych osób.

— Pan jeszcze nie widział — albo — pan jeszcze nie zna ma tante — mówiła Anna Pawłowna do przybywających gości i z wielką powagą prowadziła ich do malutkiej staruszki z wysoką koafiurą, która wypłynęła z sąsiedniego pokoju, jak tylko goście zaczęli się zjeżdżać. Anna Pawłowna wymieniała ich nazwiska, powoli przenosząc wzrok z gościa na ma tante23, a potem odchodziła.

Wszyscy goście dopełniali obrzędu witania się z nikomu nieznaną, nieinteresującą i nikomu niepotrzebną ciocią. Anna Pawłowna ze smutnym, uroczystym współczuciem przyglądała się tym powitaniom i milcząco je pochwalała. Ma tante jednymi i tymi samymi zwrotami rozmawiała z każdym o jego zdrowiu, o swoim zdrowiu i o zdrowiu jej cesarskiej mości, które teraz, dzięki Bogu, jakoś się poprawiło. Wszyscy, którzy do niej podchodzili, przez grzeczność nie okazując pośpiechu, z uczuciem ulgi po spełnieniu ciężkiego obowiązku opuszczali staruszkę, aby przez cały wieczór już ani razu nie zbliżyć się do niej.

Młoda księżna Bołkońska przybyła z robótką w aksamitnym woreczku haftowanym złotem. Jej ładniutka górna warga z lekko czerniejącymi wąsikami odsłaniała zęby, ale tym wdzięczniej się podnosiła i jeszcze wdzięczniej niekiedy wydłużała się i opadała na dolną. Jak to bywa u wszystkich skończenie powabnych kobiet, wada urody — przykrótka warga i półuchylone usta — wydawała się osobliwym, właściwym jej wdziękiem. Każdy patrzył wesoło na tę przyszłą matkę, śliczną, pełną zdrowia i rześkości, tak lekko znoszącą swój stan. Starcom i znudzonym, ponurym młodym ludziom, kiedy z nią przebyli czas pewien i porozmawiali, wydawało się, że sami stają się podobni do niej. Kto tylko z nią rozmawiał i przy każdym słowie widział jej jasny uśmieszek i lśniące, białe odsłaniające się wciąż zęby, myślał, że i on teraz jest szczególnie miły. A tak myślał każdy.

Mała księżna, z ridicule w ręku, kołysząc się, drobnymi szybkimi kroczkami okrążyła stół i szybkim ruchem poprawiwszy suknię, usiadła na kanapie, w pobliżu srebrnego samowara, jakby wszystko, cokolwiek robiła, było partie de plaisir24 dla niej i dla wszystkich, którzy ją, otaczali.

— J’ai apporté mon ouvrage25 — rzekła, otwierając swój ridicule i zwracając się do wszystkich.

— Proszę, Annette, ne me jouez pas un mauvais tour — zwróciła się do gospodyni. — Vous m’avez écrit, que c’était une toute petite soirée; voyez comme je suis attifée26.

I rozłożyła ręce, by pokazać swą szarą wytworną suknię, z koronkami, nieco niżej piersi przepasaną szeroką wstęgą.

— Soyez tranquille, Lise, vous serez toujours la plus jolie27 — odpowiedziała Anna Pawłowna.

— Vous savez, mon mari m’abandonne — ciągnęła tym samym tonem Liza, zwracając się do generała. — Il va’se faire tuer. Dites-moi, pourquoi cette vilaine guerre28 — rzekła do księcia Wasilija i nie czekając na odpowiedź, zwróciła się do córki księcia Wasilija, pięknej Hélène.

— Quelle délicieuse personne que cette petite princesse!29 — rzekł cicho książę Wasilij do Anny Pawłowny.

Wkrótce po małej księżnie wszedł tęgi, masywny młody człowiek z krótko ostrzyżoną głową, w okularach, w jasnych pantalonach wedle ówczesnej mody, w wysokim żabocie i brązowym fraku. Ów tęgi młody człowiek był nieprawym synem znamienitego magnata z czasów cesarzowej Katarzyny, hrabiego Bezuchowa, który teraz dogorywał w Moskwie. Dopiero co powrócił z zagranicy, gdzie się kształcił, jeszcze nie pełnił żadnej służby i pierwszy raz znalazł się w towarzystwie. Anna Pawłowna powitała go ukłonem przeznaczonym dla ludzi najniższej hierarchii w jej salonie. Przecie, mimo tego najgorszego gatunku powitania, na widok wchodzącego Pierre’a twarz Anny Pawłowny wyraziła niepokój i strach, podobny do tego, który się ujawnia na widok czegoś nad miarę wielkiego i niewłaściwego w danym miejscu. Jednak, choć Pierre istotnie był nieco większy niż inni mężczyźni w pokoju, ów strach mógł dotyczyć jedynie rozumnego, a zarazem nieśmiałego, uważnego, a pełnego naturalności spojrzenia, jakie wyróżniało go spośród wszystkich w tym salonie.

— C’est bien aimable à vous, monsieur Pierre, d’être venu voir une pauvre malade30 — rzekła do niego Anna Pawłowna, zamieniając wystraszone spojrzenie z ciocią, do której go prowadziła. Pierre wymamrotał coś niezrozumiałego i wciąż szukał czegoś wzrokiem. Uśmiechnął się radośnie i wesoło kłaniając się małej księżnie jak bliskiej znajomej i podszedł do cioci. Strach Anny Pawłowny był nie bez podstaw, gdyż Pierre, nie dosłuchawszy, co ciocia mówiła o zdrowiu jej cesarskiej mości, oddalił się. Przestraszona Anna Pawłowna zatrzymała go słowami:

— Nie zna pan księdza Morio? To bardzo interesujący człowiek… — powiedziała.

— Tak, słyszałem o jego projekcie wieczystego pokoju, to bardzo ciekawe, ale bodaj czy możliwe…

— Tak pan sądzi?… — odrzekła Anna Pawłowna, byleby coś powiedzieć i móc znowu wrócić do swych obowiązków pani domu. Ale Pierre popełnił nietakt odwrotny. Przedtem opuścił rozmówczynię, nie wysłuchawszy jej słów, teraz zaś zatrzymał swą rozmową interlokutorkę, która powinna była od niego odejść. Pochyliwszy głowę i rozstawiwszy długie nogi, zaczął dowodzić Annie Pawłownie, dlaczego sądzi, że projekt l’abbé jest chimerą.

— Porozmawiamy później — oświadczyła Anna Pawłowna z uśmiechem.

I pozbywszy się młodego człowieka, nie znającego życia, powróciła do swych zajęć pani domu, nadal się przysłuchując i dając baczenie, gotowa ruszyć z sukursem tam, gdzie rozmowa słabła. Niby właściciel przędzalni, gdy porozsadza ludzi na ich stanowiska robocze, przechadza się po zakładzie, a zauważywszy, że któreś wrzeciono stanęło lub wydaje dźwięk niezwykły, skrzypiący lub nazbyt hałaśliwy, zmierza szybko, by zatrzymać wrzeciono albo mu nadać właściwy bieg — Anna Pawłowna, przechadzając się po swym salonie, zbliżała się do kółka, które milkło lub rozprawiało zbyt wiele, i jednym słowem lub przesunięciem nadawała prawidłowy, właściwy tok maszynie do mówienia. Przecie wśród tych zabiegów ciągle widać było jej obawę z powodu Pierre’a. Spoglądała na niego z troską, gdy zbliżał się, by posłuchać, co mówiono w kółku Mortemarta, a potem odszedł do drugiego kółka, gdzie mówił l’abbé. Dla Pierre’a wychowanego za granicą, ów wieczór u Anny Pawłowny był pierwszym, jaki widział w Rosji. Wiedział, że tutaj zebrała się wszystka inteligencja petersburska, więc oczy mu się rozbiegały jak dziecku w sklepie z zabawkami. Obawiał się wciąż, by nie stracić mądrych rozmów, które mógłby usłyszeć. Patrząc na pewne siebie i dystyngowane twarze zebranych, spodziewał się wciąż czegoś osobliwie mądrego. Wreszcie podszedł do Morio. Rozmowa wydała mu się interesująca, zatrzymał się więc, czekając na okazję, gdy będzie mógł wypowiedzieć swoje myśli, co tak bardzo lubią młodzi ludzie.