Wojna i pokójTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IX.

Wybiła pierwsza po północy, gdy Piotr opuścił swojego druha serdecznego. Była to jedna z tych nocy czerwcowych, nocy petersburskich, prawie bez zmroku. Wsiadł do najętej dorożki, z mocnem postanowieniem jechania wprost do domu. Im dalej posuwał się powóz, tem silniej jednak odczuwał, że będzie dla niego wprost niepodobnem zasnąć w tę noc, tak bardzo przypominającą ranek, lub wieczór dnia pogodnego. Błądził wzrokiem po bezludnych ulicach. W drodze, przypomniał sobie mimowolnie, że zwykła zgraja karciarzy musiała się już zgromadzić u Anatola Kurakina. Po grze skończonej, wzięto się zapewne do wysuszania butelek, a wszystko kończyło się Piotra zabawą ulubioną.

– Gdybym tam zajrzał? – pomyślał, przypominając sobie w tej chwili słowo dane księciu Andrzejowi.

Jednocześnie atoli, jak to bywa u ludzi słabego i chwiejnego charakteru, porwała go chętka szalona nasycić się raz jeszcze tem życiem hulaszczem, które znał niestety aż nadto dobrze. W końcu postanowił udać się do Anatola, perswadując sam sobie, że słowo dane Andrzejowi, nie ma podstawy żadnej, skoro był już poprzednio obiecał solennie Anatolowi, że dziś wieczór odwidzi go na pewno. Dał owe słowo bezmyślnie; zmuszony niejako; kto tam zresztą pewny swego jutra? Czy można z góry przewidzieć, jaki wypadek nadzwyczajny przetnie jutro nić naszego żywota, a z nim zabierze tak nasz honor, jak i naszą niesławę? Ten sposób paradoksalny w zastanawianiu się nad kwestjami życiowemi, przewracał częstokroć do góry nogami Piotra najchwalebniejsze postanowienia. I teraz nie zdołał oprzeć się pokusie, dążąc prościuteńko do Kurakina. Gdy stanął przed gankiem domu obszernego, obok koszar gwardji konnej, zaczął wstępować na schody oświetlone rzęsiście i wszedł w pierwsze drzwi otwarte na oścież. W sieni nie było nikogo. Czuł wyziewy z wódki i wina. W koło porozrzucano próżne butelki, płaszcze, kalosze. Zdala zaś słychać było gwar głosów zmięszanych, a czasem jakiś głośniejszy wykrzyknik.

Skończono rzeczywiście i grę i wieczerzę; nie myślano jednak rozchodzić się mimo pory spóźnionej. Zdjąwszy płaszcz z siebie, Piotr wszedł do pierwszego pokoju, gdzie widać było resztki wieczerzy. Lokaj pewny bezkarności, obgryzał kości do naga i wypijał z butelek ile w której zapomniano. Jeszcze dalej, w trzecim salonie, wśród niesłychanego hałasu, wśród krzyków, śmiechów i nawoływań słychać było głuchy pomruk niedźwiedzia. Ośmiu młodych ludzi, otaczało okno z uczuciem trwogi; trzech zaś z pomiędzy nich igrało z młodym niedźwiadkiem. Jeden ciągnął za łańcuch, podjudzając go na swego kolegę.

– Zakładam się za Stiewensa! – ktoś huknął z boku.

– Tylko mu nie pomagaj! – zadrwił inny.

– Ja za Dołogowem! – wybełkotał trzeci.

– Kurakin, rozdzielże ich!

– Słyszysz! puść mi zaraz Misia. Tu idzie o gruby zakład.

– Duszkiem! inaczej przegrał! – wrzasnął czwarty.

– Iwan! pełną butelkę! – zawył głosem nieludzkim gospodarz domu, chłopak rosły jak dąb, piękny jak Apollo, stojąc na środku pokoju tylko w koszuli w dodatku rozerwanej na piersiach.

– Czekajcie panowie, zjawił się Piotruś nasz druh serdeczny – dodał Anatol ściskając do uduszenia nowoprzybyłego.

Młody człowiek, wzrostu średniego, oczu jasno-niebieskich, którego głos dźwięczny, łagodny i trzeźwy, dziwnie odbijał od reszty zachrypniętych wśród pijatyki, zawołał na Piotra, żeby przyszedł pod okno:

– Chodź tutaj, niech ci zakład wytłumaczę.

Tłumaczącym był niejaki Dołogow, porucznik z pułku Semenowskiego, znany gracz, zawołany rębacz i zawadjaka. Mieszkał razem z Anatolem. Piotr uśmiechał się i patrzał w koło rozweselony:

– Nic a nic nie rozumiem! O cóż wam idzie?

– Chwilkę cierpliwości, nie jest nawet podchmielonym. Prędko! dawajcie pełny gąsior! – krzyknął Anatol, i porwawszy szklanicę sporą ze stołu, zbliżył się do Piotra:

– Najprzód trzeba pić! – zawyrokował apodyktycznie.

Piotr wychylał zatem do dna szklankę po szklance, co mu jednak nie przeszkadzało słuchać rozmów i przypatrywać się ciekawie wszystkim biesiadnikom, którzy byli już porządnie pijani i zgromadzili się na nowo przy framudze okna. Anatol dolewając wina Piotrowi, opowiadał mu jednocześnie zakład Dołogowa ze Stiewensem, Anglikiem, oficerem od marynarki. Dołogow zobowiązał się wypić butelkę rumu, siedząc w oknie otwartem na trzeciem piętrze, z nogami zwisającemi na mur zewnętrzny.

– No, dokończ tę ostatnią szklankę – namawiał Anatol – nie wypuszczę cię wpierw.

– Nie, nie chcę! – odepchnął Piotr szorstko, przyjaciela podchodząc do okna.

Dołogow trzymając Anglika za ramię, powtarzał mu raz jeszcze jasno i dobitnie warunki zakładu. Zwracał się przytem najchętniej do Piotra i Anatola, biorąc ich na świadków.

Dołogow krępy, wzrostu średniego, miał czuprynę gęstą, kędzierzawą, oczy jasno-niebieskie i lat dwadzieścia pięć mniej więcej. Nie nosił wąsów, jak zresztą wszyscy ówcześni oficerowie od piechoty. To też usta niczem nie przysłonięte, stanowiły główną cechę jego fizjonomji. Ich rysunek był bardzo regularny i delikatny; warga wyższa wysuwała się cokolwiek naprzód, z męzkiem zacięciem. W ust kącikach igrał wiecznie uśmiech, a raczej możnaby powiedzieć dwa uśmiechy, odpowiadające jeden drugiemu. Ta całość, dodawszy do niej rzut oka bystry, pewny siebie i pełen inteligencji, uderzała każdego. Bez majątku, nie mając prawie żadnych stosunków i znajomości, mieszkał on razem z Anatolem, wydawał rocznie kilka tysięcy rubli, a mimo to potrafił tak wszystkim imponować, że go stokroć więcej poważali, niż Anatola. Grał we wszystkie gry, wygrywał stale, i pił niesłychanie wiele, nie tracąc nigdy krwi zimnej i przytomności. Kurakin i on, byli wówczas sławni na cały Petersburg, jako najgorsi libertyni i lamparty.

Przyniesiono pełną butelkę rumu. Dwaj lokaje zahukani najwidoczniej wrzaskami zgrai pijanej i rozkazami, które im dawano z wszech stron, spieszyli jak najprędzej żeby wyjąć ramy z okna, aby nie zawadzały przy siadaniu.

Zbliżył się Anatol se swoją zwykłą miną wojowniczą. Uczuł chętkę szaloną, coś pogruchotać. Odepchnął zatem brutalnie służbę, porwał za ramy, które jednak oparły się zwycięzko jego zapędom; potrafił jedynie wytłuc w nich szyby.

– A no! spróbój ty teraz Herkulesie! – zwrócił się do Piotra. Ten przysądził się i jednem pociągnięciem wyrwał ramę z muru razem z żelaznem okuciem, która padła z trzaskiem i hukiem piekielnym.

– Wyjmijcie i drugą połowę – mruknął Dołogow – mógłby kto pomyśleć, żem się jej uczepił.

– Zdaje mi się, że Anglik blaguje! – Anatol zauważył.

– Dobrze. – Piotr powtórzył natychmiast tę samą operację z drugą połową okna. Teraz wlepił wzrok w Dołogowa, który z butelką rumu w ręce, zbliżał się do okna, stojącego otworem. Na niebie jaśniały już pierwsze dnia brzaski. Wyskoczył na okno, ściskając w dłoni butelkę.

– Słuchajcie! – huknął stojąc w oknie, z twarzą obróconą na pokój. Zapanowało grobowe milczenie. – Zakładam się – (mówił dalej po francuzku, aby go Anglik zrozumiał, choć nie był wcale biegły w tym języku) – zakładam się o pięćdziesiąt imperjałów... a może chcecie o sto?

– Nie, nie, o pięćdziesiąt!

– Zgoda zatem! zakładam się o pięćdziesiąt imperjałów, że wypiję duszkiem tę butelkę rumu, nie odejmując szyjki od ust; wypiję siedząc w ten sposób na oknie – tu wychylił się i wskazał na przymurek od ulicy – nie trzymając się niczego. Czy taką była nasza umowa?

– Co do joty! – potwierdził Anglik.

Anatol schwyciwszy go za guzik od munduru i patrząc nań z góry, bo Stiewens był wzrostu małego powtórzył mu słowo w słowo po angielsku warunki zakładu.

– To jeszcze nie wszystko! – Dołogow uderzył butelką po oknie, aby go słuchano uważnie. – Na tem nie koniec Kurakin. Jeżeli ktokolwiek dokaże tego samego, wypłacę mu sto imperjałów! Zrozumiano?

Anglik skinął głową, z czego jednak nie można było odgadnąć, czy ma chęć przyjąć, czy też odrzuca ten nowy zakład. Anatol trzymał dotąd jego guzik, tłumacząc mu słowa Dołogowa, pomimo jego giestów potwierdzających. Pewien młody huzar z gwardji, który dziś stale przegrywał, wydrapał się na okno i wychyliwszy się, spojrzał w dół:

– Ho, ho! – mruknął, spojrzawszy na płyty trotoaru.

– Cicho! – krzyknął Dołogow, spychając z okna oficerka, który dla długich ostrogów, zeskoczył niezgrabnie na posadzkę.

Gdy butelkę postawiono mu na długość ramienia, aby miał ją pod ręką, Dołogow wszedł na okno zwolna i z wszelką przezornością, opierając się oburącz o odsadę i mierząc wzrokiem jej szerokość. Następnie usiadł wygodnie, spuścił ręce, pochylił się najpierw na lewo, potem na prawo i ujął w dłoń butelkę.

Anatol przyniósł dwie świece zapalone, i postawił je na oknie. Było to zupełnie zbytecznem, bo tymczasem zrobił się dzień jasny. Plecy i głowa kędzierzawa Dołogowa w koszuli, były z dwóch stron oświetlone. Wszyscy cisnęli się do okna, a na czele Anglik. Piotr uśmiechał się w milczeniu. Naraz jeden z widzów przerażony i zirytowany, przecisnął się aż do pierwszego szeregu, w chęci pochwycenia Dołogowa za koszulę:

– Panowie istne szaleństwo, może zranić się śmiertelnie!

Anatol zatrzymał go w pół drogi:

– Nie tykaj! przestraszy się i naprawdę może się zabić, a wtedy co będzie, he?...

Dołogow wsparty na rękach, usiłując zdobyć równowagę, odwrócił się nagle:

– Ktokolwiekby spróbował wmieszać się w tę sprawę, zrzucę go tam! tej samej sekundy! Punktum, basta! – wycedził zwolna przez zęby zaciśnięte, ale takim tonem, że najśmielsi struchleli... Następnie wymówiwszy: – Zaczynam! – zwrócił się nazad ku ulicy, chwycił butelkę jedną ręką, głowę cokolwiek w tył przechylił i podniósł drugie ramię żeby sobie zapewnić równowagę. Jeden z lokai zatrudniony zbieraniem szklanek ze stołu, stanął nieruchomy, w pół przegięty, i z oczami wytrzeszczonemu wpatrywał się bezmyślnie w głowę Dołogowa.

 

Anglik usta do krwi zagryzając, patrzył w bok. Ten, który próbował, ale nadaremnie, przeszkodzić temu szaleństwu, uciekł w najdalszy kąt pokoju, rzucił się na kanapę i twarz ukrył w poduszki. Piotr oczy przysłonił, uśmiechając się bezmyślnie. Mimo uśmiechu, w rysach jego kurczowo drgających, malował się przestrach i wstręt najwyższy. Zrobiło się cicho jakby makiem posiał.

Otworzył Piotr oczy po chwili i zobaczył Dołogowa siedzącego w tej samej pozycji. Głowa jedynie przechylała się w tył coraz silniej, tak że włosy kędzierzawe dotykały teraz kołnierza u koszuli, podczas gdy ramię butelkę podtrzymujące, podnosiło się coraz wyżej, chwiejąc się cokolwiek od wielkiego natężenia. Butelka wypróżniła się najwidoczniej.

– Jak to trwa długo! – szepnął Piotr sam do siebie. Zdawało mu się, że minęło dobre pół godziny... Dołogow cofnął się nagle a ramię silniej mu zadrgało. Siedząc tak jak było umówione na przymurku cokolwiek pochylonym ku dołowi, ten jeden rzut nerwowy mógł go pchnąć w przepaść. Poprawił się na siedzeniu całem ciałem, a ramię i głowa zadrgały jeszcze bardziej. Powodowany instynktem zachowawczym, podniósł drugą rękę jakby chciał coś pochwycić, aby odzyskać równowagę, spuścił ją jednak natychmiast. Piotr zamknął oczy na nowo, przysięgając sobie w duchu, że ich więcej nie otworzy; po ogólnym ruchu jednak w koło siebie, w chwilę później, poznał, że musi być po wszystkiemu. Spojrzał i zobaczył Dołogowa, stojącego we framudze; trupio bladego, ale nie mniej z miną tryumfującą.

– Próżna!

Rzucił butelkę Anglikowi, który ją w lot pochwycił. Teraz Dołogow skoczył na środek pokoju: rum buchał z niego, jak z beczki!

– Zadziwiające! – brawo! – To mi zuch! – To się nazywa zakład! – wrzeszczano ze wszystkich stron naraz.

Anglik dobył trzosa i obliczał się z Dołogowem, który stał się nagle milczącym i ponurym. Piotr wyskoczył na okno:

– Panowie! który chce się ze mną założyć, że dokaże tego samego, nawet bez zakładu? Prędko! dawajcie butelkę! Tylko prędko!...

– No, no! – uśmiechnął się Dołogow.

– Czyś oszalał? Co ci znowu do głowy strzeliło? Zakazujemy ci, niepozwalamy i koniec. Ty, któremu głowa kręci się, gdy idziesz po schodach! – krzyknęło kilka głosów.

– Otóż wypiję! Dawajcie butelkę! – ryknął Piotr, waląc pięścią w stół, w stanie zupełnie niepoczytalnym, i jednym susem przerzucił nogę prawą za okno. Ktoś z obecnych pochwycił go za ręce, był jednak tak silny, że odrzucił go jak gruszkę od siebie.

– Nie dacie mu rady w ten sposób – mruknął cicho Anatol. – Zaczekajcie, ja umiem go zażyć:

– Słuchaj Piotruś! trzymam zakład, ale nie prędzej aż jutro. Teraz idźmy wszyscy do...

– Idźmy zatem! – wykrzyknął Piotr – a na czele miś!...

Pochwycił w pół niedźwiadka jak tancerkę, podniósł w górę, i zaczął z nim walcować w koło pokoju.

X.

Nie zapomniał książę Bazyli o przyrzeczeniu uczynionem księżnie Trubeckoj na wieczorze u panny Scherer. Proźbę przedstawił carowi i syn księżny, został wyjątkowo przeniesiony do gwardji przybocznej jako podporucznik, i wcielony do pułku Semenowskiego. Co do drugiej części programu, mimo usilnych próźb matki, było to niewykonalnem i syn jej nie dostał się do boku Kotuzowa, jako jego adjutant. W dni kilka po owym wieczorze, księżna wróciła do Moskwy, do domu Rostowów, swoich krewnych bogatych, gdzie zwykle zajeżdżała. U nich jej Borysek ubóstwiony spędził większą część lat dziecięcych. Gwardja opuściła była Petersburg dnia 10 sierpnia, a młody człowiek zmuszony zatrzymać się w Moskwie dla sprawienia sobie mundurów, miał złączyć się z matką w Radziwiłowie. W domu Rostowów obchodzono podwójne imieniny. Matka i córka młodsza, nazywały się Natalje, i obie dnia tego fetowano. Długi rząd powozów, wyrzucał od samego rana mnóstwo gości przed pałacem Rostowów, na ulicy Powerskij, którzy przybywali złożyć solenizantkom swoje życzenia. Hrabina i jej córka starsza, osoba nader piękna, przyjmowały gości w salonie, w miarę jak przybywali.

Matka była kobietą lat czterdziestu pięciu, typu wschodniego. Twarz jej chuda i zapadła, miała cerę żółtawą. Była widocznie wycieńczoną i osłabioną dwanaściorgiem dziatek, któremi męża obdarzyła. Ruchy niesłychanie wolne, i taki sam sposób mówienia, robiły ją nad wiek poważną, i imponowały i nakazywały uszanowanie. Znajdowała się również w salonie i księżna Trubecka, jako należąca do rodziny. Pomagała i ona dzielnie w bawieniu gości, podtrzymując rozmowę, gdy słabnąć zaczynała.

Młodzi ludzie, którym nie szło wcale o to, żeby uczestniczyć w zabawie w głównym salonie, rozsypali się po pokojach przyległych. Sam hrabia wychodził do każdego z przybywających, odprowadzając zaś gości do przedpokoju, nie omieszkał ich prosić kolejno na objad imieninowy.

– Serdeczniem ci wdzięczny za pamięć mój drogi... (lub też moja droga) – przemawiał jednakowo tak do wyższych, jak do niższych w sferze towarzyskiej. – Dziękuję w imieniu tych które dziś fetujemy. Wszak wrócisz na objadek?... Tylkoż na pewno, nieprawdaż? Inaczej obraziłbyś mnie srodze. Błagam, moja droga, przybądź do nas z całą familijką... – Powtarzał te same słowa najdokładniej wszystkim zaproszonym, i tak samo ich odprowadzał, z tym samym wyrazem na twarzy. Potem następywały uściski dłoni i całowania rąk damskich, z ukłonami mniej lub więcej niskiemi. Ledwie odprowadził kogoś z wychodzących, zaraz wracał do tych, którzy jeszcze zostawali. Przysuwał sobie sam fotel, a złożywszy z widocznem zadowoleniem nogi na posadzce, ręce zaś obie na kolanach, kołysał się z lekka w prawo i w lewo, wygłaszając kiedy niekiedy zdania o pogodzie, o zdrowiu, to po rosyjsku, to w języku francuzkim, który kaleczył niemiłosiernie, nie tracąc przeto rezonu i pewności siebie. Mimo znużenia, zrywał się, ilekroć ktoś zaczynał się żegnać, jako człowiek zdecydowany wypić kielich goryczy do dna, i wypełnić co do joty ciężące na nim obowiązki. Wśród tych zajęć przygładzał co chwila łysą czaszkę, posuwając ku przodowi kilkadziesiąt siwych włosów, które dotąd na niej zostały.

Czasem do salonu wracając, nakładał drogi, szedł przez oranżerję do wspaniałej sali jadalnej, całej marmoryzowanej, ze złotemi żyłkami, i z sufitem ozdobionym wyzłacanemi bogato gipsaturami. Tu właśnie nakrywano stoły w podkowę, przygotowując bankiet dla ośmiudziesięciu biesiadników. Rzuciwszy okiem znawcy na służących, którzy znosili srebro, kryształy, porcelanę i prześliczną jak śnieg białą bieliznę adamaszkową, przywoływał marszałka, niejakiego Dymitra Wasylewicza Miteńkę rodu szlacheckiego, który czuwał nad całą służbą i prowadził rachunki hrabiego.

– Słuchaj Miteńka, staraj się, żeby wszystko było jak należy; tak, tak, dobrze... bardzo dobrze! Obszedłszy w około olbrzymie stoły, dodawał: – Bo widzisz serdeńko usługa to rzecz główna! usługa! rozumiesz mnie? – i wchodził nazad do salonu, zacierając ręce z najwyższem zadowoleniem.

– Marja Lwówna Karagin – zapowiedział lokaj hrabiny głosem przyciszonym, aby jej nerwów nie rozdrażnić, ukazując się na progu w drzwiach na pół uchylonych.

Hrabina zastanowiła się chwilkę, wciągając w nozdrza szczyptę tabaki hiszpańskiej, którą brała ze złotej tabakierki, misternie wyrabianej i przyozdobionej jej męża miniaturą emaljowaną na wierzchu.

– Boże! jak mnie wycieńczyły i utrudziły śmiertelnie te wizyty! Ha! trzeba przyjąć i tę ostatnią... taka z niej nieznośna świętoszka!... Prosić! – zwróciła się do lokaja tonem pogrzebowym, jakby chciała przez to wyrazić: – Ach, ta mnie już dobije!

Weszła do salonu dama słuszna, otyła, a za nią młoda panienka z twarzyczką okrągłą, rumianą i uśmiechniętą. Poprzedził obie szelest długich powłok u sukien z ciężkiego jedwabiu.

– Kochana hrabino... tak dawno... leżało moje biedactwo!... Wyobraź sobie, zaziębiła się... na balu u Rasumowskich i Apraksinów... Taka byłam szczęśliwa...

Te grzecznostki i czcze frazesa bez ładu i związku, sypały się na wsze strony, mięszając się z szelestem sukien, posuwaniem krzeseł i suwaniem nogami po posadzce. Następnie nawiązywano rozmowę ile się to dało, wybierając do niej przedmiot na chybił trafił, aż do chwili, kiedy podczas pierwszej pauzy, można było wynieść się za drzwi zachowując wszelkie decorum. Żegnano się z tym samem wylewem czułości, wśród nowej powodzi frazesów urywanych:

– Uszczęśliwionam... zdrowie mamy... Hrabina Apraksin... – poczem wychodzono do przedpokoju, brano zarzutkę na ramiona i odjeżdżano.

Choroba śmiertelna starego hrabiego Bestużewa, najpiękniejszego mężczyzny z czasów carowej Katarzyny, była nowiną na porządku dziennym. Obrabiono ją też na wszystkie boki. Wspomniano nawet mimochodem o jego synu naturalnym, Pietrze, tym samym, który znalazł się był tak niestosownie na wieczorze u panny Scherer:

– Ubolewam całem sercem nad biednym starcem – westchnęła pani Karagin. – Ma być tak ciężko chory, a na dobitek syn go gryzie, i jest przyczyną wszystkich jego zmartwień!

– Czemże mógł go tak zmartwić? – spytała dzisiejsza solenizantka, udając, że nie wie o niczem, choć słyszała już tę samą historję z piętnaście razy co najmniej.

– Oto skutki obecnego, przewrotnego systemu edukacyjnego. Ów młody człowiek był zostawiony sam sobie, gdy go wysłano za granicę, a teraz opowiadają, że dopuścił się w Petersburgu rzeczy niesłychanych, przerażających! Kazano mu wyjechać z tamtąd natychmiast, z rozkazu dyrektora policji.

– Ejże! na prawdę? – bąknęła hrabina.

– Dostał się w najgorsze towarzystwo – dodała księżna Trubeckoj. – Poznał się z synem młodszym księcia Bazylego i z niejakim Dołogowem. Do spółki z tymi hultajami, miał popełnić stek szaleństw najokropniejszych!... Dołogowa posłano w sołdaty, Piotra oddano ojcu; co do Anatola, książę Bazyli przez swoje wielkie wpływy i stosunki potrafił skandal trochę zatuszować. Jednak i Anatol był zmuszony wyjechać z Petersburga.

– Cóż takiego uczynili? – spytała hrabina powtórnie.

– Skończeni zbóje; szczególniej ten Dołogow – wtrąciła pani Karagin oczyma pobożnie zawracając. – Jest synem Marji Iwanówny, osoby tak zacnej!... Czyż uwierzycie panie, że ta trójka hultajska, wystarała się gdzieś i nabyła od kogoś młodego niedźwiedzia. Zabrali go z sobą do karety i powieźli do domu jakiejś aktorki. Policja chciała ich przyaresztować. Wtedy... zgadnijcie co wymyślili?... Oto porwali komisarza policji, skrępowali go sznurami, następnie przywiązali go do grzbieta niedźwiedziowi i puścili na rzekę Moikę. Niedźwiadek płynął, z komisarzem siedzącym na nim, jak na koniu.

– Ah, moja droga, jak ten człowiek musiał paradnie wyglądać? – wybuchnął hrabia śmiechem homerycznym, trzymając się za boki.

– Ależ to coś okropnego! Nie ma z czego śmiać się, hrabio kochany! – wykrzyknęła pani Karagin mocno zgorszona.

Mimo tej admonicji i ona dusiła się od śmiechu.

– Zaledwie zdołano uratować tego biedaka... i pomyśleć, że to syn hr. Bestużewa zabawia się w sposób tak szalony! Uchodził za chłopca zdolnego i dobrze wychowanego... Oto następstwa edukacji zagranicznej. Spodziewam się, że nikt go do domu nie przyjmie, pomimo wielkiego majątku, który ma posiadać. Chciano mi go przedstawić, ale podziękowałam natychmiast za ten zaszczyt!... Mam przecież córki.

– Skądże przypuszczenie, że jest tak bogaty? – rzekła hrabina przechylając się ku pani Karagin, a plecami obrócona do panien, które udały w tej chwili, że nic a nic nie słyszą. – Wszak stary hrabia miał tylko dzieci naturalne, i Piotr sądzę, jest takim samym podrzutkiem.

Pani Karagin ręką machnęła.

– Jest ich blisko dwa tuziny, o ile mi mówiono.

Księżna Trubeckoj, którą paliła żądza popisania się ze swojemi stosunkami, i która chciała dowieść, że zna doskonale życie hrabiego, nawet w szczegółach najdrobniejszych, wmięszała się do rozmowy głosem przyciszonym, i z pewną przesadą:

– Oto jak się rzecz ma... Reputacja hrabiego Bestużewa ufundowana co się zowie. Ma tyle dzieci, że ich nawet połowy nie pamięta; i nie może ich zliczyć... Piotr jednak był zawsze jego ulubieńcem.

– Co to był za piękny starzec, jeszcze w roku zeszłym – zauważyła solenizantka. – Nie widziałam w życiu mojem urodziwszego mężczyzny.

– Ah! zmienił się obecnie do niepoznania... Ale, ale, co paniom chciałam powiedzieć... Właściwym spadkobiercą tego majątku olbrzymiego, jest książę Bazyli, jako najbliższy krewny żony hrabiego. Starzec atoli, przywiązawszy się bardzo do Piotra, łożył wiele na jego edukację a nawet miał pisać w tej sprawie do cara. Nikt zatem nie może wiedzieć na pewno, kto zagarnie majątek po jego śmierci, na którą czekają zresztą od godziny do godziny. Majątek ma być kolosalny. Wiem o tem z najlepszego źródła, bo od samego księcia Bazylego... Czterdzieści tysięcy dusz i miljonowe kapitały. Stary Bestużew, jest po trochę i ze mną skoligacony, przez swoją matkę, w dodatku trzymał do chrztu mego Borysa – dodała od niechcenia, jakby do tego faktu nie przywiązywała żadnej wartości. – Książę Bazyli od wczoraj jest także tu, w Moskwie.

 

– Czy nie polecono mu jakiego nadzoru?

– Nibyto... mówiąc jednak między nami, owa inspekcja jest li pozorem: przybył w tym celu jedynie, aby zobaczyć hrabiego Cyryla Bestużewa, gdy mu donieśli, że już dogorywa.

– To nie przeszkadza moja droga; że twoja poprzednia historyjka była niezrównaną! – wykrzyknął hrabia Rostow, który widząc że panie rozmową zacietrzewione, wcale nań uwagi nie zwracają, zaczął teraz bawić panienki. – Oh! jak ten policjant musiał pociesznie wyglądać płynąc po rzece na niedźwiedziu...

I zaczął naśladować ruchy tonącego, śmiejąc się przytem na głos cały. Był to ów śmiech donośny, a dobroduszny, zwykły u ludzi, którzy lubią dobrze jeść, pić jeszcze lepiej i żyć wesoło, bez troski, z dnia na dzień. Aż mu się trząsł od śmiechu brzuszek tłusty a mocno wystający.

– Wszak wrócisz na objad, moja droga? – dodał najuprzejmiej, widząc, że pani Karagin jest na wychodnem.