Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

X.

Równo z brzaskiem dnia, szesnastego listopada, szwadron Denissowa, który należał do oddziału księcia Bagrationa, opuścił ostatnie miejsce popasu, aby wziąć udział w bitwie. Tymczasem o jaką wiorstę od punktu zbornego, kazano zatrzymać się w pochodzie całemu pułkowi Pawłogrodzkiemu. Rostow widział defilujących kozaków, kilka bataljonów piechoty i artylerji, jenerałów: Bagrationa i Dołgorukowa, wraz z ich adjutantami. Walka wewnętrzna, jaką staczał sam z sobą, aby pokonać trwogę szaloną, opanowującą go w chwili ataku i jego słodkie marzenia, w jaki sposób okaże teraz swoje męztwo i czem się odróżni od innych, rozpływały się w powietrzu niby bańka mydlana. On bowiem należał do rezerwy z całym szwadronem. Dzień wydał mu się wieczyście długim, nudnym i smutno mu było na duszy. O dziewiątej rano usłyszał gdzieś w oddali najpierw strzelaninę, potem przeciągłe „Hurra”, a po końcu ujrzał nosze z rannymi, i między kilkuset kozakami, cały oddział konnicy francuzkiej, wzięty w niewolę. Potyczka widocznie trwała krótko, skończyła się jednak o ile można było sądzić z pozorów pomyślnie dla Rosjan. Oficerowie i żołnierze, opowiadali cuda waleczności, o świetnem zwycięstwie, o zdobyciu miejscowości Wischau i o wzięciu w niewolę całego szwadronu jazdy francuzkiej. Czas był piękny. Słońce świeciło wspaniale, po lekkim przymrozku w nocy. Rozkoszny dzień, pełen blasków słonecznych, mimo późnej jesieni, był dopełnieniem, rzecby można, ogólnej radości i tryumfu. Wszystkie twarze, od jenerałów, do szeregowców, były rozpromienione. Rostowa i te wybuchy radości niecierpliwiły. Czemu jego nie było pomiędzy zwyciężającymi?

– Chodź tu Rostow – przywołał go Denissow, siedząc nad rowem przydrożnym z flaszką sporą wódki i koszem rozmaitych wiktuałów. – Utopmy naszą zgryzotę – dodał żartobliwie – że nas tym razem do tańca nie zaproszono i musieliśmy, jak niepyszni pietruszkę sprzedawać.

Kilku jeszcze oficerów otoczyło ów ponętny kosz z prowiantami.

– Oho! prowadzą jeszcze jednego – odezwał się ktoś z ich grona, wskazując ręką na dragona francuzkiego, którego prowadzili dwaj kozacy. Jeden z nich trzymał za uzdę pięknego i dzielnego konia z pod owego jeńca.

– Sprzedaj mi go! – krzyknął Denissow na kozaka.

– I owszem wasza miłość – kozak odrzucił salutując.

Pozrywali się żywo oficerowie, otaczając kozaków wraz z ich jeńcem. Był nim młody Alzatczyk, mówiący po francuzku z wybitnym akcentem niemieckim. Płonął rumieńcem gorączkowym, usłyszawszy oficerów mówiących jego mową ojczystą. Udawał się do każdego z nich po kolei, tłumacząc, że nie z własnej winy dostał się do niewoli. Jego kapral zawinił tu jedynie; on posłał go po czapraki, chociaż mu perswadował, że po drodze Rosjanie złapią go najniezawodniej. Co kilka słów dodawał tonem prośby usilnej:

– Tylko nie róbcie nic złego mojemu poczciwemu koniowi.

I głaskał konia po szyi i lśniącej grzywie. Nie zdawał sobie sprawy widocznie, gdzie się znajduje i co mówi. To szukał wymówek, że dał się wziąć w niewolę, to znowu popisywał się swoją dokładnością i punktualnością w pełnieniu służby wojskowej, tak zupełnie, jakby stał przed własnym swoim dowódzcą. Dla oficerów rosyjskich, był to okaz ciekawy, żołnierza francuzkiego, którego wówczas prawie nie znali.

Kozacy przyjęli za konia dwa imperjały, które wypłacił im Rostow, gdyż chwilowo, miał on najwięcej pieniędzy z całego tego grona.

– Tylko nie róbcie nic złego memu drogiemu konikowi! – powtórzył jeniec tonem błagalnym.

Rostow upewnił go co do tego i dał mu również trochę pieniędzy.

– No! no! chodźmy dalej! – bąknął kozak do swego jeńca ciągnąc go za rękaw.

– Car! car! – usłyszano głośne nawoływania. Wszyscy poruszyli się i rozbiegli pędem, każdy udając się na swoje stanowisko. Tak samo i Rostow wskoczył raźno na siodło, widząc z daleka kilku jeźdźców z białemi kitkami u kapeluszów. Wszystko znikło w jednej chwili: nuda, zły humor, niecierpliwość, że go zostawiono w rezerwie, wszelkie uczucie tyczące się jego osoby, w obec radości niewypowiedzianej, przenikającej go do głębi, na widok nadjeżdżającego, ukochanego monarchy.

Było to dla niego najzupełniejsze wynagrodzenie, za przykry zawód, który spotkał go dziś rano. Podniecony gorączkowo, niby kochanek, gdy otrzyma od swojej najdroższej raz pierwszy schadzkę upragnioną, nie śmiał się ruszyć, nie śmiał się obrócić, odgadując „jego” zbliżanie się, nie po odgłosie podków końskich, lecz po gwałtowności uczucia, które mu piersi rozpierało. Cały świat wydawał mu się w tej chwili piękniejszy, opromieniony jakimś blaskiem nadziemskim!

„Słońce” tymczasem było bliżej... coraz bliżej... Rostow czuł się dziwnie rozgrzanym tem światłem czystem i pełnem majestatu, które od „niego” płynęło... Usłyszał nagle wśród milczenia grobowego, ów głos słodki, brzmiący tak łagodnie i tak uprzejmie, spokojny, a niemniej imponujący:

– Huzary Pawłogrodzcy, co?

– Rezerwa, najjaśniejszy panie! – odpowiedział jakiś głos ziemski, po tamtym dźwięku niby prosto z nieba pochodzącym.

Car zatrzymał się przed Rostowem. Tym razem uderzyła jeszcze bardziej piękność i regularność linji klasycznych w monarchy twarzy młodziutkiej. Jaśniał on całą krasą pierwszej młodości, z lekkim odcieniem pewnej niewinnej nieświadomości samego siebie. Ten jednak wyraz dziecięcy prawie, nie ujmywał jego twarzy bynajmniej powabu i uroku majestatycznego. Gdy patrzał w ten sposób na szwadron, wzrok jego skrzyżował się na sekundę z oczami Rostowa. Czy odgadł co kipiało i rozpierało serce młodego porucznika? Rostow był o tej prawdzie najmocniej przekonany, uczuł się bowiem jakby pogłaskany spojrzeniem tych pięknych oczów lazurowych.

Nagle car odwrócił wzrok od niego, wspiął konia ostrogą i dalej pogalopował.

Młodziutki monarcha, nie mógł odmówić sobie tej przyjemności, żeby nie miał być przytomnym potyczce, mimo rad i próźb usilnych całego otoczenia. Około południa rozstawszy się z trzecią kolumną, za którą postępował, chciał złączyć się z awangardą, w chwili jednak gdy dotarł do huzarów, kilku adjutantów doniosło mu z pola bitwy o świetnem zwycięztwie i szczęśliwem ukończeniu potyczki.

Ową potyczkę, która ograniczyła się w końcu na wzięcie w niewolę jednego szwadronu francuzkiego, przedstawiono monarsze jako walne zwycięztwo. Nie tylko car, ale armja cała, nim dymy opadły, była przekonaną, że Francuzów pobito na głowę i zmuszono do odwrotu. Niedługo po odjeździe cara, oddział pułku Pawłogrodzkiego dostał rozkaz iść naprzód. Rostow był na tyle szczęśliwym, że zobaczył raz jeszcze cara w miasteczku Wischau. Leżało kilku ciężko rannych i kilku trupów w miejscu gdzie strzelano najgęściej. Nikt nie miał dotąd czasu zabrać tych biedaków. Car otoczony świtą tak wojskową jak cywilną, mając pod sobą konia bułanego, zwracał się to na prawo, to w lewo. Kiedy niekiedy ruchem pełnym gracji podnosił do oczu złotą lornetkę. Naraz wzrok jego padł na żołnierza leżącego w poprzek drogi, bez kaska, z głową krwią ociekłą. Widok ciężko rannego, tak blisko cara, był nader przykrym dla Rostowa. Spostrzegł kurczowe drganie w pobladłej twarzy Aleksandra, i dreszcz wstrząsającą nim całym. Car ścisnął ruchym nerwowym boki konia kolanami, który będąc doskonale ujeżdżonym stał nieruchomy, jakby wrósł w ziemię i skinął na adjutanta. Ten rozkaz odebrawszy, z konia zeskoczył, przywołał ludzi z noszami i sam im pomagał do podniesienia rannego. Ocucony bólem, ranny jęknął.

– Lekko, lekko! czyż nie możecie obejść się z rannym delikatniej? – zawołał car z takiem rzewnem współczuciem, jakby sam był ranny i zbolały.

Odjechał, a Rostow zauważył, że oczy zaszły mu łzami.

– Co za straszna rzecz wojna! – usłyszał Rostow, cara mówiącego po francuzku do księcia Czartoryskiego.

Awangarda rozłożywszy się taborem tuż pod Wischau naprzeciw nieprzyjaciela, który dnia tego ustępywał z placu, nie stawiając wcale oporu, dostała pochwałę od cara. Dziękował wszystkim za oddzielne starcie się z nieprzyjacielem, obiecując mnogie nagrody. Żołnierzom dnia tego rozdano podwójną rację wódki i jadła. Ognie w obozie świeciły jeszcze weselej, niż w wigilją potyczki, a śpiewy żołnierzów rozbrzmiewały w powietrzu. Denissow sprawiał ucztę wspaniałą, z okazji awansu swego na majora. Rostow, mając już trochę w głowie, pod koniec wieczerzy wniósł pierwszy toast na cześć monarchy, nie za zdrowie cara, ale za zdrowie i pomyślność młodego człowieka, pełnego uczuć najszlachetniejszych i uroku, któremu nikt oprzeć się nie zdoła.

– Pijmy za jego zdrowie! – Wykrzyknął z zapałem. – Niech nas zawsze wiedzie na pole zwycięstw i chwały! Jeżeli biliśmy się tęgo pod Schöngraben z Francuzami, cóż to będzie teraz dopiero, gdy „On” stanął na czele nas? Zginiemy z rozkoszą dla „niego”, nieprawdaż panowie? Może nie umiem tego dość jasno wypowiedzieć, ale czuję to w głębi duszy, a i wy tak samo! Niech żyje Aleksander pierwszy! Hurra!

– Hurra! – krzyknęli chórem oficerowie.

Stary Kirstein wpadł w zapał, jakby młodzik dwudziestoletni.

Toast spełniwszy potłukli szklanki. Kirstein napełnił winem inne i wyszedł z namiotu w koszuli z rękawami podwiniętemi, zdążając ku żołnierzom siedzącym w koło ogniska. Podniósł szklankę wysoko po nad głowę, oświetlony jaskrawo łuną bijącą od płomieni. Wyglądał tryumfująco z siwemi wąsami, nastrzępionemi junacko, z koszulą rozwartą na piersi kosmatej.

– Dzieci, za zdrowie naszego cara i nasze przyszłe zwycięztwo nad nieprzyjacielem! – huknął głosem stentorowym.

Otoczyli go żołnierze, odpowiadając grzmiącem hura!

Gdy rozchodzili się późno w nocy, Denissow uderzył po ramieniu swojego ulubionego Mikołuszkę.

– Ani sposobu nawiązać z kim jakiej miłostki! Co? – zażartował. – Zatem z desperacji kochamy się w carze!

– Waśka, z czegoś podobnego nie godzi się żartować! To uczucie nadto wzniosłe, nadto idealne!

 

– Tak, tak, mój drogi! Podzielam w tem najzupełniej twoje zdanie!

– Ani mnie nie pojmujesz, ani pojąć nie możesz!

I Rostow zaczął się zwolna przechadzać, pomiędzy ogniskami dogasającemi, marząc rozkosznie o śmierci chwalebnej na polu bitwy w oczach cara. Ani pomyślał w tej chwili o życiu młodem, które ledwie zaczynało się dla niego, o rodzinie, tak do niego przywiązanej. Pierś rozpierał mu zapał. Był pewny świetnego tryumfu wojsk rosyjskich i rozbicia w puch nieprzyjaciela. Nie on jeden tak błogo marzył. Dziewięć dziesiątych żołnierzy, łudziło się tak samo, w przededniu niezapomnianej, sławnej bitwy pod Austerlitz!

XI.

Car spędził w Wischau dzień następny. Przywoływany do niego kilkakrotnie, pierwszy nadworny lekarz Willier, znalazł znaczne osłabienie, w swoim dostojnym pacjencie, rozstrój gorączkowy, brak snu i apetytu. Wkrótce wiedziano w całym obozie, o cara stanie chorobliwym. Przypisywano usposobienie gorączkowe, silnemu wrażeniu jakiego doznało jego serce zbyt tkliwe, na widok trupów i rannych.

Siedmnastego listopada o świcie, oficer francuzki pod osłoną chorągwi parlamentarza, zażądał posłuchania u samego cara. Przyprowadzono go pod eskortą, aż do carskiej kwatery. Nazywał się Savary. Car usnął był przed chwilą. Savary musiał czekać aż do południa. Wprowadzono go wreszcie do cara, gdzie zabawił przeszło godzinę. Później oddalił się w towarzystwie księcia Dołgorukowa.

Chodziły głuche wieści, że przysłano go z propozycją, spotkania się i porozumienia osobistego w miejscu oznaczonem Aleksandra z Napoleonem. Ku wielkiej radości całej armji rosyjskiej, odrzucono tę propozycją. Dołgorukow, zwycięzca z pod Wischau, został wysłany z Savarym, aby umawiać się z Napoleonem, w razie, gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom, miano nawiązać rokowania o zawarcie pokoju.

Dołgorukow, wróciwszy jeszcze tego samego dnia pod wieczór, został długo w nocy sam na sam z carem.

Ośmnastego i dziewiętnastego listopada, wojska sprzymierzone, posunęły się jeszcze o dwie stacje naprzód. Awangardy nieprzyjacielskie cofały się coraz dalej, zamieniwszy zaledwie z forpocztami armji sprzymierzonych po kilka wystrzałów z ręcznej broni. Po południu dnia dziewiętnastego listopada, można było zauważyć ruch niezwykły w sferach najwyższych armji. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili, nie było końca tajemnym konferencjom. Tak szło aż do rana, dnia dwudziestego listopada (2 grudnia) daty wiekopomnej bitwy pod Austerlitz, przezwanej w historji „Bitwą trzech cesarzów”.

Aż do popołudnia, dnia 1go grudnia, owo poruszenie uderzające rozmowy ożywione, choć nie głośne, bieganie adjutantów, wszystkie te objawy nie przechodziły granicy głównej kwatery dwóch monarchów. Wkrótce jednak ruch ów rozszerzał się coraz bardziej i dalej, do sztabu Kotuzowa, i do innych sztabów jeneralskich. Pod wieczór, rozkazy roznoszone na wsze strony przez adjutantów, poruszyły całą armję. W nocy z 1go na 2go grudnia, ta olbrzymia masa ludzi, złożona z ośmdziesięciu tysięcy, zaczęła posuwać się naprzód, z głuchem warczeniem grzmotu dalekiego.

Ruch skupiony z rana w kwaterach dwóch monarchów, obejmując zwolna coraz szersze kręgi, dotarł wszędzie i wszystko powołał do życia, aż do ostatnich sprężyn, owej olbrzymiej maszyny wojskowej, którą możnaby przyrównać najsłuszniej do mechanizmu zegara wielce skomplikowanego. Gdy raz go się w ruch wprawi, niepodobna go zatrzymać. Koło rozpędowe, podniecając w nim ruch, pociąga za sobą resztę kół, sprężyn i kółeczek. Kręcą się one w wirze nieustannym nie zdając sobie sprawy w jakim celu to czynią, ani dokąd dążą. Kółka zaczepiają się jedne o drugie, osie skrzypią, wagi uginają się pod ciężarem, figurki defilują jedne po drugich, a wskazówki, chociaż poruszają się niedostrzegalnie, dla swojej powolności, zaznaczają nie mniej godzinę po godzinie, co stanowi cel jedyny, tych tysiącznych kół, sprężyn i kółeczek, które na oko są przeznaczone do wiecznej nieruchomości. Tak zatem, pragnienia, poniżenia, bole, porywy dumy, trwogi, zapału, suma ogólna wrażeń najrozmaitszych, których doświadczyły krocie Rosjan i Francuzów, wszystko to posłużyło ostatecznie, aby zaznaczyć na tarczy zegara dziejów ludzkości, bitwę wiekopomną, pod Austerlitz, bitwę trzech cesarzów!

Książę Andrzej, będąc w służbie dnia tego, nie opuszczał wcale główno dowodzącego. Kotuzow, przybywszy około szóstej z kwatery dwóch monarchów, gdzie miał krótkie posłuchanie u cara, udał się do wielkiego marszałka dworu, hrabiego Tołstoja.

Bołkoński spostrzegłszy minę markotną i wielce niezadowolną Kotuzowa, skorzystał z tego, aby zajrzeć do Dołgorukowa, i spytać o bliższe szczegóły tego, co się działo. Zdawało się również Bołkońskiemu, że w kwaterze monarchów, są źle usposobieni dla Kotuzowa. Przybierano w obec starca zasłużonego ton prawie lekceważący, jakby wiedziano o czemś, czego reszta ani się domyślała.

– Witam cię mój drogi! – odezwał się Dołgorukow, pijąc herbatę z Bilibinem. – A więc bal ma się jutro rozpocząć. Co porabia twój stary? Zły, nieprawdaż?

– Nie powiem żeby był zły, tylko boli go, że nie został wysłuchanym.

– Jakto? Przecież słuchano go najcierpliwiej podczas rady wojennej, i zawsze będą go słuchali, gdy powie coś rozumnego. Ale odwlekać wiecznie, i zawsze czekać nie wiedzieć na co... kiedy Bonaparte lęka się bitwy najwidoczniej... to przecież niepodobieństwem!

– Widziałeś Napoleona... Jakież odniosłeś wrażenie?

– Widziałem go, i jestem najmocniej przekonany, że ma strach wielki przed bitwą! – powtórzył z naciskiem Dołgorukow, uszczęśliwiony z wizyty oddanej Napoleonowi. – Gdyby jej się nie obawiał, po cóż byłby żądał owej poufnej rozmowy, po cóż miałby rozpoczynać jakieś tajemne rokowania? Dla czego cofnął się, chociaż to wręcz przeciwne jego taktyce dotychczasowej? Wierz mi, zaczyna się bać! Wybiła i dla niego fatalna godzina, spuść się w tem na mnie.

– Jakże wygląda? – badał dalej Andrzej.

– Jak? Figura niepokaźna, w historycznym, szarym surducie. Rad by był bardzo usłyszeć „Sire” z moich ust, ale nie sprawiłem mu tej przyjemności. Tak zręcznie lawirowałem, że nie zatytułowałem go tak ani razu, ku wielkiej jego zgryzocie i umartwieniu. Oto jak mi się przedstawił i na tem koniec. Mimo najwyższego szacunku z jakim jestem dla Kotuzowa, ślicznie byśmy się wykierowali, i znaleźlibyśmy się w rozkosznem położeniu, gdybyśmy dalej czekali na to „coś” nieznane i nieokreślone. Napoleon miał by czas wolny, zabrać się z wszystkiemi manatkami i wyciąć nam kuranta; gdy przeciwnie teraz, mamy wszelką szansę dostać go w pułapkę. Nie trzeba zapominać o zbawiennej maksymie Suwarowa: – „Że zawsze lepiej atakować, niż czekać, żeby nas zaatakowano”. – Zapał młodych do wojny, jest, chciej mi wierzyć, stokroć bezpieczniejszą i więcej znaczącą wskazówką, niż całe doświadczenie starych taktyków.

– Jakież on jednak zajął stanowisko? Wysunąłem się dziś dość daleko po za nasze forpoczty i nie byłem w stanie dopatrzeć, gdzie właściwie znajduje się główny oddział armji francuzkiej – wtrącił Bołkoński, który radby był popisać się przed Dołgorukowem, ze swoim własnym planem ataku na siły nieprzyjacielskie.

– To rzecz najzupełniej obojętna. Wszystko jest z góry przewidziane i obliczone najdokładniej. Jeżeli znajduje się w Bernie... – tu wstał Dołgorukow, rozkładając na stole wielką mapę, aby lepiej wytłumaczyć Andrzejowi plan ataku obmyślony przez Weirothera, który polegał na uderzeniu z boku.

Bołkoóski zarzucał to i owo, dowodząc szeroko i długo, że jego plan lepszy od tamtego; tylko Weirother miał więcej szczęścia. Podczas wywodu, w którym Andrzej starał się dowieść ile słabych stron ma plan Weirothera, a o ile korzystniejszym byłby atak przez niego obmyślany, Dołgorukow roztargniony, przestał go słuchać, wodząc wzrokiem bezmyślnym po mapie i po mówiącym.

– Dziś wieczór zbiera się u Kotuzowa rada wojenna... tam mógłbyś wystąpić z twojemi zarzutami – bąknął od niechcenia.

– I nie omieszkam tego uczynić! – zawołał żywo Bołkoński.

– O co wam idzie, moi panowie? – wmieszał się teraz do rozmowy Bilibin, ze zwykłym drwiącym uśmiechem. Jakiś czas przysłuchując im się w milczeniu, ostrzył groty swojego dowcipu. – Czy jutro zwyciężymy, czy przegramy, honor rosyjski na tem nie ucierpi. Z wyjątkiem naszego sędziwego Kotuzowa, nie ma ani jednego Rosjanina pomiędzy tylu dowódźcami. Przejrzyjmy ich tylko pobieżnie: Herr generał von Wimpfen, hrabia de Langeron, książę Lichtenstein, książę Hohenlohe, a w końcu Pszczy... Pszczy... i tak dalej... jak brzmią zwykle polskie nazwiska, które mi wiecznie kołkiem w gardle stają, nim je zdołam wymówić!

– Cicho byłbyś, ty, ty! języku złośliwy! – Dołgorukow zawołał, nie mogąc sam wstrzymać się od śmiechu. – Mylisz się zresztą. Prócz Kotuzowa jest jeszcze dwóch Rosjan czystej krwi. Miłoradowicz i Dokturow... nawet jeszcze i trzeci dowódzca Araktczejew, ale ten ma nadto słabe nerwy...

– Idę ja tymczasem do mojego jenerała. – Andrzej powstał. – Życzę panom szczęścia i powodzenia jak najlepszego... na bal jutrzejszy!

Wyszedł uścisnąwszy dłonie im obu.

Gdy w chwilę później wracał siedząc w powozie obok Kotuzowa, który milczał zawzięcie, spytał go, co też sądzi o bitwie jutrzejszej? Starzec odpowiedział mu tonem smutnym, przygnębionym, ale całkiem stanowczo i na serjo:

– Myślę, że ją przegramy. Prosiłem hrabiego Tołstoja, żeby oświadczył Najjaśniejszemu panu to moje najgłębsze przekonanie... I cóż powiesz na odpowiedź, którą odebrałem? – „Mój kochany jenerale, moją rzeczą obmyśleć ryż z kotletami, które car tak lubi, do ciebie zaś należą wszelkie sprawy wojenne”... – Oto mój drogi mi na to odpowiedział.

XII.

O dziesiątej w nocy Weirother zaniósł swój plan gotowiuteńki do pomieszkania Kotuzowa. Tam miała zebrać się ostatecznie rada wojenna. Wszyscy dowódzcy zostali na nią wezwani, i wszyscy stawili się prócz księcia Bagrationa, który wymówił się silnym bólem głowy.

Weirother, wielki organizator bitwy jutrzejszej, ze swoją żywością i pospiechem gorączkowym stanowił kontrast z Kotuzowem, apatycznym, kwaśnym i przez pół śpiącym. Weirother znajdywał się obecnie w położeniu konia, zaprzężonego w pojedynkę do ciężkiego wozu, z którym leci na łeb z przykrej i stromej góry. W końcu koń sam nie wie, czy to on wóz ciągnie, czy też wóz jego w dół spycha? Unoszony siłą niewstrzymaną, Weirother tak samo nie miał już czasu zastanowić się gdzie leci, i po co? Dwa razy przed wieczorem, przyglądał się osobiście forpocztom nieprzyjacielskim. Dwa razy był u obu monarchów z raportem i z rozmaitemi objaśnieniami. Udał się następnie do swojej kancelarji, aby podyktować w języku niemieckim projekt co do rozlokowania nazajutrz obu armij. Przybył też na ową naradę wojenną, zupełnie bez sił, prawie omdlewający ze znużenia.

Tak był niesłychanie zamyślony i roztargniony, że zapominał nawet o względach należących się naczelnemu wodzowi. Przerywał mu co chwila, wypowiadając słowa bez związku, nie patrząc na Kotuzowa, nie odpowiadając wcale na ważne pytania, które mu zadawano. W ubiorze zabłoconym, okryty kurzem, wyglądał niepocześnie, jak człowiek znużony i prawie nieprzytomny. To jednak usposobienie nie przeszkadzało mu wcale, przemawiać tonem dumnym, wyzywającym i pewnym siebie.

Kotuzow stanął kwaterą w zamku starożytnym. W obszernej sali rycerskiej, przemienionej na gabinet wodza naczelnego, zebrali się: Kotuzow, Weirother i reszta jenerałów. Przypuszczono również do walnej narady Bołkońskiego, który wszedł przed chwilą z biletem od Bagrationa, tłumaczącym tegoż nieobecność.

– Skoro książę Bagration nie ma przyjść wcale, moglibyśmy zagaić nasze posiedzenie – przemówił Weirother, zrywając się szybko z siedzenia, aby zbliżyć się do stołu, na którym rozłożono olbrzymią mapę topograficzną, z najbliższych miejscowości w koło Berna.

Kotuzow z mundurem rozpiętym zupełnie, z swoim grubym karkiem jak u wołu, bez krawata utonął cały w dużem krześle poręczowem à la Voltaire. Obie ręce żylaste, pargaminowe, jakie mają zwykle starcy, oparł symetrycznie na poręczach krzesła. Zdawał się drzemać, jednak na głos Weirothera otworzył z wysiłkiem jedyne oko, które mu zostawało i bąknął od niechcenia:

– Proszę, zaczynaj jenerale, inaczej byłoby za późno...

Głowa opadła mu znowu na piersi i oko się zamknęło. Gdy zaczęło się czytanie, członkowie rady wojennej, mogli sądzić zrazu, iż Kotuzow udaje tylko że spi. Wkrótce jednak przekonało ich głośne chrapanie, że starzec uległ rzeczywiście potrzebie niezwalczonej snu, który jest tak niezbędnym dla całej ludzkości. Stało się to mimowolnie, a nie z chęci okazania, że sobie lekceważy plan cały. Zasnął tedy na twardo. Weirother, nadto zajęty swoim planem, żeby na cokolwiek innego mógł zwracać uwagę, spojrzał przelotnie na śpiącego, wyjął z zanadrza papier złożony we czworo, a rozłożywszy go zaczął czytać tonem nieznośnie jednostajnym, coś, mocno skomplikowanego i nader trudnego do zapamiętania, o umieszczeniu obu wojsk:

 

„Rozmieszczenie korpusów, mających służyć do zaatakowania i wyparcia nieprzyjaciela z pozycji pomiędzy Kobelnitzem a Sokolnitzem. Dnia 30. listopada 1805 roku.

„Zważywszy, że skrzydło lewe nieprzyjaciela, opiera się o góry lesiste, a skrzydło prawe rozciąga się wzdłuż stawów po za miejscowościami Kobelnitz i Sokolenitz, i że nasze skrzydło lewo wysunęło się o wiele dalej, niż prawe skrzydło nieprzyjaciela; byłoby dla nas najkorzystniejszem zaatakować wprost owe skrzydło prawe. Jeżeli uda nam się zdobyć wsie Kobelnitz i Sokolenitz, będziemy w możności, spaść znienacka na lewe skrzydło nieprzyjacielskie, goniąc je bez wytchnienia wzdłuż równiny, pomiędzy Schlapanitz i borem w Turas, omijając starannie wąwozy pomiędzy Schlapanitzem a Bellowitzem, które osłaniają czoło armji nieprzyjacielskiej. W tym celu jest więc niezbędnem... Idzie pierwsza kolumna... idzie druga kolumna... idzie trzecia kolumna...”

Tak czytał cicho, monotonnie, Weirother, podczas gdy zgromadzeni jenerałowie starali się nadaremnie połapać się i zrozumieć plan cały, przyczem robili miny nader kwaśne i mocno niezadowolone. Jasny blondyn, jenerał Bouxhewden, słuszny i postawy imponującej, stojąc z plecami o ścianę opartemi, wpatrywał się bezmyślnie w płomień jednej ze świec i udawał, że wcale wywodu nie słyszy. Obok niego Miłoradowicz, z twarzą mocno czerwoną, z wąsem nastrzępionym siedział z pewną żołnierską nonszalancją, z nogami szeroko rozstawionemi i z rękami spoczywającemi na obu kolanach. Ten badał zawzięcie Weirothera, swojemi oczami wypukłemi i świecącemi jak u żbika, lub przenosił wzrok kolejno na którego z jenerałów; żaden z nich jednak nie umiał sobie wytłumaczyć, co znaczy właściwie i co ma wyrażać to jego spojrzenie? Czy był za, czy przeciw planowi Weirothera? Czy był zadowolony, czy nie, z kroków przez niego obmyślonych? Najbliżej Weirothera siedział hrabia de Langeron. Był on typem najdoskonalszym Francuza z Prowancji. Uśmiech sarkastyczny nie schodził wcale z jego ust, a oczy skierował na złotą tabakierkę roboty nader misternej, ozdobioną na wierzchu piękną miniaturą, którą jego cienkie paluszki obracały bez ustanku. Podczas ustępu najdłuższego podniósł głowę cokolwiek i już chciał przerwać wywód Weirotherowi, z grzecznością, która zakrawała prawie na impertynencją. Jenerał austrjacki atoli, nie dał się zbić z tropu, nie przerwał czytania, tylko machnął ręką rozkazująco z brwiami groźnie ściągniętemi, jakby chciał powiedzieć:

– Potem, potem uczynisz mi jakie zachcesz uwagi, a teraz słuchaj i patrzaj na mapę! – Langeron zdumiony, podniósł oczy w górę, następnie spojrzał na Miłoradowicza, jakby od niego oczekiwał wytłumaczenia, a spotkawszy się z jego wzrokiem bezmyślnym i bez wyrazu, zwiesił smutno głowę na piersi i zaczął na nowo obracać w palcach tabakierkę.

– Lekcja jeografii! – mruknął niechętnie, niby głosem przyciszonym, dość głośno jednak, aby go wszyscy obecni słyszeć mogli.

Pszczebiszewski, trzymając rękę przy uchu w trąbkę zwiniętą, dla lepszego słyszenia, wyglądał na człowieka pełnego uszanowania, ale umiejącego przytem zachować miarę i nie poniżyć godności osobistej. Ten jeden rzeczywiście słuchał w ducha skupieniu, z całą uwagą. Dokturow małego wzrostu, skromny z natury, ale nie mniej woli żelaznej i odwagi nieustraszonej, pochylony nad mapą, starał się sumiennie wyuczyć terenu, którego nie znał zupełnie. Prosił kilka razy Weirothera, żeby mu powtórzył nazwy miejscowości, których nie był w stanie od razu zapamiętać. Zapisywał następnie rozmaite nazwiska wsi i miasteczek, w swojej książeczce.

Gdy po godzinie Weirother skończył nareszcie czytać, Langeron wstrzymał wirowanie swojej tabakierki. Ogólnikowo, jakby słów swoich nie stosował do nikogo specjalnie, zaczął wystawiać jasno i dobitnie, całą trudność w wykonaniu tego planu. Był on oparty na przypuszczalnej, ale niczem nie dowiedzionej obecności sił nieprzyjacielskich, tam, lub owdzie. Zbadać dokładnie jego pozycję, było wręcz niepodobieństwem, przenosił się bowiem co chwila gdzie indziej. Te zarzuty miały słuszną podstawę; celem ich jednak ubocznym, było najoczywiściej dać uczuć austrjackiemu jenerałowi, że odczytał swój plan z zarozumiałością profesora, gdy w szkole prawi o czemś swoim uczniom z katedry. Chciał mu również dowieść jak na dłoni, że nie ma do czynienia z głupcami, ale z ludźmi zdolnymi wytknąć mu w całym planie błędy strategiczne na każdym punkcie, w sztuce wojskowej popełnione. Kotuzow otworzył oko jak budzi się młynarz, skoro przestają turkotać monotonnie koła młyńskie. Wysłuchawszy zarzutów Langeron’a przymknął oko na powrót i spuścił głowę jeszcze niżej na piersi, dowodząc tem, jak mało interesuje go ta dyskusja.

Langeron siląc się aby dopiec i rozdrażnić Weirothera, wytykaniem mnogich błędów w jego planie, który autorowi tegoż wydawał się wprost genjalnym, dowodził dalej, że Bonaparte mógłby tak samo zaatakować pierwszy, zamiast czekać na atak ze strony armji sprzymierzonych. Wtedy zniszczyłby jednym zamachem wszelkie planu kombinacje. Weirother odpowiedział jedynie na zarzuty przeciwnika uśmiechem pełnym pogardy i lekceważenia.

– Gdyby mógł nas zaatakować, byłby to uczynił od dawna! – bąknął nareszcie.

– Jenerał sądzisz go zatem zbyt słabym? – wtrącił od niechcenia Langeron.

– Może mieć co najwyżej czterdzieści tysięcy! – odrzucił Weirother z niecierpliwością sławnego lekarza, któremuby jakaś kobiecina prawiła o skuteczności leków babskich, przez nią samą używanych.

– W tym wypadku, gubi się czekając na nasz atak – Langeron mówił dalej tonem wielce ironicznym.

Spojrzał znowu na Miłoradowicza, szukając w nim poparcia, ale ten był o sto mil myślami, od tej całej dyskusji.

– Ha! – dokończył Langeron – przekonamy się o tem jutro na placu bitwy.

W twarzy Weirothera, czytało się wyraźnie zdumienie i zgorszenie, że plan jego mógł napotkać u jenerałów rosyjskich zarzuty jakiekolwiek, skoro nie tylko on sam, ale nawet i obaj monarchowie, byli przekonani o jego dokładności i doskonałości.

– Ognie pogaszono w obozie nieprzyjacielskim, a jednak słyszy się tam hałas nieustanny – zauważył. – Czyż to może znaczyć co innego, jak to, czego się obawiamy, mianowicie, że albo myśli uciec, lub też zmienia pozycje dotychczasowe? Choćbyśmy nawet przypuścili, że zajmie pozycję w Turass, zaoszczędzi nam jedynie dużo mozoły, a nasze kroki i plan obmyślony w szczegółach najdrobniejszych, nie zmienia się przeto ani na cieńki włos!

– W jaki sposób jednak? – spytał Andrzej, który szukał od dawna sposobności wypowiedzieć swoje powątpiewania, co do planu Weirothera.

Kotuzow przerwał mu atoli, zbudziwszy się i kaszląc głośno.

– Panowie! – przemówił – nasze rozporządzenia na jutro... a właściwie na dziś, bo jest już godzina pierwsza po północy, nie dadzą się obecnie zmienić w niczem. Znacie je panowie i spodziewam się po was, że jak zawsze, spełnimy wszyscy swoją powinność. Nic zaś nie może być ważniejszem w przededniu walnej bitwy – zatrzymał się chwilę – nad mocny i smaczny sen.

Próbował podnieść się z krzesła. Jenerałowie pożegnali go niskim ukłonem i wyszli.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .