Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Posuniemy się zapewne naprzód – bąknął Bołkoński wymijająco, żeby nie skompromitować się przed obcymi.

Berg skorzystał ze sposobności, aby spytać ze zwykłą u niego obleśną i przesadną grzecznością, czy nie postanowią w głównym sztabie większych porcyj furażu, wydawanych komendantom oddziałów. Książę Andrzej odpowiedział z drwiącym uśmiechem: – „że nie jest wtajemniczony i nie może rozsądzać tak ważnych kwestji stanu”.

– Mam dla pana pomyślną wiadomość, co do sprawy z którą udawałeś się do mnie... Pogadamy o tem późnej... Przyjdź pan do mnie po przeglądzie... Zrobi się, co tylko będzie możliwem... – Przemówił do Borysa. Następnie zwrócił się do Rostowa, niby nie uważając wcale jego miny zakłopotanej i widocznego rozdrażnienia:

– Opowiadałeś pan przed chwilą o potyczce pod Schöngraben... czy byłeś tam?

– Byłem! – odburknął gniewnie Rostow, tonem zaczepnym.

– Oh! co też ludzie nie nawymyślają na ten temat! – wtrącił Bołkoński od niechcenia.

– Zapewne komponują ludzie historje rozmaite. – Rostow rzucił na Borysa i Bołkońskiego spojrzenie piorunujące. – Sprawozdania atoli i opisy dokonywane przez nas, którzy byliśmy w ogniu przez cały czas, wystawieni na pociski nieprzyjacielskie, mają wartość trochę większą od zasług paniczyków wymuskanych i wyelegantowanych z głównego sztabu, którzy biorą nagrody siedząc za piecem i na nic się nie narażając...

– Do rzędu których i ja należę, według pańskiego zdania, co? – przerwał mu Andrzej z krwią najzimniejszą, i z uśmiechem łagodnym.

Rostow uczuł w sobie dziwną mięszaninę zniecierpliwienia, a jednocześnie szacunku głębokiego, jaki w nim wzbudził Bołkoński swoim spokojem niewzruszonym.

– Nie stosuję tego do pana, którego nie mam zaszczytu znać, i nie pragnę co prawda poznawać go bliżej. Mówię ogólnie o wszystkich oficerach z głównego sztabu.

– Ja zaś uważam – Andrzej wpadł mu w słowo, tonem umiarkowanym i najspokojniejszym – że pan chcesz mnie obrazić. Przyszło by ci to najłatwiej w świecie, gdybyś zapomniał o swojej własnej godności. Pozwolę sobie tylko nadmienić nawiasowo, że nie jest po temu ani miejsce, ani chwila obecna. Wszyscy jak jesteśmy, możemy stanąć dziś, jutro, oko w oko z nieprzyjacielem i stoczyć z nim pojedynek wielkiej doniosłości na przyszłość. Nie ma w tem zresztą winy ani mojej ani księcia Trubeckiego, pańskiego towarzysza i przyjaciela z lat dziecięcych jeszcze, że moja fizjognomia nie miała szczęścia podobać się panu. Znane mu moje nazwisko i stanowisko, wiesz gdzie możesz mnie znaleźć. Proszę o tem jednak pamiętać, że co się mnie tyczy, nie czuję się bynajmniej obrażonym, a jako o wiele starszy od pana wiekiem, ośmielam się udzielić mu rady, żebyś zapomniał o swoim złym humorze i o całem tem zajściu niemiłem. A więc do zobaczenia kochany Borysie, w piątek po rewji. Będę czekał na ciebie...

Bołkoński wyszedł ukłoniwszy się najuprzejmiej tak Bergowi jak Mikołajowi.

Rostow odurzony, nie mógł odzyskać krwi zimnej i równowagi. Wściekał się sam na siebie, że nie umiał na razie odpowiedzieć Bołkońskiemu. Kazał sobie podać konie i pożegnał Borysa dość sucho i ozięble. Czy miał wyzwać tego adjutanta, pozującego na wielkiego człowieka, czy lepiej zrobi jeżeli nie będzie rozmazywał dalej tej głupiej historji? To pytanie męczyło go przez całą drogę. Z kolei wyobrażał sobie, jakąby miał satysfakcję, gdyby ujrzał przed sobą twarz przerażoną, tego dumnego pyszałka; to znowu dziwił się niesłychanie, czując w głębi serca coś nieokreślonego, jakieś żywe pragnienie pozyskania przyjaźni owego pyszałka, którego (tak mu się przynajmniej zdawało) nienawidził z całej duszy!

VIII.

Nazajutrz po spotkaniu się Rostowa z Bołkońskim u Borysa, odbył się przegląd obu armij, przez cara i cesarza austryjackiego. Wystąpiło 80.000 wojska, a w dodatku do oddziałów, które już były w ogniu, przyłączyły się świeże posiłki z Rosji nadesłane. Cara otaczała liczna świta, cesarza Franciszka kilku arcyksiążąt.

Od wschodu słońca wojsko w paradnych mundurach układało się w szeregi naprzeciw murów fortecznych. Cała ta zbita masa ciał ludzkich, z powiewającemi sztandarami, to zatrzymywała się jak wryta w ziemię, to posuwała się na głos komendy oficerów. Formowali to linje długie, to czworoboki, to znowu rozstępowali się, zostawiając wolne miejsce nowym oddziałom nadpływającym w mundurach różnobarwnych. Trochę opodal ustawiono konnicę, w mundurach niebieskich, zielonych i pąsowych. Na czele jechali trębacze, w mundurach suto haftowanych i złotem szamerowanych. Pułki szły jedne za drugiemi, krokiem miarowym w takt muzyki, na koniach karych, siwych i bułanych. Potem następywała artylerja. Wyciągała się ona, niby połyskujące cielsko węża olbrzymiego. Armaty lśniły w promieniach słońca, podskakując na lawetach, gdy je wieziono na miejsce wyznaczone, pomiędzy konnicą a czworobokiem piechoty. Jenerałowie byli również w pełnej gali, z piersiami zasianemi krzyżami i orderami. Oficerowie wyglądali strojnie, jak z pudełka. Żołnierze byli świeżo ogoleni. Wszystko na każdym świeciło się z daleka. Na koniach sierść lśniła w słońcu niby zwierciadło, wygładzona i wyszczotkowana najstaranniej. Grzywy falowały z wiatrem, pokarbowane, jak warkocz wytrefiony u pierwszej lepszej modnisi. Wszyscy czuli i rozumieli, że nastąpi coś wielkiego, ważnego i niezwykłego. Od jenerała do prostego żołnierza, każdy czuł się wprawdzie tylko ziarnkiem piasku w tem morzu żyjącem, odczuwając jednocześnie, swoją siłę i znaczenie, jako cząstka olbrzymiej całości.

Po usilnych staraniach, około dziesiątej rano, wszystko i wszyscy, stali w pogotowiu. Armję podzielono na trzy części: konnica na przedzie, za nią artylerja, na końcu piechota.

Między jedną a drugą bronią, zostawiono dużo miejsca próżnego. Każda broń odosobniała się i odcinała od innej. Armja Kotuzowa, której prawe skrzydło stanowił pułk Pawłogrodzki, jak i posiłki świeżo przybyłe, tudzież armja austryjacka, rywalizowali o pierwszeństwo co do wyglądania i całości przedstawiającej się nader wspaniale. Armje połączone ustawiono na jednej linji i słuchały one tej samej komendy.

Nagle przebiegł szmer tę zbitą masę, niby podmuch silniejszy wiatru w lesie, szeleszczący pomiędzy liśćmi.

– Nadjeżdżają! Nadjeżdżają! – zawołało kilka głosów.

Ostatnie drgnienie pełne obawy i niepokoju, w obec oczekiwania niecierpliwego, przebiegło szeregi niby iskra elektryczna.

Zdała widać było rzeczywiście zbliżający się orszak. W tej samej chwili wiatr uniósł chorągiewki na lancach i rozwinął majestatycznie sztandary. Zdawało się, że ten szelest sprawiła radość żołnierzy na widok swoich monarchów.

– Uciszyć się! – zagrzmiał jakiś głos potężny.

Rozkaz powtórzono tu i owdzie, niby pianie kogutów o brzasku dnia, odpowiadających jeden drugiemu. Zapanowało głuche milczenie.

Wśród tej ciszy uroczystej, słychać było jedynie tentent koni nadjeżdżających. Trębacze pułku pierwszego uderzyli w trąby. Ta muzyka wojenna pełna animuszu, zdawała się wychodzić z tysiąca piersi wzruszonych radośnie widokiem monarchów. Zaledwie przebrzmiały uroczyste tony fanfary, usłyszano wyraźnie głos młody i brzmiący dziwnie słodko, cara Aleksandra, który wymawiał te słowa:

– Dzień dobry, moje dzieci!

Pułk pierwszy odpowiedział tak przeciągłym i grzmiącem „Hurra!” że każdy z tych ludzi drgnął mimowolnie na myśl, jaką siłę razem stanowią.

Rostow znajdujący się w pierwszym szeregu armji Kotuzowa wysuniętej na samo czoło, odczuł razem z innymi, to ogólne zapomnienie o swojem własnem „ja” gdy car zbliżył się do nich. Był w tej chwili przekonany o swojej sile niepokonanej, dumny i szczęśliwy. Czuł się pociągnięty magnetycznie ku temu człowiekowi. Uwielbienie dla bohatera tej uroczystości, dla jego pana i władcy, doszły w nim do szału.

Pomyślał, że na jedno słowo tego cara ukochanego, cała ta zbita masa, a i on sam atom nic nieznaczący, rzuciliby się bez namysłu w ogień czy w wodę, gotowi popełnić zbrodnię lub czyn bohaterski i czuł w całem ciele dreszcze gorączkowe, omdlewał prawie na widok człowieka, który był wcieleniem tego słowa.

Okrzyki potężne odzywały się z wszystkich stron. Pułki dotąd nieruchome i milczące jak grób, ożywiały się stopniowo, gdy car koło którego przejeżdżał. Przyjmowano go wszędzie radosnemi fanfarami i rozgłośnem „hurra”, które łącząc się z poprzedniemi, ogłuszały bliżej stojących.

Pomiędzy ciemnemi szeregami piechoty, które zdawały się wrośnięte w ziemię w swojej nieruchomości, harcował i toczył końmi, ze zręcznością jeźdźców wytrawnych, liczny orszak oficerów, należących do świty obu monarchów. Na ten orszak, jak i na cara i cesarza Franciszka, zwrócona była uwaga i wlepiony wzrok, ośmdziesięciu tysięcy ludzi.

Piękny i młodziutki car, w mundurze gwardji konnej, w kapeluszu stosowanym, junacko trochę na bok nasuniętym, z uśmiechem słodkim, z głosem tak dźwięcznym i miłym, pociągał ku sobie nie tylko spojrzenia, ale i serca tłumu całego.

Rostow ustawiony nieopodal trębaczów, ścigał bystrym wzrokiem zbliżającego się cara. Gdy ujrzał przed sobą o jakie dwadzieścia kroków te rysy promieniejące krasą młodości, zapłonął miłością. Wszystko, co w carze zauważył nad wyraz go zachwycało.

Gdy stanął naprzeciw pułku Pawłogrodzkiego, uśmiechnął się młody car z zadowoleniem i przemówił słów kilka po francuzku do cesarza Franciszka.

Uśmiechnął się błogo i Rostow, czując, że jego uwielbienie wzmaga się coraz bardziej. Radby był okazać to czemkolwiek, a brak po temu sposobności, czynił go najnieszczęśliwszym. Car przywołał do siebie pułkownika i zaczął z nim rozmawiać.

– Boże! gdyby tak do mnie przemówił – pomyślał Rostow – umarłbym z nadmiaru szczęścia!

– Panowie! – odezwał się car do oficerów, a Mikołajowi zdawało się, że słyszy głos prosto z nieba spływający – dziękuję wam całem sercem. Zasługujecie na sztandar Świętego Grzegorza i okazujecie się go godnymi!

 

– Oh! umrzeć dla niego! w jego oczach! – mówił sobie w duchu Rostow.

Po cara przemówieniu, odezwały się na nowo potężne wiwaty na jego cześć, do których przyłączył się Rostow, z całej siły płuc swoich, choćby mu miała pęknąć deka piersiowa. Tym sposobem przynajmniej chciał okazać swój zapał do szału dochodzący.

Car zatrzymał się chwilę, jakby się wahał.

– Jak „On” może wahać się kiedykolwiek? – pomyślał Rostow.

I to jednak wahanie młodego monarchy, wydało mu się pełnem jakiegoś uroku majestatycznego, jak wszystko zresztą, co car uczynił. Aleksander, dotknąwszy z lekka, butami wysokiemi i przylegającemi, jakie wówczas noszono, boków swojej pięknej klaczki skarogniadej, pochwycił silniej trenzlę, ręką w białej rękawiczce i oddalił się, a za nim w tropy pociągnęła liczna świta adjutantów. Zatrzymywali się po drodze, to przed jednym, to przed drugim pułkiem. Nakoniec Rostow nie widział już nic więcej, tylko pióropusz biały, na cara kapeluszu trójgraniastym, który powiewał po nad głowami tłumu, igrając z wiatrem.

Zauważył on także w carskim orszaku, księcia Bołkońskiego. Przypomniawszy sobie wczorajszą z nim sprzeczkę, pytając się w duchu, czy ma go wyzwać, czy też powinien dać pokój wszystkiemu?

– Nie! nie! – powiedział sobie. – Czy teraz pora po temu? Co znaczą nasze osobiste kłótnie i urazy, gdy serca nam przepełnia miłość, uwielbienie i chęć poświęcenia się dla naszego pana najmiłościwszego? Kocham w tej chwili świat cały, i wszystko, wszystkim więc przebaczam.

Gdy car przejechał po przed całą linję, pułki zaczęły z kolei przed nim defilować. Rostow na swoim „Beduinie”, którego kupił niedawno od Denissowa, jechał ostatni z całego szwadronu, sam jeden i trochę opodal od reszty.

Jeździec doskonały, wspiął konia ostrogą i puścił się wyciągniętym kłusem. „Beduin” zdawał się odczuwać na sobie wzrok carski. Zapieniony, gryząc niecierpliwie wędzidło, z ogonem pięknie odsadzonym, pędził jak wicher, niby w powietrzu, nie dotykając prawie ziemi swojemi cienkiemi, zgrabnemi nóżkami.

Nie dał mu się i jeździec zawstydzić. Siedział wyprostowany, jakby przyrósł do siodła, z twarzą rozpromienioną i zaniepokojoną jednocześnie. Przelecieli koło cara, jakby koń z jeźdźcem stanowili całość nierozdzielną, w całej swojej piękności i wspaniałomyślności.

– Brawo! brawo! huzary Pawłogrodzcy! – wykrzyknął car.

– Boże! jakże byłbym szczęśliwy, gdyby mi tak kazał natychmiast skoczyć w ogień dla siebie – pomyślał Rostow.

Po skończonej rewji, zgromadzili się w jedno miejsce oficerowie, tak ci, którzy byli przy Kotuzowie od początku kampanji, jak i nowoprzybyli z wielkim księciem Konstantym. Rozprawiali szeroko i długo o czekających ich nagrodach, o austrjakach i tychże umundurowaniu, o Bonapartem, i jego wrzekomo położeniu krytycznem; szczególniej, gdyby połączył się z nimi oddział Essena i gdyby Prusy podały szczerze rękę Rosji, jako z nią sprzymierzone.

Treść główną rozmów, stanowiła niezaprzeczenie osoba samego cara. Powtarzano bez końca każde jego słowo; opisywano każden ruch, a zapał dla młodziutkiego monarchy rósł i potężniał z każdą chwilą.

Ogólnie każdy pragnął jednej rzeczy: iść czemprędzej na nieprzyjaciela, pod cara dowództwem. Z nim każdy był pewnym zwycięstwa. Po skończonej rewji, tak byli mocno przekonani, że rozbiją w puch Napoleona, jakby po wygraniu przynajmniej dwóch walnych bitew.

IX.

Nazajutrz po rewji, Borys w swoim najparadniejszym mundurze, udał się do Ołomuńca, napędzany przez Berga, aby korzystał z dobrych chęci księcia Bołkońskiego. Stanowisko wygodne adjutanta przy jakiejś znakomitej osobistości, oto czego mu właśnie było potrzeba, i do czego wzdychał od dawna.

– Łatwo deklamować takiemu Rostowowi – mówił sobie w duchu – któremu ojciec przysyła naraz po sześć tysięcy rubli. On może nosem kręcić, nazywając to „lokajską służbą”. Ale ja nie mający nic więcej, prócz tęgiej głowy na karku, muszę pchać się naprzód i korzystać z każdej nadarzającej się sposobności, aby tylko zrobić karjerę.

Tego dnia właśnie, nie było Bołkońskiego w Ołomuńcu. Widok miasta, ożywionego obecnością dwóch monarchów, sztabu głównego, ich licznej świty, ich dworu i całej mnogiej rodziny cesarza Franciszka, otoczonego arcyksiążętami, podniecał w nim tem bardziej pragnienie dostania się pomiędzy te sfery najwyższe.

Należał wprawdzie do gwardji, a jednak nie znał tam prawie nikogo. Cały ten tłum wygalonowany, z piersiami okrytemi dekoracjami, tak własnemi, jak i zagranicznemi, który przejeżdżał się po ulicach miasta w pięknych ekwipażach, wydawał mu się o całe niebo wyższym nad niego, małego, nic nie znaczącego oficerka. Rzecz naturalna, że owi wielcy panowie ani wiedzieli, ani wiedzieć pragnęli, czy on wogóle istnieje gdzieś na szerokim świecie. W domu, w którym stanął kwaterą Kotuzow i gdzie spodziewał się znaleźć Bołkońskiego przyjęcie doznane tak od adjutantów, jak i od zgrai służebnej, utwierdziło go w przekonaniu, że mają już po wyżej uszów, takich jak on natrętów. Mimo to już na drugi dzień tem wcale niezrażony, ponowił wizytę. Było to w dniu piętnastym bieżącego miesiąca. Zastał w domu Bołkońskiego. Kazano wejść Borysowi do dużej sali. Służyła ona niegdyś do balów. Wpakowano w nią aż pięć łóżek, mnóstwo gratów i mebli najrozmaitszych, a nawet fortepjan. Jeden z adjutantów w szlafroku, z jaskrawej tureckiej materji, pisał obok drzwi wchodowych, siedząc przed biurkiem. Drugi, znany nam piękny i rosły jak dąb Neświcki, leżał rozciągnięty na łóżku, z ramionami pod głową zamiast poduszki, śmiejąc się i żartując z kolegą, który usiadł w nogach jego łóżka. Inny znowu brzdąkał na fortepianie walca wiedeńskiego. Bołkońskiego nie było w sali. Nikt się nawet nie ruszył zobaczywszy wchodzącego Borysa. Jedynie ów adjutant piszący, odburknął szorstko na jego zapytanie, że Bołkoński jest dziś na służbie, i że znajdzie go w sali audjencjonalnej. Borys podziękował mu grzecznie, udał się według wskazówki korytarzem na lewo, i ujrzał się nagle pomiędzy kilkunastu oficerami i kilku jenerałami.

W chwili gdy wchodził, książę Andrzej rozmawiał właśnie z rosyjskim jenerałem, który miał pełno krzyżów na piersiach. Książę mówił grzecznie, ale z miną kwaśną, znużonego i znudzonego śmiertelnie, który słucha bo musi, długich wywodów, lecz radby od nich uciec jak najprędzej. Jenerał, czerwony niby piwonja, nie młody, z włosami siwemi, wykładał mu swoją sprawę nieśmiało i z pewną trudnością w wyrażaniu się, zwykłą u ludzi wojskowych.

– Dobrze, dobrze, chciej panie jenerale, zaczekać chwilę – bąknął Andrzej po rosyjsku wprawdzie, ale akcentem czysto francuzkim, którego zawsze używał, gdy był w złym humorze, i lekceważył tego z kim rozmawiał.

Skoro spostrzegł Borysa, porzucił natychmiast owego jenerała, mimo że ten biegł za nim, tłumacząc, iż jeszcze ani połowy prośby swojej nie wypowiedział. Andrzej podał rękę Borysowi, ze swoim najmilszym uśmiechem i odszedł z nim do pokoju przyległego. Widząc tę zmianę frontu, Borys zrozumiał nakoniec, co przeczuwał i odgadywał od dawna instynktem. Oto: że po za regulaminem i po za karnością wojskową, tak, jak one stoją napisane w kodeksie armji, i jak przedstawiają się w praktyce w każdym pułku, istnieją formułki i położenia wyjątkowe, które zmuszały, czerwonego i szpakowatego jenerała, starać się o względy młodego adjutanta, i czekać cierpliwie, na jego widzimisię, skoro Andrzej woli rozmawiać w tej chwili, ze skromnym porucznikiem, księciem Trubeckoji. Postanowił odtąd kierować się według tego drugiego kodeksu, pewniejszego, choć go nigdzie nie wydrukowano. Dzięki listom polecającym go od osobistości wielce wpływowych, czuł się wyższym o całe niebo, od owego jenerała, który znowu w szeregu, mógł jednem słowem spiorunować, takiego mizernego porucznika gwardji.

– Żałuję mocno żeś mnie książę kochany nie zastał wczoraj w domu – przemówił Andrzej dłoń mu ściskając. – Biegałem dzień cały z niemcami. Robiłem inspekcją razem z Weirotherem i obmyśliwaliśmy inne kwatery dla wojska. A książę wiesz, że gdy niemcy mają raz pretensją uchodzić za dokładnych i wezmą na kieł, nie ma w tem końca ni miary!

Borys uśmiechnął się, udając że wszystko pojmuje. Tymczasem po raz pierwszy obiło mu się o uszy nazwisko Weirothera i dowiedział się że wojsko ma zmienić kwatery.

– A zatem książę kochany pragniesz zostać adjutantem?

– Tak jest – Borys zarumienił się mimowolnie. – Chciałbym prosić o to główno dowodzącego. Książę Kurakin musiał mu już coś wspomnieć o tem w liście polecającym mnie jego względom. Życzę sobie głównie dla tego, że wątpię bardzo, czy gwardja pójdzie kiedy w ogień.

Był uszczęśliwiony tym pozorem tak zręcznie wymyślonym.

– Doskonale! Pomówimy o tem – odrzucił Andrzej. – Skoro zdam raport, co do tego natrętnego jegomości, powrócę do księcia natychmiast.

Gdy znalazł się Borys nazad w sali audjencjonalnej, ów jenerał rozumiejący swoje stanowisko, spiorunował gniewnem spojrzeniem tego bezczelnego poruczniczka, który przerwał tak niefortunnie jego prośbę, i nie dał mu dokończyć długiego wywodu. Borys czuł się tem trochę zbitym z tropu, i czekał niecierpliwie na powrót Andrzeja. Ten zaprowadził go teraz do dużej sali o pięciu łóżkach.

– Oto moje zdanie w tej sprawie, książę kochany: Przedstawiać cię główno dowodzącemu, uważam za rzecz zupełnie zbyteczną. Nagada ci pełno grzecznostek i zaprosi do siebie na objad... (To by może i nie źle było, pomyślał Borys przez wzgląd na tę odwrotną stronę medalu, co się tyczy karności wojskowej.) I po za tem nic więcej dla ciebie nie zrobi. Dotąd możnaby cały pułk uformować z jego adjutantów i oficerów sztabowych. Obecnie wszystko grawituje ku słońcu: czyli ku osobie naszego pana najmiłościwszego. Udamy się zatem gdzie indziej, tem bardziej, że Kotuzow i jego sztab przyboczny, nie mają obecnie tego znaczenia co dawniej. Pójdziemy wprost do księcia Dołgorukowa, carskiego jenerała adjutanta, mego serdecznego przyjaciela i najlepszego w świecie człowieka. Wspominałem mu już o tobie książe. Może wynajdzie dla ciebie jakie miejsce przy swoim boku, a nawet wyżej, bliżej „słońca”...

Bołkoński był zawsze gotów wesprzeć każdego młodego człowieka, i ułatwić mu karjerę. Miał w tem największą przyjemność. Pod pozorem protegowania innych (dla siebie bowiem, byłby nigdy nikogo o nic nie prosił), krążył dokoła sfery najwyższej, która go pociągała prawie bezwiednie, i z której płynęły promienie łask i względów wszelakich.

Późnym wieczorem weszli do pałacu, który zajmowali obaj monarchowie wraz ze swoją świtą.

Car i cesarz Franciszek byli przytomni dnia tego walnej naradzie wojennej, w której brali udział wszyscy członkowie Hofkriegsrath’u. Zadecydowano na niej, wbrew zdaniu starych, doświadczonych wojskowych, jak Kotuzow i książę Schwarzenberg, że trzeba rozpocząć kroki zaczepne, i wydać bitwę Napoleonowi. W chwili kiedy książę Andrzej szukał wszędzie Dołgorukowa, zauważył na twarzach obecnych podniecenie gorączkowe i wyraz tryumfu, z odniesionego zwycięstwa przez partję „młodych”, nad starszymi i ostrożniejszymi. Głosy umiarkowanych, radzących wyczekiwanie, zostały zagłuszone najzupełniej przez ich przeciwników. Ich argumenta pokonano tak dosadnemi i niewątpliwemi dowodami, że wypada natychmiast wystąpić zaczepnie i toczyć bitwę; iż owa bitwa, jak i zwycięstwo świetne, które nieodwołalnie miało po niej nastąpić, należały już jakby do przeszłości. Napoleona wojsko (przenoszące na pewno liczbą siły dwóch armij sprzymierzonych) było skoncentrowane w jednem miejscu. Armje sprzymierzone, nabrawszy otuchy i animuszu na widok swoich monarchów, pragnęły iść w ogień jak najprędzej. Punkt strategiczny, na którym miały działać, był znany w szczegółach najdrobniejszych jenerałowi Weirother. On więc miał służyć obu armjom za przewodnika. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, armja austrjacka, manewrowała właśnie w tem samem miejscu roku zeszłego. Plan cały został też na mapie ułożony ze ścisłością matematyczną. Bezczynność Napoleona, uważali za brak sił.

Książę Dołgorukow, obrońca najgorliwszy planu zaczepnego, wychodził właśnie z sali obrad, wzburzony, ale dumny z odniesionego tryumfu. Andrzej pośpieszył przedstawić, mu swego protegowanego. Dołgorukow nie był w stanie powstrzymać się w zapale, który nim miotał, i zaczął wywnętrzać się przed Andrzejem, nie zwracając wcale uwagi na Borysa.

– No! i cóż ty na to mój drogi, żeśmy zwyciężyli na całej linji? – przemówił żywo po francuzku. – Daj tylko Boże, żeby to drugie, które nastąpi po tem pierwszem zwycięstwie, było równie świetne i doniosłe. Przyznam ci się szczerze, że źle osądzałem Austrjaków, a szczególniej Weirothera! Co za dokładność! Jaka znajomość terenu, w szczegółach najdrobniejszych. Jakie przewidywanie i obliczania naprzód, wszelkich możliwych wypadków i okoliczności! Nie można bo też sobie wyobrazić, korzystniejszej całości i położenia, jak to, w którem znajdujemy się obecnie. Idąca w parze, dokładność najskrupulatniejsza austrjacka, z szaloną rosyjską odwagą! Czego można sobie więcej życzyć?

 

– Atak zatem zdecydowany?

– Tak, mój drogi! Bonaparte, o ile mi się zdaje stracił głowę najzupełniej. Nasz pan najmiłościwszy dostał dzisiaj list od niego...

I Dołgorukow uśmiechnął się znacząco.

– Oho! Cóż on tam może pisać?

– Co? Ot! banialuki, ni to, ni owo, byle zyskać na czasie. Wpadnie nam w ręce, jak dwa a dwa cztery. Zobaczysz mój drogi! Najzabawniejsze z tej całej historji – tu znowu uśmiechnął się drwiąco – że nie wiedziano jak do niego odpowiedź zaadresować. Nie można przecież było podpisać „Konsulowi”, nie chciano zaś dać mu tytułu „Cesarza Napoleona”... zostawało więc jedynie: – „Jenerałowi Bonaparte” – takie było przynajmniej moje zdanie, co do tego...

– No! zdaje mi się – wtrącił Bołkoński od niechcenia – że od nieuznawania go cesarzem, a tytułem jenerała trochę za wielka różnica...

– Zapewne i w tem właśnie polega trudność rozwiązania kwestji – odrzucił żywo Dołgorukow. – To też Bilibin, sypiący dowcipy jak z rękawa, zaproponował całkiem serjo, adres następujący:

„Uzurpatorowi praw monarchów „z Bożej łaski” i wrogowi ludzkości!”

– Bagatela! Tylko tyle?...

– W końcu jednak rozciął węzeł gordyjski, jako człowiek rzeczywiście rozumny i zręczny dyplomata...

– W jakiż sposób?

– „Do Naczelnika rządu we Francji” – Doskonale, co?

– Dobrze... sądzę atoli, że Napoleonowi ten adres nie będzie się podobał – Bołkoński zauważył.

– Oh! o tem nikt z nas nie wątpi. Brat mój, który zna go doskonale, kilka razy bowiem był zapraszany na objady do owego cesarza w czasie swojego pobytu w Paryżu, opowiadał mi, że nie zdarzyło mu się w życiu spotkać bardziej chytrego i zręcznego dyplomaty. Podstępność włoska, w parze z przebiegłością francuzką. Znane ci są zapewne książę kochany, rozmaite anegdoty o hrabiu Markowie, jednym jedynym który umiał sobie z nim radzić. Czy opowiadano ci historyjkę o chustce od nosa? Zachwycająca!

I Dołgorukow, sławny gaduła, zaczął opowiadać szeroko i długo, zwracając się to do Andrzeja, to do Borysa, jak Bonaparte, chcąc wypróbować rosyjskiego ambasadora, upuścił chustkę i stał przed nim czekając w nadziei, że ten mu ją podniesie. Markow atoli, upuścił tak samo swoją i podniósł ją, tamtej ani dotknąwszy.

– Anegdotka wyborna! – wykrzyknął Bołkoński. – Książę raczysz jednak pozwolić, że mu w dwóch słowach polecę sprawę, tego oto młodzieńca...

Adjutant, wysłany, aby Dołgorukowa odszukał, car go bowiem potrzebował, nie dopuścił Bołkońskiego do słowa i przerwał mu w połowie jego frazes polecający.

– Ah! co za nuda, te wieczne narady – bąknął niechętnie Dołgorukow, zrywając się nie mniej z pośpiechem z siedzenia. Uścisnął na prędce dłoń obu młodym ludziom.

– Uczynię, co tylko będzie w mojej mocy, dla twego protegowanego kochany książę! Taki miły i sympatyczny młodzieniec! Wyłuszczysz mi całą sprawę innym razem... Widzicie panowie sami, że nie dadzą mi swobodnie odetchnąć – dodał ściskając ponownie dłonie Andrzeja i Borysa poufale, ale z pewną wielko-pańską nonszalancją.

Borys był niesłychanie wzruszony tem zetknięciem się tak bliskiem, z osobistością pierwszorzędną, z człowiekiem, który rozkazywał owym tłumom nieprzeliczonym wojska nagromadzonego. Czemże on, biedny, nic nie znaczący atom, był w obec takiej jak Dołgorukow matadory? Gdy tak szli za Dołgorukowem wzdłuż korytarza i gdy ten wchodził na carskie pokoje, wyszedł z tamtąd mężczyzna w ubraniu cywilnem, postawy wyniosłej, brzydki, ale mimo to z wyrazem wyższej inteligencji w twarzy. Szczęka górna, mocno naprzód wystająca, nadawała jego fizjognomji dużo życia niemniej piętno siły i energji. Skinął głową Dołgorukowowi, jak się to czynić zwykło z serdecznym przyjacielem i rzucił na księcia Andrzeja spojrzenie zimne, na wskroś przenikające. Szedł dalej dumnie, sądząc na pewno, że Bołkoński ukłoni mu się pierwszy i z drogi przed nim się usunie. Gdy jednak książę Andrzej tego nie uczynił, twarz owego mężczyzny zapłonęła gniewam widocznym. Odwrócił się natychmiast i poszedł drugą stroną korytarza.

– Kto to? – szepnął Borys.

– Człowiek niepospolity, ale zarazem... dla mnie przynajmniej.. nie do zniesienia. Minister spraw zewnętrznych, książę Adam Czartoryski... Tacy to ludzie – tu Andrzej mimowolnie westchnął ciężko – rozstrzygają częstokroć losy narodów.

Zaraz nazajutrz zaczął się ruch obu armii. Borys nie widząc się więcej ani z Andrzejem, ani z Dołgorukowem, aż do owej pory, kiedy stoczono bitwę pod Austerlitz, pozostał najspokojniej w swoim pułku.