Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XIII.

W dniu 1go listopada Kotuzow dostał raport od jednego ze swoich szpiegów, według którego osądził, że armja rosyjska była zgubiona bez ratunku. Francuzi, przeszedłszy przez most (tak stało w raporcie) posuwali się szybko i z wielkiemi siłami, aby go odciąć od posiłków nadesłanych mu z Rosji. Jeżeliby Kotuzow zdecydował się pozostać w Krems, stopięćdziesiąt tysięcy armji Napoleona przecięłyby mu wszelką komunikację, otaczając jego garstkę, liczącą zaledwie czterdzieści tysięcy, zmęczoną i wycieńczoną. Wtedy znalazłby się w tem samem rozpaczliwem położeniu, co Mack w Ulm. Gdyby opuścił bity gościniec, na którym jedynie mógł połączyć się z posiłkami, musiałby chyba cofać się w niedostępne i nieznane mu góry czeskie, opędzając się co chwila od nieprzyjaciela, ścigającego krok za krokiem nieszczęśliwych rozbitków. Ostatecznie jeźli się zdecyduje na cofanie ku Ołomuńcowi, narazi się na tę fatalność, że mogą go wyprzedzić Francuzi, i zmuszą do przyjęcia bitwy, podczas marszu, w chwili, kiedy wszystkie jego bagaże będą w tyle, a nieprzyjaciel będzie trzy i cztery razy silniejszy od niego. Wybrał jednak tę ostatnią drogę.

Francuzi posuwali się rzeczywiście marszem pospiesznym ku Znaimowi a więc na drodze, którą cofał się Kotuzow. Byli jednak o jakie sto wiorst oddaleni dotychczas od niego. Jeżeliby im pozwolił wyprzedzić siebie, armja rosyjska byłaby zgubioną bezpowrotnie i musiałaby kapitulować najhaniebniej, tak samo jak Mack w Ulm. Jedną miał tylko szansę uratowania armji, jeżeliby dotarł do Znaimu przed Francuzami. Było to jednak więcej niż wątpliwem, uwzględniając znużenie tak ludzi, jak koni i taką liczbę do przeprowadzenia. Czterdzieści tysięcy! Droga którą posuwali się Francuzi z Wiednia do Znaimu, była o wiele prostszą, niż owa, po której cofał się Kotuzow z Krems do Znaimu.

Bagrationowi udało się zrobić 45 wiorst przez góry, drogami leśnemi, wśród nocy burzliwej z żołnierzami zgłodzonymi i prawie bosymi. Ledwie bowiem dostał ów raport, Kotuzow natychmiast wysłał Bagrationa tędy, z awangardą około czterech tysięcy ludzi liczącą ku Znaimowi. Dostał on rozkaz maszerować bez wytchnienia w ten sposób, żeby mieć Wiedeń naprzeciw siebie a Znaim za sobą. Jeżeliby jego gwiazda szczęśliwa, pozwoliła mu dojść tam przed Francuzami, miał wstrzymywać nieprzyjaciela jak najdłużej, aby zostawić czas Kotuzowowi, do cofnięcia się i zajęcia Znaimu z całym transportem amunicji i resztą bagaży.

Rzeczywiście Bagration wysunął się z wąwozu Hollabrünn, na drodze z Wiednia do Znaimu, na kilka godzin przed Francuzami. Pogubił po drodze prawie trzecią część żołnierzy, jako maruderów niezdolnych do służby. Aby zostawić Kotuzowowi przynajmniej tych dwadzieścia cztery godzin, niezbędnych do osiągnięcia celu zamierzonego, miał on wstrzymać armję stutysięczną w Hollabrünn, swoją garstką niedobitków, zgłodniałych i opadających na siłach, i tym sposobem ratować od zagłady wojsko rosyjskie. Było to proste niepodobieństwo. Fortuna jednak, niedocieczona w swoich zwrotach kapryśnych, uczyniła to możebnem. Powodzenie nadzwyczajne, owej chytrej sztuczki, która oddała w ręce Francuzów bez wystrzału, punkt najważniejszy, ów most pod Wiedniem, poddało myśl Murat’owi, użyć tej samej pułapki i teraz. Spotkawszy na drodze nieliczny oddział Bagrationa, sądził on, że ma przed sobą całą armję Kotuzowa. Przekonany z góry, że zgniecie ją, skoro nadejdą oczekiwane przezeń posiłki, zaproponował zawieszenie broni na trzy dni podczas których mieli zostać obaj na zajętych względnie stanowiskach. Dla tem pewniejszego zyskania rozejmu na ten krótki przeciąg czasu, potwierdził niejako głuche wieści, co do punktów przedugodnych pokoju, który miano wkrótce zawrzeć. Pocóż zatem mają daremnie krew rozlewać. Jenerał austrjacki Nostitz, postawiony na samym przodzie, uwierzył mu na słowo i cofając się odsłonił garstkę Bagrationa. Drugi parlamentarz zawiózł do obozu rosyjskiego te same kłamliwe zapewnienia. Na to odpowiedział Bagration, że nie może ani przyjmować ani odrzucać zawieszenia broni, musi bowiem odnieść się z tem do główno-dowodzącego, do którego wysłał swojego adjutanta. Ta propozycja uratowała armję rosyjską od zupełnej zagłady; Kotuzow posłał też natychmiast swojego adjutanta, Wintzengerode, upoważniając go, nie tylko do zawarcia żądanego zawieszenia broni, ale do postawienia nawet warunków kapitulacji. Porozsyłał jednocześnie rozkazy na wszystkie strony, aby przyspieszyć pochód armji, o której nie wiedział dotąd nieprzyjaciel. Posuwała się ona cichaczem, pod słabą zasłoną kilku zaledwie tysięcy Bagrationa, stojących nieruchomo, w obec sił nieprzyjacielskich, liczących ośmiu ludzi na jednego żołnierza rosyjskiego. Sprawdziły się przewidywania Kotuzowa. Propozycje kapitulacji nie obowiązywały go do niczego, a zyskiwał przez to na czasie, co stanowiło zbawienie armji. Czuł on instnyktowo że błąd Murat’a zostanie wkrótce odkryty. I tak stało się rzeczywiście. Zaledwie dostał Napoleon w Schönbrunnie, gdzie stanął główną kwaterą, raport Murat’a z pod Hollabrunn o projekcie zawieszenia broni i kapitulacji, zrozumiał, że tenże został po prostu oszukanym i odpisał mu list tej treści:

Do księcia Murat’a.

„Schoenbrunn, 25 brumaire’a (16 listopada) roku 1805 o ósmej rano”.

„Niepodobna mi znaleźć dość dosadnych określeń, aby wyrazić moje najwyższe niezadowolenie. Książę dowodzisz li małą awangardą, i nie masz prawa zawierać jakiegokolwiek zawieszenia broni bez mego rozkazu. Z twojej łaski tracę wszelkie korzyści, z obecnej kampanji. Rozkazuję zerwać natychmiast zawieszenie broni i uderzyć bez zwłoki na nieprzyjaciela. Wytłumaczysz książę parlamentarzowi, że jenerał, podpisujący punkta przedugodne kapitulacji, nie miał tak samo prawa do tego, jak i ty. To prawo przysłuża jedynie carowi wszech Rossji”.

„Gdyby car miał rzeczywiście potwierdzić ową kapitulację i jam gotów takową podpisać, ale to sztuczka tylko, na którą dałeś się książę złapać.”

„Adjutant jest po prostu... Oficerowie nic nie znaczą w ogóle, jeżeli nie mają pełnomocnictwa od swoich monarchów, ten zaś go nie posiada. Żądam żebyś zaatakował armję rosyjską i zniszczył ją... możesz to uczynić, nabierając jej amunicję i wszystkie bagaże. Austrjacy dali ci się wywieść w pole na moście pod Wiedniem, a ciebie teraz, książę, wodzi tak samo za nos, jakiś tam adjutancik!”

„Napoleon”.

Gdy kurjer wysłany z tym listem piorunującym, galopował na złamanie karku, Napoleon w obawie, żeby mu się z rąk nie wysunęła zdobycz aż nadto łatwa, nadciągał pospiesznie, z wszystkiemi siłami, aby stoczyć walną bitwę. Tymczasem jednak, biedne niedobitki Bagrationa zapalały radośnie ognie w obozie, grzały się przy nich, raz pierwszy, od trzech dni marszu forsownego i gotowały swoją nędzną strawę, ani przeczuwając burzy, która miała wkrótce spaść na nich.

XIV.

Jeszcze nie wręczył Murat’owi listu goniec wysłany przez Napoleona, gdy przybył do obozu Bagrationa książę Andrzej, o czwartej po południu, uprosiwszy to sobie u główno-dowodzącego. Spotkał się z samym Bagrationem w Grounth. Rozmawiano tam o mającym nastąpić pokoju, nie całkiem jednak wierząc tej pomyślnej wiadomości, przypuszczano również, że przyjść może do bitwy z nieprzyjacielem. Bagration przyjął ulubionego adjutanta Kotuzowa z uprzejmością uprzedzającą. Zapowiedział z góry Andrzejowi, że wkrótce zapewne przyjdzie do spotkania z nieprzyjacielem i zostawił mu wolny wybór, czy chce zostać podczas bitwy przy jego boku, czy też będzie pilnował rejterady tylnej straży, co również jest sprawą bardzo ważną.

– Na dziś, nie spodziewam się jeszcze starcia – dodał Bagration, jakby chciał uspokoić księcia Andrzeja. Powiedział zaś sobie w głębi duszy: – Jeżeli to tylko pospolity chłystek z głównego sztabu, wysłany umyślnie, aby mógł łatwym sposobem zarobić na dekoracją, tak samo zdobędzie ją w arjergardzie. Skoroby jednak wolał zostać przy moim boku, widocznie zuch z niego! Tem lepiej zatem! ja bowiem potrzebuję mieć pod ręką tęgich oficerów.

Książę Andrzej nie odpowiadając na razie, na tę podwójną propozycją, prosił Bagrationa o pozwolenie rozlokowania wojska, aby mógł zorjentować się w danej chwili. Oficer z jednego oddziału, będący właśnie na służbie, ofiarował mu się za przewodnika. Był to bardzo piękny młody człowiek, z ułożeniem wielce dystyngowanem. Na palcu miał sygnet z dużym brylantem, mówił wprawdzie nie najlepiej po francuzku, ale widocznie z wielką chęcią i przyjemnością.

Przejeżdżając spotykali wszędzie oficerów przemokłych do koszuli, jak też żołnierzy ciągnących drzwi, ławki i koły z płotów powyłamywane.

– Widzi książę, nie jesteśmy w stanie pozbyć się takich hultajów – bąknął oficer z kwaśną miną, wskazując ręką na namiot markietanki. – Dowodzący są do zbytku pobłażliwi, pozwalając im gromadzić się tutaj... Rano porozpędzałem na cztery wiatry tę hołotę i oto znowu ich pełno, jak śledzi w beczce. Pozwól książę, żebym zrobił z nimi porządek.

– I owszem – odrzucił Andrzej – i ja kupię cokolwiek przy tej sposobności, bo dotąd nie pomyślałem jeszcze o jedzeniu.

– Gdybym był przeczuł coś podobnego, byłbym księcia poprosił, żebyś raczył ze mną podzielić bodaj... chleb z solą.

Zsiedli z koni i weszli do namiotu. Kilku oficerów widocznie znużonych, ale z twarzami pałającemi raczyli się sutemi libacjami i jedli coś niecoś przy tej okazji.

– Na miły Bóg, panowie! – odezwał się oficer służbowy tonem pełnym wyrzutu, który dowodził, że nie pierwszy dopiero raz im to mówił. – Wiadomo wam przecie, że książę Bagration, nakazał najsurowiej, żeby nikt nie śmiał opuszczać wyznaczonego mu stanowiska i zbierać się tłumnie tutaj. – Tu zwrócił się specjalnie z mową do wyższego oficera artylerji wzrostu małego, chudego i wielce zaniedbanego pod względem ubrania. Ten stał z uśmiechem nieśmiałym i pełnym zakłopotania, gdyż był bez butów. Suszyła je właśnie nad płomieniem markietanka. – I pan tutaj, kapitanie Tonszyn! Czy nie wstyd wam? Jako dowodzący oddziałem artylerji powinnibyście właśnie świecić przykładem. A pan tymczasem siedzisz tu bez butów. Gdyby tak nagle uderzono w bębny na alarm, ślicznie byś pan wyglądał! Chciejcie mi panowie zrobić tę przyjemność i wracajcie na wasze stanowiska, wszyscy bez wyjątku! – dodał tonem ostrej komendy.

 

Książę Andrzej nie mógł wstrzymać się od uśmiechu, spojrzawszy na Tonszyna, który stojąc dotąd zmięszany, przestępował szybko z nogi na nogę, milczący i zakłopotany. Oczy jego poczciwe i pełne inteligencji, patrzyły serdecznie, to na jednego, to na drugiego z nowoprzybyłych, jakby błagając o przebaczenie.

– Żołnierze utrzymują, że o wiele wygodniej bez botów – odpowiedział Tonszyn prawie z pokorą, chcąc wydobyć się przy pomocy żarciku z fałszywego położenia. Zmieszał się jednak do reszty, spostrzegłszy, że jego żarcik niewinny, przyjęto nader niełaskawie.

– Proszę wracać na stanowiska! – powtórzył groźnie oficer służbowy, starając się zachować minę serjo.

Książę Andrzej zmierzył raz jeszcze wzrokiem artylerzystę. Był to typ odrębny, trochę śmieszny co prawda, nie miał w sobie nic a nic, z cech odznaczających stan wojskowy, wywierał jednak na pierwszy rzut oka wrażenie nader sympatyczne.

Skoro wyjechali po za wieś, spotykali co krok tak żołnierzy, jak i oficerów różnej broni. Na lewo zobaczyli szaniec z gliny czerwonej, który zaczęto sypać. Kilka oddziałów w koszulach, mimo wichru północnego, który mroził do szpiku i kości, pracowało przy nim, niby wielkie mrowisko. Przypatrzywszy się z uwagą ich robocie, puścili się galopem w dalszą drogę pnąc się pod górę naprzeciw.

Z tego wzgórza zobaczyli kolumny francuskie.

– Tam nasza baterja, należąca właśnie do owego oryginała bez butów. Jedźmy książę na wzgórek. Punkt to najwyższy, z tamtąd wszystko dokładniej zobaczymy.

– Dzięki stokrotne, potrafię już teraz sam drogę znaleźć – bąknął Andrzej od niechcenia, pragnąc pozbyć się z karku towarzysza. – Nie trudź się pan dalej, proszę bardzo.

I rozdzielili się, każdy dążąc w inną stronę.

O jakie dziesięć wiorst od Francuzów, na drodze do Znaimu, którą jechał książę Andrzej tego samego dnia z rana, panowało zamięszanie i nieład nie dający się opisać. Już w Gronth, czuł w powietrzu pewien niepokój i niezwykłe poruszenie. Tu przeciwnie, im bardziej zbliżał się do nieprzyjaciela, przekonywał się, ku najwyższemu swojemu zadowoleniu, że panował wszędzie wzorowy porządek i nie można było niczego zarzucić żołnierzom. Wszyscy byli ubrani w szare szynele, stojąc w ściśnionych szeregach, w prostej linji wyciągnięci, jak pod sznur, przed oficerami i kapitanami. Ci liczyli swoich ludzi, przykładając każdemu palec do piersi. Ostatniemu żołnierzowi, kazano podnosić ramię do góry w każdym oddziele, na znak, że rachunek skończony. Kilku znosiło kloce drzewa i gałęzie, żeby sobie zbudować na prędce szałasy. Śmiano się i żartowano wesoło. W koło ogniska potworzyły się grupy. Jedni byli zupełnie ubrani, inni na pół nadzy, suszyli nad ogniem koszule, naprawiali buty i szynele siedząc przykucnięci na ziemi. W jednym z oddziałów, dogotowywała się zupa w kotle olbrzymim, a żołnierze wyglądali z niecierpliwością chwili uroczystej, kiedy sierżant powróci od oficera, któremu poniósł naprzód zupę do skosztowania, według przepisu i zacznie im porcje rozdawać.

W innym oddziele, nierównie szczęśliwszym (bo nie wszędzie znalazła się wódka), żołnierze cisnęli się jeden przez drugiego do podoficera, z twarzą mocno ospowatą i z barami szerokiemi jak u niedźwiedzia. Ten miał przed sobą sporą beczułkę z okowitą i wlewał każdemu z nich, mierząc równo, do pokrywki od garnka blaszannego, który każdy z żołnierzy niósł w tornistrze. Żołnierze podnosili blaszankę z namaszczeniem, usta wódką przepłókiwali a połknąwszy ją ocierali usta rękawem. Każdy z nich wracał na miejsce z zadowoleniem przykrywając nazad garnek. Tak byli apatyczno-spokojni, że nikt z ich miny nie byłby się domyślił obecności nieprzyjaciela prawie o dwa kroki. Mogło się raczej zdawać, że odpoczywają podczas manewrów, na popasie we własnym kraju, niż że są w przededniu bitwy, w której połowa z nich prawdopodobnie, padnie na placu boju. Książę Andrzej, przejechawszy obok pułku strzelców, dotarł do ścieśnionych szeregów grenadjerów kijowskich. I oni, zachowując postawę marsową, imponującą, byli tak samo zatrudnieni spokojnie, jak i ich towarzysze z innej broni. Tuż blisko szałasu, w którym mieszkał komendant szwadronu, spostrzegł garstkę grenadjerów, przed którymi leżał tęgi chłop, obnażony i rozciągnięty na ziemi. Dwóch ludzi trzymało go za głowę i za nogi, dwaj drudzy, smagali mu plecy, uderzając w takt prętami z leszczyny, cieńkiemi a elastycznemi. Skazany na chłostę krzyczał w niebogłosy; major zaś budowy atletycznej, przechadzał się tymczasem, tam i nazad, licząc razy z krwią najzimniejszą i powtarzając te słowa:

– Wstyd dla żołnierza kraść, ale wstyd jeszcze większy okradać swojego towarzysza! Żołnierz powinien być uczciwy i odważny. Złodziej nie ma ambicji, jest więc łajdakiem! Jeszcze! jeszcze! a bijcie z całej siły, żeby hultaj nauczkę popamiętał...

Razy padały a bity wrzeszczał coraz głośniej.

Młody oficer przechodzący tamtędy na którego twarzyczce gołowąsej, i delikatnej jak u panienki, malowało się współczucie mimowolne dla winowajcy, spojrzał zdziwiony na księcia Andrzeja, poznawszy po mundurze, adjutanta jenerała Kotuzowa.

Andrzej zrównawszy się z forszpanami, przeglądnął je szczegółowo. Linja tyraljerów nieprzyjacielskich i rosyjskich, oddalona znacznie od siebie, na skrzydle lewem i prawem, w samym środku, była o wiele bliżej. W tem samem miejscu, ukazał się dziś rano parlamentarz. Tak były do siebie te linje zbliżone, że żołnierze mogli rozpoznawać barwę munduru i rysy twarzy, a nawet rozmawiać jedni z drugimi. Wielka liczba ciekawych cywilów, wcisnąwszy się pomiędzy żołnierzy, przypatrywała się i gapiła na tych nieprzyjaciół, dotąd niewidzianych, a tak dziwnie wyglądających. Mimo surowego rozkazu oficerów, żeby oddalili się natychmiast, chłopi i mieszczanie okoliczni stali w miejscu, jak przykuci. Żołnierzom rosyjskim, sprzykrzyło się prędko to widowisko; żaden z nich ani spojrzał więcej na Francuzów. Skracali sobie czas stojąc na warcie, strojeniem żarcików z nowo przybyłych. Książę Andrzej zatrzymał się, chcąc również przypatrzeć się nieprzyjacielowi.

– Słuchaj no! słuchaj! – zaśmiał się jeden z żołnierzy, trąciwszy w bok swojego sąsiada, a pokazując na innego towarzysza, który wysunięty naprzód z szeregu, rozmawiał żywo, wymachując przytem rękami, z grenadjerem francuzkim, dalej ciągnął: – Jak ten ci trzepie tym psim językiem! nieprzymierzając, jakby urodził się Francuzem... Tamten nie może mu nastarczyć! Cóż ty na to, Sidorow?

– Zaczekaj... niech wsłucham się lepiej... Do kroćset djabłów! pytluje jak w młynie – machnął ręką Sidorow, uchodzący za najlepszego francuza w pułku.

Żołnierz, podziwiany z powodu swojej biegłości w francuzczyźnie, był to Dołogow. Nadchodził od lewego skrzydła razem ze swoim kapitanem.

– A no jeszcze, jeszcze – zachęcał go kapitan, wyciągnąwszy szyję naprzód jak żuraw, aby nie stracić ani jednego słowa z rozmowy, dla niego zupełnie niezrozumiałej. – Mów do niego, mów... Co on ci tam plecie?

Dołogow mocno zajęty dysputą z grenadierem francuzkim, nic mu na razie nie odpowiedział. Rozmawiali o kampanji. Francuz mieszając Austrjaków z Rosjanami, utrzymywał uparcie, że ci ostatni poddali się i uciekli z Ulmu; Dołogow natomiast starał się przekonać uparciucha, że Rosjanie wręcz przeciwnie, pobili Francuzów i ani im się śniło poddawać.

– A teraz, jak tylko nam rozkażą, wyrzucić was ztąd – przechwalał się Dołogow – rozpędzimy wszystkich na cztery wiatry!

– No! no! uważajcie raczej – zaśmiał się Francuz – żebyśmy was nie wzięli w niewolę jak stado baranów.

Dołogow parsknął również śmiechem.

– Nie doczekanie wasze! Potańczycie po naszej muzyce, jak za czasów Suwarowa!

– O czem on tam śpiewa, ten Moskal? – spytał inny grenadjer francuzki.

– Eh! – machnął pierwszy ręką lekceważąco. – Coś tam prawi o historji starożytnej – sądził bowiem, że Dołogow wspomina o wypadkach wojen odwiecznych.

– Cesarz pokaże figę waszemu Suvara, jak i innym pokazał...

– Bonaparte? – spytał Dołogow, przerwał mu jednak Francuz dotknięty do żywego:

– Nie ma żadnego Bonapartego, rozumiesz?! Jest tylko nasz cesarz sacre nom!...

– A djabli by porwali was wszystkich, razem z waszym cesarzem! – Zaczął Dołogow kląć prawdziwie po moskiewsku, a zarzuciwszy karabin na ramię oddalił się bąknąwszy gniewnie: – Chodźmy, panie kapitanie! Nie dogadamy się z tym błaznem!

– To ci naplótł Francuzowi! – cieszyli się żołnierze, w ręce klaszcząc – aż mu gdzieś w uszach zadźwięczało! Teraz kolej na ciebie, Sidorow...

I Sidorow, nie dając się długo prosić, mrugnął oczami do Francuzów, aby zwrócić ich uwagę na siebie. Potem zaczął sypać jak z rękawa słowa bez sensu ni związku: jak naprzykład: – „cari, mata, tafa, safi, muter, casca”... starając się nadać głosowi swojemu coraz inne intonacje, pełne wyrazu i znaczenia. Żołnierze otaczający go, wybuchnęli śmiechem tak szczerym, tak wesołym, że przeszedł aż za linję i udzielił się Francuzom. Można było przypuścić, patrząc na to zdaleka, że potrzeba tylko było wystrzelić w powietrze naboje i zabrać się do domu, tak z jednej jak i z drugiej strony. Karabiny jednak zostały nabite, okna w domach, służące za strzelnice i okopy zachowały swoją groźną fizjognomję, a i działa również, zwrócone wylotami ku nieprzyjaciołom, stały ponure i straszne w swojej nieruchomości.

XV.

Książę Andrzej przejechawszy w ten sposób linię bojową, aż do lewego skrzydła, zaczął piąć się na wzgórek, na którym ustawiono działa, a zkąd, jak twierdził adjutant Bagrationa, można było, jako z punktu najwyższego, objąć okiem cały teren zajęty przez armją nieprzyjacielską. Zsiadł z konia i zatrzymał się na końcu baterji, przy czwartem i ostatniem dziale. Artylerzysta stojący na warcie chciał broń sprezentować. Na znak wstrzymujący go w tym zapędzie, księcia Andrzeja, odwrócił się, aby przechadzać się dalej krokiem miarowym, jednostajnym. Po za armatniemi wylotami znajdowały się przodki, jeszcze trochę dalej, stały konie uwiązane za uzdy do kołów i widać było ognisko artylerzystów. Na lewo, niedaleko od ostatniego działa, wznosił się szałasik niziutki, sklecony na prędce z kołów wbitych w ziemię, i z gałęzi oplatających je w około. Z wnętrza szałasu wydobywały się głosy ożywione kilku oficerów.

Z tego pagórka można było rzeczywiście objąć wzrokiem prawie całą linję bojową tak rosyjską jak i większą część armji francuzkiej. Na drugim pagórku, naprzeciwko, rysowała się na tle nieba, niepewnemi konturami wieś Schöngraben. Na prawo i lewo, można było dojrzeć gołem okiem, w trzech punktach odrębnych, wyłaniające się z pomiędzy dymów ognisk porozpalanych w obozie francuzkim, wojsko nieprzyjacielskie, którego część przeważna, była rozlokowana we wsi i za pagórkiem. Na lewo, po za domami, wśród chmur dymu, przebłyskiwała niewyraźnie niby wielka plama ciemna; prawdopodobnie baterja dział nieprzyjacielskich, o ile można było o tem sądzić, gołem okiem z tak znacznej odległości. Rosyjskie prawe skrzydło, rozciągało się dość wysoko, górując nad linją bojową nieprzyjaciół. Było ono zajęte przez piechotę i oddział dragonów, których widziało się dokładnie na brzegu płaszczyzny. Z centrum, gdzie znajdowała się obecnie baterja kapitana Tonszyna i gdzie bawił chwilowo książę Andrzej, szła drożyna wijąc się ślimakowato z góry na dół, aż ku małej rzeczce raczej strumieniowi, który przedzielał wojsko rosyjskie od wioski Schöngraben. Na lewo, siły rosyjskie, zajmowały całą przestrzeń, aż do lasów, których krawędź gąszczem pokrytą, oświetlały zdala łuną od nich bijącą rosyjskiej piechoty. Linja bojowa wyciągnięta przez Francuzów, była o wiele dłuższą i było widocznem, że w danym razie, mogliby oskrzydlić z dwóch stron naraz garstkę wojska rosyjskiego. Wąwóz ścięty prostopadle, rozciągał się w tyle, po za linją bojową rosyjską, czyniąc prawie niemożliwą rejteradę tamtędy tak konnicy jak artylerji. Książę Andrzej oparty o działo, oznaczał na prędce, w swojej notatce, pozycją zajmowaną przez jego wojsko. Podkreślił dwa miejsca, na które pragnął zwrócić szczególniejszą uwagę Bagrationa. Chciał mu przedstawić plan, według którego skoncentrowanoby artylerją rosyjską w samym centrum, przeprowadzając piechotę na drugi brzeg wąwozu. Książę Andrzej, przydzielony od początku kampanji do boku główno-dowodzącego, nawykł zdawać sobie szybko sprawę i orjentować się na pierwszy rzut oka w poruszeniu się całej masy wojska i jakby je można rozlokować z największą korzyścią. Dużo czytał i pracował w tym kierunku, studjując bacznie opisy historyczno-strategiczne stoczonych bitew. W potyczce, do której gotowały się obie strony, uderzały go jedynie rysy główne i zastanawiał się głęboko, jakie może pociągnąć za sobą następstwa ten lub ów ruch wojska, i jaki wpływ wywrze na całość starcie się z nieprzyjacielem?

 

– Jeżeli nieprzyjaciel – pomyślał sobie – zaatakuje najpierw prawe skrzydło, będą zmuszeni bronić swojej pozycji grenadjerzy kijowscy i strzelcy z Podola, póki ich nie wzmocnią rezerwy z centrum. W takim razie, mogliby dragoni wykonać szarżę z boku na nieprzyjaciela, i rozbić go w puch. Jeżeliby zaś zaatakowali najprzód nasz środek, który zresztą jest zasłonięty od głównej baterji, skoncentrujemy lewe skrzydło, na tej tu wysokości i będziemy cofali się zwolna ku wąwozowi, tak, żeby jedna część wojska zasłaniała drugą.

Zatopiony w tych planach, które w głowie układał, słyszał nie zwracając na ich słowa najmniejszej uwagi, rozmowę oficerów w szałasie zgromadzonych. Jeden z tych głosów uderzył go jednak szczerością, którą czuło się mimowolnie w jego brzmieniu. Zaczął słuchać teraz uważniej.

– Nie, mój drogi – mówił ów głos dziwnie sympatyczny i znajomy mu o ile się zdawało – powtarzam raz jeszcze, że gdybyśmy mogli wiedzieć naprzód i z całą dokładnością, co nas czeka po śmierci, niktby się jej nie obawiał. I to jest tak a nie inaczej, wierz mi kochany przyjacielu.

– Czy boimy się jej, czy nie, na jedno wyjdzie – dał się słyszyć głos inny, młodszy widocznie. – Nie ominie ona nas i przybędzie prędzej, czy później...

– Tak, zapewne... tymczasem jednak boimy się śmierci i kwita.

– Ah! wy mądrzy filozofowie! – wykrzyknął głos trzeci, o dźwięku basowym, prawdziwie męzkim. – Łatwo wam filozofować! Wy, artylerzyści, dla tego tylko tak plujecie mądremi sentencjami, że u was w jaszczykach obok amunicji, nie braknie nigdy dobrej wódeczki i czegoś do zjedzenia. Gdy żołądek pełny, znajdzie się i rozum z większą łatwością.

Był to widocznie żarcik, puszczony przez piechura.

– Wszystko to dobre i piękne, a koniec końcem, każdy z nas lęka się tego, co mu jest nieznanem. Niech nam prawią co chcą o duszy idącej po śmierci do nieba... czy my wiemy jak ono wygląda?... Uczą nas przecie, że ten błękit nad nami, to tylko otaczająca nas atmosfera i że...

– Ot! potraktowałbyś nas raczej Tonszyn, twoim absyntem, zamiast prawić nam ni to ni owo! – wpadł mu w słowo ów głos basowy.

– To jest zatem ten sam kapitan – pomyślał Andrzej, poznając z przyjemnością do kogo należał ów głos tak mu sympatyczny – którego zastaliśmy boso u markietanki, suszącego sobie buty nad ogniskiem.

– Oh! i owszem, potraktuję was najchętniej. Co do zrozumienia życia pozagrobowego...

Nie skończył frazesu rozpoczętego, w tej samej bowiem chwili, usłyszano świst przeraźliwy w powietrzu, i kula armatnia lecąc z szybkością odurzającą, zaryła się w ziemię z hukiem i hałasem, rozrzucając w koło siebie piasek i glinę. Obok szałasu stojący uczuli, jakby lekkie trzęsienie ziemi. Tonszyn wyleciał jak z procy, trzymając w zębach niedopaloną fajeczkę na krótkim cybuszku. Jego twarz inteligentna i z wyrazem najpoczciwszym w świecie, pobladła cokolwiek. Za nim, w tropy, wybiegł oficer od piechoty, z głosem stentorowym. Dopinał po drodze resztę guzików w mundurze, spiesząc na łeb na szyję do swojego oddziału.