Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VI.

Kotuzow cofał się ku Wiedniowi, paląc i niszcząc za sobą mosty na Inni w Braunau i na Traunie pod Linzem. W dniu 23. października, wojsko przechodziło przez rzekę Enns. Przez miasto tegoż nazwiska, defilowały furgony z bagażami, park artylerji i zwarte kolumny piechoty, idąc następnie przez most jednym i drugim bokiem. Powietrze było prawdziwie jesienne, dość jeszcze ciepłe ale przesiąknięte mgłą wilgotną. Szeroki krajobraz, to krył się przed oczami po za szarą zasłonę drobnego kapuśniaczku, który mrzył prawie bez ustanku, to znowu odsłaniał się w całej wspaniałości, szczególniej z pagórków, gdzie poustawiano baterje armat rossyjskich, dla obrony mostu, gdy promień słońca przedzierał się przez chmur szmaty, padając ukośnie i złocąc wszystko w koło, wieże w mieście, drzew wierzchołki, dachy szpiczaste na domach i morze bagnetów piechoty rossyjskiej, falujące po obu stronach mostu.

Miasteczko, z białemi, schludnemi domkami, z dwiema wieżami na kościele katedralnym i z mostem, którym teraz płynęły fale wojska, było zbudowane u stoku pagórka. Na zakręcie Dunaju, w miejscu, gdzie w niego Enns wpada, można było dojrzeć mnóstwo łodzi, rodzaj wysepki i zamek z parkiem wspaniałym, otoczonym wodami obu rzek. Na lewym brzegu Dunaju wznosiły się malownicze skały, a w dali rysowały się kontury niepewne, niebieskawe, całego pasma gór. Tam, dokąd jeszcze oko sięgało, mogąc rozpoznać przedmioty, widniał las sosen i świerków niebotycznych, ciemny i tajemniczy. Z pomiędzy drzew, na samym grzbiecie góry, strzelały w niebo smukłe wieżyczki jakiegoś klasztoru. Jeszcze dalej, po drugiej stronie parowu, błysnęły czasem i zamigotały w słońca promieniach lawety armat nieprzyjacielskich. Na przedzie naszej baterji, jenerał komenderujący arjergardą, z towarzyszącym mu wyższym oficerem z głównego sztabu, przez ustawioną przed nim lunetę, badał teren i stanowisko zajęte przez wojska nieprzyjacielskie. Neświcki, wysłany również do jenerała dowodzącego arjergardą, przez Kotuzowa, traktował swoich towarzyszów doskonałemi pasztecikami, które polewali wódką wyrobu krajowego, nazywaną Doppel-Kümmel. Kozak, idący za nimi, niósł wielkie puzdro z winem i likierami. Oficerowie zajadali z apetytem a pili jeszcze lepiej, będąc w humorze wyśmienitym; jedni siedzieli na ziemi po turecku na nogach; drudzy przyklęknęli na jedno kolano, mimo że trawa była zupełnie wilgotna.

– Nie głupi ten jakiś książę, który tu sobie zamek kazał zbudować. Co za miejsce cudowne, malownicze! Cóż panowie? Nie jecie więcej?

– Dzięki stokrotne, książę! – odrzucił jeden z oficerów. Tytułował on Neświckiego księciem, chociaż ten był tylko kniaziem, a tytułował go tylko za gościnność z jaką podejmywał ich jeden z matadorów należących do świty Kotuzowa.

– Rzeczywiście, uroczy krajobraz! – potwierdził inny. – Objeżdżając park w około w czółnie, ujrzeliśmy dwa wspaniałe jelenie i kilka danieli.

– Widzi książę – ów pierwszy namyślił się, i mówił z ustami pełnemi, zjadając jeszcze jeden pasztecik – nasza piechota, jest już na drugim brzegu. Ot! tam, po za wioską, na owej małej łączce, trzech z nich coś wloką. Uprzątną oni prędko park ze zwierzyny! – wybuchnął śmiechem.

– Oho! tych łobuzów nie trzeba uczyć takich figlów! – zaśmiał się Neświcki, wkładając pół pasztecika, w swoje usta trochę za szerokie, ale pięknego rysunku, barwy purpurowej i wilgotnawe, jakby po namiętnym pocałunku. – Co do mnie, radbym tam się dostał! – wskazał ręką na wieże klasztoru w dali majaczące, u szczytu góry, a oczy błysnęły mu jak u kota, przez pół się przymykając. – Czy nie byłoby to czemś rozkosznem, powiedzcież sami panowie, wpaść pomiędzy te tam zkonniczki! Dałbym chętnie pięć lat życia za te delicje... mówią że tam są prawie same Włoszki a niektóre mają być prześliczne!

– A jak byłyby nam rade! – zażartował inny śmielszy. – W tej tam pustelni na śmierć muszą nudzić się biedaczki!

Podczas tej wesołej gawędy, oficer z głównego sztabu, zwracał uwagę jenerała na jakiś punkt, który skierował natychmiast w ową stronę swoją lunetę.

– A tak, tak! – mruknął jenerał z nader kwaśną miną, zniżając lunetę z miłosiernem ramion wzruszeniem. – Zamyślają widocznie strzelać na wojsko nasze... A oni ciągną się i ciągną, jak z mazią!...

Gołem okiem, można było jedynie dojrzeć jakąś masę ciemną, w której coś ruszało się niby w mrowisku, i pokazywał się tu i owdzie biały dymek, jak kitka na kapeluszu strzeleckim. Usłyszano potem głuchy łoskot i wojsko rossyjskie idąc przez most, zaczęło przyspieszać kroku. Neświcki wstał, wachlując się chustką od niechcenia. Zbliżył się do jenerała z uśmiechem na ustach.

– Czyby wasza Ekscellencja nie raczyła co przekąsić?

– Nie idzie, nie idzie! – odburknął gniewnie jenerał – i tak nasi opóźnili się djabelnie z przejściem przez rzekę!

– Czy mam tam pobiegnąć?

– I owszem, bardzo o to proszę...

Jenerał powtórzył rozkaz dzienny, raz już ogłoszony.

– Proszę powiedzieć huzarom, że mają przejść ostatni i spalić most za sobą, jak rozkazałem. Niech uważają, żeby dobrze podłożyć palne materjały. Most powinien zapalić się od razu z wszystkich boków i w środku.

– Rozumiem! – Neświcki salutował i skinął na kozaka, żeby mu podał konia. Ten kończył właśnie pakować puzderka. Lekko wskoczył na siodło mimo wzrostu olbrzymiego i tuszy odpowiedniej. – Dalibóg! odwidzę po drodze biedne zakonniczki – zażartował na odjezdnem, żegnając się z oficerami, a wspiąwszy konia ostrogą pogalopował wązką ścieżką, wijącą się ślimakowato pod górę.

– Hej, kapitanie! – zawołał jenerał na komendanta artylerji – strzelajcie i wy, na chybił trafił... dla zabawy!

– Kanonierzy do dział! – zakomenderował kapitan, a w chwilę później, artylerzyści porzucili wesoło i z gęstą miną, ognisko obozowe, biegnąc do armat.

– Nro 1 ognia!...

I Nro 1 wyrzuciło dziarsko granat z gardła armaty.

Usłyszano dźwięk metaliczny i huk ogłuszający. Granat świszcząc w powietrzu, przeleciał po nad głowy wojsk rossyjskich, padając bardzo daleko od pagórka, na którym rozłożyła się baterja nieprzyjacielska. Lekka chmurka dymu, oznaczyła miejsce, gdzie granat pękł, padając. Ten huk zwrócił widocznie uwagę oficerów i żołnierzy. Wszyscy zaczęli przypatrywać się przez lunety pochodowi armji rossyjskiej przez most. Widnokrąg wyjaśniał się. W słońca promieniach można było opatrzeć łacniej wszystko. Zdawało się, że blaski słoneczne, rozdzierające ponure chmur szmaty, wlewają nowe życie w każdego żołnierza, napełniając mu piersi nadzieją i dobrą otuchą.

VII.

Dwie kule armatnie, wyrzucone przez działa nieprzyjacielskie, przeszły powyżej mostu. Na moście zaś roiło się od tłoczących się żołnierzy. W samym środku oparty o poręcz, stał Neświcki, śmiejąc się ze swego kozaka, który nie wiedział jak sobie radzić w tym tłoku z dwoma końmi, swoim i Neświckiego, które trzymał za uzdy. Ilekroć chciał biedny luzak postąpić o krok naprzód, fala ciał ludzkich lub furgon nadjeżdżający z bagażami pułkowemi, przypierał go napowrót wraz z końmi do poręczy.

– Hej, kamracie! – przemawiał kozak do żołnierza jadącego z furgonem, który rozpychał kołami zbitą masę piechurów. – Hej człecze! zaczekaj trochę. Przypnę z tyłu do woza konie jeneralskie...

Żołnierz jednak, głuchy nawet na magiczne słowa: – „konie jeneralskie” – krzyczał ze swej strony na ludzi zastępujących mu drogę.

– Hej tam, swojaki! Hej, na lewo!... Hej, hej!...

Ale „swojaki” tak samo nie zwracali uwagę na jego rozpaczliwe nawoływanie. Szli dalej zbici w jeden kłąb, ramię obok ramienia i zaplątując bagnety jeden o drugi. W dół spojrzawszy Neświcki ujrzał fale rzeki płynące szybko jedna za drugą, pokryte białą pianą i potrącające z łoskotem mostu arkady murowane z kamienia ciosowego. Jeżeli zaś oglądnął się w koło siebie, widział znowu przepływające fale głów ludzkich, niby w pościgu, tak jak tamte u dołu; tłoczące się z pospiechem gorączkowym, byle dalej... byle most minąć!... Był to istny las bagnetów, kaszkietów okrytych ceratą, tornistrów i mantelzaków, twarzy ogorzałych, z mocno wystającemi kośćmi w chudych policzkach, z wyrazem bezmyślnym a zmęczonym. Szli oni niby stado baranów na rzeź prowadzonych, mięsząc stopami błoto na moście nagromadzone. Kiedy niekiedy, wyższy oficer, przebijał się przez te żywe fale, torując sobie drogę przemocą, tak zupełnie jak owa piana płynąca po wodnych falach. Częstokroć piechota unosiła z sobą bądź huzara bez konia, wysłanego z raportem, bądź luzaka z innego pułku konnicy, bądź cywilistę, dążącego ku miastu, lub z miasta uciekającego. Wyglądali oni tak samo wśród tego morza głów, jak lekkie trzaski z drzewa, unoszone prądem rzeki i płynące po wierzchu fal. Czasem znowu ukazał się furgon cały skórą okryty, zaprzężony czwórką lub nawet w sześć koni. Ten płynął majestatycznie, samym środkiem mostu, podtrzymywany falą ciał ludzkich, zupełnie jak ciężki kloc drzewa, wodą unoszony.

– Hospody pomyłuj! – westchnął kozak nieszczęśliwy, nie mogąc ruszyć się z miejsca – leje się to i leje, nieprzymierzając, jak woda kiedy przerwie groblę!... Hej ludzie! a dużo was tam jeszcze?

– Miljon bez jednego! – zażartował jakiś dowcipniś w humorze podnieconym, mrugając oczami i ocierając się o luzaka w swoim długim obszernym u dołu szynelu. W tropy za owym młodzikiem rozweselonym, szedł stary wiarus, z miną ponurą, mówiący półgłosem do swojego towarzysza:

– Jak tamci zaczną walić w most, to człekowi nie dadzą się nawet po łbie poskrobać...

I przepływały fale żywe za falami. Za niemi tłoczył się furgon saperów. Jeden z nich siedział na wozie i szperał za czemś pod fartuchem skórzannym, gniewnie wykrzykując:

– Gdzie oni do stu djabłów wpakowali śrubsztak!... gdzie śrubsztak do pioruna!

 

I furgon przez most przejechał. Nadchodzili żołnierze mocno rozweseleni, mający widocznie na sumieniu kilka kropelek wódki za wiele.

– Jak on mu serdeńko, wpakował ślicznie kolbę pomiędzy zęby! – pośmieszkiwał się jeden, podnosząc poły od szynelu.

– Dobrze mu tak, temu tłustemu połciowi – parsknął śmiechem jego towarzysz.

I przeszli szczęśliwie. Nieświcki zaś nie zbadał już nigdy, kto właściwie i od kogo dostał tak gracko kolbą w zęby, jak też do kogo stosował się przymiotnik: – połcia tłustego.

– Czego oni tak pędzą na złamanie karku? – mruknął jeden z podoficerów. – Że im tamci trochę prochem zakadzili po pod nos, wyobrazili sobie bydlaki, że od razu wszyscy popadają.

– Gdy mi kula armatnia świsnęła koło ucha, czy wiecie stareńki, żem nie mógł zrazu odetchnąć... Oj! strach ma wielkie oczy! – wynurzał się rekrut nowozaciężny, przed żołnierzem z głową siwą jak mleko. Młodzik rozdziawiał gębę od ucha do ucha, śmiejąc się głupkowato, sam ze siebie, jakby się cieszył i szczycił strachem doznanym.

Przeszli i tamci. Teraz ukazał się wóz na moście, nie podobny w niczem do poprzednich. Był zaprzężony tylko parą koni rosłych i ogromnie spasionych, na sposób niemiecki. Konie prowadził młody niemczyk, idąc obok wozu pieszo. Wóz wyładowano najrozmaitszemi rupieciami. Piękna krowa, czarna z białem, była z tyłu do woza za łańcuch upięta. Na olbrzymim stosie pierzyn i poduszek, siedziała matka z niemowlęciem u piersi, staruszeczka z twarzą żółtą i pomarszczoną, tudzież młoda przystojna dziewczyna, rumiana, hoża, z dużemi jasnoniebieskiemi oczami i lnianym sutym warkoczem. Ci wychodźcy postarali się byli widocznie o specjalną przepustkę. Dwie młode kobiety, podczas gdy wóz ledwie się posuwał, wśród tłoku na moście, ściągnęły na siebie uwagę żołnierzy, którzy nie szczędzili im drwinek i płaskich dowcipów.

– Oho! i ty gruba, niemiecka kiełbaso, wybierasz się w drogę? – krzyknął jeden na woźnicę.

– Sprzedaj nam tę kobietkę – zaśmiał się drugi żołnierz, klepiąc niemca poufale po ramieniu. Ten przestraszony patrzał w ziemię ponuro, nic nie odpowiadał, i radby był umknąć czemprędzej.

– To ci wystrojone niemkinie! a pulchne jak kluski pszeniczne... Chciałbyś Fedku stać u takich na kwaterze, co? – Zadrwił inny. – Ho, ho! widziało się nie takie, bratku.

– Dokąd jedziecie? – spytał oficer od piechoty, jedząc jabłko.

Niemiec dał do poznania że nie rozumie ani słowa. Oficer spojrzał z uśmiechem na ładną dzieweczkę.

– Chcesz jabłko? to weź – podał jej resztę. Przyjęła, szczerząc do niego białe, duże zęby. Wszyscy, nie wyłączając samego Neświckiego, odprowadzali wzrokiem zaciekawionym oddalający się wóz z kobietami. Za niemi, toczyła się nieprzerwanie fala unosząca piechurów, furgonów i luzaków konie prowadzących. Można było słyszeć dalej słowa urywane pomiędzy żołnierzami. Naraz wszystko stanęło, jak pod zaklęciem czarownika. Spowodował tę przerwę koń od furgonu, który skacząc i wierzgając, zaplątał się w lejce, upadł i musiano zatrzymać się, nim zdołano go wyplątać i nazad postawić na nogi.

– Hej! czego stajecie bydlaki!... Na co czekacie?... Do kroćset piorunów!... Nie pchajcie się... Do djabła taka trzoda niesforna!... Co to będzie, jak zacznie Francuz walić w most!... Gwałtu! zdusicie oficera!... – krzyczano i nawoływano z wszystkich stron, a mimo tych łajań i złorzeczeń, cisnął się jeden przez drugiego, na nic i na nikogo nie zważając.

Naraz Neświcki usłyszał tuż obok siebie hałas niezwykły. Coś wielkiego przeleciało mu z hukiem i szumem po nad głową, tonąc w wodzie z łoskotem.

– Oho! aż tu zaleciało djabelstwo – mruknął ponuro jeden ze starszych żołnierzy, odwracając głowę ku nurtom rzeki.

– Ba! podbiczowują nas umyślnie, abyśmy nie marudzili, tylko wynosili się czemprędzej – dodał drugi z pewnym niepokojem.

Neświcki zrozumiał, że to była pierwsza bomba.

– Hej! podaj mi konia! – krzyknął gromko na kozaka. – A wy ustąpcie się do kroćset piorunów!

Nie bez trudu dostał się do konia, pomimo, że nie żałował kułaków na prawo i lewo, ani przekleństw dosadnich. Żołnierze ściskali się ile mogli, aby go przepuścić, zaraz ich jednak spychano, a nogi Neświckiego były jakby w śruby ujęte.

– Neświcki, Neświcki! Bałwan z ciebie skończony!

Neświcki oglądnął się w koło słysząc ten głos zachrypnięty, i zobaczył o jakich piętnaście kroków od siebie, oddzielonego niby murem chińskim, tą masą zbitą z ciał ludzkich, Denissowa, z włosami rozburzonemi, z kaszkietem na karku, z dolmanem przerzuconym junacko przez ramię.

– Powiedz raz tym djabelskim synom, żeby nas przepuścili! – wrzeszczał Denissow na całe gardło, pieniąc się ze złości bezsilnej i wywijając młyńca pałaszem, z pochwy wyciągniętym.

– To ty, Waśka? – zaśmiał się wesoło Neświcki. – Co robisz na moście?...

– Paradne pytanie!... Chcę przejść z moim szwadronem na drugą stronę, do kroćset piorunów! – klął dalej powstrzymując ile możności w zapędach swojego ognistego rumaka, karosza czystej krwi arabskiej, który strzygąc niespokojnie delikatnemi uszkami, okryty pianą, żuł niecierpliwie wędzidło, tupał po deskach mostu i byłby gotów wskoczyć w rzekę przez poręcz i przez te wszystkie zawadzające mu głowy ludzkie, skoroby mu był na to pozwolił siedzący na nim jeździec.

– A to stado baranów... głupich, prawdziwych baranów!... Zrobić miejsce!... Hej! ty tam z twoim djabelskim furgonem... Ustąpicie się czy nie? djabelskie nasienie... Inaczej posiekam w czambuł... na kapustę!...

Zaczął na prawdę obracać pałaszem po nad głowami tłumu z szybkością błyskawiczną. Żołnierze przerażeni, zdołali się tak ścisnąć, że Denissow nie przestając swojego młyńca złączył się z Neświckim.

– Ejże! tyś dziś na prawdę trzeźwiuteńki! – wykrzyknął Neświcki ze zdziwieniem.

– A czy miałem czas upić się? – machnął ręką. – Od świtu przepędzają nasz pułk z miejsca na miejsce, to w prawo, to w lewo... Bić się, no to bić! I owszem! Ale kazać nam huzarom grać w ślepą babkę, tego, co prawda, trochę za wiele... A co nadto, to niezdrowo... Sam djabeł straciłby głowę w tym chaosie.

– Ależ wystroiłeś się – zauważał Neświcki, oglądając jego mundur i piękny czaprak na koniu.

Denissow uśmiechnął się, wyciągnął z kieszonki wiszącej przy pałaszu chustkę do nosa, z której rozchodziła się woń balsamiczna, niby z bukietu kwiatów, a przytykając ją do nosa kolegi:

– Jak z pudełka. Niepodobna inaczej, mój drogi. Któż wie czy dzisiaj bić się nie będziemy? A więc, jak na rendez-vous z kochanką. Świeżo ogolony, zęby szczoteczką wyczyszczone, włosy wypomadowane, cały zlany paryskiemi perfumami.

Postawa kolosalna Neświckiego i takaż jego kozaka, jak nie mniej wytrwałość Denissowa, w wywijaniu pałaszem po nad głowami tłumu, wywołały skutek pożądany.

Zdołali nakoniec przecisnąć się przez most, a Neświcki odszukawszy pułkownika od huzarów, odraportował mu rozkaz otrzymany i wrócił nazad do głównego sztabu.

Gdy raz wyłom był zrobiony, i przejście utorowano, Denissow zajął stanowisko na końcu mostu. Wstrzymywał niedbale jedną ręką swojego niecierpliwego wierzchowca, który grzebał ziemię i gryzł wędzidło, drugą zaś podkręcał wąsik junacko, patrząc na swój szwadron przez most defilujący czwórkami, z oficerami na przedzie. Piechury zatrzymani chwilowo na drugim brzegu, stojąc w błocie powyżej kostek, przypatrywali się z zazdrością huzarom hardym i strojnym, mierzyli ich wzrokiem szyderskim i złośliwym, jak to zwykle bywa u żołnierzy innej broni, gdy spotkają się jedni z drugimi.

– To laleczki, paniczyki... Wyelegantowali się jakby mieli prosto jechać na Podnowinskoju... Ot dobre do parady... Ale jak przyjdzie wziąć się za łby, to pożal się Panie Boże...

– Hej tam piechury! Nie zbijać kurzu – żartował jeden z huzarów, którego wierzchowiec obryzgał błotem biednego żołnierza.

– Gdyby ci kazano iść kilka mil z mantelzakiem na plecach, ty synu djabelski, nie świeciłyby się tak w słońcu twoje pętlice – mruknął żołnierz gniewnie, ocierając rękawem błoto z twarzy. – To nie ludzie... to sokoły na koniach.

– Tak, tak, Likine... Ale ty siedziałbyś na koniu, jak mysz na pudle! – zażartował kapral z żołnierza, niesłychanie małego wzrostu, który uginał się prawie do samej ziemi, pod ciężarem ładunku na plecach.

– Zresztą – zadrwił jeden z huzarów – włóż sobie kij pomiędzy nogi, a będziesz i ty na koniu.

VIII.

Przechodziły resztki piechoty z najwyższem pospiechem. Furgony już przejechały, już nie było na moście tak wielkiego ścisku, nareszcie przeszedł ostatni bataljon wojska. Jedynie szwadron huzarów, pod komendą Denissowa, nie mógł dostrzedz kolumn nieprzyjacielskich, które ci, co stali na pagórkach, tak po jednej, jak po drugiej stronie, widzieli najdokładniej. Huzarzy, stojąc w wąwozie, dość stromym pagórkiem mieli zakryty widnokrąg. Na pierwszy plan, roztoczył się step nagi, porosły gdzie niegdzie kępkami mchu i niskiemi krzewami leśnemi.

Nagle na drogi zakręcie, ukazała się wprost przed nimi artylerja i obce mundury. Byli to Francuzi. Oficerowie i żołnierze ze szwadronu Denissowa, usiłowali na pozór rozmawiać o tem i owem, całkiem obojętnie, rozglądając się w koło od niechcenia. Każdy z nich jednak myślał o tem wyłącznie, co przygotowywało się tam za górą? Badali oni mimowolnie, z uwagą wytężoną, plamy czarne, rysujące się w dali, na tle nieba. Wiedzieli doskonale, że te ruchome czarne punkty, to... nieprzyjaciel.

Po objedzie wyjaśniło się niebo najzupełniej. Słońce przed zachodem zsyłało ziemi swoje blaski najcudowniejsze. Nad Dunajem i w górach ciemnych, które rozsiadły się nad jego brzegami, panował spokój niczem nie zmącony, jak zwykle bywa pod wieczór cichy a pogodny. Tylko kiedy niekiedy, przerwał tę błogą ciszę odgłos trąbki, wygrywającej pobudkę w obozie nieprzyjacielskim, a czasem także wstrząsały powietrzem krzyki i nawoływania Francuzów. Po stronie francuskiej zaprzestano strzelać. Na przestrzeni kilkuset metrów było pusto, ledwie tu i owdzie migały nieliczne patrole. Każdy odczuwał w obec tej odległości niezbadanej a groźnej, trwogę nieokreśloną, nie dającą się ani słowami opisać, ani zupełnie opanować, doznajemy jej bowiem zawsze przed czemś nieznanem i tak samo tajemniczem, jak przestrzeń, dzieląca dwie armje nieprzyjacielskie. Co się tam znajduje po za tą linją niewidzialną, która dzieli żywych od umarłych? która nastręcza myśli ponure o innych światach?... Może bole i straszne cierpienia, dotąd niedoświadczane? A może śmierć?!... Co tam nas spotka, po za tem polem, tem drzewem, tym dachem w słońcu połyskującym? Nie wiemy tego, a radzibyśmy odgadnąć... Mimowolnie dreszcze nami wstrząsają, lękamy przejść po za tę linję, a z drugiej strony, radzibyśmy przekroczyć ją jak najrychlej, rozumiejąc, że prędzej czy później, zmuszą nas do tego. Wtedy dowiemy się, co kryje się tam w dali, jak odsłonią się przed nami tajemnice pozagrobowe, gdy raz rozstaniemy się z życiem doczesnem, ziemskiem... Czujemy się w tej chwili pełni sił, zdrowia, wesołości i animuszu. Tak samo czują się i ci, co nas otaczają, dziarscy i odważni!

Takie są uczucia i myśli każdego człowieka, gdy stanie oko w oko z nieprzyjacielem. Wywołują one w umyśle ludzkim dziwną jasność, dziwne podniecenie wszelkich władz, dziwną wrażliwość i pojmowania wlot tego wszystkiego, co roztacza się w koło nas, podczas tych chwil błyskawicznych, a pamiętnych do końca życia, choćby do wieku najsędziwszego.

Na jednym z pagórków, ukazała się lekka chmurka dymu, i kula armatnia przeleciała świszcząc po nad głowami huzarów Denissowa. Oficerowie, skupieni razem, porozjeżdżali się natychmiast, każdy na swoje stanowisko; żołnierze stanęli w ściśnionych szeregach. Zapanowało głuche milczenie. Oczy całego szwadronu skierowały się na Denissowa, oczekiwano na komendę. Drugi i trzeci pocisk, tak samo przeleciał z świstem piekielnym w powietrzu i padł po za nimi.

Strzelano do nich widocznie, ale na szczęście kule przenosiły nad ich głowami im samym szkody nie wyrządzając. Huzarzy nie oglądali się po za siebie, ale po każdym wystrzale, podskakiwali na siodłach jakby na komendę, poczem wszyscy razem spadali nazad z nogami w strzemionach. Każdy z żołnierzy spozierał ukradkiem na swojego sąsiada najbliższego, jakby go chciał wybadać i podchwycić wrażenie, jakiego tamten doświadczył na odgłos kanonady nieprzyjacielskiej. Zacząwszy od Denissowa, a skończywszy na trębaczu pułkowym, każdemu drgały nieznacznie usta i broda, co świadczyło o wewnętrznej walce i nerwowem podnieceniu. Wachmistrz, ze swoją chmurną fizjognomją, przenosił wzrok ponury z jednego żołnierza na drugiego, jakby miał ich za chwilę ukarać surowo. Junker Mironow, gołowąsy młodzieniaszek, schylał głowę, ile razy świsnęła mu kula nad uchem. Rostow, stojąc na lewem skrzydle, na swoim Kruczku, połyskującym w blaskach słonecznych, niby kruk prawdziwy, ze skrzydłami czarnemi jak heban, wyglądał szczęśliwy i zadowolony, jak student, gdy jest pewny że zda egzamin dojrzałości „z odznaczeniem”, w obec licznie zebranej publiczności. Patrzał wesoło, bez cieniu trwogi, z miną junacką na towarzyszów, biorąc niejako na świadków, że zachowuje spokój zupełny w obec ognia nieprzyjacielskiego. Jednak i na jego czole dotąd gładkiem, bez troski, zarysowała się bruzda mimowolna, świadcząca, że i on doznaje wrażenia nowego, które całej fizjognomji nadaje wyraz poważniejszy, robiąc starszą najmniej o lat dziesięć.

 

– A tam kto tak salutuje każdą kulę? Hej! Mironow! to nie wypada młodzieńcze! Popatrzno mi prosto w oczy! – zawołał Denissow, który nie mogąc ustać na miejscu, objeżdżał w koło szwadron jak w maneżu.

Denissow nie zmienił się ani na włos. Oczy mu błyszczały, nos zadarł do góry, wyszczerzył białe i ostre zęby, w ręce małej ale silnej, trzymał rękojeść pałasza, drugą kierował wprawnie swoim ognistym i niesfornym arabczykiem. Był to on, taki sam, jak dnia każdego, a raczej każdej nocy, po wypróżnieniu dwóch butelek. Był tylko jeszcze bardziej czerwony. Nagle wyrzucił w tył głowę kędzierzawą, na wzór ptaka gdy pije, wspiął ostrogami bez miłosierdzia swego dzielnego beduina, i popędził jak wicher ku lewemu skrzydłu. Tu głosem zachrypniętym, wydał rozkaz, żeby każdy oglądnął pistolety. Następnie zwrócił się do Kirsteina, który zbliżał się stępo, na klaczy starej i nader spokojnej.

– I cóż będzie dalej? – spytał nowoprzybyły, serjo jak zawsze ale z wzrokiem błyszczącym. – Czy mamy tak stać wiecznie, z rękami założonemi?... Zobaczysz, że każą nam cofnąć się bez jednego wystrzału.

– Djabli nadali takie miłe położenie – mruknął przez zęby Denissow. – Ah! to ty, Rostow – zawołał weselej, zobaczywszy twarz rozradowaną młodego chłopaka. – Jakbyś był na balu, co?

Rzeczywiście Rostow czuł się w tej chwili szczęśliwym najzupełniej. Na moście ukazał się jenerał dywizji. Denissow pomknął ku niemu.

– Ekscellencjo, pozwólcie nam tych tam zaatakować! Jak wpadniemy na nich znienacka, przewrócą koziołka, ręczę za to słowem oficerskiem.

– Tylko tego brakowało! – jenerał podniósł brwi w górę, jakby chciał spędzić z czoła muchę uprzykrzoną. – Po co w ogóle stoicie tu dotąd? przednie poczty cofają się. Odprowadzić nazad szwadron.

Pierwszy i drugi szwadron przeszedł przez most napowrót, oddalając się tym sposobem, od miejsca, gdzie padały pociski nieprzyjacielskie. Udali się na wzgórze, nie straciwszy ani jednego człowieka. Ostatnia sotnia kozaków, opuściła również brzeg rzeki przeciwległy.

Pułkownik Karol Bogdanicz zbliżył się do szwadronu Denissowa, jadąc dalej stępą. Ocierał się prawie o konia Rostowa, nie troszcząc się wcale o podwładnego, którego zobaczył po raz pierwszy, od owej sprzeczki spowodowanej kradzieżą Teljanina. Rostow, na swojem tak jeszcze podrzędnem stanowisku, czuł się w mocy tego człowieka, zdanym na jego łaskę i niełaskę. I do tego poczuwał się w chwili obecnej, że zawinił w obec pułkownika. Jakaś siła niezależna od jego woli, przykuwała wzrok młodego człowieka, do tych pleców atletycznych, do tej szyi czerwonej i do karku grubego jak u porośniętego gęstym, jasnym jak len włosem. Zdawało mu się, że Bogdanicz udaje umyślnie, jakby go nie widział, że po to jedynie przybył, aby wypróbować Rostowa odwagę; prostował się też na siodle coraz bardziej, patrząc w koło z całą swobodą, sądził również, że pułkownik, dla tego tylko nie odjeżdża, żeby przed junkrem popisać się swoją zimną krwią. Wyobraził sobie w końcu w bujnej fantazji, że gotów, byle zemścić się na nim, pchnąć cały szwadron na przepadłe, kazać mu wykonać jakąś wściekłą szarżę. Po szarży zaś, zbliży się do ciężko rannego młodzieńca, i pierwszy uściśnie mu dłoń na znak przebaczenia i pojednania.

Gerkow, znany jak zły szeląg w pułku Pawłogrodzkim, zbliżył się teraz do Bogdanicza. Wypędzony ze sztabu głównego, nie został jednak w pułku. Powiedział sobie, że nie głupi nadstawiać skóry, kiedy może nic nie ryzykując, przyczepiony do jakiegokolwiek sztabu, awansować a nawet złapać przy sposobności orderek. Potrafił tedy wśrubować się zręcznie do świty księcia Bagrationa, jako oficer ordynansowy. I oto wysłał go baśnie dowódzca arjergardy, z rozkazem do Gerkowa dawnego przełożonego.

– Panie pułkowniku! – przemówił salutując z miną ponurą i niesłychanie uroczystą, przyczem rzucił spojrzenie wymowne swoim towarzyszom – rozkazują wam most spalić.

– Któż jest, ten „rozkazujący?” – pułkownik mruknął gniewnie.

– Czy ja wiem? – odrzucił Gerkow zawsze z tą samą powagą. – Książe Bagration... tyle tylko doszło do mojej wiadomości... kazał mi odraportować, żeby huzarów zawrócić, i kazać im spalić most.

Zjawił się wkrótce z tym samym rozkazem oficer z głównego sztabu, w towarzystwie grubego i tęgiego Neświckiego. Obaj przygalopowali z najwyższym pospiechem.

– Jakto panie pułkowniku, mówiłem przecie najwyraźniej, żeby most zapalić... Znowu nieporozumienie... Wszyscy głowy potracili, czy co? Nikt niczego pojąć nie może.

Pułkownik wstrzymał zwolna konia i skinął również na żołnierzy żeby się zatrzymali. Potem zwrócił się do Neświckiego:

– Mówiliście mi tylko o palnym materjale. O spaleniu zaś mostu ani wzmianki nie było.

– Jakto, tatku kochany! nie wspominałem wam o spaleniu mostu? – Neświcki zdjął kaszkiet rozgrzebując włosy palcami, mokre od potu i do czoła przyklejone. – Skoro była mowa o palnym materjale, więc...

– Najprzód nie jestem waszym „tatkiem”, panie oficerze od głównego sztabu, i nie powiedzieliście mi – „Spal most!” – Znam służbę i mam zwyczaj wykonywać dosłownie rozkaz odebrany. Powiedzieliście: – „most spalą”. – Chyba zatem przez Ducha Świętego mogłem się domyśleć, kto właściwie miał go podpalić.

– To zawsze tak... jakby na złość... mruknął pod nosem Neświcki niecierpliwie. – I ty tutaj? – zwrócił się do Gerkowa.

– Przybyłem z tym samym co ty rozkazem... Aleś mokry jak gąbka! Chcesz? to cię wykręcę.

– Powiedzieliście mi, panie oficerze od głównego sztabu... – chciał mówić dalej Bogdanicz obrażony.

– Spieszcie się, panie pułkowniku – nie dał mu dokończyć drugi oficer, wysłany przez Kotuzowa – inaczej skartaczuje nas nieprzyjaciel!

Pułkownik zmierzył ich po kolei od głowy do stóp w milczeniu i zmarszczył brwi groźnie:

– Most spalę! – rzekł uroczyście, jakby tem składał dowód, że potrafi spełnić powinność, choćby stanęły mu na przeszkodzie wszystkie moce piekielne.

Wspiął konia ostrogami, jakby biedne zwierzę coś w tem zawiniło i podjechał do szwadronu Denissowa, aby mu powtórzyć rozkaz, tyczący się spalenia mostu.

– Nic innego, tylko chce mnie wypróbować – pomyślał Rostow.

Serce ścisnęło mu się, krew cała rzuciła się do skroni.

– Niechże patrzy staruch! Zobaczy czy ze mnie tchórz! – szepnął sam do siebie.

Zadrgały znowu usta i twarze pobladły u żołnierzy w szwadronie. Rostow nie spuszczał oczu z Bogdanicza, chcąc wyczytać w jego fizjognomji potwierdzenie swoich domysłów. Pułkownik jednak nie spojrzał nań ani razu, przeglądając dalej szeregi okiem badawczem, z miną ponurą.

Usłyszano nakoniec jego komendę.

– Prędzej! prędzej! – nawoływano się nawzajem.

Pałasze zaczepiały się o cugle, dzwoniły ostrogi jedna o drugą, nareszcie huzarzy pozsiadali z koni, sami nie wiedząc, co mają robić. Kilku przeżegnało się po trzy razy, i Rostow przestał patrzeć na swego wroga, bo już nie miał na to czasu. Bał się zostać w tyle, ręce mu drżały, gdy rzucał cugle żołnierzowi, który miał mu konia potrzymać. Słyszał serce uderzające mu jak młotem. Denissow, w tył przegjęty, przeleciał koło niego, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego. Rostow widział jedynie biegnących co tchu huzarów, zaplątanych w ostrogi i brzęczących pałaszami.