Gospodarz i parobekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Gospodarz i parobek

Saga

Gospodarz i parobekTłumaczenie Eugenia Żmijewska Tytuł oryginału Хозяин и работникW niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1895, 2020 Lew Tołstoj i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726754582

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I.

Było to w roku 70-ym, nazajutrz po świętym Mikołaju zimowym, a więc 7-go grudnia.

W parafii był odpust, to też właściciel osady wiejskiej kupiec 2-ej gildyi, Wasyl Andreicz Brechunow, nie mógł wyróżniać się od innych i w cerkwi być musiał, tembardziej, że był starostą cerkiewnym, a i w domu trzeba było przyjąć i ugościć krewnych, przyjaciół a znajomych.

Ale ostatni goście już się rozjechali i Wasyl Andreicz spieszył się w drogę, aby kupcy z miasta go nie ubiegli i korzystnego nie dobili targu.

Młody dziedzic żądał za las dziesięć tysięcy rubli dlatego tylko, że Wasyl Andreicz dawał siedem, a siedm tysięcy, to była zaledwie trzecia część rzeczywistej wartości lasu.

Wasylowi Andreiczowi uda się może jaki tysiączek jeszcze utargować, bo las leżał w jego okręgu, zaś pomiędzy nim a wiejskimi kupcami z całego powiatu zdawien dawna był układ taki, że jeden kupiec nie podbijał ceny w okręgu drugiego. Wasyl Andreicz byłby więc spokojny; ale się dowiedział, że spekulanci drzewem z miasta gubernialnego mieli chrapkę na ten Goriaczynski lasek.

Dlatego to Wasyl postanowił jechać natychmiast i dobić targu z dziedzicem. Zaraz też po ukończonym odpuście, wyjął z kuferka rubli 700, z cerkiewnych pieniędzy, które miał u siebie w przechowaniu, dołożył 2,300 rs., tak żeby razem było 3,000 rs. i przeliczywszy je uważnie, schował w pugilares i gotów był wyruszać w drogę choćby zaraz.

Parobek Nikita, jedyny z parobków Wasyla Andreicza, nie pijany w tym dniu uroczystym, pobiegł co tchu zaprzęgać.

Nikita nie był w tym dniu pijany tylko dlatego, że był pijakiem; w przedadwentowe zapusty 1 , przepiwszy przyodziewek i buty skórzane, odprzysiągł się od gorzałki i dwa miesiące nie brał jej w usta. Nie pił i teraz, choć przez dwa dni odpustu brała go pokusa, bo naokoło wszyscy pili. Nikita, był chłop 50-letni ze wsi pobliskiej, nie gospodarz, a jak powiadano, większa część życia zeszła mu nie w domu, za piecem, ale pomiędzy ludźmi. Lubiano go wszędzie, bo był pracowity, zręczny, niezmordowany w robocie, a przytem potulny; nigdzie jednak miejsca nie zagrzał, bo ze dwa razy na rok a nawet i częściej musiał się upijać na umór, a wtedy niedość, że wszystko co miał na sobie przepijał, ale robił się jeszcze zaczepny i zuchwały.

I Wasyl Andreicz nieraz go już ze służby wypędzał, ale przyjmował go znowu, ceniąc w nim uczciwość, dobre obchodzenie się z dobytkiem, a głównie — taniość.

Wasyl Andreicz płacił Nikicie nie 80 rubli rocznie, to jest tyle, ile był wart taki parobek, ale rubli 40, a wypłacał bez rachunku, po odrobince i to zwykle nie pieniędzmi, ale towarem ze sklepu.

Żona Nikity, Marta — dawniej urodziwa mołodyca, teraz tęga sobie wygadana baba — gospodarowała w chacie mężowskiej z małym wyrostkiem i dwoma dziewkami i nie wzywała Nikitę do domu, najprzód dlatego, że już od lat dwudziestu żyła z bednarzem — chłopem z drugiej wsi, który przy niej mieszkał — a powtóre, że choć pomiatała mężem, póki był trzeźwy, to go się bała, jak ognia, kiedy się upił.

Pewnego razu Nikita, będąc pijany, a chcąc zapewne odemścić się na żonie za uległość dni trzeźwych, rozbił jej kufer, wyjął z niego najbogatsze ubiory i chwyciwszy siekierę, na drobne kawałki pociął wszystkie spódnice i sarafany.

Cały swój zarobek Nikita oddawał żonie bez oporu.

A i teraz, na dwa dni przed odpustem, Marta przyjeżdżała do Wasyla Andreicza, wzięła u niego mąki pszennej, herbaty, cukru, sztof wódki, wszystkiego razem na rubli trzy, a oprócz tego pięć rubli pieniędzmi i dziękowała jak za łaskę, choć po najtańszej cenie robocizny, Nikicie, należało się od Wasyla Andreicza rubli ze dwadzieścia.

— Albo to ja z tobą jaki układ robiłem? — mówił Wasyl Andreicz do Nikity. — Potrzeba ci, bierz; odrobisz. Ja nie tak, jak inni gospodarze: czekaj a czekaj, a jeszcze płać kary. U mnie sprawiedliwość przedewszystkiem. Ty mi służysz, ja nie zapominam o tobie. A przyjdzie na ciebie bieda, to do mnie jak w dym; wiesz, że masz zawsze pieniądze gotowe, z góry, z dołu — jak sięzdarzy.

Wasyl Andreicz byłby przysiągł, że świadczy Nikicie dobrodziejstwa: tak go przekonywała wymowa własna a wszyscy też, poczynając od Nikity, utrzymywali go w tem mniemaniu

— No, przecież ja wiem, Wasyl Andreiczu, toż i służę, staram się, jak dla rodzonego ojca, o! wiem ja dobrze — odpowiadał Nikita, wiedząc dobrze, że go Wasyl Andreicz oszukuje, ale wiedząc także, że na to niema rady i że trzeba cierpieć, dopóki drugie miejsce się nie trafi, i brać, co dają.

I oto teraz, kiedy mu pan kazał zaprzęgać, Nikita ochoczo, jak zwykle i żwawo, choć powłócząc trochę nogami, pobiegł do wozowni, zdjął z gwoździa ciężką, rzemienną uzdę, brzękając dzwoneczkami przy wędzidłach, poszedł do zamkniętej obórki, w której osobno stał ten koń, którego Wasyl Andreicz zaprzęgać kazał.

— No, cóż sprzykrzyło ci się, głuptasku? — mówił, odpowiadając na ciche rżenie, którym go powitał źrebiec średniego wzrostu, nieco przysadzisty, ciemnogniady, z łysem na czole. — No, no, czasu jeszcze dosyć, najprzód muszę cię, kochanku, napoić. — Mówił z koniem zupełnie tak, jak się rozmawia z istotą, która nas rozumie, a otarłszy kaftanem zakurzony, a tłusty grzbiet z przedziałem pośrodku, piękną głowę źrebca wsunął w dułę, wyprostował mu uszy i kosmyk szerści na łbie pomiędzy uszami, zdjął wędzidło i do studni źrebca prowadził.

Wygramoliwszy się ostrożnie z zasypanej gnojem obórki, Łysek wyprostował się, dęba stawał, brykał, zamachując się niby tylnemi nogami na pędzącego za nim kłusem Nikitę.

— Brykaj sobie, brykaj — dogadywał mu Nikita, wiedząc, że Łysek wierzga zawsze ostrożnie, tak, że zaledwie mu dotknie półszubek. Nikita lubił bardzo te figle źrebca.

Napiwszy się wody studziennej dosyta, Łysek zżymnął się, parsknął mokrym pyskiem, przyczem woda strugami ociekła do koryta i znowu raźno wierzgnął.

— Nie chcesz, to nie, ale pamiętaj, że nic już nie dostaniesz, choćbyś prosił — Nikita przekładał poważnie i stanowczo; biegł do wozowni za Łyskiem, przytrzymując go za uzdę. Wesoły źrebiec brykał i parskał aż się po całem podwórzu rozlegało.

W podwórzu nie było nikogo z czeladzi, tylko obcy, przybyły na odpust mąż kucharki.

— Pójdź-no bratku, zapytaj do jakich sań każą zaprzęgać, do dużych, czy do małych — prosił go Nikita.

Mąż kucharki poszedł do domu i za chwilę wrócił z oznajmieniem, żeby zaprzęgać do małych saneczek.

Tymczasem Nikita nałożył już źrebcowi chomont, przywiązał mu na grzbiecie obite gwoździami siodełko, żeby uprząż nie gniotła i niosąc w jednem ręku lekką, ozdobną dułę, a drugą konia prowadząc, podszedł do dwóch par sani, stojących w wozowni.

— Jak do małych, to do małych — mówił, nakładając dułę źrebcowi.

Do zaprzęgania pomagał mąż kucharki.

Kiedy już wszystko było gotowe i pozostawało tylko przymocować lejce, Nikita posłał go do spichrza po słomę i do spiżarki po derę.

— No, no nie wyrywaj się tak — mówił, układając w saniach świeżo zmłóconą słomę, które przyniósł był mąż kucharki. — Ot jeszcze zaścielemy płachtę, derką przykryjemy. Wygodnie będzie siedzieć, aż miło — prawił głośno, zaściełając siedzenie. — Bóg zapłać, duszo droga — podziękował mężowi kucharki — co dwóch, to nie jeden. Robota idzie żwawo.

Zgarnąwszy lejce złączone na kółku, Nikita usiadł na koziołku, konika zaciął i raźno wyjechał z zarzuconego gnojem podwórka przed wrota.

— Dziadziu Nikito, dziadziu, dziadzieńku.

Odżwierek klapnął, drzwi stuknęły, z sieni wypadł na podwórze chłopak siedmioletni w czarnym półszubku, w nowych butach filcowych białych i ciepłej czapce.

— Posadź mnie przy sobie — napraszał się dyszkancikiem, zapinając w biegu półszubek.

— A chodź-że, chodź prędzej, koteńku — odpowiedział Nikita i konia wstrzymując, usadowił przy sobie uradowanego malca i na ulicę wyjechał.

Była trzecia popołudniu. Mróz siarczysty, z 10 stopni, pochmurno i wietrzno. Na podwórku zdawało się, że powietrze spokojne i ciche, ale jak się wyjechało na ulicę, silny wiatr ogarniał naokoło, śnieg z dachu sąsiedniej chaty zmiatał, a na rogu, przy łaźni, wił się, jak pies za ogonem.

Zaledwie Nikita zawrócił konia przed ganek, wyszedł z sieni Wasyl Andreicz, z papierosem w ustach, w długim kożuchu baranim, przewiązany pasem, mocno i nisko. Pod jego filcowemi butami śnieg skrzypiął. Twarz rumiana, wygolona zupełnie, oprócz wąsów, wyzierała z kołnierza, Wasyl Andreicz podniósł go jeszcze wyżej, zawinął futrem wewnątrz, tak, żeby futro nie potniało od oddechu.

 

— A to mi burbon, już się przyczepił — zawołał, zobaczywszy syna w sankach, szczerząc do niego białe zęby.

Wasyl Andreicz rozweselony był wódką, którą popijał do gości, i bardziej jeszcze niż zwykle rad ze wszystkiego, co było jego własnem i ze siebie.

Z sieni wyjrzała — owinięta w ciepłą wełnianą chustkę, tak, że oczy tylko było jej widać, żona Wasyla Andreicza, kobieta, chuda, blada, w stanie interesującym.

— Mógłbyś też wziąść Nikitę — mówiła, wychylając głowę przezedrzwi.

Wasyl Andreicz nic na to nie odpowiedział, splunął tylko.

— Wieziesz pieniądze — nalegała głosem piskliwym — a i czas niepewny. Dalibóg, weź Nikitę.

— Czy to ja drogi nie znam, czy co, żeby mnie kto miał prowadzić, jak barana? — oburknął się Wasyl Andreicz, wydymając usta, jak to zwykł, mówiąc ze swoimi klientami.

— Zabierz go, proszę ja ciebie — nalegała żona, otulając się szczelniej w chustkę.

— A to się przyczepiła, jak smoła. Gdzież ja go posadzę?

— Ja, bo gotów w drogę, Wasyl Andreiczu — wtrącił Nikita ochoczo. — Byle tylko podsypali za mnie koniom obroku — mówił, do gospodyni się zwracając.

— Już ja tego dojrzę, Nikituszka. Szymon podsypie — uspakajała gospodyni.

— Jakże, jechać czy nie, Wasyl Andreiczu? — pytał Nikita.

— Ha! jak już sobie baba w głowę wbiła, to niema rady. Tylko, jeśli masz jechać, to weźże jaki cieplejszy habażur — mówił Wasyl Andreicz, rad, że tak dowcipnie przypiął słowo, które obiło się o jego uszy. Wskazywał palcem półszubek Nikity, wyszarpany pod pachami, wystrzępiony u dołu, aż świecący od brudu.

— Ej, bratku, chodź-no tu, konia potrzymaj — krzyknął Nikita na męża kucharki.

— Ja, ja potrzymam — dopominał się chłopak gospodarza, wyjmując zmarźnięte rączyny z kieszeni i lejce niemi chwytając.

— Tylko mi się nie guzdraj z tym twoim habażurem — wołał Wasyl Andreicz, ukazując znowu zęby w zadowolnionym ze siebie uśmiechu.

— Lecę duchem, ani się obejrzysz, ojcze, jak wrócę — odkrzyknął mu Nikita. I suwając nogami, wykręconemi do środka, biegł co tchu do izby czeladnej.

— Nu, Arinuszka, dawaj przyodziewek, z panem jadę — zawołał, wpadając do izby.

Kucharka, wyspawszy się po obiedzie, teraz nastawiała dla męża samowar. Zakrzątnęła się i ona, z pieca zdjęła suszący się na nim, ubożuchny, wytłuszczoną kapotę sukienną, otrzepała ją i wygładzała fałdy.

— Będzie wam teraz z mężem swobodnie, jak u siebie — mówił Nikita do kucharki, bo lubił każdemu dać dobre słowo. Owinął się w wązki pas, wciągnął w siebie i tak już pusty, żołądek i z całych sił okręcił się w półszubek.

— Ot i dobrze — mówił już nie do kucharki, ale do swego pasa — choćbyś chciał, nie opadniesz — plecy wyprężył, kilka razy podnosił ramiona i opuszczał, żeby nabrać swobody ruchów, potem nawierzch włożył kapotę i zdjął rękawice z pułki. — No, teraz w drogę — raźno zawołał.

— Zdałoby się wziąść inne buty, Stepanicz, takie już dziurawe — mówiła kucharka.

Nikita namyślał się.

— Hm! zdałoby się — powtórzył — ale się obejdzie. Co tam! niedaleko!

Wybiegł na podwórko.

— A nie będzie ci zimno, Nikituszka? — pytała go troskliwie gospodyni, gdy do sanek podszedł.

— Co ma być zimno, ciepło jak w uchu — odpowiedział Nikita, zgarniając słomę z pod siedzenia, żeby sobie nogi okryć i wsuwając batog pod słomę, bo rączego Łyska poganiać nie było potrzeba.

Wasyl Andreicz siedział już w saniach i zajmował prawie cały przodek. Zagarnął lejce i konia niemi zaciął.

Sanie ruszyły. Nikita podskoczył i usadowił się naprzeciw gospodarza po lewej stronie, jednę nogę naprzód wysunął, drugą między słomę wetknął, prawie pod sam bok Wasyla Andreicza.

__________

II.

Rączy źrebak ruszył z kopyta, płozy zaskrzypiały po śniegu, Łysek pomknął szybko po ujeżdżonej drodze.

— A tyś tu po co? Nikita, dawaj bata — krzyknął Wasyl Andreicz, rad widocznie z syna, który wgramolił się był z tyłu. — Ja ci tu dam. A wracaj do matki, psi synu — wygrażał mu pół żartem.

Chłopak zeskoczył. Łysek z truchcika, przeszedł w kłusa.

We wsi Kresty, w której stał dworek Wasyla Andreicza, było tylko sześć chałup. Minąwszy ostatnią — kuźnię — uczuli odrazu, że wiatr daleko większy, niź się zdawało przy zabudowaniach. Drogi znać już prawie nie było. Wiatr zmiatał odrazu ślady płóz, a gościniec tem tylko się różnił od pola, że nad niem trochę wystawał.

Wiatr po całem polu buszował i zatarł już zupełnie obręcz, przy której niebo do ziemi się tuli. Telatyński las było zwykle widać, jak na dłoni, teraz zaledwie go można było dojrzeć przez śnieżną zasłonę.

Wiatr pędził z lewa na prawo, zakręcał grzywę na przysadzistym karku Łyska, szarpał jego zawiązanym u samego zadu ogonem, a Nikicie przylepiał kołnierz do twarzy.

— Kłusa wyciągnąć nie może i nie dziw, zawierucha taka — mówił Wasyl Andreicz, chlubiąc się swoim dzielnym źrebcem. — Jechałem raz do Paszutina: w pół godziny dowiózł.

— Czego?

— Do Paszutina, powiadam, w pół godziny dojechał.

— Ha! co tu gadać. Koń nie byle jaki — odpowiedział Nikita.

Umilkli. Ale Wasyl Andreicz miał ochotę na pogawędkę.

— A nakazywałem gospodyni: nie rozpajaj bednarza, mówiłem — odezwał się żartobliwie, w tem głębokiem przekonaniu, że Nikita powinien sobie uważać za zaszczyt rozmowę z taką dostojną i mądrą osobą; a tak był zadowolniony ze swego konceptu, że na myśl mu nawet nie przychodziło, że rozmowa podobna może być niemiłą Nikicie.

Nikita nie dosłyszał zuowu słów gospodarza, bo wiatr je odganiał w inną stronę.

Wasyl Andreicz wrzasnął, co tchu starczyło, powtórzył swój koncept o bednarzu.

— A niech tam sobie, Wasylu Andreiczu. Byle mi tylko małego nie krzywdzili, to Bóg z nimi — brzmiała odpowiedź.

— Tak powiadasz, twoja rzecz. No, a kupisz konia na wiosnę? — zaczął rozmowę z innej beczki.

— Kupić trzeba — odpowiedział Nikita, odsuwając kołnierz kapoty i ku gospodarzowi się przychylając.

Rozmowa zaczynała go zajmować. Teraz chciał wszystko słyszeć.

— Mały podrósł, tylko patrzeć, jak sam za pługiem stanie, a to trzeba było wciąż najmować — mówił.

— No, to bierz bułankę, nie drogo policzę — krzyczał Wasyl Andreicz.

Sama myśl o zarobku podnieciła go odrazu. Bo też dla zarobku tylko żył na świecie, o nim tylko myślał od wieczora do rana.

— Ha! dacie piętnaście rubelków, to na końskim jarmarku jaką szkapinę upatrzę.

Odpowiedź była niegłupia.

Nikita wiedział, że koń którego Wasyl Andreicz chciał się pozbyć, wart był najwyżej rubli siedm, a że Wasyl Andreicz, odstąpiwszy tę szkapinę, policzy ją conajmniej w dwudziestu pięciu rublach, a wtedy i z pół roku pieniędzy nie będzie można ani powąchać.

— Koń jak obraz. Ja tobie życzę z duszy, z serca. Jak mi Bóg miły. Brechunow w życiu swojem jeszcze nikogo nie oszukał. Niechaj tam lepiej przepada moje, a nie cudze. Uczciwie powiadam — zawołał takim głosem, jakim zwykł był otumaniać ludzi, z którymi miał interesa. — Koń, co się zowie, powiadam.

— Co prawda, to prawda — odpowiedział wymijająco Nikita, przyczem głęboko westchnął a nabrawszy przekonania, że słuchać już dalej niewarto, wypuścił z ręki kołnierz, który zakrył mu znowu twarz i ucho.

Z półgodziny jechali w milczeniu. Wiatr smagał Nikitę w bok i w rękaw, tam, gdzie szuba była wyszarpana.

Parobek wstrząsał się, dmuchał w kołnierz, do ust mu przylegający i zdawało mu się, że go oddech rozgrzewa.

— No, jak myślisz, jechać na Karamyszewo, czy prosto? — zapytał nagle Wasyl Andreicz.

Przez Karamyszewo droga była lepsza, gościniec, wysadzony w dwa rzędy wierzbiną. Droga prosta była, bliższa, ale mniej ujeżdżona i nie znaczyły jej drzewka, lub też były nędne, uschnięte, śniegiem zasypane.

Nikita namyślał się chwilkę.

— Na Karamyszewo dalej, ale przejechać łatwiej — oświadczył wreszcie.

— Hm, prosto jadąc, to byle tylko jar minąć nie zbłądziwszy, potem już lasem, jak po stole — mówił Wasyl Andreicz, który miał ochotę jechać prosto.

— Wola wasza — odpowiedział Nikita i znowu kołnierz postawił.

Wasyl Andreicz pojechał prosto i jechał tak dobre pół wiorsty, aż do rozłożystego dębezaka.

Tu skręcił na lewo.

Na zakręcie wiatr dmuchnął im w same oczy, a z góry śnieżek posypał. Wasyl Andreicz, powożąc, wzdymał policzki i puszczał oddech na wąsy. Nikita drzemał.

Przejechali z dziesięć minut w milczeniu. Nagle Wasyl Andreicz odezwał się.

— Co? — zapytał Nikita, oczy otwierając.

Gospodarz nie odpowiedział, tylko spoglądając przed konia i z jednej, to z drugiej strony, drogę upatrywał.

Koń cały skudłacony od potu, szedł stępa.

— Czego ci trzeba? — powtórzył Nikita.

— Czego? czego? — przedrzeźniał go Wasyl Andreicz, rozsierdzony. — Wierzb nie widać. Zjechaliśmy z drogi.

— Stań, ja się rozglądnę — zawołał Nikita i zeskoczywszy z sanek, wydobył bat z pod słomy i odszedł w lewo.

Zima roku owego nie była śnieżna, droga wcale nie kopna, miejscami jednak Nikita brodził po kolana, śnieg mu się do butów wsypywał. Parobek chodził, postukiwał nogami i batem, ale drogi ani dojrzeć.

— No i cóż — zapytał Wasyl Andreicz, gdy Nikita do sanek powrócił.

— Po tej stronie drogi ani śladu. Sprobuję poszukać z tamtej.

— Ot, tam coś czernieje naprzeciwko, dojdź-no, a zobacz — mówił Wasyl Andreicz.

Nikita zbliżył się do czerniącego przedmiotu — była to ziemia: wiatr wydmuchał ją z wierzchu zagonów oziminy i rozrzucił po powierzchni śniegu.

Uszedłszy kawał drogi na prawo, Nikita wrócił do sanek, strzepnął śnieg, z butów go wytrząsnął i usadowił się znowu.

— Trza jechać na prawo — oświadczył stanowczo — wpierw wiało mi w lewy bok, a teraz w mordę. Znać wiatr się odmienił.

Wasyl Andreicz usłuchał Nikity i skręcił wprawo. Ale drogi wciąż widać nie było.

Jechali tak kawał czasu. Wiatr nie ustawał, śnieg pruszyć zaczął.

— Toż to my, Wasyl Andreicz, zabłądziliśmy ze szczętem — zawołał nagle Nikita, rad jakby z tego. — A to co? — dodał po chwili, wskazując na sterczącą wśród śniegu łęcinę kartofli.

Wasyl Andreicz osadził na miejscu spotniałego, robiącego juź bokami Łyska.

— Co takiego? — zapytał.

— A toż Zacharjewskie pole. Ot, gdzie zajechali.

— Łżesz — krzyknął Wasyl Andreicz. Mówił teraz innym już zupełnie głosem, niż w domu: grubym, chłopskim.

— Co miałbym łgać, Wasylu Andreiczu; prawdę mówię — bronił się Nikita — a toć i sanie podskakują: jedziemy po kartoflsku, a ot, łęciny: kartofle zwozili. Co tu gadać. Pole gorzelniane.

— Patrzcie, gdzie zabłądzili — biadał Wasyl Andreicz. — Cóż teraz będzie?

— Trzeba brać na prawo, ot i tyle; gdzie bądź, a dojedziem: nie do Zacharowki, to na pański chutor — rozumował Nikita.

Wasyl Andreicz usłuchał i konia lejcami zaciął.

Wjeżdżali na miedze, to znowu wpadali w jamy, to sunęli po ścierniskach, to po oziminach, to po jarzynnych polach. Wiatr, gospodarując, ziemię na wierzch wydobył i śnieg czarną kurzawą przysypał, targając zeschłe chwasty za czuby; to znowu wjeżdżali w śnieg głęboki, rozesłany płachtą białą, równą, przez którą nie przezierało nic zgoła. Śnieg sypał i z nieba i z ziemi się unosił kłębami.

To im się zdawało, że jadą pod górę, to, że się z góry spuszczają, albo, że stoją na miejscu, a śnieżne pole biegnie mimo. Obaj milczeli. Koń, aż się skurczył; cały szronem okryty od potu, szedł stępa.

Nagle naprzód się wyrwał i wpadł do rowu. Wasyl Andreicz chciał go wstrzymać, ale Nikita zawołał:

— Ha! zaleźli do rowu, wydostać się trzeba. No, mileńki, no, mały — krzyknął na Łyska z sani zeskakując i sam w rowie grzęznąc.

Koń szarpnął i natychmiast wydobył się na zamarźnięty nasyp. Był to widocznie rów, przekopany umyślnie.

— Gdzież to my teraz? — pytał Wasyl Andreicz.

— A ot zaraz się dowiemy. Ruszaj-no, gdziebądź, a wyjedziem.

— A toż to chyba Goraczynski lasek — mówił Wasyl Andreicz, ukazując coś czarnego, naprzeciwko.

— Ot, dojedziem to i zobaczymy, jaki tam las.

Nikita widział, że od owej czerniejącej woddali plamy wiatr niósł suche, podłużne liście wierzbiny i z tego wnosił, że to nie las, tylko ludzka siedziba; ale odzywać się z tem nie chciał.

Zaledwie odjechali na jakie dziesięć sążni od rowu, aż oto zarysowały się przed nimi drzewa i doleciał ponury, żałobny odgłos.

 

Nikita dobrze się domyślał: nie był to las, ale rząd wierzbin, gdzie nie gdzie jeszcze upstrzonych listkami.

Rów przy gumnie wysadzony był wierzbiną.

Przy świszczących ponuro drzewkach, koń nagle przedniemi nogami stanął wyżej niż sanie, wygramolił się i tylnemi na to podwyższenie i odrazu przestał brodzić w śniegu po kolana.

Wydostał się na gościniec.

— Ot i dojechali, a gdzie — niewiadomo — mówił Nikita.

Koń, nie zbaczając już, mknął prosto po drodze kopnej, a po chwili zaczerniał częstokoł gumna.

Za gumnem droga szła pod wiatr, wjechali do kotliny. Ukazały się woddali wiejskie opłotki.

Jakoż wyjechawszy z kotliny, wśród ludzkich zagród się znaleźli.

Przy ostatniej chacie powiewała, rozwieszona na sznurku, zamarźnięta bielizna: koszule, jedna czerwona, druga biała, spodnie i onuce. Koszula biała wyrywała się najzawzięciej, najrozpaczliwiej, rękawami wymachując, jak wiatrak śmigami.

— Ot, baba leniwa, zdechła czy co, że nawet przed odpustem bielizny nie zdejmie — oburzył się Nikita.

__________

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?