Chodźcie w światłości, dopóki jest światłośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Chodźcie w światłości, dopóki jest światłość

Powieść z pierwszych wieków chrześcijaństwa

Saga

Chodźcie w światłości, dopóki jest światłość przełożył Anonim tytuł oryginału Ходитевсвете, покаестьсвет Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1913, 2019 Lew Tołstoj i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726184945

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WSTĘP.

W pewnym bogatym domu zebrali się razu pewnego goście. I zdarzyło się, że zawiązała się poważna rozmowa o życiu.

Mówiono o nieobecnych i o obecnych i nie można było znaleźć ani jednego człowieka, zadowolonego z życia.

Mało tego, że nikt nie mógł skarżyć się na zbytek szczęścia, lecz nie było ani jednego człowieka, który by uważał, że żyje tak, jak powinien żyć chrześcijanin. Przyznawali wszyscy, że żyją życiem światowem, w troskach tylko o siebie i o swoje rodziny, a nie myśli nikt o bliźnich, a tem mniej o Bogu.

Tak rozmawiali goście ze sobą, i wszyscy zgadzali się, oskarżając samych siebie o bezbożny, niechrześciański tryb życia.

— A więc dlaczego my tak żyjemy? krzyknął młodzieniec. Dlaczego robimy to, czego nie pochwalamy? Czyż nie jesteśmy w możności zmienić życie swoje? Sami przyznajemy, że gubi nas nasz zbytek, wydelikacenie, bogactwa nasze, a przedewszystkiem — duma nasza, nasze odłączenie się od braci. Ażeby być znakomitymi i bogatymi, powinniśmy pozbawić się wszystkiego, co daje radość życia człowiekowi; gnieździmy się w miastach, wydelikacamy się, gubimy zdrowie swoje i, pomimo wszystkich naszych rozrywek umieramy z nudy i żalu, że życie nasze nie jest takie, jakiem powinno być. Pocóż więc żyć tak, poco gubić tak życie całe, wszystko to dobre, które dane nam jest przez Boga. Nie chcę żyć jak dawniej. Rzucę rozpoczęte nauki, przecież przyprowadzą mnie one do niczego innego, jak do tego męczącego życia, na które wszyscy się teraz skarżymy. Wyrzeknę się swego imienia i pójdę zamieszkam na wsi z biedakami; będę pracować z nimi, nauczę się pracować rękoma i, jeżeli biednym potrzebna jest nauka moja, będę się nią z niemi dzielić, lecz nie przez instytucje i książki, a wprost, żyjąc z nimi po bratersku. Tak postanowiłem, — rzekł on, patrząc z zapytaniem na ojca, który się również tam znajdował.

— Pragnienie twe jest dobre, — rzekł ojciec: lecz lekkomyślne i nieobmyślane. Przedstawia ci się to wszystko tak łatwem, dlatego, że nie znasz życia. Czyż mało rzeczy wydaje się nam dobremi! Lecz rzecz idzie o to, że wykonanie tego dobrego było bardzo trudne i skomplikowane. Trudno iść dobrze wybitą już koleją, lecz jeszcze trudniej torować nowe drogi. Zajmują się tem tylko ludzie, którzy w zupełności dojrzeli i zapanowali nad tem wszystkiem, co dostępnem jest ludziom. Tobie wydają się łatwemi nowe drogi życia dlatego, że nie rozumiesz jeszcze życia. Wszystko to — lekkomyślność i pycha młodości. My ludzie starzy, dlatego też i jesteśmy potrzebni, ażeby miarkować wasze porywy i kierować wami przy pomocy naszego doświadczenia, a wy, młodzi, powinniście nas słuchać. Twe życie czynu jest jeszcze przed tobą, teraz ty rośniesz i rozwijasz się. Wychowaj się, wykształć się w zupełności, stań na swoich nogach, miej swe stałe przekonania, a wtedy zaczynaj nowe życie, jeżeli czujesz do tego siły. Teraz zaś powinieneś słuchać tych, którzy kierują tobą dla twego dobra, a nie otwierać nowe drogi życia.

Młodzieniec zamilkł, i starsi zgodzili się z tem co powiedział ojciec.

— Ma pan słuszność, — zwrócił się do ojca młodzieńca człowiek żonaty, w średnim wieku. Prawda — rzekł on: że młodzieniec, nie mając doświadczenia życiowego, może się omylić, szukając nowych dróg życia, i decyzja jego nie może być stanowczą; lecz przecież wszyscy my zgodziliśmy się na to, że życie nasze wstrętne jest dla sumień naszych i nie daje nam dobra. Dlatego też nie można nie uznać za sprawiedliwe pragnienia wyjścia z tego życia. Młodzieniec może wziąść marzenie moje za dowodzenie rozumu, lecz jam nie młodzieniec; i powiem wam o sobie: słuchając rozmowy dzisiejszego wieczoru, przyszła mi do głowy taż sama myśl. Życie to, które ja prowadzę, widocznie dla mnie, nie może dać mi spokoju sumienia i dobra. To pokazuje mi i doświadczenie i rozum. Więc czegóż ja czekam? Morduję się od rana do wieczora dla rodziny, a w rzeczywistości wynika, że ani sam ani rodzina nie żyjemy po Bożemu, a co raz gorzej i gorzej grzęźniemy w grzechach. Robisz dla rodziny, a rodzinie przecież nie lepiej, dlatego, że to, co robisz dla nich, nie jest dobrem. I dlatego często myślę, czy by nie lepiej było, jeżeli bym zamienił całe życie moje i zrobił właśnie to, co mówił młody człowiek, — przestałbym troszczyć się o żonę i dzieci, a myślałbym tylko o duszy. Nie nadarmo i u Pawła jest powiedziane: „żonaty troszczy się o żonę a nieżonaty — o Boga“.

Nie zdołał domówić tego człowiek żonaty, gdy obruszyły się na niego wszystkie obecne tam kobiety i żona jego.

— O tem trzeba było wcześniej pomyśleć, — rzekła jedna ze starszych kobiet.

— Włożyłeś chomąto, więc ciągnij. Tak i każdy powie, że chcą zbawiać się, kiedy mu wyda się trudnem prowadzenie i wyżywienie rodziny. To oszustwo i podłość. Nie, człowiek powinien umieć żyć w swej rodzinie po Bożemu. A tak to łatwo zbawiać się samemu. A i co najgłówniejsze, postąpić tak — znaczy się postąpić wbrew nauce Chrystusa. Bóg kazał kochać innych, a tem panowie dla Boga innych krzywdzić chcecie. Nie, żonaty ma swoje określone obowiązki, i nie powinien ich lekceważyć. Inna rzecz, kiedy rodzina już postawiona na nogi. Wtedy róbcie dla siebie, co się wam podoba. A rodziny krzywdzić nikt niema prawa.

Lecz żonaty nie zgodził się z tem. Rzekł:

— Nie chcę rzucać rodziny. Mówię tylko, że rodzinę i dzieci należy prowadzić nie po światowemu, nie dla tego, ażeby uczyli się żyć dla swojej przyjemności, jak oto mówiliśmy, a trzeba prowadzić tak, ażeby dzieci za młodu już przywykły do biedy, do pracy, do pomagania ludziom, i przedewszystkiem, do bratniego życia ze wszystkimi. A dla tego potrzeba wyrzec się zaszczytów i bogactwa.

— Niema co innych przymuszać, dopóki sam żyjesz nie po Bożemu, — gorąco na to rzekła żona jego: tyś sam za młodu żył dla swoich przyjemności, dlaczegóż więc dzieci swoje i rodzinę swoją chcesz męczyć? Niech rosną w spokoju, a potem, co zechcą, to będą robić sami, a ty ich nie zmuszaj. Żonaty zamilkł, lecz obecny tam stary człowiek stanął w obronie jego:

— Przypuśćmy, — rzekł on: nie wolno człowiekowi żonatemu, przyzwyczaiwszy rodzinę do pewnego dostatku, pozbawiać ją odrazu tego wszystkiego. Prawda, że jeżeli rozpoczęto już wychowanie dzieci, to lepiej skończyć je niż wszystko niszczyć. Tembardziej, że po dorośnięciu dzieci same wybiorą sobie tą drogę, którą uważać będą dla siebie za lepszą. Zgadzam się, człowiekowi rodzinnemu trudno i nawet niemożebne jest bez grzechu zmienić swe życie. Oto nam, starym, Bóg to kazał. Powiem o sobie: żyję teraz bez żadnych obowiązków, żyję, prawdę powiedziawszy, dla swego brzucha: jem, piję, odpoczywam, i samego mnie zdejmuje wstręt i ohyda.

Oto na mnie czas już rzucić to życie, rozdać swój majątek i choć przed śmiercią pożyć tak, jak Bóg kazał chrześcianinowi.

Nie zgodzono się i ze starcem. Była tu jego siostrzenica i córka chrzestna, której trzymał do chrztu wszystkie dzieci i obdarzał na święta, i syn jego. Wszyscy mu zaprzeczyli.

— Nie, rzekł syn: napracowałeś się ojcze w swem życiu, czas ci odpocząć i nie męczyć się. Przeżyłeś 60 lat ze swemi przyzwyczajeniami, nie możesz ich się pozbyć. Będziesz się tylko męczyć napróżno.

— Tak, tak, — potwierdziła siostrzenica: będziesz, wuju, w potrzebie i będziesz nie w humorze, będziesz narzekać i nagrzeszysz więcej jeszcze. A Bóg jest miłosierny i przebacza wszystkim grzesznikom, a nie tylko tobie, takiemu dobremu wujaszku.

— A i poco to nam?.. dodał drugi starzec, rówieśnik wujaszka: pozostało nam już z tobą, wszystkiego, być może, jakieś dwa dni życia. Po co zaczynać?..

— Jakież to dziwne! — rzekł jeden z gości (on wciąż milczał): jakież to dziwne!.. Wszyscy mówimy, że dobrze jest żyć po Bożemu i że żyjemy źle, i duchem i ciałem się męczymy, a jak tylko rzecz cała doszła do czynu, tak wychodzi, że dzieci przymuszać nie można, a należy wychowywać je nie po Bożemu a po staremu. Młodzi nie powinni wyzbywać się woli rodzicielskiej, a powinni żyć nie po Bożemu, a po staremu. Żonatym niewolno żony i dzieci przymuszać, a trzeba żyć nie po Bożemu, a po staremu. A starzy nie mają po co zaczynać i nie przywykli oni i tylko dwa dni życia im pozostały. Wynika z tego, że nikt dobrze żyć nie może, a tylko pomówić o tem wolno.

I.

Działo się to za panowania Imperatora rzymskiego Trajana, w sto lat po Narodzeniu Chrystusa Pana. Było to w czasach, kiedy żyli jeszcze uczniowie Chrystusowi i chrześcianie mocno trzymali się nauki Mistrza, jak powiedziane jest w Dziejach Apost.

Żył w one czasy w prowincji Cylicyi, w mieście Tarsie, bogaty kupiec, Syryjczyk, handlujący drogiemi kamieniami, Juwenaliusz.

Pochodził on z ludzi prostych i biednych, lecz pracą i sztuką w rzeczywistości doszedł do bogactw i poważania u swych współobywateli. Podróżował on wiele po różnych krajach i, chociaż nie był uczonym, wiele poznał i zrozumiał, i mieszczanie cenili go bardzo za rozum jego i sprawiedliwość. Wiarę wyznawał on rzymską, pogańską, jaką wyznawali wszyscy szanowani ludzie w cesarstwie rzymskiem, — tą wiarę, wykonywania obrzędów której zaczęli surowo domagać się od czasów Cezara Augusta, i którą ściśle obserwował obecny imperator Trajan. Prowincja Cylicya daleką była od Rzymu, lecz rządził nią rzymski namiestnik, i wszystko, co działo się w Rzymie, odzywało się w Cylicyi, i wielkorządcy naśladowali swoich imperatorów.

 

Juwenaljusz pamiętał z dzieciństwa jeszcze opowiadania o tem, co robił Neron w Rzymie, widział potem, jak ginęli imperatorzy jeden za drugim, i jako człowiek rozumny, zrozumiał, że w religji rzymskiej nic nie było świętego, lecz że to wszystko bylo dziełem rąk ludzkich. Szał całego otaczającego go życia, szczególnie zaś to, co działo się w Rzymie, gdzie często bywał dla interesów swoich, często oburzało go. Miał on zwątpienia, lecz nie mógł objąć rozumem wszystkiego i kładł to na karb swego nizkiego wykształcenia.

Był żonaty, i dzieci miał czworo, lecz troje umarło za lat dziecinnych jeszcze, pozostał jeden syn, imieniem Juljusz.

Tego Juljusza otoczył Juwenaljusz całą swą miłością i wszystkiemi troskami swemi. Szczególnie zaś chciał Juwenaljusz, żeby nie dręczył się on temi zwątpieniami o życiu, które go samego niepokoiły. Kiedy Juljusz skończył 15 lat, oddał go ojciec na naukę do zamieszkałego w ich mieście filozofa, przyjmującego do siebie młodzież na naukę. Ojciec oddał go do filozofa razem z kolegą jego, Pamfilem, synem zmarłego wyzwoleńca swego. Młodzieńcy byli rówieśnikami, obydwaj piękni i przyjaciele.

Młodzieńcy uczyli się pilnie, obydwaj mieli charakter dobry. Juljusz przykładał się więcej do nauki poezyi i matematyki, Pamfil — zaś do nauki filozofji. Na rok przed ukończeniem nauki, Pamfil, przyszedłszy do szkoły, oznajmił nauczycielowi, że matka jego, wdowa, przenosi się do miasta Dafne i że on musi opuścić naukę. Żałował nauczyciel utraty ucznia, przynoszącego mu zaszczyt, żałował i Juwenaljusz, lecz najwięcej ze wszystkich żałował Juljusz. Na wszystkie prośby i tłomaczenia, żeby pozostał dalej, i w dalszym ciągu prowadził naukę, Pamfil był nieubłagany i podziękowawszy przyjaciołom za miłość ich ku niemu i troski o niego rozstał się z nimi.

Upłynęły dwa lata. Juljusz ukończył nauki i przez cały ten czas ani razu nie spotkał przyjaciela swego.

Razu pewnego spotkał go na ulicy, zaprosił go do siebie do domu i zaczął się dopytywać o to, jak i gdzie on mieszka. Pamfil opowiedział mu, że mieszka z matką wciąż Dafne.

— Mieszkamy, — mówił: nie sami, lecz z nami jest wielu przyjaciół, z którymi wszystko mamy wspólne.

— Jakto wspólne? spytał Juljusz.

— Tak, że nikt z nas nic nie uważa za swoje.

— Dlaczego wy to robicie?

— Jesteśmy chrześcianami, rzekł Pamfil.

— Czyżby?... wykrzyknął Juljusz, a mnie przecież mówili, że chrześcianie zabijają dzieci i jedzą je? Czyż i ty przyjmujesz w tem udział.

— Przyjdź i zobacz, — odrzekł Pamfil: nie robiemy nic szczególnego, żyjemy po prostu, starając się nie robić nic złego.

— Lecz jakżeż można żyć, nic nie uważając za swoje?

— Żywimy się. Jeżeli oddajemy braciom naszą pracę, to oni oddają nam swoją.

— A jeżeli bracia biorą pracę waszą, a nie oddają jej, wtedy jakżesz?

— Takich niema, — rzekł Pamfil: tacy ludzie lubią żyć w zbytkach i nie przyjdą do nas, życie nasze proste i nie zbytkowne.

— Alboż to mało jest leniwców, którzy będą bardzo zadowoleni z tego, jeżeli będą ich darmo żywić.

— Są i tacy, i my chętnie przyjmujemy ich. Niedawno przyszedł jeden taki, zbiegły niewolnik; z początku prawda, lenił się i żył źle, lecz prędko zmienił swe życie i teraz został dobrym bratem.

— No, a jeżeliby on się nie poprawił?

— Są i tacy. Starzec Cyryli mówi, że z takimi to właśnie postępować należy jak z najdroższymi braćmi i jeszcze więcej ich kochać.

— Czyż można kochać łotrów?

— Nie wolno nie kochać człowieka!

— Lecz jakżeż wy możecie dawać wszystkim to, o co oni proszą? spytał Juljusz. Jeżeli by ojciec mój dawał wszystkim, kto go o coś prosi, wkrótce nic by mu nie zostało.

— Nie wiem — odrzekł Pamfil — nam pozostaje na wypadek potrzeby. I jeżeli zdarza się, że niema co jeść, lub niema się czem przykryć, to my prosimy o to drugich i oni nam dają. Lecz rzadko się to zdarza. Mnie tylko raz zdarzyło się położyć się spać bez kolacji, a i to dlatego, że zmęczyłem się bardzo i nie chciałem iść do brata poprosić.

— Nie wiem, jak wy robicie, rzekł Juljusz: tylko, jak ojciec mówi, jeżeli swego nie strzedz, a jeszcze jeżeli dawać wszystkim, kto tylko poprosi, to sam z głodu umrzesz.

— My nie umieramy. Przyjdź, popatrz. Żyjemy i nie tylko że nie uczuwamy potrzeby, lecz nawet mamy wiele rzeczy niepotrzebnych.

— Więc jakżeż to tak?

— A oto dlaczego. Wyznajemy my wszyscy jedną wiarę, lecz stopień wykonania u wszystkich jest różny: u jednego jest większy, u drugiego mniejszy. Jeden wydoskonalił się już w dobrem życiu, drugi dopiero zaczyna je. A przed nami wszystkiemi stoi Chrystus z życiem Swojem, i my wszyscy staramy się naśladować Go, i w tem jednem widzimy nasze dobro. Jedni z nas, jak starzec Cyryli i żona jego Pelagja, stoją na czele nas, inni z tyłu, trzeci jeszcze bardziej z tyłu, lecz wszyscy idą jedną drogą. Przodujący są już blizko do nauki Chrystusa — wyrzeczenia się siebie — i zgubili swą duszę, ażeby zdobyć ją. Tym już nic nie trzeba, ci siebie nie żałują, i wszystko, do ostatka, według przykazań Chrystusa, oddają proszącym. Drudzy są słabszymi, tacy, którzy nie mogą oddać wszystkiego, słabną i jeszcze żałują sami siebie, słabną bez zwykłego odzienia i pokarmu, i nie wszystko oddają. Są jeszcze słabsi — ci, którzy dopiero co nie dawno wstąpili na drogę; ci żyją jeszcze po staremu, zatrzymują wiele dla siebie i oddają tylko to, co im zbywa. I ci to ostatni przychodzą z pomocą tym na przodzie. Oprócz tego wszyscy my związani jesteśmy pokrewieństwem z poganami. Jeden ma ojca poganina, który ma majątek i daje synowi. Syn daje proszącym, lecz ojciec znów daje. Inny ma matkę pogankę, ta żałuje syna i pomaga mu. Trzeci ma dzieci pogan, a matka jest chrześcijanką, i dzieci zaopatrują matkę, dają jej i proszą, żeby nie rozdawała, a ona z miłości dla nich przyjmuje, i mimo to rozdaje innym. Czwarty ma żonę — pogankę. Piąta męża poganina. Tak jest wszystko poplątane, i stojący na przodzie, radzi by oddać ostatnie, lecz nie mogą. Tem też i podtrzymują się słabsi w wierze, i dzięki temu zbiera się wiele rzeczy nad miarę.

Na to Juljusz rzekł:

— Lecz jeżeli tak, to wy, znaczy się, odstępujecie od nauki Chrystusa i tylko przybieracie pozę. A jeżeli wy nie oddajecie wszystkiego, to i niema między nami a wami różnicy. Mojem zdaniem, jeżeli być już chrześcianinem, to wypełnić wszystko, oddać wszystko i pozostać żebrakiem.

— I to najlepsze ze wszystkiego, — rzekł Pamfil — i zrób tak.

— Tak, zrobię, kiedy zobaczę, co wy robicie!

— My nic pokazywać nie chcemy. I tobie nie radzę iść do nas i wychodzić ze swego trybu życia dla pokazu; czynimy to, co robimy, nie dla oczu jednak, a dla wiary naszej.

— Co to znaczy — dla wiary naszej?

— A dla wiary znaczy to, że — zbawienie od złego świata, od śmierci, — tylko spoczywa w życiu według nauki Chrystusa. I nam jest wszystko jedno, co powiedzą o nas ludzie. My robimy wszystko nie dla ludzi, a dla tego, że tylko w tem widzimy życie i dobro.

— Nie wolno nie żyć dla siebie, — rzekł Juljusz: Bogowie sami włożyli na nas to, że my kochamy siebie więcej od innych i szukamy dla siebie przyjemności. I wy toż samo robicie. Ty sam mówisz, że między waszymi są ludzie, którzy siebie żałują. Będą oni coraz więcej i więcej robić sobie przyjemności i coraz więcej będą porzucać wiarę waszą i będą robić to samo co i my.

— Nie, — odrzekł Pamfil: nasi idą inną drogą i nigdy nie słabną, lecz coraz większej nabierają mocy: jak ogień nigdy nie zgaśnie, kiedy do niego drew się dokłada. Na tem też polega wiara nasza.

— Nie rozumiem, na czem też ona polega.

— Wiara nasza opiera się na tem, że my rozumiemy życie tak, jak objaśnił nam je Chrystus.

— Jak to?

— Chrystus rzekł taką przypowieść: „Żyli robotnicy winnicy w cudzym ogrodzie i płacić powinni dziesięcinę gospodarzowi“. To my, ludzie, żyjemy na świecie i powinniśmy płacić dziesięcinę, wykonywać wolę Jego... „A ludzie ci według pojęć świata pomyśleli, że ogród do nich należy, że nie mają co płacić za niego, a tylko to, ażeby korzystać z owoców jego. Przysłał do ludzi tych gospodarz wysłańca, ażeby otrzymać dziesięcinę, a oni wygnali go. Przysłał gospodarz swego syna po dziesięcinę, a oni zabili go, myśląc, że potem nikt im przeszkadzać nie będzie.“ Oto jest ta wiara świata, według której żyją wszyscy ludzie na świecie, nieuznający tego, że życie dane jest tylko dlatego, ażeby służyć Bogu. Chrystus zaś nauczył nas tego, że wiara świata w to, że człowiekowi lepiej będzie jeżeli wygna z ogrodu wysłańca, syna gospodarza, i nie da dziesięciny, że ta wiara fałszywa, gdyż nie minie nas: albo dać dziesięcinę, albo zostać wygnanymi z ogrodu. Nauczył On nas tego, że wszystkie przyjemności, które my nazywamy przyjemnościami: jedzenie, picie, zabawy, nie mogą być przyjemnościami, jeżeli na nich polega życie, że są one przyjemnościami tylko wtedy, kiedy szukamy czego innego, — spełnienia woli Boga, że tylko wtedy te przyjemności, jako nagroda prawdziwa, następują po spełnieniu woli Boga. Chcieć brać przyjemności bez trudu spełnienia woli Bożej, odrywać jedne przyjemności bez trudu, — to wszystko jedno, co rozrywać źdźbła kwiatów i rozsadzać je bez korzeni. My wierzymy w to i dlatego nie możemy szukać oszukaństwa zamiast prawdy. Wiara nasza polega na tem, że dobro życia nie w przyjemnościach jego, a w wykonaniu woli Boga bez myśli o przyjemnościach i nadziei ich, i my tak żyjemy, i czem dłużej żyjemy, tem bardziej widzimy, że przyjemności i dobro, jak koło za hołoblami, idą w ślad za wypełnieniem woli Boga. Nauczyciel nasz rzekł:

„ Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i ja uspokoję was. Weźcie brzemię moje na siebie i nauczcie się ode Mnie, gdyż Jam cichy i pokorny sercem, i znajdziecie spokój dla dusz waszych, gdyż brzemię Moje dobre i lekkie jest.“

Tak mówił Pamfil. Juljusz słuchał, i serce jego wzruszało się, lecz nie było wyraźnem dla niego co mówił Pamfil; wydawało mu się, że Pamfil oszukuje go; patrzał wtedy w dobre oczy przyjaciela swego i przypomniał sobie dobroć jego, i zdawało mu się, że Pamfil sam oszukuje siebie. Pamfil zapraszał Juljusza, ażeby przyjechał do nich, zobaczyć ich życie, i jeżeli mu się ono spodoba, pozostał z nimi.

I Juljusz obiecał, lecz nie pojechał do Pamfila i, wciągnięty w wir życia swego, zapomniał o nim.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?