Anna Karenina. Tom I

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Ty­tuł ory­gi­na­łu

Anna Ka­rie­ni­na

© Co­py­ri­ght: Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

Skład i ła­ma­nie:

Gro­up­Me­dia

ISBN: 978-83-62913-83-1

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk,

ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.: 058 742 09 12

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  TOM PIERWSZY CZĘŚĆ PIERWSZA CZĘŚĆ DRUGA CZĘŚĆ TRZECIA CZĘŚĆ CZWARTA

  Wyjaśnienia

TOM PIERWSZY

CZĘŚĆ PIERWSZA

Mnie po­msta, ja od­dam – mówi Pan.

I

Wszyst­kie szczę­śli­we ro­dzi­ny są do sie­bie po­dob­ne, każ­da nie­szczę­śli­wa ro­dzi­na jest nie­szczę­śli­wa na swój spo­sób.

W domu Ob­łoń­skich za­pa­no­wał cał­ko­wi­ty za­męt. Żona do­wie­dzia­ła się, że mąż ma ro­mans z Fran­cuz­ką, byłą gu­wer­nant­ką ich dzie­ci, i oświad­czy­ła, że nie może miesz­kać z nim pod jed­nym da­chem. Ten stan rze­czy trwał już trze­ci dzień i da­wał się sro­dze we zna­ki za­rów­no mał­żon­kom, jak i wszyst­kim człon­kom ro­dzi­ny i do­mow­ni­kom Ob­łoń­skich. Wszy­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny i do­mow­ni­cy wy­czu­wa­li, że ich współ­ży­cie nie ma sen­su i że lu­dzie, któ­rzy przy­pad­ko­wo spo­tka­li się w ja­kimś za­jeź­dzie, mają ze sobą wię­cej wspól­ne­go niż oni, człon­ko­wie ro­dzi­ny i do­mow­ni­cy Ob­łoń­skich. Pani nie wy­cho­dzi­ła ze swo­ich po­koi; pana od trzech dni nie było w domu; dzie­ci błą­ka­ły się z kąta w kąt; An­giel­ka po­kłó­ci­ła się z klucz­ni­cą i na­pi­sa­ła list do przy­ja­ciół­ki pro­sząc o wy­szu­ka­nie no­wej po­sa­dy; ku­charz ulot­nił się jesz­cze po­przed­nie­go dnia w cza­sie obia­du; ku­char­ka go­tu­ją­ca na dru­gi stół i stan­gret pro­si­li o zwol­nie­nie.

Na trze­ci dzień po kłót­ni z żoną ksią­żę Stie­pan Ar­ka­djicz Ob­łoń­ski – Sti­wa, jak go na­zy­wa­no w to­wa­rzy­stwie – obu­dził się o zwy­kłej po­rze, to jest o ósmej rano, a obu­dził się nie w sy­pial­ni żony, lecz na sa­fia­no­wej ka­na­pie w swo­im ga­bi­ne­cie. Ob­ró­cił na sprę­ży­nach ka­na­py swe za­żyw­ne, wy­pie­lę­gno­wa­ne cia­ło, jak­by chciał zno­wu na dłu­go za­snąć, ob­jął moc­no obu­rącz po­dusz­ką i przy­warł do niej – po­licz­kiem; lecz na­raz ze­rwał się, usiadł i otwo­rzył oczy.

„Tak, tak, jak­że to było? – my­ślał przy­po­mi­na­jąc so­bie sen. – Tak, jak­że to było? Tak! Ała­bin wy­da­wał obiad w Darm­stad­cie; nie, nie w Darm­stad­cie, ra­czej coś ame­ry­kań­skie­go… Tak, ale we śnie Darm­stadt był w Ame­ry­ce. Tak, Ała­bin wy­dał obiad na szkla­nych sto­łach, tak, i sto­ły śpie­wa­ły: Il mio te­so­ro, ale to nie było Il mio te­so­ro, tyl­ko coś ład­niej­sze­go… A ja­kieś małe ka­ra­fecz­ki, ka­ra­fecz­ki, a za­ra­zem ko­bie­ty…” – przy­po­mi­nał so­bie.

Oczy za­bły­sły mu we­so­ło, za­my­ślił się z uśmie­chem. „Tak, było przy­jem­nie, bar­dzo przy­jem­nie. Wie­le tam jesz­cze było róż­nych wspa­nia­ło­ści, ale na ja­wie nie­po­dob­na tego wy­ra­zić sło­wa­mi ani na­wet my­ślą.” I – za­uwa­żyw­szy pa­smo świa­tła, któ­re prze­nik­nę­ło z boku jed­nej z su­kien­nych stor – raź­no spu­ścił nogi z ka­na­py, po omac­ku wsu­nął je w pan­to­fle wy­ha­fto­wa­ne przez żonę i ob­szy­te zło­ci­stym sa­fia­nem (ze­szło­rocz­ny po­da­ru­nek na uro­dzi­ny), po czym, po­słusz­ny sta­re­mu, dzie­wię­cio­let­nie­mu przy­zwy­cza­je­niu, nie wsta­jąc wy­cią­gnął rękę w stro­nę, gdzie w sy­pial­ni wi­siał jego szla­frok. I wte­dy na­gle przy­po­mniał so­bie, że śpi nie w sy­pial­ni żony, lecz w ga­bi­ne­cie – i dla­cze­go; uśmiech znikł z jego twa­rzy, a czo­ło prze­cię­ła zmarszcz­ka.

– Ach, ach, ach!… Aa! – jęk­nął przy­po­mi­na­jąc so­bie, co się sta­ło I w jego wy­obraź­ni znów za­ry­so­wa­ły się wszyst­kie szcze­gó­ły nie­po­ro­zu­mie­nia z żoną, cała bez­na­dziej­ność sy­tu­acji i -co było naj­bo­le­śniej­sze – jego wła­sna wina.

„Tak. Nie prze­ba­czy i prze­ba­czyć nie może. A naj­strasz­niej­sze, że ja sam je­stem przy­czy­ną wszyst­kie­go, cho­ciaż to nie moja wina. Na tym wła­śnie po­le­ga cały dra­mat” – my­ślał. – Ach, ach, ach! – po­wta­rzał z roz­pa­czą, przy­po­mi­na­jąc so­bie naj­przy­krzej­sze wra­że­nia z owej kłót­ni. Naj­gor­sza była pierw­sza chwi­la, kie­dy wró­ciw­szy z te­atru, we­sół i do­brej my­śli, nio­sąc ogrom­ną grusz­kę dla żony, nie za­stał żony w sa­lo­nie, nie zna­lazł rów­nież – ku swe­mu zdzi­wie­niu – w ga­bi­ne­cie, aż wresz­cie zo­ba­czył ją w sy­pial­ni, trzy­ma­ją­cą ów nie­szczę­sny li­ścik, któ­ry wszyst­ko zdra­dził.

Dol­ly, ta wiecz­nie za­tro­ska­na, krzą­ta­ją­ca się i – jak mu się zda­wa­ło – ogra­ni­czo­na Dol­ly, sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, z li­ści­kiem w ręku, i spo­glą­da­ła na męża z wy­ra­zem prze­ra­że­nia, roz­pa­czy i gnie­wu.

– Co to jest? Co to? – py­ta­ła raz po raz, wska­zu­jąc na list.

I przy tym roz­pa­mię­ty­wa­niu bo­la­ło Stie­pa­na Ar­ka­dji­cza, jak to nie­raz bywa, nie tyle samo zda­rze­nie, ile – jak się za­cho­wał w od­po­wie­dzi na sło­wa żony.

Dzia­ło się z nim w owej chwi­li to, co się dzie­je z ludź­mi, któ­rych nie­spo­dzia­nie przy­ła­pa­no na ja­kimś uczyn­ku na­zbyt już hań­bią­cym. Nie po­tra­fił dość pręd­ko przy­brać miny sto­sow­nej do sy­tu­acji, w któ­rej zna­lazł się wo­bec żony po od­kry­ciu prze­wi­nie­nia. Mógł­by się był ob­ra­zić, wy­pie­rać, uspra­wie­dli­wiać, pro­sić o prze­ba­cze­nie, a bo­daj na­wet za­cho­wać się obo­jęt­nie – wszyst­ko by­ło­by lep­sze od tego, co uczy­nił! Tym­cza­sem na twa­rzy jego uka­zał się cał­kiem mimo woli („re­fleks mó­zgu”… – po­my­ślał Ob­łoń­ski, któ­ry miał sła­bość do fi­zjo­lo­gii) wła­ści­wy mu, zwy­kły, do­bro­dusz­ny i dla­te­go nie­mą­dry uśmiech.

Tego wła­śnie nie­mą­dre­go uśmie­chu nie mógł so­bie da­ro­wać. Uj­rzaw­szy ów uśmiech Dol­ly drgnę­ła jak­by pod wpły­wem bólu, wy­buch­nę­ła z wła­ści­wą so­bie po­pę­dli­wo­ścią po­to­kiem okrut­nych słów i wy­bie­gła z po­ko­ju. Od tej chwi­li nie chcia­ła męża wi­dzieć.

„Wszyst­kie­mu wi­nien ten głu­pi uśmiech – my­ślał Ob­łoń­ski. – Ale co po­cząć? Co po­cząć?” – mó­wił so­bie z roz­pa­czą i nie znaj­do­wał od­po­wie­dzi.

II

Stie­pan Ar­ka­djicz Ob­łoń­ski był czło­wie­kiem wo­bec sie­bie szcze­rym: nie po­tra­fił się okła­my­wać ani wma­wiać so­bie, że ża­łu­je swe­go po­stęp­ku. Nie mógł na za­wo­ła­nie od­czu­wać skru­chy, że w trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia, przy­stoj­ny i ko­chli­wy, nie ko­cha się we wła­snej o rok tyl­ko młod­szej żo­nie, mat­ce pię­cior­ga ży­ją­cych i dwoj­ga zmar­łych dzie­ci. Ża­ło­wał je­dy­nie, że nie po­tra­fił le­piej ukryć przed nią zdra­dy. Ro­zu­miał jed­nak całą trud­ność swej sy­tu­acji i żal mu było żony, dzie­ci i sa­me­go sie­bie. Może był­by po­tra­fił le­piej za­ta­ić swe grze­chy przed żoną, gdy­by się był spo­dzie­wał, że ich od­kry­cie tak na nią po­dzia­ła. Do­kład­niej nig­dy nie za­sta­na­wiał się nad tym za­gad­nie­niem, miał tyl­ko nie­ja­sne wra­że­nie, że żona od daw­na do­my­śla się jego nie­wier­no­ści i pa­trzy na to przez pal­ce. Zda­wa­ło mu się na­wet, że wy­nisz­czo­na, po­sta­rza­ła, nie­ład­na już ko­bie­ta, zwy­kła, ni­czym się nie wy­róż­nia­ją­ca, tyle że do­bra mat­ka i żona, po­win­na być po­błaż­li­wa, cho­ciaż­by z po­czu­cia spra­wie­dli­wo­ści. Oka­za­ło się, że było wprost prze­ciw­nie.

„Ach, to okrop­ne! Aj, aj, aj! Okrop­ne! – po­wta­rzał i nic nie mógł wy­my­ślić. – A tak było do­tąd do­brze, ta­ke­śmy ze sobą do­brze żyli! Była za­do­wo­lo­na, cie­szy­ła się dzieć­mi; ja w ni­czym jej nie prze­szka­dza­łem, po­zwa­la­łem jej krzą­tać się koło dzie­ci i go­spo­dar­stwa, jak sama chcia­ła. Praw­da, to nie­pięk­nie, że tam­ta była przed­tem u nas gu­wer­nant­ką. Nie­pięk­nie!… Jest coś try­wial­ne­go, po­spo­li­te­go w za­le­ca­niu się do wła­snej gu­wer­nant­ki. Ale co to była za gu­wer­nant­ka! (Żywo przy­po­mnia­ły mu się czar­ne, szel­mow­skie oczy m-lle Rol­land i jej uśmiech.) Ale prze­cież, do­pó­ki była u nas w domu, na nic so­bie nie po­zwa­la­łem. A naj­gor­sze, że ona już. Trze­baż tego było. Wszyst­ko jak na złość! Aj, aj, aj! Ale co te­raz po­cząć, co po­cząć?”

Nie było na to od­po­wie­dzi, poza tą jed­ną ogól­ną, jaką ży­cie daje na wszyst­kie naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne i nie­roz­wią­zal­ne” py­ta­nia: trze­ba żyć tym, co dzień przy­no­si, czy­li szu­kać za­po­mnie­nia. Szu­kać go we śnie już nie moż­na, przy­najm­niej przed na­sta­niem nocy; nie­po­dob­na już wró­cić do tej mu­zycz­ki, któ­rą nu­ci­ły ka­ra­fecz­ki – ko­bie­ty; trze­ba więc szu­kać za­po­mnie­nia w śnie ży­cia.

 

– Ano, zo­ba­czy­my – rzekł do sie­bie Ob­łoń­ski, wstał, wło­żył po­pie­la­ty szla­frok na błę­kit­nej je­dwab­nej pod­szew­ce, za­wią­zał koń­ce sznu­ra na wę­zeł, na­brał jak naj­wię­cej po­wie­trza w sze­ro­ką klat­kę pier­sio­wą i wła­ści­wym so­bie rześ­kim kro­kiem, sta­wia­jąc na ze­wnątrz sto­py, któ­re tak lek­ko nio­sły jego za­żyw­ne cia­ło, pod­szedł do okna, pod­niósł sto­rę i prze­cią­gle za­dzwo­nił. Na od­głos dzwon­ka zja­wił się na­tych­miast sta­ry przy­ja­ciel, ka­mer­dy­ner Ma­twiej, nio­sąc ubra­nie, buty i de­pe­szę. Tuż za nim wszedł fry­zjer z przy­bo­ra­mi do go­le­nia.

– Czy są ja­kie pa­pie­ry z biu­ra? – za­py­tał Ob­łoń­ski bio­rąc de­pe­szę i sia­da­jąc przed lu­strem.

– Są na sto­le – od­po­wie­dział. Ma­twiej spo­glą­da­jąc py­ta­ją­co i ze współ­czu­ciem na pana, a po chwi­li do­dał z prze­bie­głym uśmie­chem: – przy­cho­dzi­li tu­taj z re­mi­zy.

Stie­pan Ar­ka­djicz nic nie od­rzekł, tyl­ko po­pa­trzył w lu­stro na Ma­twie­ja; spoj­rze­nia ich, któ­re spo­tka­ły się w lu­strze, świad­czy­ły, jak bar­dzo się ro­zu­mie­li. Spoj­rze­nie pana zda­wa­ło się py­tać: „I po co ty mi to mó­wisz? Wiesz chy­ba?”

Ma­twiej wło­żył ręce w kie­sze­nie, wy­su­nął nogę w bok i w mil­cze­niu, po­czci­wie, z le­ciut­kim uśmiesz­kiem spoj­rzał na pana.

– Ka­za­łem przyjść w nie­dzie­lę i – żeby przed tym ter­mi­nem nie tru­dzi­li księ­cia pana i sie­bie nada­rem­nie – po­wie­dział wresz­cie. Naj­wi­docz­niej miał to zda­nie w po­go­to­wiu.

Ob­łoń­ski ro­zu­miał, że Ma­twiej po pro­stu za­żar­to­wał, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Otwo­rzył de­pe­szę, prze­czy­tał ją, od­ga­du­jąc po­prze­krę­ca­ne jak zwy­kle sło­wa, i twarz mu się roz­pro­mie­ni­ła.

– Ma­twiej, sio­stra moja, Anna Ar­ka­diew­na, przy­jeż­dża ju­tro – rzekł za­trzy­mu­jąc na chwi­lę po­ły­skli­wą, pulch­ną rękę fry­zje­ra, któ­ry wła­śnie wy­ga­lał ró­żo­wą dróż­kę mię­dzy jego dłu­gi­mi, kę­dzie­rza­wy­mi bo­ko­bro­da­mi.

– Chwa­ła Bogu – od­po­wie­dział Ma­twiej do­wo­dząc tym, że i on tak samo jak jego pan ro­zu­mie zna­cze­nie tego przy­jaz­du, wie­dząc, że Anna Ar­ka­diew­na, ulu­bio­na sio­stra Ob­łoń­skie­go, może się przy­czy­nić do po­jed­na­nia mał­żon­ków.

– Ja­śnie pani sama czy z mał­żon­kiem? – spy­tał Ma­twiej.

Ob­łoń­ski nie mógł od­po­wie­dzieć, po­nie­waż fry­zjer był wła­śnie za­ję­ty jego gór­ną war­gą, pod­niósł więc tyl­ko pa­lec. Ma­twiej ski­nął gło­wą do lu­stra.

– Sama. Przy­go­to­wać po­kój na gó­rze?

– Za­mel­duj Da­rii Alek­san­drow­nie; przy­go­tuj tam, gdzie każe.

– Da­rii Alek­san­drow­nie? – po­wtó­rzył z po­wąt­pie­wa­niem Ma­twiej.

– Tak. Za­mel­duj. Weź tę de­pe­szę, od­daj i zrób, jak ci Da­ria Alek­san­drow­na po­wie.

„Chcesz spró­bo­wać” – do­my­ślił się Ma­twiej, ale rzekł tyl­ko:

– Słu­cham.

Ob­łoń­ski był już umy­ty, ucze­sa­ny i za­czy­nał się ubie­rać, gdy Ma­twiej, po­wo­li stą­pa­jąc i skrzy­piąc z lek­ka bu­ta­mi, po­wró­cił z de­pe­szą w ręku. Fry­zje­ra już nie było.

– Da­ria Alek­san­drow­na ka­za­ła po­wie­dzieć, że wy­jeż­dża. Rób­cie tak, po­wie­dzia­ła, jak ksią­żę pan za­rzą­dzi – za­mel­do­wał z ro­ze­śmia­ny­mi oczy­ma, po czym, wło­żyw­szy ręce w kie­sze­nie, prze­chy­lił gło­wę i utkwił nie­ru­cho­my wzrok w panu.

Stie­pan Ar­ka­djicz wciąż mil­czał. Po chwi­li do­bro­dusz­ny i tro­chę ża­ło­sny uśmiech uka­zał się na jego przy­stoj­nej twa­rzy.

– I cóż ty na to, Ma­twiej? – spy­tał krę­cąc gło­wą.

– Nic to, pro­szę księ­cia pana; ja­koś się ukształ­tu­je – od­rzekł Ma­twiej.

– Ukształ­tu­je się?

– Tak jest.

– Tak my­ślisz? A tam kto zno­wu? – za­py­tał Ob­łoń­ski sły­sząc za drzwia­mi sze­lest suk­ni.

– To ja – ener­gicz­nie od­po­wie­dział miły głos ko­bie­cy i we drzwiach uka­za­ła się su­ro­wa, ospo­wa­ta twarz niań­ki, Ma­trio­ny Fi­le­mo­now­ny.

– No i cóż, Ma­trio­sza? – spy­tał pod­cho­dząc do drzwi. Cho­ciaż Stie­pan Ar­ka­djicz cięż­ko za­wi­nił wo­bec żony i sam się do tego po­czu­wał, pra­wie wszy­scy do­mow­ni­cy, na­wet nia­nia, naj­bar­dziej od­da­na księż­nej, byli po jego stro­nie.

– No i cóż? – po­wtó­rzył po­sęp­nie.

– Niech ksią­żę pan jesz­cze raz pój­dzie i oka­że skru­chę. Może Pan Bóg da… Bar­dzo się mę­czy, nie­bo­żę, aż li­tość bie­rze pa­trzeć, a jaki roz­gar­diasz w domu! Trze­ba mieć li­tość nad dzieć­mi, pro­szę księ­cia pana. Niech ksią­żę oka­że skru­chę. Co ro­bić? Kto piwa na­wa­rzył…

– Ależ ona mnie nie przyj­mie.

– Trze­ba ro­bić swo­je. Bóg jest mi­ło­sier­ny, trze­ba się mo­dlić, pro­szę księ­cia pana, mo­dlić się.

– No, do­brze, idź już – rzekł Ob­łoń­ski czer­wie­niąc się na­gle. – Po­daj­że mi wresz­cie ubra­nie – zwró­cił się do Ma­twie­ja i ener­gicz­nym ru­chem zrzu­cił szla­frok.

Ma­twiej już trzy­mał nad­sta­wio­ną niby cho­mą­to ko­szu­lę, zdmu­chu­jąc z niej nie­wi­dzial­ny py­łek, i z wi­docz­ną sa­tys­fak­cją wło­żył ją na wy­pie­lę­gno­wa­ne cia­ło swe­go pana.

III

Ob­łoń­ski skro­pił się per­fu­ma­mi, po­pra­wił man­kie­ty ko­szu­li, ma­chi­nal­nym ru­chem roz­mie­ścił po kie­sze­niach pa­pie­ro­sy, pu­gi­la­res, za­pał­ki, ze­ga­rek z po­dwój­nym łań­cusz­kiem i bre­lo­ka­mi, strzep­nął chu­s­tecz­kę do nosa i czu­jąc, że jest czy­sty, pach­ną­cy, zdrów i po­mi­mo zmar­twie­nia nie­ja­ko or­ga­nicz­nie we­sół, prze­szedł, z lek­ka ba­lan­su­jąc z nogi na nogę, do ja­dal­ni, gdzie już cze­ka­ła kawa, a obok kawy – li­sty i akta z urzę­du.

Prze­czy­tał li­sty. Je­den z nich był bar­dzo nie­przy­jem­ny, od kup­ca, któ­ry chciał ku­pić las w ma­jąt­ku żony. Las ów na­le­ża­ło sprze­dać; lecz te­raz, przed po­go­dze­niem się z żoną, nie mo­gło być o tym mowy. Naj­przy­krzej­sze jed­nak było, że w ten spo­sób do jego po­go­dze­nia się z żoną jak­by wmie­sza­ny był in­te­res pie­nięż­ny. Ob­łoń­ski czuł się do­tknię­ty na samą myśl, że mógł­by dla ko­rzy­ści, dla sprze­da­ży lasu, dą­żyć do po­jed­na­nia z żoną.

Skoń­czyw­szy czy­tać li­sty się­gnął po akta, pręd­ko prze­wer­to­wał dwie spra­wy, wiel­kim ołów­kiem na­pi­sał kil­ka uwag, od­su­nął pa­pie­ry i za­brał się do śnia­da­nia. Po­pi­ja­jąc kawę roz­wi­nął wil­got­ną jesz­cze ga­ze­tę po­ran­ną i za­czął czy­tać.

Ob­łoń­ski pre­nu­me­ro­wał i czy­tał pi­smo li­be­ral­ne o ten­den­cji nie skraj­nej, lecz ta­kiej, ja­kiej trzy­ma­ła się więk­szość. Mimo że nie in­te­re­so­wa­ła go wła­ści­wie ani na­uka, ani sztu­ka, ani po­li­ty­ka, sta­le po­dzie­lał w tych wszyst­kich spra­wach po­glą­dy więk­szo­ści i jej dzien­ni­ka, a zmie­niał je tyl­ko wów­czas, gdy zmie­nia­ła je więk­szość. Mó­wiąc ści­ślej, nie on zmie­niał po­glą­dy, lecz one same się w nim nie­do­strze­gal­nie zmie­nia­ły.

Ob­łoń­ski nie wy­bie­rał kie­run­ku ani za­pa­try­wań; prą­dy i za­pa­try­wa­nia przy­cho­dzi­ły do nie­go same, po­dob­nie jak nie wy­bie­rał fa­so­nu ka­pe­lu­sza ani kro­ju sur­du­ta, lecz no­sił to, co wszy­scy. Ży­jąc w okre­ślo­nym spo­łe­czeń­stwie i od­czu­wa­jąc po­trze­bę pew­nej ak­tyw­no­ści umy­sło­wej, któ­ra za­zwy­czaj roz­wi­ja się w wie­ku doj­rza­łym, nie mógł obejść się bez za­pa­try­wań, tak jak nie mógł się obejść bez ka­pe­lu­sza. Je­śli na­wet miał ja­kiś po­wód, dla któ­re­go prze­kła­dał kie­ru­nek li­be­ral­ny nad za­cho­waw­czy, li­czą­cy tak­że wie­lu zwo­len­ni­ków wśród jego zna­jo­mych – to by­najm­niej nie dla­te­go, by miał uwa­żać ten­den­cję li­be­ral­ną za bar­dziej ro­zum­ną, lecz dla­te­go, że li­be­ra­lizm był bliż­szy jego try­bo­wi ży­cia. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, że w Ro­sji wszyst­ko jest złe, – i w isto­cie Stie­pan Ar­ka­djicz miał wie­le dłu­gów, a pie­nię­dzy sta­now­czo za mało. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, że mał­żeń­stwo jest in­sty­tu­cją prze­sta­rza­łą, że ko­niecz­nie na­le­ży je zre­for­mo­wać, i w isto­cie ży­cie ro­dzin­ne do­star­cza­ło Stie­pa­no­wi Ar­ka­dji­czo­wi mało przy­jem­no­ści i zmu­sza­ło go do kłam­stwa i uda­wa­nia, tak nie­zgod­nych z jego na­tu­rą. Par­tia li­be­ral­na twier­dzi­ła, a ra­czej da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że re­li­gia jest tyl­ko wę­dzi­dłem dla bar­ba­rzyń­skiej czę­ści lud­no­ści, i w isto­cie Stie­pan Ar­ka­djicz nie mógł bez bólu w no­gach wy­trzy­mać krót­kie­go na­wet na­bo­żeń­stwa i nie ro­zu­miał, na co są po­trzeb­ne te wszyst­kie strasz­ne i wznio­słe sło­wa o tam­tym świe­cie, sko­ro i na tym moż­na by po­żyć so­bie bar­dzo we­so­ło. W do­dat­ku Ob­łoń­skie­mu, któ­ry lu­bił do­bry żart, miło cza­sem było wpra­wić, w za­kło­po­ta­nie ja­kie­goś spo­koj­ne­go czło­wie­ka po­wie­dze­niem, że je­śli już ktoś chlu­bi się swy­mi przod­ka­mi, to dla­cze­go ma się za­trzy­my­wać na Ru­ry­ku*, a od­że­gny­wać od pierw­sze­go pro­to­pla­sty – mał­py? Tak więc li­be­ra­lizm stał się dla nie­go przy­zwy­cza­je­niem; lu­bił swo­je pi­smo, jak cy­ga­ro po obie­dzie, za lek­ką mgłę, któ­rą mu ono wy­twa­rza­ło w gło­wie. Prze­czy­tał wła­śnie ar­ty­kuł wstęp­ny, do­wo­dzą­cy, że nie­po­trzeb­nie się w na­szych cza­sach bia­da, ja­ko­by ra­dy­ka­lizm miał po­chło­nąć wszyst­kie czyn­ni­ki kon­ser­wa­tyw­ne, i nie­po­trzeb­nie pod­no­si się krzyk, że rząd wi­nien po­czy­nić kro­ki, by zdu­sić hy­drę re­wo­lu­cji. Wręcz prze­ciw­nie, „na­szym zda­niem, nie­bez­pie­czeń­stwo na­le­ży upa­try­wać nie w rze­ko­mej hy­drze re­wo­lu­cji, lecz w upo­rczy­wo­ści tra­dy­cjo­na­li­zmu ha­mu­ją­ce­go wszel­ki po­stęp itd.” Prze­czy­tał rów­nież inny ar­ty­kuł, eko­no­micz­ny, w któ­rym była mowa o Ben­tha­mie* i Mil­lu* i gdzie ro­bio­no ukry­te do­cin­ki pod ad­re­sem mi­ni­ster­stwa. Z wła­ści­wą so­bie szyb­ko­ścią orien­ta­cji Ob­łoń­ski ro­zu­miał zna­cze­nie każ­dej szpi­lecz­ki: przez kogo, prze­ciw komu i dla­cze­go była skie­ro­wa­na – a to jak zwy­kle spra­wia­ło mu pew­ną przy­jem­ność Tęgo dnia jed­nak przy­jem­ność była za­tru­ta przy­po­mnie­niem o ra­dach Ma­trio­ny i o tym, że w domu wszyst­ko się tak źle ukła­da. Prze­czy­tał rów­nież, że hr. Beust* po­dob­no wy­je­chał do Wies­ba­de­nu, i wzmian­kę, że już nie bę­dzie wię­cej si­wych wło­sów; prze­czy­tał ogło­sze­nie, że jest na sprze­daż lek­ka ka­re­ta, oraz ofer­tę pew­nej mło­dej oso­by; wia­do­mo­ści te wszak­że nie da­wa­ły mu od­czu­wa­ne­go za­zwy­czaj ci­che­go, iro­nicz­ne­go za­do­wo­le­nia. Po dru­giej fi­li­żan­ce kawy z ro­ga­lem i prze­czy­ta­niu ga­ze­ty wstał, strzep­nął okru­chy z ka­mi­zel­ki i prę­żąc sze­ro­ką klat­kę pier­sio­wą uśmiech­nął się ra­do­śnie, nie dla­te­go, by miał być w do­brym na­stro­ju – ra­do­sny uśmiech był wy­wo­ła­ny do­brym tra­wie­niem.

Ra­do­sny ów uśmiech na­tych­miast jed­nak przy­po­mniał mu o wszyst­kim, i Ob­łoń­ski za­my­ślił się.

Dwa gło­sy dzie­cię­ce (Stie­pan Ar­ka­djicz po­znał głos Gri­szy, młod­sze­go syn­ka, i Tani, star­szej có­recz­ki) roz­le­gły się za drzwia­mi. Coś, co dzie­ci wio­zły, spa­dło wła­śnie na zie­mię.

– Mó­wi­łam ci, że na dach nie moż­na sa­dzać pa­sa­że­rów! – wo­ła­ła po an­giel­sku dziew­czyn­ka. – Te­raz masz, zbie­raj!

„Wszyst­ko się po­krę­ci­ło! – po­my­ślał. – Bie­ga­ją bez do­zo­ru.” Pod­szedł do drzwi i za­wo­łał. Dzie­ci po­rzu­ci­ły na­tych­miast szka­tuł­kę wy­obra­ża­ją­cą po­ciąg i we­szły do po­ko­ju.

Dziew­czyn­ka, jego ulu­bie­ni­ca, wbie­gła śmia­ło, uści­ska­ła go i jak zwy­kle ze śmie­chem uwie­si­ła mu się na szyi, ucie­szo­na zna­jo­mym za­pa­chem per­fum, bi­ją­cym od bo­ko­bro­dów. Wresz­cie uca­ło­wa­ła go w po­chy­lo­ną nad nią, ja­śnie­ją­cą od czu­ło­ści, po­czer­wie­nia­łą twarz, po czym roz­plo­tła ręce i za­mie­rza­ła wy­biec z po­ko­ju, ale oj­ciec ją za­trzy­mał.

– Co robi mama? – za­py­tał głasz­cząc de­li­kat­ną, gład­ką szy­ję có­recz­ki. – Jak się masz? – rzekł z uśmie­chem do chłop­czy­ka, któ­ry się z nim wi­tał.

Ob­łoń­ski zda­wał so­bie spra­wę, że chłop­ca mniej ko­cha, i za­wsze sta­rał się nie ro­bić róż­ni­cy mię­dzy dzieć­mi; ale chłop­czyk to czuł i nie od­po­wie­dział uśmie­chem na chłod­ny uśmiech ojca.

– Mama? Już wsta­ła – od­po­wie­dzia­ła, dziew­czyn­ka. „Stie­pan Ar­ka­djicz wes­tchnął. „Zno­wu więc nie spa­ła całą noc” – po­my­ślał.

– I cóż, czy jest we­so­ła?

Dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że ro­dzi­ce się po­róż­ni­li, więc mat­ka nie mo­gła być we­so­ła, a oj­ciec z pew­no­ścią wie o tym i tyl­ko uda­je py­ta­jąc o mat­kę tak, mi­mo­cho­dem. Za­ru­mie­ni­ła się za ojca. On ze swej stro­ny za­raz to zro­zu­miał i też po­czer­wie­niał.

 

– Nie wiem – rze­kła. – Mama nie ka­za­ła nam się uczyć, tyl­ko ka­za­ła iść na spa­cer do bab­ci z miss Hull.

– Idź więc, moja Tań­czur­ko. Ale praw­da, za­cze­kaj… – do­dał za­trzy­mu­jąc ją i gła­dząc jej de­li­kat­ną rącz­kę.

Zdjął z ko­min­ka po­zo­sta­wio­ne tam po­przed­nie­go dnia pu­deł­ko cu­kier­ków i wy­brał dla niej dwa jej ulu­bio­ne… – cze­ko­lad­kę i po­mad­kę.

– To dla Gri­szy? – spy­ta­ła dziew­czyn­ka wska­zu­jąc na cze­ko­lad­kę.

– Tak, tak… – I po­gła­skaw­szy ją raz jesz­cze po ra­mion­ku, po­ca­ło­wał w szy­ję u na­sa­dy wło­sów i po­zwo­lił odejść.

– Ka­re­ta za­je­cha­ła – oznaj­mił Ma­twiej. – I jest ja­kaś pe­tent­ka – do­dał.

– Czy daw­no cze­ka? – spy­tał Ob­loń­ski.

– Bę­dzie z pół go­dzin­ki.

– Ileż razy ka­za­łem ci na­tych­miast mel­do­wać!

– Trze­ba prze­cie dać księ­ciu panu wy­pić spo­koj­nie kawę – od­po­wie­dział Ma­twiej tym po­ufa­le gbu­ro­wa­tym to­nem, za któ­ry nie moż­na się było gnie­wać.

– Proś­że ją, czym prę­dzej – rzekł Ob­łoń­ski marsz­cząc brwi z nie­za­do­wo­le­niem.

Pe­tent­ka, pani sztab­ska­pi­ta­no­wa Ka­li­nin, pro­si­ła o coś nie­moż­li­we­go i bez­sen­sow­ne­go; Ob­łoń­ski jed­nak swo­im zwy­cza­jem po­pro­sił ją, żeby usia­dła, wy­słu­chał uważ­nie, nie prze­ry­wa­jąc, i po­ra­dził szcze­gó­ło­wo, do kogo i w ja­kiś spo­sób ma się zwró­cić. Co wię­cej, swym du­żym, sze­ro­ko roz­sta­wio­nym, pięk­nym i wy­raź­nym pi­smem z roz­ma­chem i rze­czo­wo skre­ślił bi­le­cik do oso­bi­sto­ści, któ­ra mo­gła jej po­móc. Po­że­gnaw­szy ka­pi­ta­no­wą wziął ka­pe­lusz i stał przez chwi­lę, za­sta­na­wia­jąc się, czy cze­go nie za­po­mniał. Oka­za­ło się, że oprócz tego, o czym chciał za­po­mnieć – to jest o żo­nie – nie za­po­mniał o ni­czym.

„Ach, tak!” Spu­ścił gło­wę; pięk­na jego twarz przy­bra­ła wy­raz ża­ło­sny. „Iść czy nie iść?” – wa­hał się. I głos we­wnętrz­ny mó­wił mu, że iść nie na­le­ży, że nic oprócz fał­szu wy­nik­nąć z tego nie może, że się nie da na­pra­wić ani za­ła­tać ich wza­jem­ne­go sto­sun­ku, nie­po­dob­na bo­wiem znów uczy­nić z żony ko­bie­ty po­cią­ga­ją­cej, zdol­nej wzbu­dzać mi­łość, ani z nie­go zro­bić star­ca nie­zdol­ne­go do mi­ło­ści. Nic nie mo­gło z tego te­raz wy­nik­nąć oprócz kłam­stwa i fał­szu, kłam­stwo zaś i fałsz były prze­ciw­ne jego na­tu­rze. „Jed­nak trze­ba bę­dzie prze­cież raz; kie­dyś… To tak zo­stać nie może” – my­ślał sta­ra­jąc się do­dać so­bie ani­mu­szu.

Wy­prę­żył pierś, wy­jął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił, dwa razy po­cią­gnął, rzu­cił go do kon­chy z per­ło­wej masy, słu­żą­cej za po­piel­nicz­kę, szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył po­nu­ry sa­lon i otwo­rzył drzwi wio­dą­ce do sy­pial­ni żony.

IV

Da­ria Alek­san­drow­na z za­pad­nię­tą, chu­dą twa­rzą i wiel­ki­mi oczy­ma, któ­re przy szczu­płej twa­rzy wy­da­wa­ły się prze­stra­szo­ne, sta­ła w ka­fta­ni­ku, z upię­ty­mi na kar­ku war­ko­cza­mi prze­rze­dzo­nych już, gę­stych nie­gdyś i pięk­nych wło­sów, wśród roz­rzu­co­nych po po­ko­ju rze­czy, przed otwar­tą szy­fo­nier­ką*, z któ­rej coś wyj­mo­wa­ła. Sły­sząc kro­ki męża prze­rwa­ła swe za­ję­cie i pa­trzy­ła – na drzwi, na próż­no usi­łu­jąc przy­brać wy­raz su­ro­wy i wzgar­dli­wy. Czu­ła, że boi się męża i lęka się tego spo­tka­nia. Przed chwi­lą, po raz dzie­sią­ty w cią­gu tych trzech dni, sta­ra­ła się po­wy­bie­rać swo­ją i dzie­cię­cą gar­de­ro­bę, któ­rą mia­ła wziąć ze sobą do mat­ki, i zno­wu nie mo­gła się na to zdo­być. A prze­cie i te­raz, jak przy po­przed­nich pró­bach, mó­wi­ła so­bie, że tak da­lej być nie może, że musi coś przed­się­wziąć, uka­rać męża, okryć go wsty­dem, ze­mścić się na nim choć w czę­ści za ból, któ­ry jej za­dał. Cią­gle jesz­cze mó­wi­ła so­bie, że go po­rzu­ci, czu­ła jed­nak, że to nie­moż­li­we; było to istot­nie nie­moż­li­we, nie mo­gła bo­wiem od­zwy­cza­ić się od my­śli, że to jej mąż, nie mo­gła go prze­stać ko­chać. Poza tym ro­zu­mia­ła, że sko­ro tu­taj, we wła­snym domu, le­d­wie może dać so­bie radę z do­glą­da­niem pię­cior­ga dzie­ci, to tam, do­kąd chce je za­wieźć, bę­dzie im o wie­le go­rzej. Prze­cie już w cią­gu tych trzech dni naj­młod­szy zdą­żył się roz­cho­ro­wać, bo go na­kar­mio­no kiep­skim ro­so­łem, a po­przed­nie­go dnia po­zo­sta­łe dzie­ci mu­sia­ły się obejść pra­wie bez obia­du. Czu­ła, że wy­jazd jest nie­moż­li­wy, okła­mu­jąc się jed­nak, od­kła­da­ła na bok rze­czy i uda­wa­ła, że wy­je­dzie.

Na wi­dok wcho­dzą­ce­go męża za­głę­bi­ła ręce w szu­fla­dę szy­fo­nier­ki jak­by cze­goś szu­ka­jąc i obej­rza­ła się do­pie­ro, gdy sta­nął tuż przy niej. Na jej twa­rzy, któ­rej usi­ło­wa­ła nadać su­ro­wy i sta­now­czy wy­raz, wi­dać było bez­rad­ność i udrę­kę.

– Dol­ly! – rzekł ci­chym, nie­śmia­łym gło­sem. Wtu­lił gło­wę w ra­mio­na i chciał przy­brać wy­gląd ża­ło­sny i po­kor­ny, lecz mimo to pro­mie­niał czer­stwo­ścią i zdro­wiem.

Żona szyb­kim spoj­rze­niem zmie­rzy­ła od stóp do głów tę po­stać, od któ­rej aż biła rześ­kość i zdro­wie. „Tak, on jest szczę­śli­wy i za­do­wo­lo­ny – mó­wi­ła so­bie. – A ja?… I ta od­ra­ża­ją­ca do­broć, za któ­rą go wszy­scy tak lu­bią i chwa­lą; nie­na­wi­dzę tej jego do­bro­ci” – po­my­śla­ła. Usta jej za­ci­snę­ły się, mię­sień pra­we­go po­licz­ka za­drgał w bla­dej, ner­wo­wej twa­rzy.

– Cze­go pan so­bie ży­czy? – po­wie­dzia­ła szyb­ko ja­kimś ob­cym, głę­bo­kim gło­sem.

– Dol­ly – po­wtó­rzył z drże­niem w gło­sie – Anna dzi­siaj przy­jeż­dża.

– Co mnie to ob­cho­dzi! Nie mogą jej przy­jąć – za­wo­ła­ła.

– Ale trze­ba prze­cież, Dol­ly.

– Pro­szę wyjść, wyjść, wyjść! – krzyk­nę­ła nie pa­trząc na nie­go, jak gdy­by krzyk ten był wy­wo­ła­ny ja­kimś fi­zycz­nym bó­lem.

Stie­pan Ar­ka­djicz – mógł za­cho­wać spo­kój, gdy my­ślał o żo­nie, mógł się wte­dy łu­dzić, że wszyst­ko się ja­koś ukształ­tu­je, jak się wy­ra­ził Ma­twiej, mógł spo­koj­nie czy­tać ga­ze­tę i pić kawę. Sko­ro jed­nak zo­ba­czył wy­mę­czo­ną, zbo­la­łą twarz żony i usły­szał dźwięk jej gło­su, za­ra­zem zre­zy­gno­wa­ny i pe­łen roz­pa­czy, za­bra­kło mu tchu, coś go ści­snę­ło w krta­ni, a łzy bły­snę­ły w oczach.

– Boże wiel­ki, co ja zro­bi­łem! Dol­ly! Na mi­łość bo­ską!… Prze­cież… – nie mógł da­lej mó­wić, szloch uwiązł mu w gar­dle.

Za­trza­snę­ła szy­fo­nier­kę i spoj­rza­ła na nie­go.

– Dol­ly, cóż ci mogę po­wie­dzieć?… Jed­no tyl­ko: prze­bacz, prze­bacz… Przy­po­mnij so­bie… Czyż dzie­więć lat ży­cia nie może od­ku­pić jed­nej chwi­li, chwi­li…

Spu­ści­ła oczy i słu­cha­ła cze­ka­jąc, co po­wie, i jak­by bła­ga­jąc go, by ją w ja­ki­kol­wiek spo­sób prze­ko­nał.

– …Chwi­li za­po­mnie­nia… – wy­rzekł i chciał mó­wić da­lej, lecz na dźwięk tego sło­wa, jak­by, pod wpły­wem fi­zycz­ne­go bólu, znów za­ci­snę­ły się jej war­gi i mię­sień w pra­wym po­licz­ku za­drgał.

– Pro­szę wyjść, pro­szę stąd wyjść! – krzyk­nę­ła jesz­cze prze­raź­li­wiej – i nie opo­wia­dać mi tu o swo­ich chwi­lach za­po­mnie­nia i in­nych obrzy­dli­wo­ściach!

Chcia­ła odejść, lecz za­chwia­ła się i uchwy­ci­ła po­rę­czy – krze­sła, żeby nie upaść. Twarz i war­gi Ob­łoń­skie­go jak­by na­brzmia­ły, oczy na­peł­ni­ły się łza­mi.

– Dol­ly – wy­rzekł gło­sem, któ­ry prze­ry­wa­ło łka­nie. – Na mi­łość bo­ską, po­myśl o dzie­ciach, one nic nie za­wi­ni­ły. To ja je­stem wi­nien, mnie ukarz, każ mi oku­pić moją winę. Go­tów je­stem zro­bić wszyst­ko, co leży w mej mocy! Je­stem wi­nien, brak mi słów, aby wy­ra­zić, jak bar­dzo je­stem wi­nien! Ale ty mi prze­bacz, Dol­ly!

Usia­dła. Sły­szał jej cięż­ki, gło­śny od­dech i było mu jej nie­wy­po­wie­dzia­nie żal. Ona kil­ka­krot­nie chcia­ła coś po­wie­dzieć, lecz nie mo­gła. Cze­kał.

– Pa­mię­tasz o dzie­ciach, żeby się z nimi ba­wić, ale ja na­praw­dę o nich pa­mię­tam i wiem, że są te­raz zgu­bio­ne. – Było to z pew­no­ścią jed­no ze zdań, któ­re w cią­gu tych trzech dni nie­jed­no­krot­nie so­bie po­wta­rza­ła.

Po­wie­dzia­ła mu „ty”. Spoj­rzał na nią z wdzięcz­no­ścią i zro­bił ruch, jak­by chciał wziąć ją za rękę, lecz ona od­su­nę­ła się ze wstrę­tem.

– Ja pa­mię­tam o dzie­ciach i dla­te­go zro­bi­ła­bym wszyst­ko w świe­cie, żeby je ura­to­wać; ale nie wiem sama, jak mam je ra­to­wać: czy za­bie­ra­jąc je ojcu, czy też zo­sta­wia­jąc z roz­pust­nym, tak roz­pust­nym oj­cem… No, pro­szę po­wie­dzieć, czy po tym… co za­szło… mo­że­my żyć ra­zem? No, pro­szę po­wie­dzieć, czy to moż­li­we? – po­wtó­rzy­ła pod­no­sząc głos. – Po tym, jak mąż mój, oj­ciec mo­ich dzie­ci, na­wią­zał sto­su­nek mi­ło­sny z gu­wer­nant­ką tych dzie­ci…

– Ale co po­cząć? Co po­cząć? – py­tał ża­ło­śnie, sam nie wie­dząc, co mówi, i co­raz ni­żej spusz­cza­jąc gło­wę.

– Wzbu­dza pan we mnie obrzy­dze­nie i od­ra­zę! – wo­ła­ła uno­sząc się co­raz bar­dziej. – Pań­skie łzy – to woda! Nig­dy mnie pan nie ko­chał, nie ma pan ani ser­ca, ani szla­chet­no­ści! Czu­ję do pana wstręt, obrzy­dze­nie, jest mi pan obcy, tak, naj­zu­peł­niej obcy! – z bó­lem i zło­ścią wy­po­wie­dzia­ła to strasz­li­we dla niej sło­wo obcy.