Za co? За что?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj / Лев Николаевич Толстой

Za co?

За что?

OPOWIADANIE Z CZASÓW

POWSTANIA POLSKIEGO

W ROKU 1830/1.

przekład anonimowy

Książka w dwóch wersjach językowych:

polskiej i rosyjskiej

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst polski wg edycji z roku 1907.

Tekst rosyjski wg edycji z roku 1906.

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-728-3

ZA CO?
I.

Wiosną r. 1830 do majątku dziedzicznego pana Jaczewskiego, Różanki, przybył jedyny syn jego zmarłego przyjaciela, młody Józef Migurski. Jaczewski był to barczysty, dobrze zbudowany, o wysokiem czole, 65-letni starzec, z długimi siwymi wąsami na ceglasto-czerwonawej twarzy, patrjota z czasów drugiego podziału Polski. Walczył on wraz z ojcem Migurskiego pod sztandarami Kościuszki i ze wszystkich sił swego patrjotyzmu nienawidził apokaliptycznej – jak zwykł był ją nazywać – grzesznicy Katarzyny II i nikczemnego jej kochanka, zdrajcy Poniatowskiego. Jak wierzył w nocy, że rankiem wzejdzie znowu dzień, podobnie wierzył w odbudowanie Rzeczypospolitej. W roku 1812 dowodził Jaczewski jednym z pułków w armji Napoleona, którego ubóstwiał. Klęska Bonapartego zasmuciła go, mimo to nie stracił wiary w odbudowanie, choćby poszarpanego, lecz bądź co bądź, Królestwa Polskiego. Otwarcie sejmu w Warszawie przez Aleksandra I, utwierdziło go w tych nadziejach, lecz święte przymierze, reakcja, jaka zapanowała w całej Europie, pyszałkowatość księcia Konstantego, oddaliły znowu ziszczenie się ukochanego marzenia. Od 1825-go roku Jaczewski zamieszkał u siebie na wsi, nie wyjeżdżając zupełnie ze swej Różanki i poświęcając cały swój czas gospodarce, polowaniu i odczytywaniu gazet i listów, za pośrednictwem których bacznie obserwował bieg wypadków politycznych, rozgrywających się w ojczyźnie.

Był on żonaty po raz drugi z ubogą, piękną szlachcianką, lecz małżeństwo to nie dało mu szczęścia. Nie kochał i nie szanował drugiej swojej żony, towarzystwo jej ciążyło mu, obchodził się z nią źle i ordynarnie, jak gdyby pragnął tym sposobem okupić błąd, popełniony tym powtórnym związkiem.

Dzieci z drugiego małżeństwa nie miał. Po pierwszej żonie zostały mu dwie córki: starsza – Wanda, nadzwyczajnie piękna, świadoma swej urody i nudząca się na wsi, oraz młodsza – Albina, ulubienica ojca, żywa, zwinna dziewczynka, o kędzierzawych blond włosach i szeroko rozwartych, podobnie jak u ojca, wielkich, błyszczących, szarych oczach.

Kiedy Józef Migurski przybył do Różanki, Albina liczyła 15 lat. Jeszcze, jako student bywał Migurski w domu Jaczewskich w Wilnie, gdzie zamieszkiwali zimą, i wtedy już starał się przypodobać Wandzie; obecnie przybył on na wieś po raz pierwszy, jako dorosły, niezależny człowiek. Przyjazd młodzieńca sprawił przyjemność wszystkim mieszkańcom Różanki.

Staremu Józio Migurski nasuwał wspomnienie przyjaciela dni młodości: prócz tego słuchał on z przyjemnością, jak Migurski, pełen żaru i różowych nadziei opowiadał o tem wrzeniu rewolucyjnem, jakie ujawnia się nietylko w Polsce, lecz zagranicą, skąd dopiero co powrócił.

Pani Jaczewska lubiła Migurskiego, ponieważ stary mąż hamował się przy gościach i nie wymyślał jej, jak to miało miejsce zazwyczaj, dla lada powodu.

Wanda była zadowolona, ponieważ wydawało się jej, że Migurski przyjechał dla niej i zamierza oświadczyć się o jej rękę; była zdecydowana wyrazić swą zgodę, zamierzała wszakże, jak mawiała w rozmowie z sobą: lui tenir la dragée haute.

Albina była rada, ponieważ wszyscy czuli się zadowoleni. Nie sama tylko Wanda była przeświadczona, że Migurski przybył celem oświadczyn. Tegoż zdania, jakkolwiek nikt nie wspominał o tem, byli wszyscy w całym domu, zaczynając od starego Jaczewskiego, a kończąc na niańce, Ludwice.

Rzeczywiście, była to prawda.

Migurski przyjechał istotnie w tych zamiarach, przebywszy jednak tydzień, wyjechał z powrotem, jakiś zakłopotany i rozdrażniony, nic nie zaznaczywszy.

Niespodziewany ten wyjazd wprowadził wszystkich w zdumienie i nikt, z wyjątkiem Albiny, nie rozumiał jego powodu. Ona tylko znała go, wiedząc, że ten leży w niej samej.

Spostrzegła, iż Migurski w czasie pobytu swego w Różance był szczególnie wesół i podniecony tylko wówczas, gdy znajdował się w jej towarzystwie.

Traktował ją, jak traktuje się dziecko, żartował z nią, drażnił, lecz ona kobiecą swą intuicją wyczuwała, że całe to zachowanie się jego nie było zachowaniem się dorosłego względem dziecka, lecz mężczyzny względem kobiety.

Widziała to w jego rozkochanem spojrzeniu i przyjaznym uśmiechu, jakim spotykał ją i przeprowadzał, ilekroć wchodziła lub wychodziła z pokoju. Nie umiała wytłómaczyć sobie, co to było, wszakże jego obecność sprawiała jej radość i mimowoli starała się czynić to, co jemu się podobało. A podobało mu się wszystko, cokolwiek uczyniła.

Lubił on patrzeć na nią, kiedy uganiała się z pięknym, ścigającym ją chartem, jak chart ten skakał na nią, liżąc jej zaróżowioną, promieniejącą twarz; lubił patrzeć na nią, gdy dla lada powodu wybuchała dźwięcznym, udzielającym się śmiechem; lubił, gdy w czasie nudnego kazania księdza, śmiejąc się wesoło, robiła oczami powagę; lubił patrzeć, gdy z nadzwyczajną prawdą, z niezwykle komiczną siłą udawała to starą niańkę, to pijanego sąsiada, to znów jego, Migurskiego, przechodząc z błyskawiczną szybkością od jednej postaci do drugiej. Przedewszystkiem zaś zachwycała go jej szczęśliwa radość życia. Zdawało się, jak gdyby przed chwilą dopiero poznała czar życia i zapragnęła z niego korzystać. Ta szczególna jej uciecha zachwycała Migurskiego, a że Albina wiedziała o tem, więc zaznaczała się z nią rozmyślnie. Dlatego też ona jedna wiedzieć mogła, dlaczego Migurski, przybywszy oświadczyć się o rękę Wandy, odjechał, nie uczyniwszy tego. Jakkolwiek nie zdecydowałaby się powiedzieć o tem nikomu, jakkolwiek sama sobie nie mówiła tego wyraźnie, czuła w głębi duszy, że Migurski pragnął zakochać się w jej siostrze, a tymczasem zakochał się w niej, w Albinie. Dziwiło ją to bardzo, gdyż zdawało się jej, iż w porównaniu z rozumną, wykształconą i piękną Wandą ona jest czemś zupełnie mizernem; dziwiło ją, lecz wiedziała, że mimo wszystko tak jest istotnie i że taki obrót rzeczy musi ją radować, ponieważ ze wszystkich sił swej duszy pokochała Migurskiego, a pokochała w ten sposób, jak kocha się po raz pierwszy i tylko raz jeden w życiu.

II.

Z końcem lata w gazetach ukazały się wiadomości o rewolucji paryzkiej. Wkrótce potem poczęły napływać wieści, o przygotowujących się w Warszawie zaburzeniach.

Z lękiem i nadzieją oczekiwał Jaczewski, z każdą pocztą wiadomości o zabójstwie księcia Konstantego i o początku nowej rewolucji.

W listopadzie nareszcie otrzymano w Różance pierwsze wiadomości, najprzód o zamachu na Belweder i ucieczce księcia Konstantego, później zaś o decyzji Sejmu, pozbawiającej dynastję Romanowych tronu polskiego, o ogłoszeniu niepodległości Polski i nominacji Chłopickiego na dyktatora.

Powstanie nie dotarło jeszcze do Różanki, lecz wszyscy jej mieszkańcy uważnie śledzili za biegiem wypadków i przygotowywali się do przyjęcia w niem osobistego udziału.

Stary Jaczewski porozumiewał się listownie ze swym dawnym przyjacielem, jednym z wodzów powstania, przyjmował wizyty tajemniczych faktorów żydów, odwiedzających go nie w interesach gospodarskich, lecz w sprawie rewolucji. Wogóle postanowił przyłączyć się do powstania, gdy przyjdzie pora po temu.

Pani Jaczewska w większym, niż zwykle, stopniu, troszczyła się o wygody swego męża, przez co, jak zawsze, potęgowała jego rozdrażnienie.

Wanda wysłała na ręce przyjaciółki w Warszawie swoje brylanty z poleceniem, aby osiągnięte ze sprzedaży pieniądze przelano do funduszów komitetu rewolucyjnego.

Albina myślała tylko o tem, co się dzieje z Migurskim. Wiedziała od ojca, że wstąpił do oddziału Dwernickiego, więc starała się dowiedzieć wszystkiego, co dotyczyło tego oddziału.

Migurski pisał do Różanki dwa razy: w pierwszym liście komunikował, iż wstąpił do wojska, w drugim, który nadszedł w połowie lutego, rozwodził się z zapałem o zwycięstwie pod Stoczkiem, gdzie zdobyto sześć armat rosyjskich i wzięto do niewoli mnóstwo jeńców.

List jego kończył się następującemi słowami: „Zwycięstwo polaków, klęska moskali! Wiwat!”

Albina była zachwycona.

Przyglądając się mapie, obliczała, w którem miejscu i kiedy „moskale” muszą być ostatecznie pokonani. Ilekroć ojciec zwolna otwierał nową pocztę, bladła i drżała.

Pewnego dnia macocha, wszedłszy do jej pokoju, zastała ją przed lustrem w spodenkach i konfederatce. Albina zamierzała w męskiem przebraniu uciec z domu, by przyłączyć się do wojska polskiego. Macocha zwierzyła się z tem ojcu. Jaczewski przywołał do siebie córkę i, maskując przed nią swoje uznanie, a nawet zachwyt, jaki w nim wzbudziła, począł czynić jej surowe wymówki, żądając, by zaniechała niedorzecznych zamiarów, t. j. przyjęcia czynnego udziału w wojnie. – „Zadanie kobiety jest inne: jej obowiązkiem kochać i pocieszać tych, którzy poświęcają się dla ojczyzny” – mówił. W obecnej chwili winna przebywać przy ojcu, być dlań pociechą i radością, a kiedyś przyjdzie czas, że wypełniać to będzie dla męża. Jaczewski wiedział, w jaki sposób należy oddziaływać na córkę. Dał jej do zrozumienia, że jest samotny i nieszczęśliwy.

 

A ona starając się powstrzymać łzy, które mimo to padały na rękaw ojcowskiego szlafroka, przytuliła się do starego, obiecując mu nie przedsiębrać nic bez jego przyzwolenia.

III.

Tylko ci, którzy doświadczyli tego, co polacy, gdy po rozdziale Rzeczypospolitej jedna część kraju uległa władzy nienawistnych niemców, druga zaś jeszcze bardziej znienawidzonych „moskali”, ci tylko mogą zrozumieć ten zapał, jaki w r. 1830 i 1831 ogarnął polaków, kiedy po tylu nieszczęśliwych próbach wyzwolenia kraju nowa nadzieja zdobycia wolności wydała im się możliwą. Ale nadzieja ta trwała krótko. Siły były nazbyt nierównomierne i rewolucję zdławiono ponownie.

I znów dziesiątki tysięcy bezmyślnie uległych rosjan spędzono do Polski; tu, pod dowództwem bądź Dybicza, bądź Paszkiewicza i najwyższego ich rozkazodawcy, Mikołaja I, żołnierze rosyjscy, nie zdając sobie sprawy, po co czynią to wszystko, napoiwszy ziemię krwią swoją i braci swych polaków, zdławili ich i oddali znowu pod władzę słabych i marnych ludzi; ludzie ci nie pragnęli ani wolności, ani zgniecenia polaków: oni chcieli tylko zaspokoić swą chciwość i próżność.

Warszawę zdobyto, pojedyńcze oddziały zniesiono. Setki i tysiące ludzi rozstrzelano, skatowano pod pałkami, skazano na zesłanie. W liczbie tych ostatnich znajdował się i Migurski. Majątek jego skonfiskowano, on zaś został zaliczony, jako szeregowiec, do bataljonu linjowego w Uralsku.

Zimą roku 1832 przemieszkiwali Jaczewscy w Wilnie, gdzie przenieśli się z powodu złego stanu zdrowia starego, który po r. 1831 począł cierpieć na serce. Tu też otrzymali list Migurskiego, pisany z fortecy. Donosił on, że jakkolwiek bolesnem jest dlań wszystko, co przeżył i co go oczekuje w przyszłości, cieszy się, że wypadło mu cierpieć za Ojczyznę, że nie zwątpił w tryumf tej świętej sprawy, której poświęcił część siebie samego i że chętnie oddałby resztę życia, gdyby jutro zaszła tego ponowna potrzeba.

W tem miejscu, przy odczytywaniu listu, starzec rozpłakał się i przez długi czas nie mógł czytać dalej. W dalszym ciągu listu, który Wanda odczytywała na głos, Migurski pisał, że bez względu na plany i marzenia, z któremi nosił się w czasie ostatniej swej wizyty w Różance, obecnie nie chce i nie może mówić o nich.

Znaczenie tych ostatnich słów Wanda i Albina zrozumiały na swój sposób, lecz nie zwierzały się z tem nikomu.

W końcu listu Migurski przesyłał życzenia dla wszystkich i, w tonie żartobliwym, podobnym do tego, z jakim zwracał się do Albiny w czasie swego pobytu w Różance, zapytywał ją, czy obecnie umie biegać tak szybko, jak dawniej, na wyścigi z psem, i czy w dalszym ciągu umie tak dobrze naśladować ludzi.

Wreszcie staremu Jaczewskiemu życzył zdrowia, matce powodzenia w sprawach domowych, Wandzie odpowiedniego męża, Albinie zaś, aby nadal trwała w radości życia.

IV.

Stary Jaczewski coraz bardziej podupadał na zdrowiu tak, że w roku 1832 cała rodzina wyjechała zagranicę.

W Badenie poznała Wanda bogatego emigranta polskiego, którego zaślubiła. Tymczasem choroba Jaczewskiego czyniła coraz szybsze postępy, aż wreszcie, w początkach roku 1833, zmarł zagranicą na rękach Albiny. W chorobie nie pozwalał doglądać się żonie i do ostatnich chwil nie mógł jej darować błędu, że się z nią ożenił.

Pani Jaczewska wróciła na wieś z Albiną, której głównym celem życia stał się Migurski. Wydawał się on jej największym bohaterem i męczennikiem, godnym, aby się cała poświeciła dla niego. Jeszcze przed swym wyjazdem zagranicę poczęła z nim korespondować. Dawniej czyniła to z polecenia ojca, a następnie we własnem imieniu. Wróciwszy do kraju, pisywała w dalszym ciągu, gdy zaś skończyła 18 lat, zakomunikowała swej macosze, że postanowiła jechać do Uralska, aby zaślubić tam Migurskiego. Macocha oskarżała go, że przez egoizm, dla polepszenia losu, zbałamucił bogatą dziewczynę i skłonił ją do podziału swego nieszczęścia. Albina rozgniewała się i odpowiedziała macosze, że nie wolno o coś podobnego posądzać człowieka, który poświęcił wszystko dla swego narodu. Przeciwnie – mówiła – Migurski odmówił przyjęcia czegokolwiek od niej. Jest zdecydowana zaślubić go i pozostać przy nim, o ile on tylko na to się zgodzi.

Jako pełnoletnia, posiadała 300,000 złotych posagu po nieboszczyku swym wuju. I nic nie mogło powstrzymać jej od postanowienia.

W listopadzie r. 1834 Albina pożegnała domowników, którzy ją ze łzami, gdyby przed śmiercią, odprowadzali w daleką podróż. Wraz z wierną swą niańką, Ludwiką, siadła do świeżo odnowionego powozu i puściła się w drogę.

V.

W Uralsku mieszkał Migurski nie w koszarach, lecz we własnem mieszkaniu. Cesarz Mikołaj żądał, aby zdegradowani polacy nietylko spełniali cały ciężar twardego życia żołnierskiego, lecz znosili te wszystkie poniżenia, jakie w tych czasach były udziałem szeregowców. Mimo to, większość prostaków, którym powierzono wykonywanie owych rozporządzeń, rozumiejąc położenie ludzi zdegradowanych, mimo niebezpieczeństwa, na jakie ich to narażało, o ile mogli, starali się nie wypełniać rozkazów. Nawpół piśmienny eks-żołnierz, dowodzący bataljonem, do którego zaliczono Migurskiego, rozumiał cały ciężar położenia młodzieńca wykształconego, któremu nagle odebrano wszystko; więc spółczuwał on z losem Migurskiego, szanował go i czynił mu liczne ulgi.

Odwzajemniając się staremu swemu podpułkownikowi za jego dobroć, Migurski zgodził się dawać lekcje języka francuskiego, matematyki i fizyki jego synom, przygotowującym się do korpusu kadetów.

Życie Migurskiego w Uralsku, od siedmiu miesięcy, było jednostajne, posępne i nudne. Z wyjątkiem dowódcy bataljonu, od którego zresztą starał się trzymać jaknajdalej, Migurski znał w Uralsku tylko jednego polaka zesłańca, niewykształconego człowieka, prowadzącego tu handel rybami. Najbardziej zaś ciążyła Migurskiemu troska materjalna. Po skonfiskowaniu majątku nie posiadał żadnych środków tak, że zmuszony był sprzedawać złote przedmioty, które mu jeszcze pozostały z dawnych czasów.

Jedyną radością była mu korespondencja z Albiną; od czasu pobytu swego w Różance, jej miły poetyczny obraz pozostał w jego duszy, a teraz, na wygnaniu, piękność tego obrazu coraz to bardziej olbrzymiała w jego oczach. W jednym ze swych najpierwszych listów Albina prosiła go, aby wytłomaczył, co znaczyły słowa, pisane w pierwszym liście: „bez względu na plany i marzenia moje”. W odpowiedzi swej pisał, że obecnie nie wolno mu wyznać, iż marzył o tem by mógł ją nazwać swoją żoną. Odpisała mu na to, że go kocha. On z kolei pisał, iż lepiej by nie wspominała tego, gdyż strasznie mu jest myśleć o tem, co jest niemożliwe. Ona znów odpowiedziała, że jest to nietylko możliwe, lecz tak się stanie bezwarunkowo. Odpisał, że ofiary takiej przyjąć nie może.

Wkrótce potem otrzymał od Albiny 2000 złotych. Przypomniało mu się, iż w jednym ze swych listów opisywał jej zadowolenie, jakie odczuwa obecnie, zarabiając lekcjami na wszystkie swoje potrzeby – na herbatę, tytoń a nawet na książki. Sumę tę odesłał z powrotem, prosząc Albinę, by pieniędzmi nie psuła ich świętych stosunków. Pisał, że posiada dostateczne środki materjalne i jest zupełnie szczęśliwy, mając takiego przyjaciela, jak ona. Na tem korespondencja ich urwała się.

W listopadzie, w czasie, gdy Migurski znajdował się na lekcji u podpułkownika, dały się słyszeć dzwonki pocztowe, a w chwilę potem zatrzymały się sanki przed domem. Dzieci wybiegły, by zobaczyć, kto przyjechał. Migurski pozostał, oczekując ich powrotu. We drzwiach ukazała się podpułkownikowa.

– Przyjechały jakieś damy, zdaje się z pańskich stron, wyglądają na „polaczki”.

Gdyby Migurskiego zapytano, czy przyjazd Albiny uważa za możliwy, zaprzeczyłby temu. W głębi duszy miał jednak nadzieję. Krew zalewała mu serce, gdy pędem biegł do przedpokoju. Właśnie w tej chwili zdejmowała z głowy chustkę otyła, starsza kobieta. Druga kobieta wchodziła do pokoju. Usłyszawszy kroki po za sobą, odwróciła się. Z pod kapelusza wyjrzały błyszczące radością życia, osłonięte wilgotnemi jeszcze rzęsami, oczy Albiny.

Ze zdumienia nie mógł przemówić słowa, nie wiedząc, jak ma ją witać.

– Józiu! – zawołała, nazywając go podobnie, jak to czynił jej ojciec i jak zwykła nazywać go w rozmowie ze sobą. Rękoma oplotła mu szyję, zimną swoją twarzyczką przylgnęła do jego twarzy, to płacząc, to znów śmiejąc się naprzemian.

Dowiedziawszy się, kim jest Albina i w jakim celu przybyła, dobra podpułkownikowa udzieliła jej w domu swoim gościny, aż do dnia ślubu.

VI.

Uczynny podpułkownik wyjednał zezwolenie władzy wyższej. Z Orenburga przybył ksiądz, który udzielił młodym ślubu. Druchną była podpułkownikówna, drużbą zesłaniec Brzozowski.

Wyda się to może dziwnem, lecz Albina, mimo że męża swego kochała namiętnie, nie znała go zupełnie. Teraz dopiero zaczynała go poznawać, teraz dopiero w żywym, z krwi i kości człowieku, spostrzegła wiele pospolitego i niepoetycznego, czego nie widziała pierwej w obrazie mężczyzny, wyhodowanym i wypieszczonym w swej imaginacji.

Wzamian za to jednak, właśnie dlatego, że mąż jej był żywym z krwi i kości człowiekiem, znalazła w nim wiele tej prostoty i dobroci, jakich nie spostrzegła pierwej, w abstrakcyjnie wytworzonej przez wyobraźnię postaci.

Znajomi i przyjaciele opowiadali jej wiele o jego odwadze na wojnie; imponował jej również spokój, wykazany przez Migurskiego po utracie wolności i majątku; ztąd wydawało się jej, że człowiek ten, jak prawdziwy bohater, żyje zawsze po bohatersku, życiem pięknem. W rzeczywistości zaś, przy swej niezwykłej sile fizycznej i odwadze, Migurski przypominał jagnię. Jego sentymentalne, okolone blond bródką i jasnemi wąsami usta, rozjaśniał dziecinny uśmiech, który zachwycał ją jeszcze w Różance. Ćmił stale fajkę, co szczególniej denerwowało ją, zwłaszcza gdy była ciężarną.

Ze swej strony Migurski teraz dopiero począł poznawać Albinę i po raz pierwszy ujrzał w niej kobietę. Te, które znał przed swem małżeństwem, nie dawały mu obrazu kobiety. To, co znalazł w Albinie, zdziwiło go i raczej rozczarować mogło.

Jako kobietę, otaczał żonę miękkiem, ironią tchnącem pobłażaniem; dla Albiny, jako dla Albiny, miał nietylko subtelną miłość, ale i zachwyt; wiedział, że niczem nie zdoła odpłacić jej za tę ofiarę, jaką dlań uczyniła, obdarzając go niezasłużonem szczęściem.

Miłość Migurskich była istotnie szczęśliwa. Kochali się wzajemnie pełną siłą swych uczuć; wśród obcych ludzi doznawali wrażenia, iż są podobni do dwojga zabłąkanych wśród zimy istot, gdy marznąc, własnem swem tchnieniem ogrzewają się wzajemnie. W tem ich radosnem życiu przyjmowała żywy udział, niewolniczo oddana swej paniusi, dobrodusznie gderliwa, komiczna, rozkochująca się wciąż we wszystkich mężczyznach, niańka Ludwika.

Po roku pożycia los obdarzył Migurskich synem. W półtora roku później urodziła się im córka. Chłopiec był obrazem matki: miał jej oczy, jej żywość, jej wdzięk. Dziewczynka była zdrowem, ładnem zwierzątkiem.

Bolało Migurskich oddalenie od kraju i poniżające stanowisko, jakie zajmowali. Odczuwała to szczególniej Albina. Oto on, jej Józio, bohater, ideał człowieka, musi salutować przed każdym oficerem, uczęszczać na mustrę, odbywać wartę i być bezwzględnie uległym.

Prócz tego z Polski nadchodziły bardzo smutne wiadomości. Wszyscy niemal krewni ich i znajomi znajdowali się bądź na zesłaniu, bądź też, utraciwszy całe mienie, musieli uciec zagranicę. Sami Migurscy nie mieli nadziei poprawienia swego losu. Próby, jakie czyniono, celem uzyskania jeżeli nie darowania winy, to choćby ulżenia losowi przez nominację na stopień oficerski, nie osiągały rezultatu. Cesarz Mikołaj odbywał wciąż przeglądy i mustry wojskowe, uczęszczał na reduty, intrygował maski, bez potrzeby jeździł po Rosji, z Czugujewa do Noworosyjska, do Moskwy i Petersburga, zamęczając konie i budząc trwogę w mieszkańcach; niekiedy ktoś śmielszej natury odważył się prosić o ulżenie losowi zesłanych dekabrystów lub polaków, cierpiących przez miłość dla ojczyzny, przez tę właśnie miłość, nad którą cesarz tak się unosił; lecz Mikołaj wysuwał wówczas naprzód piersi i, zatrzymując na pierwszym lepszym przedmiocie spojrzenie swych ołowianych oczów, odpowiadał: „Niechaj służą. Jeszcze zawcześnie” – jakgdyby mógł wiedzieć, kiedy nie będzie zawcześnie i kiedy odpowiednia pora nadejdzie.

 

I całe otoczenie cesarza: generałowie, kamerjunkrowie i ich żony, wszyscy ci, którzy żyli przy nim, byli pełni podziwu dla nadzwyczajnej przezorności i niezwykłego rozumu tego wielkiego męża.

W ogólnej sumie jednak w życiu Migurskich było więcej szczęśliwych, chwil niż nieszczęśliwych.

W ten sposób przeżyli pięć lat. Lecz nagle spadł na nich wielki, nieoczekiwany cios.

Początkowo zachorowała im córka, a w dwa dni później zapadł na zdrowiu i chłopiec; cierpiał przez trzy dni, aż wreszcie czwartego zmarł bez pomocy lekarskiej (żadnego z lekarzy nie można było odnaleźć). W dwa dni potem umarła i dziewczynka.

Albina nie rzuciła się do rzeki, gdyż na samą myśl o tem, coby uczynił jej mąż, dowiedziawszy się o tem samobójstwie, ogarniała ją trwoga. Ale życie poczęło jej ciążyć. Zawsze żywa i ruchliwa, zmieniła się, wszystkie domowe troski powierzyła Ludwice; całemi godzinami siedziała bezczynnie, zapatrzona przed siebie, to znowu zrywała się i uciekała do swego pokoiku, nie odpowiadając na słowa pociechy męża i Ludwiki, płakała, kiwając głową i prosząc, aby pozostawiono ją w spokoju.

Latem chodziła na cmentarz i tu, nad grobem swych dzieci, rozdzierała swe serce rozpamiętywaniami o tem co było i coby mogło być. Szczególniej trapiła ją myśl, że gdyby zamieszkiwała w mieście, w którem możnaby znaleźć pomoc lekarską, nie umarłyby jej dzieci. Za co? za co? – myślała. Ani Józio, ani ja nie chcemy od nikogo nic, byle tylko pozwolono mu żyć w ten sposób, jak żyli jego dziadowie i byle pozwolono mi żyć przy nim, kochać go, miłować i wychowywać moje dzieci.

I nagle poczynają go męczyć, zsyłając, zabierając mi to, co mam najdroższego na świecie. Za co? za co? – zadawała wciąż pytanie Bogu i ludziom. Lecz na pytanie to odpowiedzi znaleźć nie mogła. Bez odpowiedzi tej nie było życia, więc życie jej zatrzymało się na miejscu. Smutne życie na wygnaniu, które jej smak kobiecy i artyzm umiały pierwej upiększać, stało się obecnie ciężkiem do zniesienia nietylko dla niej, lecz i dla Migurskiego; cierpiał on dotkliwie, nie wiedząc, co czynić, aby pocieszyć swą żonę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?