Zbawiciel

Tekst
Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Kopenhaga,

czwartek 1 sierpnia

Trwającą od kilku tygodni piękną pogodę z końcem lipca przerwały deszcze, które niczym ponura szara kurtyna oddzieliły miasto od słonecznych, letnich, jeszcze niedawno pogodnych dni. Przez wąskie uliczki Starego Miasta pod ścianami kolorowych kamieniczek przemykali okutani w płaszcze i kurtki przeciwdeszczowe mieszkańcy. Niezrażeni pogodą, schowani za drogimi okularami przeciwsłonecznymi, przechadzali się japońscy turyści, a restauratorzy i właściciele tawern przy kanale Nyhavn z tęsknotą spoglądali w niebo, usiłując wypatrzyć jakieś dziury i pęknięcia w szarym marmurowym sklepieniu chmur, które kilka dni temu skamieniały nad Kopenhagą.

W samym centrum Starego Miasta, przy obleganym przez turystów pasażu Strøget, zaraz za skrzyżowaniem z Klosterstræde, stoi niepozorna osiemnastowieczna kamienica z umieszczonym centralnie prostym portalem z piaskowca. Wejście, przez ogromną taflę jednolitego szkła, prowadzi do ekskluzywnego salonu modnej szwedzkiej marki odzieżowej. Po prawej stronie fasady zaś znajduje się brama, którą wchodzi się na wyłożone brukiem podwórze kamienicy. Jedna ze ścian bramy ma oczyszczone i odsłonięte stare cegły, wieczorami krwiście czerwieniące się w świetle lamp.

Około godziny szesnastej, gdy z biur i urzędów zaczęli wysypywać się na ulice tubylcy, by z irytacją wmieszać się w tłum spacerujących turystów, w bramie pojawił się wysoki ciemnowłosy mężczyzna. Stukot jego kroków przez chwilę odbijał się echem pod sklepieniem przejazdu, by utonąć w końcu w gwarze i hałasie panującym na pasażu.

Naprzeciwko kamienicy, oddzielony kutym, żelaznym ogrodzeniem i szpalerem wysokich, starych drzew, stał kościół Świętego Ducha. Wzdłuż ogrodzenia rzędem rozstawione były ławki, na których, mimo niezachęcającej aury, siedziało sporo pogrążonych w rozmowie osób. Nieco dalej przycupnął pawilon z wegańskim jedzeniem.

Mężczyzna zatrzymał się chwilę w cieniu bramy i czujnie rozejrzał dookoła. Uspokojony sięgnął do kieszeni krótkiej bluzy i wyciągnął ciemne przeciwsłoneczne okulary. Włożył je, naciągnął na głowę kaptur i dopiero wtedy wmieszał się w spacerujący po Strøget tłum.

Wsunął ręce w kieszenie bluzy. Starał się trzymać prawej strony ulicy. Nie podnosząc głowy, ruszył w kierunku Kongens Nytorv, Królewskiego Nowego Targu, największego placu w Kopenhadze, na którego środku stał konny pomnik króla Christiana V. Co roku w czerwcu studenci urządzali tutaj wielką balangę z okazji zakończenia kolejnego semestru.

Mężczyzna nauczony doświadczeniem nie rozglądał się, nie reagował na żadne dźwięki ani głośniejsze rozmowy, żeby przez przypadek nie wpaść na kogoś, kto go rozpozna. Chciał tylko niezauważony przemknąć przez Stare Miasto i znaleźć się w domu kilka przecznic dalej.

Sierpień dopiero się zaczął, ale on miał już przykre uczucie kończącego się lata. Może dlatego, że już pod koniec miesiąca musiał się stawić w Varde, małej mieścinie w zachodniej Danii nad samym Morzem Północnym, dziurze, gdzie chyba zawsze padał deszcz. Gdy dwa lata temu podjął w końcu decyzję, żeby pójść w ślady ojca i dziadka i wstąpić do szkoły podoficerskiej, miał nadzieję, że to jednak będzie wyglądało trochę inaczej.

Po roku musztry, zajęć na placu w strugach deszczu, nauki w smętnych salkach, w których wisiały ponure portrety znamienitych absolwentów, bieganiu po okolicznych mokradłach i poligonach, gdzie wciąż padał ten cholerny, pieprzony deszcz, po tym wszystkim, jeżeli czegoś w swoim życiu był pewien, to tego, że nie ma ochoty spędzić tam nawet tygodnia dłużej.

Wakacje to był błogosławiony czas powrotu do Kopenhagi, do pracy, którą znalazł poprzedniego lata i która, jak na razie, go bawiła. W mieście był szczęśliwy. Jak każdy młody człowiek. Rodzice mieszkali kilkadziesiąt kilometrów na północ od stolicy, w niewielkim miasteczku nad samą cieśniną. W wielkim białym domu z basenem. Ojciec prowadził rozmaite interesy. Oprócz tego miał kilkanaście mieszkań w Kopenhadze, które były lokatą kapitału i przynosiły dochód z wynajmu. I właśnie w jednym z nich mieszkał, gdy wracał na wakacje z tego koszmarnego zadupia w Varde.

Już sobie wyobrażał tę scenę, jak informuje rodziców, że chce rzucić szkołę. To surowe spojrzenie ojca, ciężkie westchnienie matki, chociaż ona akurat pewnie prędzej go zrozumie. Ojciec od razu wyjedzie z tym, że na synu spoczywają obowiązki, że nie może lekceważyć rodziny. Ojciec już i tak prawie dostał udaru, gdy w poprzednie wakacje przyprowadził do domu nową dziewczynę, a w dodatku radośnie oznajmił, że znalazł pracę w nowym modnym portalu.

Pracę po dwóch tygodniach zmienił, a dziewczyny ostatecznie się pozbył, tak jak i poprzedniej. Ojciec tradycyjnie miał rację. Dziewczyna zaczęła go osaczać, tak to odczuwał. Nie mógł już jej znieść, gdy zaczęła coraz częściej mówić o przyszłości. Jak mógł myśleć o wspólnej przyszłości, kiedy sam swojej własnej nie był pewien?

Ale w jego rodzinie wszystko da się zatuszować, podkolorować, wyhaftować na twarzach ujmujące uśmiechy dla postronnych. I dla tych wciąż zaglądających w jego życie.

Dość tego!

Miał tyle mroku do ukrycia, tyle pochmurnych myśli i złych rzeczy, których się czasem dopuszczał. Chciał z tym wreszcie zostać sam. Bez nieustannej kontroli, bez ciągłych pytań.

Oczywiście bał się, że jak tylko oznajmi, że rzuca szkołę, to ojciec go wyrzuci z mieszkania, dużego wygodnego poddasza w wielkim, modernistycznym bloku z czerwonej cegły, ulokowanym tuż obok zamku Rosenborg

Sztuka, kultura, muzyka. To było właśnie coś, do czego go znacznie bardziej ciągnęło. Ale jak tu powiedzieć ojcu, że ma dość munduru i uświęconej rodzinną tradycją wojskowej służby w szkole podoficerów?

Musiałby zrezygnować z wygody, z luksusowego loftu, w którym urządzał imprezki dla przyjaciół i znajomych z pracy, i poszukać samemu czegoś tańszego. Dużo tańszego.

A najgorsze, że wcale nie byłby mniej kontrolowany.

Nawet to mieszkanie ojciec wybrał tak, żeby było niedaleko domu stryja. Zawsze mieli go na oku. Gdziekolwiek poszedł, cokolwiek zrobił, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wciąż obserwują go czyjeś oczy, które lustrują, jak się zachowuje, czy ma stosowny strój, czy jest odpowiednio grzeczny i uprzejmy. A co jeśli tak naprawdę wcale nie jest ani grzeczny, ani uprzejmy? A co jeśli w rzeczywistości chciałby wykrzywić się z wściekłością, rzucić czymś albo wyrżnąć kogoś w pysk?

Na jednej z ostatnich rodzinnych imprez obserwował dwie wygadane aroganckie dziennikarki, które przepytywały jego matkę, i fantazjował o tym, że pozbawia je głów jednym z tych starych mieczy, które wisiały na ścianach w domu stryja. Widział w wyobraźni, jak odcięte głowy turlają się po marmurowej posadzce, prosto pod nogi jak zawsze lodowato powściągliwej, ale wyraźnie wstrząśniętej babci…

– Maks!

Głośne zawołanie za plecami wyrwało go z zamyślenia, ale instynktownie nie zareagował. Opuścił głowę niżej i przyśpieszył.

W Kopenhadze były tysiące Maksów.

– Maks! Zaczekaj!

Usłyszał za sobą stukot kroków. Ktoś chyba za nim biegł.

Stanął i markując, że wyciąga telefon, spojrzał za siebie. Odetchnął z ulgą.

Morten.

Szeroko uśmiechnięty, z rozczochraną grzywą ciemnych włosów. Po chwili kolega objął go i poklepał po plecach. Maks uśmiechnął się i odwzajemnił gest.

Morten był jednym z nielicznych znajomych, którzy zbliżyli się do magicznego określenia przyjaciel. Maks nie sądził, że kiedykolwiek komukolwiek uda się przekroczyć ten próg, ale Morten był bardzo blisko. Może dlatego, że wcale się nie starał.

– Po robocie?

Maks przytaknął i skinął głową w kierunku majaczącego w perspektywie ulicy Nowego Targu.

– Idę do domu.

– To może skoczymy coś zjeść? – Morten uśmiechnął się i obrzucił kolegę krytycznym spojrzeniem. – Jesteś szczuplejszy niż ja, chociaż moja matka twierdzi, że nie ma chudszych facetów ode mnie.

– Mam w domu coś tam.

– Czyli nic nie masz. No to idziemy pod siedemnastkę albo do Cap Horn.

Maks skrzywił się, słysząc nazwę popularnej tawerny w jednym z najbardziej turystycznych miejsc w Kopenhadze.

– Albo gdzie indziej. – Morten wzruszył ramionami. – No dawaj, jestem głodny jak wilk, a muszę ci coś powiedzieć. Mówię ci, jaki przypadek, nie uwierzysz.

– Co powiedzieć?

– Czyli idziemy? – Chłopak uśmiechnął się szeroko i szarpnął Maksa za ramię. – Najpierw zamówimy coś do żarcia, a potem wszystko ci opowiem.

Maks, rad nierad, ruszył za kolegą. W zasadzie szli w kierunku jego domu, więc miał jeszcze chwilę na to, żeby jakoś się ewentualnie wykręcić.

Dziesięć minut później siedzieli w narożnej, odseparowanej od reszty sali loży. Maks stwierdził po drodze, że obiad w fajnym towarzystwie i rozmowa dobrze mu jednak zrobią.

– Załapałem się do niezłej roboty na cały sierpień… – Morten odstawił kufel z piwem i spojrzał tajemniczo spod ciemnej niesfornej grzywki, która co chwila opadała mu na czoło.

– I to jest ta rewelacja, którą chciałeś się ze mną podzielić? – Maks uśmiechnął się kpiąco.

– Poczekaj, aż ci wszystko opowiem – ściszył głos Morten, widząc idącego w ich kierunku kelnera.

Maks odwrócił się do okna, opuścił głowę i zasłonił twarz ręką, drapiąc się w czoło. Usiadł tyłem do sali, ale wolał unikać kontaktu wzrokowego z obsługującym ich dużym, ciemnoskórym mężczyzną w białym fartuchu z emblematem tawerny.

Morten patrzył na niego z wyrozumiałym rozbawieniem.

– Możesz być spokojny. Ten gość pracuje tu od miesiąca. Przyjechał z Afryki, chyba z Sudanu.

Dwa lata temu rodzice zmusili Maksa do wizyty u psychoterapeuty. Oficjalnie nazywało się to przygotowaniem do pełnienia zaszczytnej służby wojskowej i docelowo przygotowaniem do rozpoczęcia studiów na jakimś preferowanym przez rodzinę kierunku. W rzeczywistości zaczynali się obawiać jego coraz bardziej wisielczego poczucia humoru, żartów z rodzeństwa i coraz częstszych stanów depresyjnych. Ojciec uważał także, że syn nie radzi sobie z ludźmi, że wykazuje niepokojące, introwertyczne skłonności.

 

Maks nienawidził spotkań z psychoterapeutą. Tego grzebania w głowie, pytań na temat stosunku do rodziny, do obowiązków, czy boi się przyszłości, czy obawia się, że sobie nie poradzi. Nie miał ochoty o tym rozmawiać, zwłaszcza że nie to było jego problemem.

Maks dyskretnie spojrzał w kierunku baru, dokąd wrócił właśnie ciemnoskóry chłopak i rozglądał się teraz po sali, czekając, aż ktoś go przywoła lub poprosi o rachunek.

Tawerna była prawie pełna, także na zewnątrz, pod parasolami siedziało trochę ludzi, przeważnie turyści z Europy i Japonii.

Morten rozłożył na kolanach białą serwetkę i pochylił się w kierunku Maksa.

– Wiesz, że mam niemiecki patent żeglarski SBF See?

Maks sięgnął po widelec i kiwnął głową. Okazało się, że nawet jest głodny, chociaż kiedy wychodził z pracy, nie czuł tego jakoś specjalnie.

– No i?

– Znalazłem robotę na jachcie. U Anglików. Przez trzy tygodnie będą prowadzić rzekomo jakieś badania hydrograficzne na Bałtyku.

Maks wsadził do ust kawałek krwistego steku i sięgnął widelcem po małego pieczonego ziemniaczka.

– Dlaczego rzekomo?

Morten uśmiechnął się zawadiacko.

– Bo mam podpisać z nimi umowę, która zobowiązuje mnie do całkowitego milczenia na temat tej wyprawy. Inaczej nie dostanę ani grosza, a płacą całkiem dobrze.

– Po co ci w ogóle ta robota? Przecież twoi rodzice są bardzo bogaci.

– Ale wolę być niezależny, a przynajmniej w czasie wakacji. – Morten się rozpromienił.

– Może i masz rację – powiedział zamyślony Maks. – Widziałeś się już z nimi?

– Gadałem tylko przez telefon. To awaryjna sprawa, jeden z marynarzy im zachorował. Wyrostek, wyobraź sobie. – Morten parsknął śmiechem. – Zabrali go helikopterem z Morza Północnego.

– Ja myślałem, że ten jacht stoi w Kopenhadze.

– Bo stoi. – Morten przytaknął. – Teraz stoi. Przypłynęli trzy dni temu i już nie mieli czasu, żeby ściągać jakiegoś swojaka z Anglii, a że razem z nimi płynie pewien duński statek badawczy, więc poprosili ich o pomoc. – Morten zrobił tajemniczą minę.

– Wyprawę współorganizuje Duński Uniwersytet Techniczny, na którym, jak wiesz, od trzech lat studiuję – dodał, widząc pytające spojrzenie Maksa.

– To stąd się w tym wziąłeś?

Morten wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Zgłosiłem się od razu, jak zamieścili ogłoszenie.

– Gadałeś z nimi tylko przez telefon i już wiesz, że cię wezmą? – Maks popatrzył na niego powątpiewająco. – A jeśli mają innych kandydatów?

– Wezmą – powiedział z przekonaniem Morten. – Mam doskonałe referencje z poprzedniej podobnej roboty.

– Twoja matka będzie się znowu zamartwiać jak wtedy, gdy popłynęliśmy na Ven i siedzieliśmy całą noc na plaży, bo się spóźniliśmy na ostatni prom. Pamiętasz?

– No jasne, że pamiętam. – Morten się roześmiał. – Moi rodzice postawili na nogi całą policję Zelandii. Ile myśmy mieli wtedy lat?

– Szesnaście. – Maksowi rozjaśniły się oczy na wspomnienie całego dnia i nocy spędzonej na niewielkiej wyspie, położonej na środku cieśniny Sund.

– Nie mogę im nic powiedzieć, bo zrobiliby z tego piekło. Wiesz najlepiej, jacy są rodzice.

Maks przewrócił oczami.

– A kiedy ci Anglicy wypływają? – zapytał, zmieniając temat.

– We wtorek rano. W poniedziałek mam się stawić na pokładzie. Jestem już spakowany i gotowy.

Maks przełknął powoli kolejny kawałek mięsa i spojrzał w stronę okna.

Na ulicy, przed ogródkiem letnim, wolno przepływała rzeka przechodniów. W tle kołysały się maszty zacumowanych w kanale łodzi.

Trzy tygodnie na Bałtyku, z dala od ludzi, telefonów, aparatów fotograficznych, kamer, rodziny. Zazdrościł Mortenowi. Sam za dwa tygodnie będzie się musiał stawić w pierdolonym, kurewskim Varde, nad Morzem Północnym. Zacisnął ze złością pięść.

– Fuck! – Drgnął gwałtownie.

– Co się stało? – Morten podniósł wzrok znad talerza.

– Skaleczyłem się tym cholernym nożem. – Maks odsunął się od stołu i sięgnął po leżącą na kolanach serwetkę. – Na szczęście to nic, zaraz przejdzie.

Morten zarechotał, po czym wskazał wzrokiem wieszak nad głową Maksa.

– Au! Zajrzyj do mojej kurtki. Mam w kieszeni chusteczki higieniczne.

Maks odwrócił się i sięgnął po kurtkę kolegi.

Wyjął paczkę chusteczek, wydobył jedną i ścisnął w dłoni, przytrzymując krwawiący palec.

Przez dłuższą chwilę z namysłem wpatrywał się w czerwoną plamę, która została na serwecie.

Jego rodzina miała spory motorowy jacht. Organizowali na nim niektóre rodzinne przyjęcia i większe uroczystości, jak na przykład jego osiemnaste urodziny kilka lat temu.

Tak jak i Morten, patent morski miał od dawna. W dodatku był doskonałym nurkiem.

Jakże mógłby nie być. Pod wodą nikt go nie widział, była tylko czerń, ewentualnie granat. Kompletna cisza na dnie, pewność, że nikt go nie obserwuje, a potem godziny dekompresji przy linie opustowej, gdy mógł w spokoju pobyć sam ze swoimi myślami.

Podniósł głowę i spojrzał uważnie na Mortena. Anglicy zmusili go do utrzymania tej wyprawy w tajemnicy. Nikomu o niej poza nim nie powiedział.

I byli nawet podobni.

Pomyślał, że chyba mógłby zabić, żeby tylko znaleźć się na jego miejscu.

Rozdział 10

WTEDY…

Gdzieś w północnych Niemczech

Pociąg drgnął i zaczął powoli się toczyć, mijając pogrążone w ciemności budynki stacji kolejowej. Mniej więcej pośrodku składu jechały cztery wagony z pilnie strzeżonym ładunkiem, oddzielone od reszty wagonami towarowymi, w których siedzieli żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe i okutani w długie wełniane płaszcze. Na ich mundurach groźnie błyszczały dwie charakterystyczne runy, dawniej oznaczające słońce, a od kilku dobrych lat złowrogo wieszczące zwycięstwo III Rzeszy.

Dachy mijanych domów pokryte były grubymi czapami białego puchu, a z okapów zwisały długie lodowe sople. W tamtych czasach zimy tak właśnie wyglądały. Zasypane śniegiem pola i łąki i szklane pancerze na jeziorach i rzekach.

Za pociągiem ciągnął się długi czarny warkocz dymu.

Pociąg pokonał jakieś sto kilometrów, przejeżdżając północno-wschodnią Meklemburgię, po czym wszelki ślad po nim zaginął. To było w okolicach pewnego małego miasteczka, będącego od początku osiemnastego wieku do czasów pierwszej wojny światowej siedzibą książąt meklemburskich z linii Strelitz.

W samym centrum miasteczka, rozciągniętego wzdłuż wschodniego wybrzeża sporego Jeziora Mirowskiego, na oddzielonym fosą półwyspie znajdują się dwa barokowe pałace oraz pozostałość średniowiecznego zamku, ukryta w budynkach kordegardy i jej przyległości.

Większość historyków podążających tropem tajemnic drugiej wojny światowej właśnie w Mirowie widzi koniec w miarę udokumentowanych losów owego pociągu, który nocą na początku czterdziestego czwartego roku przemierzał zasypane śniegiem równiny północnej Meklemburgii. Natomiast to, gdzie zniknął jego tajemniczy ładunek, jest wciąż obiektem nieustających spekulacji.

Według jednych wywieziono go do jakiegoś tajemniczego miejsca niedaleko Göttingen w Dolnej Saksonii, według innych zakończył swój bieg w okolicach Frankfurtu nad Odrą, a jeszcze inne teorie mówią, że zniknął w wykutych w skałach Sudetów podziemiach niedaleko Wałbrzycha.

Ale jest jeszcze jedna wersja.

Strzeżony przez esesmanów ładunek mógł trafić do pewnego ustronnego miejsca niedaleko małego miasteczka leżącego zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Szczecina.

Rozdział 11

piątek 2 sierpnia

Łasztownia to wielka wyspa, która leży dokładnie naprzeciwko Starego Miasta. Jej nazwa ściśle związana jest z jej odwiecznym przeznaczeniem. Od najdawniejszych bowiem czasów wyspa służyła jako miejsce magazynowania i załadunku towarów. Stały tu pierwsze drewniane spichlerze i składy, a gdy umocniono brzegi i powstały drewniane pomosty i nabrzeża, pojawił się także port. Tutaj żaglowce zrzucały balast, którym obciążone wracały do Szczecina z Danii, Szwecji czy Gdańska. Lastadium to po łacinie łaszt, co dawniej oznaczało miarę ładunku. W języku niemieckim brzmiało to last, po francusku i angielsku lastage. Z czasem więc tym właśnie słowem zaczęto nazywać całą wyspę.

Już w średniowieczu na nabrzeżu wzdłuż Odry powstał szpaler spichlerzy, w głębi wyspy w połowie dziewiętnastego wieku zbudowano zespół zabudowy rzeźni miejskiej, a na jej wschodnim krańcu oraz terenach przyległych na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku powstał port wolnocłowy. Ukoronowaniem tej inwestycji była budowa ogromnego gmachu zarządu portu. Na uroczystość oddania go do użytku przybył sam cesarz Fryderyk Wilhelm II. Na triumfalnej ceremonii wypowiedział wówczas znamienne słowa: „Nasza przyszłość związana jest z wodą”.

Dzisiejszą Łasztownię przecina wstęga Trasy Zamkowej, która przekracza Odrę w pobliżu Zamku Książąt Pomorskich, wznosi się nad przemysłową zabudową portu i nad Parnicą, a niedaleko budynku Zarządu Portów Morskich Szczecin-Świnoujście wbija się w dzisiejszą ulicę Gdańską.

Pod Trasą Zamkową zaś biegnie stary trakt do Dąbia, niegdyś kamienna grobla, dziesiątkami lat usypywana na mokradłach i rozlewiskach strzegących od wschodu Szczecina. Dzisiaj to ulica Energetyków. Parnicę przecina ona mostem, który o włos wręcz mija ceglany, najeżony wieżyczkami i sterczynami budynek portowej straży pożarnej.

Dochodziła właśnie siedemnasta. W zielonym kombi audi A4 siedział za kierownicą młody mężczyzna i z wściekłością patrzył na tył samochodu ciężarowego, który wznosił się nad maską jego auta. Gdy TIR drgnął i zaczął się z wolna toczyć, westchnął i wrzucił jedynkę. Ciężarówka przejechała parę metrów i znowu stanęła. Mężczyzna zacisnął zęby i kilka razy w bezsilnej złości walnął pięścią w fotel pasażera. Właśnie spóźniał się na budowę, na ważne spotkanie z przedstawicielami inwestora i nadzorem autorskim. W dodatku budowę miał wręcz pod nosem. Gdyby wysiadł z samochodu i dobrze się rozpędził, to od biedy mógłby wskoczyć na rusztowanie stojące przy elewacjach wieży obserwacyjnej budynku portowej straży pożarnej. Audi stało obecnie na wjeździe na most Parnicki i jedyne, co mógł zrobić, to czekać, aż dotoczy się wraz z innymi do zjazdu z Energetyków do portu.

Zamknął oczy i policzył do dziesięciu. Budowa była opóźniona, w dodatku przez optymistyczne założenie jego szefów, że do wykonania remontu starego gmachu wystarczy sam projekt budowlany, co chwila stawali obecnie przed jakimiś problemami, które projektanci musieli rozwiązywać na bieżąco.

A to jego oczywiście, jako kierownika budowy, wszyscy oskarżali o kolejne opóźnienia. Teraz też będą mieć pretensję, że sam się spóźnił o dwadzieścia minut. W dodatku na budowie miał być inspektor od miejskiego konserwatora, który oczywiście będzie wydziwiał, że kolor spoin pomiędzy cegłami jest nie dość piaskowy. Kurwa!

Ciężarówka stęknęła i przetoczyła się o kilka metrów. Zza kierownicy audi rozpostarł się w tym momencie widok na cały gmach straży portowej oraz stojącą o kilka wręcz metrów od mostu wieżę z przylegającym do niej budynkiem dawnej wartowni.

Marek policzył ponownie do dziesięciu i głęboko odetchnął. Pomyślał, że musi się trochę hamować, bo w wieku trzydziestu sześciu lat będzie miał zawał. Spojrzał z rezygnacją na zegar na tablicy rozdzielczej. Piętnaście minut temu dzwonił na budowę i uprzedził, że się spóźni kilka minut, ale kilka minut urosło już prawie do pół godziny. Jedyna nadzieja, że inni także gdzieś utknęli, zwłaszcza inspektorka od miejskiego konserwatora.

Środek lata, piękna pogoda i piątek. Właśnie się zakorkował wjazd do centrum, tradycyjnie już w okolicach szesnastej, a za chwilę zakorkuje się także wyjazd. Kto żyw, będzie chciał uciec z miasta na weekend nad morze.

Przejechał ponownie kilka metrów i utknął praktycznie na samym środku mostu. Pluł sobie w brodę, że nie zjechał do portu mostem do Hryniewieckiego. Tam było pusto, bo przeprawa wiodła wyłącznie do portu i do oczyszczalni ścieków na Ostrowiu Grabowskim. Praktycznie nikt tam nie jeździł. Ale zupełnie o tym zapomniał. Na budowę jeździł zazwyczaj rano, w okolicach siódmej, wtedy jeszcze było w miarę spokojnie. Dzisiaj na popołudniowe spotkanie pojechał po prostu automatycznie, jak koń w kieracie.

No i utknął.

Na rusztowania wieży obserwacyjnej wchodziła właśnie grupa robotników. Widział, jak kilku mężczyzn wspina się po metalowych drabinach na ostatni poziom. Tuż pod nakrytym dachówką, spiczastym hełmem wieży. Na samym jej szczycie była platforma widokowa, otwarta na cztery strony wielkimi, łukowymi otworami. A do tego profilowany gzyms, kamienne i ceglane detale, stalowe kotwy i mnóstwo innego starego badziewia. Od zajebania robót konserwatorskich. A tymczasem narada w baraku na dziedzińcu pewnie już wkroczyła w etap sporów o kolejne niedotrzymane terminy oraz o źle oczyszczone partie ścian.

 

Marek, czując, że znowu się nakręca, odetchnął głęboko.

Samochód przed nim przetoczył się znowu kawałek, a jego audi zatrzymało się jakieś kilkadziesiąt metrów od wieży. Miał na nią teraz piękny widok.

Rusztowania od strony rzeki, z braku możliwości sensownego statycznego oparcia na ziemi przez przebiegający poniżej ciepłociąg, były zamocowane do elewacji na stalowych kotwach wkręconych w konstrukcję ścian. To rozwiązanie krytykował nadzór autorski, ale im nigdy nic nie pasowało.

Marek spojrzał na zegarek i głośno jęknął. Gdzieś obok rozległ się klakson, a stary diesel ciężarówki przed nim dychawicznie zacharczał.

To dlatego nie usłyszał wybuchu.

Pogrążony w myślach na temat tego, jak obsmarują go na naradzie, zauważył nagle, że wokół zrobiło się chyba jakieś zamieszanie. Z kilku samochodów wysiedli ludzie, a gdzieś z przodu usłyszał czyjeś krzyki.

I nagle zobaczył, jak wali się część rusztowania od strony wiaduktu mostu.

Z głośnym metalicznym łomotem runęły w dół stalowe przęsła i pojedyncze rury. Mata osłaniająca rusztowanie rozerwała się, pociągając za sobą kolejne elementy stalowej konstrukcji.

Marek na moment skamieniał. Patrzył z przerażeniem i czuł, jak wali mu serce. Zaciągnął hamulec ręczny, szarpnął za klamkę i wypadł na zewnątrz.

W tym momencie od ściany odspoił się cały pion i kolejny poziom stalowych pomostów runął w dół. Marek przeskoczył przez stalową odbojnicę jezdni i dopadł do balustrady. Na jego oczach zwaliła się prawie cała ściana metalowych elementów rusztowania, z potwornym jazgotem roztrzaskując się na biegnących poniżej rurach ciepłociągu i leżących już na dole innych stalowych częściach.

Na moście rozlegało się głośne trąbienie, ludzie, którzy tkwili za kierownicami samochodów i nie zauważyli jeszcze, co się dzieje, patrzyli z wściekłością na opuszczających swoje auta innych kierowców przed nimi.

Jakaś kobieta dopadła balustrady obok Marka i wychyliła się przez poręcz.

– Boże! Widzi pan? Tam ludzie spadli! – Pokazała ręką w dół, w kierunku stosu pogiętego żelastwa.

Marek zobaczył, że na trawniku pomiędzy rurami leżą chyba dwa ciała. Poczuł, jak z twarzy odpływa mu cała krew.

Sięgnął do kieszeni i od razu przypomniał sobie, że komórkę zostawił na siedzeniu. Przeskoczył odbojnicę, szarpnął drzwi i chwycił telefon.

Obok niego i trochę dalej wzdłuż balustrady mostu zebrał się już spory tłumek gapiów, a ze stojących w korku samochodów ciągle dochodziły kolejne osoby.

– Pogotowie ratunkowe, słucham – po trzecim sygnale odezwała się jakaś kobieta.

– Wypadek w budynku straży pożarnej! – Marek krzyknął do słuchawki. – Potrzebny będzie sprzęt specjalistyczny do cięcia stali!

– Skąd pan dzwoni? Straży pożarnej gdzie? – spytała kobieta beznamiętnym głosem jak automat.

– Szczecin, Bytomska jeden! Rusztowanie się zawaliło!

– Przed chwilą mieliśmy dwa telefony z Energetyków, z mostu nad Parnicą.

– Tak! To to samo! Stoję właśnie na tym moście! Ale podjechać musicie na dół, od strony Bytomskiej albo od Bulwaru Śląskiego. Prędzej, pospieszcie się! Tu się zaraz zrobi jeszcze większy korek!

– Dobrze, już wysyłam karetkę!

Marek schował telefon do kieszeni i wyjrzał przez balustradę.

Od strony dziedzińca straży pożarnej nadbiegało właśnie kilkoro ludzi. Na zachowanej części rusztowania stały trzy osoby, kurczowo trzymając się stalowych prętów.

Wieża miała w przekroju kształt kwadratu. Od strony Łasztowni przylegała do budynku dawnej bramy i dalej wartowni, od strony rzeki zaś, czyli od południa, wznosiła się jej ściana szczytowa, wyrastająca nad biegnącym poniżej mostu i przebijającym się pod nim tunelem Bulwarem Śląskim. I to od niej oderwało się rusztowanie i pogruchotanymi szczątkami zasłało teraz jezdnię na bulwarze.

Marek zauważył także, że spadające żelastwo rozerwało ciepłociąg, którego poszarpane fragmenty zwisały z konstrukcji wsporczej. Ocalało rusztowanie przy dwóch ścianach sąsiadujących, i to właśnie tam, od strony mostu, stali teraz ludzie.

Rozejrzał się. Miał wrażenie, że nerwy zaraz oderwą mu głowę od reszty ciała. Nie było szans, żeby drgnęły samochody, z których powyłazili prawie wszyscy pasażerowie. Z zapamiętaniem robili teraz zdjęcia telefonami komórkowymi.

I nagle uprzytomnił sobie, że rusztowanie na ścianie zachodniej, tej, która stała raptem kilka metrów od wiaduktu mostu, także przecież częściowo opierało się na hakach.

Jeśli haki zostały naruszone, to rusztowanie zwali się na jezdnię.

Podbiegł do balustrady i zaczął krzyczeć do trojga konserwatorów, którzy sparaliżowani strachem wciąż stali z plecami przylepionymi do ścian.

– Spierdalajcie stamtąd! Natychmiast! – Przepchnął się pomiędzy ludźmi i zaczął machać energicznie w kierunku wieży.

Któraś z postaci drgnęła i powoli zaczęła się przesuwać w kierunku narożnika i drabiny na niższe poziomy.

Marek złapał za rękaw stojącą najbliżej kobietę.

– Proszę się stąd odsunąć! – wrzasnął. – To rusztowanie może się zwalić na samochody!

Kobieta w pierwszej chwili spojrzała na niego ze złością, ale prawie od razu w jej oczach pojawił się także strach.

– Wysiadać! – Marek biegł wzdłuż jezdni i walił w dachy samochodów stojących najbliżej balustrady. – Rusztowanie może tutaj runąć.

Jakby pobudzone tym do działania rusztowanie nagle tąpnęło. Gwałtownie obniżyło się o kilkanaście centymetrów, wzbijając tuman kurzu. Z górnego poziomu spadł spory pojemnik i roztrzaskał się o pręty poniżej, bluzgając dookoła zieloną farbą.

Stojący przy balustradzie tłumek drgnął, odskoczył do tyłu i zamarł. Na moment wszystko zatrzymało się w kadrze, po czym rozległ się charczący łomot i cała konstrukcja stalowych pomostów zaczęła powoli odrywać się od wieży.

Na moście wybuchła panika. Gapie rzucili się do ucieczki. Z samochodów wyskoczyli ludzie i widząc, co się dzieje, zaczęli biec za innymi.

Marek zadarł głowę. Niczym w zwolnionym tempie widział, jak ściana stali powoli przekrzywia się, po czym zaczyna łamać na kawałki i lecieć w dół.

Nie oglądając się za siebie, ruszył biegiem w kierunku zjazdu z mostu. Słyszał za plecami krzyki ludzi i łomot opadających na dachy samochodów stalowych dźwigarów.

Kątem oka zauważył, że nad stosem pogiętego żelastwa wciąż wiruje chmura jakichś kolorowych okruchów.

Paulina rzuciła na stół egzemplarz „Dziennika Szczecińskiego” i z ciężkim westchnieniem usiadła przy swoim biurku.

– Brzydzę się sobą, że zgodziłam się na te zmiany – stwierdziła ze złością.

Piotr podniósł głowę i najpierw ostrożnie zerknął w kierunku aneksu naczelnej, a potem dopiero przeniósł wzrok na Paulinę.

– I tak wytną te drzewa, niezależnie od tego, czy o tym napisałaś, czy nie. Poza tym ekologizm to grzech ciężki. Prawie taki jak weganizm.

– Och, przestań. – Paulina westchnęła po raz kolejny i z rezygnacją podniosła klapkę laptopa. – Wiem, że wytną, ale to ja napisałam. Podpisałam się pod tym. W oczach wszystkich czytelników wychodzę na taką, która beznamiętnie opisuje szkodliwą ekologicznie i przyrodniczo inwestycję i nawet nie ma własnego zdania na ten temat.

– Nie przesadzaj – bez przekonania mruknął Piotr, wpatrując się w ekran swojego monitora. – Coś się dzieje chyba na moście nad Parnicą.

– To przecież niedaleko nas. Co takiego? – Paulina spojrzała na kolegę bez specjalnego zainteresowania i od niechcenia odpaliła przeglądarkę. – Pewnie korek, jak zwykle.

– Mam tu forum konkurencji. Ludzie tam piszą z samochodów, że coś stało się na budowie.

– A jaka tam jest budowa? Żadnej budowy tam nie ma przecież.

– Remontują budynek portowej straży pożarnej. Ten z wieżą, co wygląda jak mały zamek.

Paulina zmarszczyła brwi i pochyliła się nad swoim laptopem.

– Czekaj! Naprawdę coś się dzieje. Ktoś wkleił fotki.

– O ja! – Piotr otworzył nagle szeroko oczy, wpatrując się w monitor. – Zawaliło się rusztowanie. Boże! Ktoś chyba spadł. Właśnie oglądam czyjś filmik z komórki.