Zbawiciel

Tekst
Z serii: Sedinum #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To się wszędzie odbywa dokładnie w taki sposób. Jeśli jakaś rzeczniczka ZUK-u, sruku czy nadleśnictwa opowiada, że wszystko odbyło się zgodnie z przepisami i z zachowaniem wszelkich procedur, to w rzeczywistości tak właśnie to wygląda.

Do tego dochodzi brak bieżącej konserwacji. Rozejrzyj się czasem i zwróć uwagę, ile jest jemioły na drzewach w mieście. Zdejmowanie jej to koszt, trzeba opłacić wyżkę, samochód. Konserwacja to drogie zabiegi, które trzeba wykonywać co sezon, a wygodniej przecież poczekać. Sezon, drugi i pod wpływem tego pasożyta z drzewa zaczynają się sypać suche gałęzie na te przysłowiowe matki i te ich wózki. A wtedy wycinka i po kłopocie. A miasto, za kasę z Unii oczywiście, wyda jeszcze gówniany folder, w którym będzie się chwaliło, że ten Szczecin to najzieleńsze miasto w Polsce. Prawdziwy floating, kurwa, garden[2].

– Mam wrażenie, że myśmy już przekroczyli jakiś próg… – Paulina spojrzała w zamyśleniu na wodę.

– To znaczy? Kto my? – Oderwany od urzędniczych realiów Igor spojrzał na nią zdezorientowany.

– My, ludzie.

Paulina pokrótce streściła mu swoją ostatnią rozmowę z Piotrem.

– Stopień zniszczenia środowiska, wymieranie gatunków, pożary w Australii, ten nieszczęsny ostatni biały nosorożec w Kenii, dzień i noc pilnowany przez uzbrojonych strażników. A i tak trzeba było go uśpić. Przekroczyliśmy pewien próg, za którym jest już tylko reakcja łańcuchowa. Nie da się jej zatrzymać.

Nad ich głowami Trasą Zamkową z hałasem przetoczyła się jakaś ciężarówka, a obok pogrążeni w rozmowie przeszli, trzymając się pod ręce, jacyś starsi państwo.

Niebo było już całkiem czarne, a w Odrze odbijały się światła bulwarów.

Rozdział 8

środa 31 lipca

Igor zaparkował samochód na parkingu podziemnym Galaxy, wjechał na parter. Do spotkania zostało mu dziesięć minut, więc wraz z tłumem ludzi, którzy nie wiadomo co właściwie robili o tej porze w sklepach, przespacerował się po ogromnym wnętrzu galerii i wyszedł w końcu wprost na stojący obok hotel Radisson Blu.

Wszedł do środka, odpowiedział uśmiechem dziewczynie w recepcji budynku i skierował się do hotelowego lobby. Rozejrzał się po wnętrzu baru i od razu zwrócił uwagę na dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku pod oknem.

Skądś znał jednego z tych facetów. Blondyn o bardzo sympatycznej powierzchowności, z jasnymi, pogodnymi oczami.

Mężczyzna także go zobaczył, podniósł się i skinął do niego ręką. Ten siedzący do Igora tyłem dźwignął się z fotela, co, biorąc pod uwagę jego tuszę, łatwe nie było. Odwrócił się i uśmiechnął jowialnie.

– Witam, Igor! – Blondyn z uśmiechem podał Igorowi dłoń. – Miło mi cię widzieć.

– Daniel Ratajczak – przedstawił się korpulentny facet i wskazał ręką brązowy skórzany fotel.

W tym momencie Igor dopiero przypomniał sobie, skąd zna sympatycznego blondasa. To wspólnik Szymona. Jarost. Romek Jarost.

Jakieś dwadzieścia minut zajęła im niezobowiązująca rozmowa na tematy ogólnie i z grubsza tylko związane z budowlanką. Igor przez cały czas się zastanawiał, jak to możliwe, że Jarost siedzi teraz z nimi, skoro Docklands Developer zrezygnowało z ich usług. Zakładał, że za chwilę się dowie.

– Panie Igorze. – Ratajczak odsunął od siebie pustą filiżankę i wyjął ze skórzanego neseserka plik dokumentów. – Żeby już nie marnować pana czasu, przejdźmy do rzeczy.

Igor pokiwał głową i wypił ostatni łyk swojego soku grejpfrutowego.

– Niestety, musieliśmy się pogodzić z dużą obsuwą, jeśli chodzi o termin. Pan Rogala nie podjął z nami rozmów i jak pan wie, nie wiadomo, co się z nim dzieje. Ale to już nie nasza sprawa. Na szczęście udało nam się porozumieć z panem Romanem. Doszliśmy do wniosku, że zmiana koni w czasie jazdy to kiepski pomysł, a pan Jarost zaproponował nam dobrą formułę dalszej współpracy. Sytuacja wygląda tak…

Igor obrzucił dyskretnym spojrzeniem Jarosta. Szymon rzeczywiście potrafił być uparty i nieprzejednany. Ciekawe, jak daleko musiał ustąpić jego wspólnik, żeby uratować ten kontrakt. Finansowo oczywiście.

– W przyszłym tygodniu planujemy wykonać roboty strzałowe w pierwszym spichlerzu. Trzecim w kolejności od strony biurowca Lastadia.

– W przyszłym tygodniu? – Igor spojrzał z powątpiewaniem na mężczyznę. – A dokumentacja i zgoda na te prace?

– Panie Igorze. – Grubas się uśmiechnął. – My nie traciliśmy czasu. Do tego typu robót rozbiórkowych nie potrzeba dokumentacji, wystarczy zgłoszenie do nadzoru oraz metryka strzałowa.

– Uproszczona dokumentacja rozbiórkowa z danymi dotyczącymi obiektu, rodzajem materiałów wybuchowych, obliczeniami wytrzymałościowymi i tak dalej – wtrącił Jarost.

– Dokładnie – przedstawiciel poznańskiej firmy przytaknął, z lekko widocznym niezadowoleniem, że Jarost mu przerywa. – Budynek Lastadii jest w odległości stu dwudziestu metrów od naszego terenu, więc teoretycznie nie musimy wykonywać pomiarów drgań…

– Zgodnie z przepisami musielibyśmy, gdyby stał w odległości mniejszej niż sto metrów – ponownie uzupełnił Jarost.

– Dokładnie – przytaknął Ratajczak ze zniecierpliwieniem. – Ale i tak zrobimy te badania dla świętego spokoju. Zgodnie z wymogami konserwatora najpierw dokonujemy rozbiórki spichlerza numer dwadzieścia siedem, a tydzień później, po przeprowadzeniu oględzin, spichlerza środkowego numer dwadzieścia sześć. Roboty oczywiście przeprowadzimy w nocy z zachowaniem wszelkich zasad bezpieczeństwa.

Mężczyzna postukał w leżący przed nim podkład geodezyjny.

Igor powędrował wzrokiem za jego palcem. Ostatni spichlerz został jeszcze przed wojną przebudowany na kamienicę czynszową i już wtedy utracił cechy stylowe, natomiast środkowy, bardzo stary, renesansowy, był jednym z najpiękniejszych na Łasztowni. Pierwszy od strony Lastadii był w ogóle jakimś zupełnie nowym budynkiem.

– A kto wykona te roboty strzałowe? – spytał.

– My – powiedział Jarost z uśmiechem.

Ratajczak przytaknął.

– Tak. Po naradzie uznaliśmy, że firma panów zna jednak obiekt najlepiej i jest najbardziej w tym zakresie kompetentna. Kolejny wykonawca straciłby następne tygodnie na rozeznanie tematu. A teraz jesteśmy przy pana zadaniu…

Mężczyzna wyjął z torby kolejny dokument, na którym były naszkicowane rzuty fundamentów wszystkich trzech spichlerzy.

– Zaraz po robotach strzałowych przy spichlerzu numer dwadzieścia siedem, szóstego lub najpóźniej siódmego sierpnia, trzeba od razu przystąpić do pomiarów zachowanych ścian piwnicznych oraz do wykonania badań.

Igor skinął głową. Wyjazd miał zaplanowany na poniedziałek dwunastego, zdąży zatem wprowadzić ludzi w tę robotę i zdoła nawet dokonać oględzin i rozpocząć prace w terminie.

– Za dwa tygodnie po stwierdzeniu przez nadzór autorski i rzeczoznawców, że roboty strzałowe nie wyrządziły szkód w zachowanych zabytkowych ścianach, szesnastego sierpnia dokonujemy rozbiórki następnego spichlerza.

Igor wziął do ręki jeden ze szkiców z wstępnie oznaczonymi miejscami usytuowania ładunków. Roboty strzałowe w tym przypadku polegały na odpowiednim rozłożeniu mikroładunków w obrębie zalanych betonem piwnic spichlerzy, żeby wybuchy rozkruszyły jedynie cement, nie niszcząc ścian. W tym celu były potrzebne także odpowiednie otwory, które należało wykuć mniej więcej na środku budynków, żeby impet wybuchów miał gdzie się rozłożyć, a rozkruszony beton gdzie rozsypać. Prawdopodobnie tym wszystkim właśnie, dzięki ugodzie z deweloperem, miał się zająć teraz Jarost.

– Mam tutaj już przygotowaną wstępną umowę. – Ratajczak wyjął jeszcze jeden dokument i położył przed Igorem. – Proszę to przeczytać, podpisać i jak najszybciej do nas odesłać. Najlepiej jeszcze w tym tygodniu. Wydaje mi się, że umowa jest bardzo rozsądna.

Paulina westchnęła i wykasowała spam w swojej prywatnej skrzynce. Mimo blokad i automatycznego segregowania treści, tak czy siak, dostawała durnowate propozycje kredytów parabankowych i pożyczek na fantastycznych warunkach. Do tego dochodziły wredne maile z różnych lewych kancelarii prawnych z załącznikami pozwów lub pism przedsądowych albo wiadomości z jakichś firm, które przesyłały zaległe faktury do zapłacenia. Wszystko oczywiście tylko po to, żeby po otwarciu załącznika zainfekować jej komputer jakimś malware’em, trojanem albo innym gównem. Nauczyła się nie otwierać żadnych załączników z nieznanych adresów.

Zamknęła swoją skrzynkę i otworzyła pocztę redakcyjną. Tutaj dostępu chroniły bardzo dobre programy antywirusowe oraz blokady, które teoretycznie nie przepuszczały niebezpiecznych treści, ale w tym przypadku to już była nie jej sprawa, tylko informatyków z kilku pokojów dalej.

Na swój redakcyjny adres dostawała sporo maili z miłymi słowami od ludzi, którym podobały się jej ostatnie duże teksty przedrukowywane w całym kraju. Po tym jak artykuł o katastrofie promu i związanych z nią kradzieżach dzieł sztuki pojawił się we wszystkich prawie ważniejszych tytułach w Polsce, otrzymywała dziennie po kilkadziesiąt maili. Oczywiście nie wszystkie pozytywne. Było też sporo wyzwisk i gróźb od różnych frustratów, którzy nie mogli jej zapomnieć artykułów sprzed kilku miesięcy o czarownicach i kościelnych oprawcach. Przez jakiś czas te maile ją niepokoiły, potem stały się jej całkowicie obojętne.

Wśród tych, które teraz przeglądała, kilka dotyczyło ostatnich wydarzeń w katedrze. Dwa z nich to były zwykłe żarty jakichś małolatów, którzy żądali uciszenia dzwonów w każdy niedzielny poranek, a w przypadku niespełnienia ich żądań grozili obrzuceniem kościoła czymś znacznie gorszym i zdecydowanie gorzej pachnącym niż kwiatki. Natomiast kolejny z maili był jakiś dziwny. Też wyglądał na żart, ale tym razem nieco przyciężki.

W dodatku, jak szybko sprawdziła, przyszedł nie tylko do niej indywidualnie, ale także na ogólnoredakcyjny adres.

 

– Piotruś – odezwała się do pochylonego nad laptopem kolegi. – Chcesz coś zobaczyć?

Piotr podniósł wzrok.

– Prześlę ci to, żebyś nie musiał wstawać.

– Co takiego?

– Sam zobacz. Ktoś bardzo kreatywny.

Gdy po chwili podniosła wzrok, zobaczyła, że Piotr wpatruje się w ekran z dziwną miną.

– I co o tym myślisz? Ciekawe, co Ulka z tym zrobi, bo to na ogólny też poszło – powiedziała. – Pewnie się wścieknie, że chociaż to ona o tym pisze, ktoś miał czelność wysłać wiadomość do mnie imiennie. A co ty masz taką dziwną minę?

Piotr wpatrywał się w ekran swojego laptopa, na którym nad krótką wiadomością podpisaną intrygującym nickiem wklejony był znajomy szyfr.


Deweloperzy, międzynarodowe korporacje i służący im politycy niszczą przyrodę i żerują na słabszych i biedniejszych. Jedyną wartością, którą wielbią, jest pieniądz. Dla niego nie cofną się przed niczym! Są wiecznie nienasyceni. Ludzie już zajmują zbyt dużo miejsca, lecz oni wciąż chcą zagrabiać więcej i więcej.

Przestaną dopiero, gdy wytną ostatnie drzewo i wypędzą ostatnie zwierzęta z ich naturalnego domu.

Nadszedł czas ponoszenia konsekwencji. Bywa, że w dobrej sprawie musimy się uciec do pirackich metod. Wtedy to piractwo staje się dobrą sprawą. Nie nasze umiejętności świadczą o nas, lecz dojrzałe decyzje. A nawet człowiek mały jest zdolny do największych czynów.

Macie dwa dni, a potem czternaście…

Heiland der Welt

Piotr podniósł głowę i spojrzał na Paulinę. Na jego twarzy malowały się mieszane uczucia.

– Niezłe, co? – Paulina rzuciła mu porozumiewawcze spojrzenie. – Ludzie mają chyba za dużo czasu, żeby czymś takim się zajmować. – Wydęła usta z dezaprobatą i otworzyła katalog z materiałami do nowego artykułu.

Piotr mruknął coś i zagryzł wargi, wpatrując się wciąż w swój monitor.

– Nie mówiłem ci o tym jeszcze. – Sięgnął do plecaka. – Poza tym byłaś zajęta swoim artykułem. Wczoraj mój koleś, który był z dziewczyną na koncercie w katedrze, przyniósł mi garść tych kwiatków, a wśród nich znajdowały się też takie małe karteczki…

– Jakie karteczki? – Paulina zerknęła na Piotra z zaciekawieniem.

– Popatrz sama. – Piotr rzucił na biurko Pauliny ofertówkę z płatkami kwiatów i pociętymi kartkami.

– I co mam zobaczyć? – Paulina pochyliła się nad torebką. Po chwili podniosła wzrok i otworzyła ponownie pocztę. Patrzyła przez chwilę w ekran, a potem znowu w leżącą przed nią ofertówkę.

– To taki sam wzór – stwierdziła zdziwiona i spojrzała w końcu na Piotra.

– No właśnie – podchwycił Piotr. – Albo ktoś pozbierał te kartki w katedrze, dlatego wiedział, jak ten wzór wygląda, albo to naprawdę jest autor tego happeningu.

– Nie wiem, co o tym myśleć. Pomijając wszystko inne, całe zajście było raczej niepoważne. Ot, taka manifestacja. Nikomu nic się nie stało. W zasadzie to by się zgadzało. Ten mail też jest cokolwiek naiwny.

– Wczoraj trochę grzebałem w necie. – Piotr znowu sięgnął po klawiaturę. – Wysłałem ci linki. Symbolika kwiatów i takie tam.

– To tym się zajmowałeś, gdy prosiłam cię o pomoc! – Paulina zaczęła po kolei otwierać przysłane strony.

– Dzieci kwiaty? Kontestacja? – Spojrzała na Piotra z niedowierzaniem. – Młodzieżowy Strajk Klimatyczny? Żartujesz chyba?

– No a nie kojarzy się tak? „Dosyć słów, teraz czyny”?

– Chyba nie podejrzewasz tych uczniaków i studentów, że zorganizowaliby coś takiego?

– Po manifeście Kościoła potępiającym ekologizm?

Paulina otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zmieniła zdanie i wbiła wzrok w ekran.

– Nie. Nie wierzę w to. Rozmawiałam z nimi w czasie ich dwóch protestów w Szczecinie. Oni dopominają się właściwej edukacji w szkołach, uświadamiającej skutki zmian klimatu, i określonych działań lokalnych władz w tym zakresie. Po co mieliby robić taki szczeniacki wygłup? Tylko by im zaszkodził.

– Też tak w sumie uważam. – Piotr wzruszył ramionami. – Ale nie jest niemożliwe, że to może być jakiś, powiedzmy, radykalniejszy odłam, który chciał wywołać więcej szumu. Po tych marszach chwilę popisano na ten temat i ucichło, a szanowny pan wojewoda wiadomo gdzie ma takie akcje społeczne. Stołek pod dupą jest wygodny.

– Skórzany fotel, nie stołek. – Paulina odetchnęła głośno. – Nadal uważam, że to szczeniacki wygłup. I jeszcze ten nick. Bardzo pretensjonalne to wszystko.

– Heiland der Welt – przeczytał Piotr. – Brzmi jak coś z Marvela. Jakiś superbohater.

– No więc sam widzisz. Ciekawe, czy Ulka to już przeczytała? – Paulina spojrzała w kierunku biurka koleżanki w przeciwległym kącie redakcji.

– Nawet jeśli, to raczej nie zdobyła tego. – Piotr wskazał głową na woreczek z kruszącymi się już płatkami i pociętym papierem.

– Sądzisz, że powinniśmy z nią porozmawiać?

– Dlaczego niby? – Piotr spojrzał na Paulinę i ostentacyjnie westchnął.

– To jednak jej temat. Solidarność koleżeńska chyba nakazywałaby to zrobić.

Piotr przez chwilę patrzył w przestrzeń, mniej więcej w kierunku biurka Ulki, po czym niechętnie przytaknął.

Igor wychodził już z lobby, gdy usłyszał za plecami swoje imię. Jarost dogonił go, uśmiechnął się i przepuścił w drzwiach do holu.

– Pewnie nie spodziewałeś się mnie tutaj. Przepraszam, mogłem uprzedzić. – Westchnął ciężko. – Kosztowało mnie sporo, żeby jednak ich ułagodzić. Gdyby zerwali z nami ten kontrakt, to bylibyśmy w czarnej dupie.

– Bylibyśmy? – Igor zatrzymał się i spojrzał na Jarosta. – To Szymon się znalazł?

Uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny. Nachmurzył się.

– Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Serio – dodał, widząc powątpiewającą minę Igora. – Naprawdę przepadł. Monika jest zrozpaczona. Mówiła mi, że jeszcze w sobotę z nim gadała, miał wrócić w poniedziałek wieczorem tydzień temu. A minął najpierw wtorek, potem środa. Telefon nie odpowiadał. Ja sam do niego dzwoniłem milion razy. Do weekendu dałem mu spokój, pomyślałem, niech odpocznie, ale w poniedziałek zacząłem już gonić, kurwa, w piętkę. No a poza tym ja go znam prawie całe życie. Dłużej niż Monia.

Jarost stęknął ciężko i zamknął oczy.

Igor, nie bardzo wiedząc, jak się zachować, wyciągnął rękę i poklepał mężczyznę po ramieniu.

– A jeśli chodzi o roboty strzałowe… – zmienił temat. – Nawet nie wiedziałem, że robiliście już takie rzeczy.

– Raz czy dwa. To nic trudnego. Bardzo niewielkie ładunki, proste obliczenia. Zlecaliśmy to podwykonawcom, koordynację robiliśmy sami.

– Zdążycie do przyszłego tygodnia przygotować teren?

– Musimy. – Jarost zacisnął szczęki. – Sam, kurwa, złapię za młot udarowy, jak będzie trzeba. Nie mamy wyjścia. Na kasę z innych robót trzeba czekać jeszcze dwa, trzy miesiące.

– Bo najlepiej byłoby, gdybym wpadł tam i dokładnie obejrzał to, co jest, może zresztą uda mi się pomierzyć gabaryty już teraz, po obrysie widocznych ścian.

– Nie ma problemu. – Jarost się rozpromienił. – Byłoby super. Jak tylko to ogarniemy, zadzwonię.

Porozmawiali jeszcze chwilę i pożegnali się. Igor ruszył w kierunku galerii, a Jarost poszedł na parking przed Pazimem. Udało mu się zaparkować pod samym hotelem. Igor przechodził przez jezdnię, gdy jego biały terenowy pick-up właśnie podjeżdżał do pasów.

Ulka wpatrywała się w ekran swojego laptopa przez dłuższą chwilę. W końcu podniosła głowę i spojrzała na stojących obok jej biurka Paulinę i Piotra.

– Dostałaś to także na mail prywatny? – spytała.

Paulina zaprzeczyła.

– Nie na prywatny, ale na mój adres redakcyjny.

– Czemu wysłał to akurat na twój adres?

– Niestety, jego trzeba zapytać.

– Albo ją – wtrącił Piotr.

Ulka obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.

– Masz te rzeczy – wskazała wzrokiem trzymaną przez Piotra torebkę z płatkami kwiatów – od poniedziałku? Dlaczego wcześniej mi tego nie pokazałeś? Mogliśmy to jeszcze w poniedziałek wrzucić na nasz portal, w uzupełnieniu do mojego artykułu.

– Tego o twoich urażonych uczuciach religijnych?

Paulina, korzystając z tego, że Ulka ponownie wpatrzyła się w ekran laptopa, szturchnęła Piotra i posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.

– Uważasz, że to zabawne? – zapytała Ulka, nie odrywając wzroku od dziwnego maila.

– Szczerze mówiąc tak, ale słuchaj… – zaczął Piotr ugodowym tonem. – Zrobiłem research na temat znaczenia kwiatów w różnych okresach i…

– Nikt cię nie prosił – przerwała mu Ulka i zaczęła świdrować wzrokiem Paulinę. – Nie uważasz, że to nie w porządku podkradać komuś temat?

– A kto ci podkrada jakiś temat? – Paulina czuła, że zaczyna się irytować. – Właśnie ci przecież przekazujemy to, co przez przypadek wpadło w nasze ręce. Możesz teraz zrobić z tym, co zechcesz.

– Co nie zmienia faktu, że gdyby on – Ulka niedbałym ruchem głowy wskazała Piotra – dał mi coś w poniedziałek, to moglibyśmy już wtedy o tym napisać. Dzisiaj jest już środa, za chwilę wszyscy o wszystkim zapomną.

– Ulka. – Paulina westchnęła. – Piotr pracuje tutaj jak na razie tylko na zlecenie. Czyli robi to, co mu zlecimy. Te cholerne kwiatki dostał prywatnie i właściwie to nic ci do tego. Powinnaś być mu wdzięczna, że się tym z tobą podzielił. Pomijając wszystko inne, byłaś na tym koncercie i mogłaś sama zebrać to gówno z posadzki.

– Co się tutaj dzieje? – Pytanie, które usłyszeli za swoimi plecami, spowodowało, że wszyscy troje gwałtownie się odwrócili.

– Więc? – Naczelna spojrzała na Paulinę i Piotra.

– Nic właściwie, rozmawiamy z Ulką o jej – Paulina posłała koleżance złośliwe spojrzenie – temacie. Przyszedł mail w sprawie wybuchu w katedrze.

– Widziałam. – Przeworska skinęła chłodno głową. – Ale co wy macie z tym wspólnego? To temat pani Urszuli, o ile mi wiadomo.

Ulka uśmiechnęła się do naczelnej.

– Piotr zdobył pewne informacje w poniedziałek i właśnie mi je przekazał.

– Dopiero dzisiaj? – Przeworska ściągnęła brwi.

– Te informacje były publicznie dostępne od piątku! – Paulina rzuciła Ulce wściekłe spojrzenie.

– Proszę wszyscy do mnie! – wysyczała Przeworska.

Paulina dopiero teraz zauważyła, że zwyczajne odgłosy pracy w redakcji jakoś dziwnie ucichły, a wszyscy pilnie wpatrują się w swoje monitory, nadstawiając jednocześnie uszu i dyskretnie obserwując rozwijającą się ciekawie sytuację.

Ulka wstała i ruszyła w stronę aneksu naczelnej. Paulina spojrzała na wystraszonego Piotra, przywołała go gestem i podreptała za nią.

Kilka minut później Przeworska podeszła do swojego biurka, odwróciła się i założyła ręce na piersi.

– Osobiście uważam, że cała ta sprawa to szczeniacki wygłup i pisząc na ten temat, robimy tylko przysługę tym, którzy chcieli narobić zamieszania. Intuicja mi mówi, że nie powinniśmy poświęcać temu pożałowania godnemu incydentowi zbyt wiele miejsca. – Spojrzała nieżyczliwie na Piotra. – Niemniej oczywiste jest, że gdyby przekazał pan te – machnęła lekceważąco ręką w kierunku wciąż trzymanej przez Piotra pogniecionej ofertówki – te śmiecie pani Mateckiej, to miałaby szanse uzupełnić swój artykuł.

– W jaki sposób?! – Paulina nie wytrzymała. – Artykuł ukazał się w poniedziałek rano, Piotr dostał telefon w tej sprawie około południa.

– Mogła napisać o tym na naszym portalu – wycedziła Przeworska. – Piotr chyba nie potrzebuje adwokata.

– Adwokata nie potrzebuje, ale umowy o pracę tak, jeśli chciałaby pani obarczyć go dodatkowymi obowiązkami. Już o tym wspomniałam Ulce.

– Panie Piotrze. – Przeworska zignorowała Paulinę i wycelowała wzrok w coraz bardziej spłoszonego chłopaka. – To, że pan jest asystentem pani Weber, nie zwalnia pana z obowiązku zachowania określonych reguł wobec innych. To, co pan zrobił, jest działaniem na szkodę gazety…

– Ja zaraz postaram się na ten temat napisać parę słów na portal – odezwała się Urszula, która zorientowała się chyba, że przesadziła, a sytuacja wymyka się spod kontroli.

– Jeśli nadal będzie pan w ten sposób postępował – kontynuowała naczelna – to proszę raczej zapomnieć o umowie o pracę.

– Chyba pani przesadza. – Paulina z trudem opanowywała rozsierdzenie.

– A do pani mam prośbę. Proszę zająć się własnymi tematami i nie wchodzić w paradę koleżankom. Na miejscu pani Urszuli, biorąc pod uwagę pani temperament i zdecydowanie przerośnięte ego, zrobiłabym pani o wiele większą awanturę.

Paulina zamarła. Dawno nie była tak wściekła, ale wiedziała oczywiście, że okazywanie złości jest bezcelowe i tylko sobie tym zaszkodzi.

– To wszystko! – warknęła Przeworska i ostentacyjnie odwróciła się, dając tym znać, że audiencja zakończona.