Sieci widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Na środę artykuł o uczuleniach, naprawdę nie mam pojęcia, czemu akurat mnie go wepchnąłeś. Nic na ten temat nie wiem, musiałam robić niepotrzebny research. Aneta napisałaby to szybciej.

– Aneta jest zajęta, a artykuł jest sponsorowany. Nie marudź. Jako że, jak rozumiem, sensacyjny temat mafijnych kradzieży dzieł sztuki chyba przepadł…

Paweł przerwał i spojrzał na Paulinę z lekką ironią.

Uśmiechnęła się cierpko.

– Raczej tak.

– No właśnie. – Naczelny położył ręce na swoim biurku i od niechcenia przerzucił kilka papierów. – Wiem, że tego nie lubisz, ale skoro i tak nie masz zbyt wiele roboty, a nikt tego lepiej niż ty nie zrobi, to mamy niestety taki tekst do napisania…

– Jezu… Paweł… – jęknęła Paulina. – Nie mów tylko, że chcesz mi wrzepić kolejny tekst sponsorowany?

– Musimy to robić. Dobrze płacą.

– Piotr niech to napisze.

– Piotr się na tym nie zna. Poza tym materiały są po niemiecku. To ma być o nowej technologii chemicznego usuwania osadów z kostki brukowej.

– Boże…

– No co, Boże? Płacą za to. Na pensje będzie. Gdzie ja to położyłem…

Paweł przerzucił stertę papierów na bok i zaczął grzebać w jakichś folderach, które leżały pod spodem.

– Tu jest! – powiedział w końcu z triumfem i wyciągnął w kierunku Pauliny plik kolorowych materiałów reklamowych.

Ale Paulina nawet ich nie zauważyła. Siedziała nieruchomo ze wzrokiem wbitym w blat biurka Pawła.

– Co to jest? – spytała w końcu.

– Co gdzie jest? – Paweł rozejrzał się po swoim biurku, usiłując nadążyć za jej wzrokiem.

– To zdjęcie. – Paulina wskazała brodą jedną z fotografii, która wysunęła się akurat spod sterty pozostałych.

– Ta fotka? – Paweł się skrzywił. – Jakieś morderstwo. Baśka o tym pisze do wiadomości na jutro. Pijackie porachunki czy coś tam. Zarżnęli faceta nożem.

Paulina sięgnęła po zdjęcie i przez chwilę patrzyła na nie bez słowa.

– Właśnie się zastanawiam, czy możemy to puścić – westchnął niezadowolony Paweł. – Znowu będzie, że epatujemy przemocą i makabrą.

Na fotografii widać było zakrwawionego mężczyznę leżącego na podłodze. Miał nieruchomy wzrok wbity w przestrzeń.

Minęła dłuższa chwila, zanim Paulina oderwała w końcu oczy od fotografii i spojrzała na Pawła.

– To jest przecież ten facet, z którym spotkałam się w klubie.

Rozdział 6

Morze Bałtyckie, 25 mil morskich na północ od Rugii,

pozycja 5453.2 N; 01340.2 E

8 czerwca, godz. 23.10


Morze nie było spokojne. Sine, chmurne i najwyraźniej coraz bardziej wściekłe. Fale miały wysokość prawie czterech metrów, wspinały się w górę i stawały dęba ze zmierzwionymi, pokrytymi białą pianą grzbietami. Szum napierających mas wody wypełniał powietrze i nawet we wnętrzu szczelnie zamkniętego mostka słychać było huk, a na ciągnących się długą wstęgą panoramicznych oknach rozbryzgiwały się smugi piany.

Za oknami sterówki ciągnął się długi pokład transportowca, wychylający się na boki na prawie dwadzieścia stopni i zalewany co jakiś czas przez przetaczające się wściekle przez jego burty kurtyny morskiej wody.

Charlotta, otwartopokładowy transportowiec, ze wzmocnionym kadłubem o klasie lodowej, wyposażony w trzy odkryte ładownie i jedną zamkniętą, dostosowaną do przewożenia ładunków specjalnych, od kilku lat pod duńską banderą przemierzał trasę pomiędzy Sankt Petersburgiem, Gdynią a Rotterdamem. Duńsko-azjatycko-ukraińska załoga liczyła szesnaście osób, z czego połowę stanowili niedoświadczeni, słabo przeszkoleni marynarze, których armator wyłowił w bazach agencji morskich.

Na mostku panował półmrok. Światło dochodziło jedynie z pulsujących niebieskim blaskiem urządzeń, ekranów, monitorów, centralek i dziesiątek systemów kontrolnych i alarmowych. Cały mostek miał prawie trzydzieści metrów długości i oprócz zasadniczej części centralnej składały się na niego dwa długie zabudowane pomosty z niewielkimi balkonikami po bokach, z których, jeśli się odpowiednio wychyliło, można było zobaczyć boczną powierzchnię burt statku aż do linii wody.

Prawie na samym środku, obok wolantu, stał wysoki blondyn. Drapał się co chwila po zmierzwionej rudej brodzie, a następnie wypijał kolejny łyk kawy z wielkiego białego kubka, który stał przed nim na konsoli. Musiał cały czas go pilnować, żeby nie odpłynął z łoskotem w jedną lub drugą stronę, bo Charlottą szarpały potężne fale.

Dla Nielsena był to piąty już rejs na tej trasie. Kilka lat temu podpisał pierwszy kontrakt z duńskim biurem i jak do tej pory był zadowolony. Miał nadzieję sięgnąć niedługo po kolejną gwiazdkę i zostać chiefem, tymczasem jednak ponownie przemierzał Bałtyk jako drugi oficer.

Huk wściekającego się morza zlewał się z cichym stukotem igłowej drukarki, która niestrudzenie zapisywała kolejne dane w dzienniku okrętowym. W tle cicho mruczały urządzenia nawigacyjne.

Nielsen trochę się martwił.

Załadunek w Rotterdamie odbywał się w pośpiechu. Wszystko się opóźniło. Zniecierpliwiony Stary osobiście kilka razy pojawiał się na mostku, żeby sprawdzić, jak stoją z czasem. Mimo że załadunku generalnie pilnuje pierwszy oficer. To on robi wszystkie obliczenia stateczności, balastowania i odpowiedniego rozłożenia ciężaru. Teoretycznie dokładny ciężar towaru zobowiązany jest podać klient, ale w praktyce często waga jest zaniżana, towar źle zapakowany i tak dalej. Ale teraz i tak nie było czasu, żeby starannie wszystkiego dopilnować. Transport wielkich tirów z naczepami przyjechał do portu spóźniony o dwie godziny. Całe dwie godziny! Pomijając już to, że armator ten ładunek polecił przyjąć też w ostatniej chwili. Większość „dowozowców” pływała dzisiaj w systemie „trumpingu”, bez znajomości celu. Po prostu w kolejnym porcie przychodziła informacja od armatora, że należy się udać tam i tam po to lub po to, i się płynęło. Formalności celne i urzędowe załatwiał klient, a właściwie wynajęta przez niego agencja. Załoga mogła tylko czekać na załadunek, a potem wysłuchiwać pretensji z powodu opóźnień. Ale Rotterdam przecież był ich pierwszym portem w tym rejsie, dopiero wypływali. Armator miał teoretycznie czas na wszystkie ustalenia, tymczasem w ostatniej chwili zwalił im na głowę jakiś transport.

Kapitan wisiał na telefonie, to kogoś opierniczając, to zbierając z kolei cięgi od kogoś innego. Podobno agencja za późno przesłała dokumenty do odprawy celnej i Urząd Celny zażądał rewizji towaru. Krążyły też plotki, że do celników dotarł jakiś donos. Zatem, chociaż cały transport już wcześniej został poddany kontroli celnej, klient musiał zawlec ładunek pod magazyn i otworzyć wytypowany kontener. W zasadzie i tak należy dziękować Bogu, że celnicy nie sprawdzali wszystkiego po kolei, bo staliby w tym porcie jeszcze ze dwa dni.

W ogóle wszystko to było jakieś podejrzane. Nielsen miał wrażenie, że ten ostatni transport, który trafił na samą górę, to była jakaś lewizna. Podejrzewał, że armator w ostatniej chwili dogadał się z jakimś przewoźnikiem albo spedycją i zmusił Starego, żeby to zabrał.

Ładunek wszedł na styk. Dawno nie płynęli tak przeciążeni.

No i pogoda. Za plan podróży i za meteo był odpowiedzialny właśnie on. Ostrzegał, że ma być szóstka, a nawet siódemka, że mogą dostać niezłego kołysania bocznego, a są załadowani po sufit, ale kapitan kazał wypływać. W zasadzie pływali już i przy siódemce, to nie było przecież niemożliwe. Fale po pięć, sześć metrów, trochę bujania i odrobina nerwów, żeby pospinany ładunek się nie wysypał. Ale dzisiaj było jakoś inaczej. Nielsen miał złe przeczucia. Opóźniony transport, błyskawiczny załadunek… Ci Ukraińcy tak się śpieszyli, że nie było siły, musieli coś sknocić.

Przy przechyłach po dwadzieścia stopni, złe mocowanie…

No i jeszcze flaga, którą pierwszy kazał wciągnąć zaraz po załadowaniu tej kontrabandy.

Nielsen odruchowo podniósł głowę, tak jakby mógł coś zobaczyć przez stalowy sufit mostka kapitańskiego. Nad nim był pokład namiarowy, z lasem anten urządzeń namiarowych, nawigacyjnych i anten radarów. Dokładnie na środku tego najwyżej umieszczonego pokładu wznosił się maszt z duńską flagą.

Tuż obok niej była tam jeszcze jedna flaga. Czerwona. Z trójkątnie wyciętym końcem.

W międzynarodowym kodzie sygnałowym było to tak zwane Bravo.

Informacja, że na pokładzie znajduje się niebezpieczny ładunek.

Rozdział 7

8 czerwca, godz. 23.15


Edward otworzył drzwi i przepuścił żonę przed sobą. Anna weszła do wnętrza dużej sali wypełnionej gwarem kilkudziesięciu osób i przystanęła.

– A może byśmy najpierw zajrzeli do sklepów wolnocłowych. Podobno tam można naprawdę okazyjnie coś kupić…

– Nic nam nie potrzeba kochanie. – Edward zatarasował żonie drogę powrotną.

– Ale tam zamykają o północy i nie zdążymy…

– Dokładnie. Restaurację też zamykają o północy, a ja jestem głodny. Wolę coś zjeść niż taszczyć potem do kabiny litr płynu do kąpieli i sok z czerwonej porzeczki.

– Skąd ci przyszły do głowy akurat te rzeczy, na miłość boską?

– Wybrałem losowo z ostatniej listy zakupów, którą mi wtryniłaś, jak jechałem do miasta.

Anna chciała dodać coś jeszcze w kwestii sklepów wolnocłowych, ale uświadomiła sobie, że głodny, marudny mąż będzie fatalnym towarzystwem na resztę wieczoru i rada nierada skierowała się do jednego z wolnych stolików przy bocznych oknach.

Kilkanaście minut później, gdy Edward całkowicie skoncentrowany na półmisku z pstrągiem z grilla zniknął dla świata, Anna, nad filiżanką miętowej herbaty, znalazła chwilę, żeby rozejrzeć się dookoła. Nie chciała o tej porze jeść. Mięty w karcie nie było wprawdzie, ale kelner tylko przez dłuższą chwilę się zastanawiał, po czym uśmiechnął się i kiwnął zgodnie głową i tym od razu zaskarbił sobie jej uznanie.

 

Sala jadalna usytuowana była na dziobie statku, a przez wielkie panoramiczne okna w dzień można było oglądać bezkresne morze. Teraz jednak czaił się za nimi wyłącznie mrok, a wiatr chłostał szyby deszczem wymieszanym ze słoną wodą.

Pasażerom pozostawało więc jedynie kontemplowanie wystroju wnętrza.

Dwuskrzydłowe oszklone drzwi właśnie się otworzyły i do środka weszła jakaś młoda para z dzieckiem. Chłopiec trzymał w rękach tablet i praktycznie nie odrywał od niego oczu. Pozwalał prowadzić się ojcu, który trzymał dłoń na jego głowie.

Na chwilę podniósł wzrok i spojrzał w kierunku Anny.

Uśmiechnęła się do niego. Malec patrzył przez chwilę skonsternowany, po czym nieśmiało odwzajemnił uśmiech i pomachał do niej rączką.

Mężczyzna – całkiem przyjemny brunet, jak zdążyła ocenić Anna – pchnął go lekko i chłopiec, chowając się za matką, poszedł w kierunku jednego ze stolików koło bufetu.

Anna z uśmiechem na ustach odwróciła wzrok i sięgnęła po filiżankę z miętą. Uzależnienie dzieciaków od komórek, tabletów i gier obserwowała nawet w wiejskiej szkole w Dalewie, w której od kilku lat uczyła matematyki i fizyki. Nie była zwolenniczką restrykcyjnego odbierania tych zabawek, bo efekt często był taki, że pozbawione ich dzieciaki zamieniały się w komputerowe zombie i nie myślały o niczym innym. Sztuką było wzbudzenie ich zainteresowania i przyciągnięcie ich uwagi. Ale uczyła przedmiotów, które nawet w dawnych czasach stanowiły nieprzebytą zaporę dla większości uczniów, a co dopiero teraz. A z roku na rok było coraz ciężej. No i ona sama raczej nie młodniała.

W Dalewie wylądowali z Edwardem prawie dziesięć lat temu.

Jak ten czas szybko płynął. Zamarzył im się dom na wsi i ucieczka z miasta. Gdy przypadkowo natknęli się na wystawiony na sprzedaż folwark ze zrujnowanym ryglowym domem zarządcy, za którym rozciągało się jezioro, a dookoła szumiały drzewa w starym dworskim parku, wiedzieli, że nic lepszego na pewno im się nie trafi. Na remont rządcówki poszły wszystkie oszczędności, a zaraz potem pieniądze ze sprzedaży domu w mieście. Na początku wszystko robili sami, ale agroturystyka zaczęła być modna i stopniowo pojawili się stali goście, a od kilku lat zaczęło im się układać. Z czasem zatrudnili nawet kilka osób do pracy. W sezonie dodatkowo przyjeżdżali jeszcze instruktorzy jazdy na kucach, do tego doszły kajaki i warsztaty dla dzieciaków i jakoś szło.

Propozycja pracy w szkole padła ze strony wójta, a Anna, trochę tęskniąca za pracą pedagogiczną, w końcu ją przyjęła. I tak pani profesor matematyki ze szczecińskiego liceum wylądowała w wiejskiej szkole. Szybko się okazało, że fizyki uczyć też nie miał kto. A skoro fizyka to prawie to samo co matematyka, jak ocenił wójt, to równie dobrze Anna mogła zająć się i nią.

Wypiła kolejny łyk mięty i odstawiła filiżankę. Mąż cały czas zajęty konsumpcją pstrąga co jakiś czas rzucał tylko komentarze typu: „ależ smaczna ta ryba”, „nie chcesz spróbować?”. Kwitowała je ruchem głowy, odpowiednio to potakująco, to odmownie. Nie była zresztą pewna, czy raz lub dwa się nie pomyliła, ale Edward, skupiony na jedzeniu, i tak tego nie zauważył.

Drzwi do sali ponownie się otworzyły i weszła młoda kobieta o płomiennie rudych włosach. Anna spojrzała na zegarek. Do północy zostało już niewiele czasu i była ciekawa, czy od tajemniczej piękności przyjmą jeszcze zamówienie.

Dziewczyna podeszła do bufetu na środku sali i sięgnęła po talerzyk. Wzięła sobie sałatkę i owoce i rozejrzała się wokół siebie. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie stoliki były już zajęte, przy niektórych tylko zostały wolne miejsca.

Kobieta napotkała wzrok Anny i po chwili wahania ruszyła w ich kierunku.

– Dobry wieczór, czy mogę się przysiąść?

– Oczywiście. – Anna się uśmiechnęła. – Dobry wieczór. Proszę bardzo.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie ma już wolnych miejsc. Wszyscy zajmują po pół stolika.

– Absolutnie pani nie przeszkadza. Zresztą mąż kończy już jeść…

– Właściwie to już skończyłem. – Edward uśmiechnął się z zakłopotaniem do dziewczyny i sięgnął po serwetkę. – Chyba już nie zdąży pani nic zamówić.

– W zupełności wystarczy mi sałatka. – Aleks włożyła widelec w kolorową mieszankę listków i kiełków.

– Ale mąż będzie chyba niepocieszony – dokończył Edward i spojrzał zdziwiony na żonę, która skarciła go wzrokiem. – To znaczy, przepraszam…

– Kochanie, nie każdy musi mieć męża. – Anna westchnęła, spoglądając pół dobrotliwie, pół karcąco na Edwarda. – Ty na przykład też nie masz.

– No co ja takiego powiedziałem? Przecież nikogo nie chciałem urazić.

– Jestem tutaj sama – roześmiała się Aleks. – To podróż w interesach, powiedzmy.

– Pani szef jest wyjątkowo bezwzględny, skoro wysyła taką młodą dziewczynę samą przez morze.

Anna chciała zapytać Edwarda, skąd pewność, że dziewczyna ma szefa. Może sama jest prezeską wielkiej firmy? Ale po chwili namysłu zrezygnowała.

– To akurat wyjątkowo trafna ocena – powiedziała Aleks.

Na szczęście nie była urażona.

Od oddalonego o kilkanaście metrów stolika pod oknami na dziobie rozległ się głos dziecka. Chłopiec najpierw głośno zaczął się spierać z matką, która usiłowała go uspokoić, a zaraz potem się rozpłakał. Siedzący naprzeciw niego mężczyzna się podniósł.

– Boże, jak to dobrze, że Igor i Natasza są dorośli – mruknął Edward. – Zwłaszcza Igor.

– Głupoty opowiadasz – żachnęła się Anna i uśmiechnęła do Aleksandry. – Jak nasze dzieci były małe, to właśnie on je rozpieszczał. Zwłaszcza syna.

Mężczyzna tymczasem obszedł stół i usiadł obok chłopca.

– Może uspokoi małego łobuza. – Edward, widząc zmierzającego ku nim kelnera, sięgnął do kieszeni.

Mężczyzna pogłaskał chłopca i objął go ramieniem, coś do niego cicho mówiąc.

Aleksandra podniosła wzrok znad sałatki i spojrzała w kierunku stolika na dziobie.

– Serce ma swoje racje… – powiedziała cicho, wpatrując się w młode małżeństwo usiłujące poskromić chłopca.

– …których rozum nie zna – dokończyła Anna, kiwając głową. – Właśnie! Ty to byś chciał od razu karcić! – Spojrzała z wyrzutem na męża.

– Zna pani ten cytat? – Aleks popatrzyła ze zdziwieniem na Annę.

– Oczywiście, jestem…

Głośny łoskot spadającego ze stołu i roztrzaskującego się na posadzce talerza oderwał całą trójkę od rozmowy.

Mężczyzna przy stoliku na dziobie zerwał się z krzesła i rzucił coś do żony. Złapał za rękę protestującego głośno chłopca i pociągnął go w kierunku wyjścia. Kobieta podniosła wzrok i szukając kelnera, nerwowo rozejrzała się po sali. Na krótką chwilę jej wzrok zatrzymał się na Aleks, po czym przeniósł na stojącego obok kelnera.

Ale od strony baru szła już w jej kierunku wyposażona w wiadro i mop kobieta z obsługi.

– Ot i masz swoją pobłażliwość – mruknął Edward, chowając portfel do kieszeni marynarki.

– Idziemy! – Anna podniosła się energicznie. – Już wystarczająco zanudziłeś panią.

– Skądże znowu. Było mi miło państwa poznać – powiedziała Aleksandra z uśmiechem.

Pożegnali się, przy czym Anna była jednak zdania, że mąż mógłby sobie darować całowanie dziewczyny w rękę. Kto tak dzisiaj robi? Gotowa uznać go za natręta albo zboczeńca.

Po chwili szli już w kierunku wyjścia.

Anna wciąż nie traciła nadziei, że pogoda poprawi się na tyle, żeby można było wyjść na pokład zewnętrzny i posiedzieć na leżaku. Chyba nawet przestało padać.

– No, popatrz! – Edward parsknął ironicznie. – A jednak.

– Co takiego? – Anna podążyła za wzrokiem męża.

Przy jednym z mniejszych stolików, niedaleko drzwi, siedziała znana im już para.

Chłopak z minivana – Anna pamiętała, że miał na imię Łukasz – i jego dziewczyna.

Blondynka w obcisłych dżinsach i białej bluzeczce na ramiączkach najwyraźniej była już gotowa na dyskotekę, która po dwunastej miała się zacząć w sali obok. Pochylona nad szklanką wody mineralnej, mówiła coś do partnera, pałaszującego kawał mięsa.

Kilka metrów dalej była oszklona przegroda, za którą mieściła się restauracja Steak House. Anna podziękowała w duchu opatrzności, że mąż najwyraźniej o tej restauracji zapomniał. Uwielbiał steki, ale potem narzekałby pół nocy, że nie może zasnąć.

*

Ewa patrzyła z niepokojem na Łukasza. Może rzeczywiście niepotrzebnie mu wypominała tę scenę w ładowni. Faktycznie, prowadził od samego Poznania. Chłopcy w tym czasie wypili już ze trzy piwa. Kamila bez przerwy się śmiała i chyba też wypiła piwo. A on biedny cały czas siedział za kierownicą. W dodatku w upale. No i trzy razy po drodze utknęli w korkach. Miał prawo być zmęczony i wkurzony.

Dziabnęła widelcem swoją sałatkę i dyskretnie rozejrzała się po sali. Nie sądziła, że aż tyle osób zdecyduje się jeszcze o tej porze na jedzenie. Dochodziła przecież północ. Ale może nabierali sił przed imprezą.

Spojrzała dyskretnie na Łukasza.

Broniła się przed tym, ale zaczynała się do niego przywiązywać. Cóż za uroczy eufemizm. Zaczynała się po prostu w nim zakochiwać. Boże! Jak to staromodnie brzmi. Ale taka była prawda.

Nasłuchała się wprawdzie o nim od znajomych mnóstwa rzeczy. Większość była niepochlebna. Że skakał z kwiatka na kwiatek, że dziewczyn nie traktował poważnie, że głównie chodziło mu o zabawę. No ale każdy się przecież w końcu zmienia. Każdy musi się kiedyś wyszumieć. Oboje kończą zaraz studia. Może właśnie czas najwyższy na zmiany.

Łukasz podniósł wzrok znad talerza i napotkał jej spojrzenie. Nie zdążyła odwrócić głowy.

– Co?

– Nic. – Wzruszyła ramionami. – Niezbyt dobra ta sałatka. – Odsunęła talerz. – Widzę, że tobie za to smakuje.

– Taa… – mruknął. – Pyszny stek. Byłem głodny jak wilk. Jak wolf! – Uśmiechnął się.

– Pokój jest już wolny. Kamila z Patrykiem i chłopcy poszli połazić. Więc możesz iść w końcu się wykąpać i przebrać.

Łukasz odsunął talerz i wyprostował plecy.

– Ale się objadłem. Chyba tak zrobię. – Uśmiechnął się łobuzersko. – A może razem weźmiemy prysznic?

Ewa była już przebrana. Kilkanaście minut poświęciła także na makijaż, ale propozycja Łukasza wywołała w niej rozkoszne rozterki. Zanim stąd odejdą, będzie po północy. Potem, powiedzmy, dwadzieścia minut razem z prysznicem. Znowu makijaż. Będzie po pierwszej, gdy zejdą na imprezę. Hmmm…

Łukasz tymczasem rozejrzał się po sali. Przez chwilę jego wzrok zatrzymał się na stojącym na środku pomieszczenia bufecie, po czym przemknął po kilku stolikach, przy których siedzieli pochłonięci rozmową odprężeni pasażerowie. Pod bocznymi oknami, przy sześcioosobowym stole, tkwiła samotnie rudowłosa dziewczyna.

– Znasz ją? – Ewa spojrzała w kierunku, w którym patrzył chłopak.

– Co? – Łukasz odwrócił się do niej zdezorientowany. – Kogo?

– No, przecież widzę, jak na nią patrzysz. Ta ruda.

– Nie znam! Zwariowałaś. Skąd miałbym ją znać?

– Wydawało mi się, jakbyś…

– Nie gadaj głupot! – Łukasz, nie patrząc na Ewę, dźwignął się od stolika. – Idziemy! Zapłacimy przy barze.

*

Mariusz żartował sobie z Kacpra przez całą drogę do restauracji. Nie było wprawdzie daleko, bo trzeba było tylko zejść po schodach na niższy pokład i przejść kawałek, ale to i tak wystarczyło, żeby natchnąć ją nadzieją, że mąż odzyskał dobry humor. Kacper wprawdzie nie odrywał oczu od tabletu, czym doprowadzał ją do rozpaczy, ale fakt, że Mariusz, trzymając go za głowę, kierował nim i co chwila celowo wpychał syna to na szybę, to na kwietnik, wzbudzając jego głośny śmiech, działał na nią uspokajająco.

Oczywiście zabrała Kacprowi tablet przed wyjściem, ale zdołał go jakoś przemycić pod bluzą i wyjął dopiero na dole, gdy szli korytarzem w kierunku restauracji.

Mąż, gdy oczekiwali na zamówienie, odpowiadał na jakieś pytania Kacpra. Żartowali sobie razem, a malec raz po raz zagadywał ją także, więc wyglądało, że wszystko jest jak najbardziej w porządku, ale gdy przynieśli jedzenie, coś się zmieniło. Zapadła cisza, a Mariusz, pochylony nad talerzem, sprawiał wrażenie, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.

Rozbawiony Kacper najpierw usiłował go zagadywać, a gdy zorientował się, że ojciec stracił ochotę do żartów, zaczął być marudny. Ale jego marudzenie jak zwykle skupiło się na niej. Że dostał za mały kawałek ryby, mimo że nie zjadł jeszcze nawet połowy, że sok chciał pomarańczowy, a nie grejpfrutowy i że ryba jest za gorąca. Starała się tonować grymaszenie syna, ale ponure milczenie męża w końcu zaczęło ją irytować.

– Coś się stało? – zdecydowała się zapytać.

– Słucham? – Mariusz podniósł wzrok. Sprawiał wrażenie, jakby myślami był zupełnie gdzie indziej.

– Pytałam, czy coś się stało. Zrobiłeś się nagle milczący.

– Nic się nie stało. Co się miało stać? Od dziesięciu minut siedzimy przy tym cholernym stoliku i miało się coś stać?

 

– Skoro tak gwałtownie zmienił ci się nastrój…

– Nie zmienił mi się żaden nastrój! Nie czepiaj się. Podczas jedzenia się nie gada, słyszałeś, Kacper? – Popatrzył znacząco na syna.

Na moment jego twarz się rozjaśniła, ale gdy spojrzał ponownie na nią, w jego oczach znowu pojawił się mrok.

– Słuchaj… – zaczął, a intuicja spowodowała, że poczuła się nieswojo.

– Tato! – Kacper walnął widelcem o brzeg talerza. – A pójdziemy potem na pokład popatrzeć na morze?

– Tak, ale teraz jeszcze pada deszcz.

Urszula pomyślała, że dochodzi północ, więc Kacper pewnie pójdzie spać dopiero o pierwszej. Pora jego zwykłego snu wypadła jakieś trzy godziny temu w samochodzie, a teraz podniecenie nowym miejscem sprawi, że będzie się kotłował pół nocy w łóżku.

– Musimy potem porozmawiać. – Mariusz odwrócił do niej głowę, ale spojrzenie wbił w talerz. – Muszę ci coś powiedzieć.

– Nie możesz teraz? – spytała. Niepokój zaczął powoli wspinać się jej do gardła.

– Tato, ale już prawie nie pada!

– Wolałbym porozmawiać w kabinie.

– Tato!

– Kacper! Nie przerywaj! Nie widzisz, że rozmawiam z mamą?

Mariusz podniósł wprawdzie głos, ale chyba nie to spowodowało, że Kacper się rozbeczał.

Miała wrażenie, że mały wyczuwa ich złe emocje.

Mąż wstał, okrążył stolik i usiadł przy synku. Poczochrał mu włosy.

– Jak zjemy, to pójdziemy najpierw do naszego pokoju, umyjemy zęby, a potem wyjdziemy na pokład.

Ten plan raczej nie wyjdzie, pomyślała Urszula. Mąż liczył na to, że chłopiec poczuje się zmęczony i zaraz zachce mu się spać. Mało prawdopodobne.

– Ale po co myć zęby, żeby wychodzić na pokład?

– Żeby ludzie nie pouciekali, jak będziesz ział na nich ketchupem. – Mariusz chuchnął na Kacpra, wywołując u niego napad śmiechu. Niestety potrącili przy tym talerz i po chwili eksplozja porcelany zwróciła na nich uwagę wszystkich.

Poczuła się jak na scenie. Komediodramat rodzinny. Akt pierwszy, scena pierwsza.

*

Nord zszedł z mostka, zostawiając opiekę nad statkiem oficerowi wachtowemu oraz dwóm starszym marynarzom, z których jeden stał za wolantem, a drugi obserwował radar i wszystko, co zdołał zobaczyć w czającym się za panoramicznymi oknami mroku.

Na promach pływało się najczęściej w systemie dwa na dwa, czyli dwa tygodnie na morzu, dwa w domu. Teoretycznie trudno sobie wyobrazić bardziej idealne warunki, ale miało to oczywiście także swoje minusy, jak na przykład to, że przez dwa, czasem trzy tygodnie nie widziało się bliskich ani przyjaciół. Oczywiście to i tak była krótka rozłąka. Gdy pływał na handlowcach, zdarzało się, że nie było go na lądzie dwa, trzy miesiące. A niekiedy bywało także, że po dwóch, trzech tygodniach na lądzie dzwonili z agencji, że jest rejs i trzeba było płynąć. Do systemu dwa na dwa Nord przyzwyczaił się dość szybko, zwłaszcza gdy urodziła im się córeczka. Trudniej było dostosować się do nowego rozkładu wacht. Na statkach handlowych przyzwyczaił się do obowiązującego prawie wszędzie tradycyjnego porządku „wacht chiefowskich”, w myśl którego starszy oficer miał cztery godziny wachty, a potem osiem godzin odpoczynku. Ale to działało, gdy statek był kilka tygodni na morzu, natomiast cały rejs promu nie trwał nawet ośmiu godzin. Tak więc w praktyce przez całą drogę ze Świnoujścia do Ystad lub z powrotem był na wachcie. Odsypiał pomiędzy rejsami.

Ale oprócz obowiązków nawigacyjnych miał także całą górę pracy papierkowej. I właśnie ku niej zmierzał.

Kabiny oficerów mieściły się na tym samym pokładzie co mostek, w dodatku kabina chiefa12 znajdowała się bezpośrednio przy mostku, ale Nord miał w zwyczaju zaraz po wyjściu z portu, gdy schodził z mostka, obchodzić cały statek i zaglądać w rozmaite miejsca. Ten zwyczaj, biorąc pod uwagę wielkość promu, wydłużał jego drogę do kabiny o blisko ćwierć kilometra, ale stał się już dla Kosmy tradycją.

Korytarzem wzdłuż kabin na sterburcie13 doszedł do schodów w śródokręciu i po chwili znalazł się w holu na pokładzie siódmym, tuż obok przeszklonych drzwi restauracji. Od strony części klubowej dobiegał już jazgot muzyki, a na kolistym parkiecie na środku sali tańczyło nawet kilka par.

Na moment przystanął. Z restauracji wychodziła właśnie płomiennowłosa dziewczyna. Kosma odprowadził ją wzrokiem.

Nie zauważyła go.

*

Anna, trzymając Edwarda pod rękę, szła za nim wolnym krokiem i rozglądała się jednocześnie dookoła.

– Zaraz północ, a tu wciąż kręci się tylu ludzi. Ja nie wiem, co oni… – przerwała, uprzytomniwszy sobie, że przecież także idzie właśnie z mężem w tym tłumie.

– Zwracam ci uwagę, że oni mogą myśleć dokładnie to samo o tobie – stwierdził z uśmiechem Edward, odwracając się do żony.

– Tak. Właśnie też przyszło mi to do głowy. No ale cóż. Jak wejdziesz między wrony…

– I tak pewnie będzie do rana. Jak wychodziliśmy z restauracji, to zaczynała się dyskoteka. A może masz ochotę pójść na dancing? – Edward spojrzał na żonę z zachęcającym uśmiechem. – W piątki i soboty jest tutaj zawsze dancing i jest też program artystyczny.

– Boże uchowaj! Program artystyczny pewnie sprowadza się do występów jakichś roznegliżowanych dziewcząt.

– Czasami tańczą też roznegliżowani panowie. Na przykład na Dzień Kobiet albo wieczory panieńskie.

– Jest czerwiec, więc niestety mnie to ominęło! – Anna parsknęła kpiąco. – Chyba że będę miała szczęście i rzeczywiście ktoś urządza dzisiaj wieczór panieński.

– Możemy tam zajrzeć, wracając z pokładu.

– Skoro się upierasz.

– W ogóle zupełnie inaczej to wygląda, niż sobie wyobrażałam – odezwała się Anna po krótkiej chwili milczenia. – Nie jak statek pasażerski, tylko jak połączenie lotniska z galerią handlową.

– To bardzo trafna charakterystyka. – Edward kiwnął głową.

Anna spojrzała na męża. Pomimo tylu lat, które spędzili razem, wciąż nie potrafiła od razu odgadnąć, czy jego komentarze są na poważnie, czy to tylko żarty.

Bardzo możliwe, że właśnie dzięki tym słownym utarczkom i podjazdowym wojenkom semantycznym nigdy się w swoim towarzystwie nie nudzili.

Minęli oszklone witryny sklepów wolnocłowych, które właśnie zamykano, i znaleźli się w szerokim korytarzu, w którego głębi były kolejne przeszklone drzwi.

– Tam chyba jest znowu jakaś knajpa. Gdzie właściwie jest to wyjście na pokład?

– Według planu, który obejrzałem, idziemy w doskonałym kierunku. Przy okazji, widzę toaletę, będę musiał tam skoczyć.

Minęli korytarz i stanęli przed małym bufetem, w którym serwowano szybkie przekąski, na wypadek gdyby ktoś w okolicy godziny czwartej potrzebował nagłej kulinarnej pomocy. W postaci frytburgera na przykład.

– Poczekam tutaj, tylko się pośpiesz. – Anna ruszyła w kierunku stojącego przy ścianie fotela. Usiadła i położyła torebkę na kolanach.

Gdy mąż zniknął za zakrętem, rozejrzała się dookoła.

W głębi było wejście do zamkniętej już kawiarni. Za oszkloną ścianą widać było rzędy pustych, nakrytych kolorowymi serwetami stolików i ciemne kontuary barków, jarzące się tylko nocnym dyżurnym oświetleniem.

W niewielkim tłumku ludzi okupujących witrynę bufetu z przekąskami zauważyła nagle mężczyznę, którego widziała w restauracji. Trzymał za rączkę syna i coś do niego mówił. Chłopiec patrzył na ojca, zadzierając do góry głowę, jakby stał pod drzewem.

Gdy mężczyzna odwrócił się do obsługującej barek dziewczyny w granatowo-białym kitlu, malec zaczął się rozglądać. Gdy jego wzrok napotkał wzrok Anny, uśmiechnął się zawstydzony.

W tym momencie jego ojciec podał mu butelkę z jakimś napojem i wskazał ręką krzesło pod ścianą. Niedaleko Anny. Chłopiec usadowił się w fotelu i spojrzał w bok.

– Zgłodniałem, bo tata zbił mi rybę – powiedział, jakby chciał się usprawiedliwić, że je o tej porze.

– A co będziesz jadł? – spytała Anna od niechcenia.

– Frytki, ale mam nie mówić mamie.

Anna uśmiechnęła się w duchu na wspomnienie sympatycznej kobiety ze związanymi na karku jasnymi włosami.

– Nie wydam cię, jakby co.

– A dokąd pani jedzie? Bo my jedziemy do Norwegii zobaczyć fiordy. Fiordy to takie skały nad morzem. Widziała pani fiordy?

Anna pomyślała, że przecież w ogóle po raz pierwszy płynie promem, a co dopiero mówić o oglądaniu fiordów w Norwegii. Pokręciła głową.

– Jadę do Szwecji do córki.

– A co pani córka robi w Szwecji?

Natasza pracowała w zakładach produkujących jedną z bardziej znanych szwedzkich wódek, której rozlewnia mieściła się niedaleko Kristianstad. Po krótkiej chwili wahania Anna doszła jednak do wniosku, że takich informacji może lepiej nie udzielać dzieciakowi.

12Chief Officer (inaczej Chief Mate, First Officer) – starszy oficer.
13Sterburta – prawa burta, lewa nazywana jest bakburtą.