Sieci widma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

8 czerwca, godz. 20.25


Gdy dotarli do Świnoujścia, słońce wisiało już nisko nad dachami, pokrywając każdą płaszczyznę – czy to wytatuowane polbrukiem place i parkingi przed wjazdem na teren terminalu portowego, czy to ściany, czy dachy okolicznych budynków – złotym blaskiem. Tak, jakby do kolorów farb i tynków ktoś dodał odrobinę brokatu.

Urszula uwielbiała tę porę dnia, gdy na ulice i trawniki kładły się długie cienie poprzecinane rozświetlonymi plamami. Słońce przedzierało się przez korony drzew, a pomiędzy gęstwiną zieleni czaił się chłodny ciemny mrok, który już za chwilę miał się rozpełznąć na wszystkie strony.

Patrzyła z samochodu na przesuwające się za oknami wielkie kufry zaparkowanych przed wjazdem na terminal ciężarówek, na tablice informacyjne i reklamy na betonowych słupach. Przed samym wjazdem na teren portu, po prawej stronie, stał nieduży hotel. W nakrytej wielkim dwuspadowym dachem przybudówce był sklepik, ostatnia szansa, żeby zaopatrzyć się w cokolwiek i wymienić walutę w kantorze.

Przez całą praktycznie drogę, od zakorkowanej trasy koło Goleniowa, Kacper smacznie spał w swoim foteliku, miała więc sporo czasu na przemyślenia i surfowanie pośród wspomnień.

Kiedyś, przed narodzinami syna, sporo jeździli, a jedną z najcudowniejszych wypraw była właśnie podróż do Norwegii. Bajkowe widoki ośnieżonych szczytów, bezkresne skaliste pustkowia i lasy, no i fiordy, zatoki lazurowej wody okolone wysokimi skałami.

Pamiętała, jak bała się wejść na wiszącą nad jeziorem skałę, którą w przewodnikach nazywano językiem trolla. Mariusz uparł się, że musi mieć tam zdjęcie.

Nocowali na parkingach w namiocie lub w kwaterach prywatnych – małych, uroczych domkach w niewielkich wioskach i miasteczkach. Cudowny czas.

A potem urodził się Kacper, a Mariusz zaczął pracę u jej ojca.

Gdy dwa tygodnie temu zaproponował, żeby wyjechali gdzieś na tydzień lub dwa, kompletnie ją tym zaskoczył. Zastanawiała się, co się za tym kryje, karcąc się w myślach, że jest podejrzliwa i zamienia się w starą sekutnicę.

Oczywiście, nie było szans, żeby z Kacprem zrealizować program ich dawnych wypadów. Podróż samochodem przez całą Szwecję, a potem Norwegię byłaby zbyt dużym obciążeniem dla sześciolatka. Ale Norwegia i tak była jedyną możliwością, jak się okazało. Nie chcieli z niej zrezygnować. Postanowili więc najpierw odwiedzić starego przyjaciela Mariusza w Malmö, przenocować tam i zostawić samochód, a następnie samolotem przelecieć do Bergen, gdzie czekał już na nich w wypożyczalni zarezerwowany nissan navara.

I w ten sposób znaleźli się na wielkim, betonowym, ciągnącym się po horyzont placu, na którego końcu majaczyły bramki odpraw celnych i wznosiło się wielkie czerwone pudło budynku świnoujskiego dworca promowego.

*

Opel vivaro zwolnił przed zawieszoną nad drogą tablicą informacyjną, obok której, po prawej stronie, wznosił się budynek hotelu. Zaraz za pylonami tablicy była droga prowadząca do portu.

Łukasz wrzucił dwójkę i samochód powoli potoczył się dalej. Minął zjazd na parking dla tirów i autobusów i wąską asfaltową ulicą pojechał w kierunku wjazdu dla samochodów osobowych.

– Jesteś pewien, że nie powinniśmy zjechać tutaj? – Ewa pochyliła się, wyglądając przez okno od strony kierowcy. – Tam był napis BUS.

– Jestem pewien. My jesteśmy samochodem osobowym – mruknął Łukasz. – Ważymy niecałe dwie tony.

– Ale to przecież jest bus…

– Niech jedzie, najwyżej wrócimy – odezwał się jeden z dwóch chłopaków z trzeciego rzędu. Jasnowłosy, z zaczesaną na bok grzywą.

– Dajcie sobie siana. – Łukasz odwrócił się do kolegów z uśmiechem. – Jak mówię, że wiem, to wiem.

– Luz, Wolf. – Blondyn wyszczerzył do niego zęby.

Łukasz uniósł głowę i zawył jak wilk, wzbudzając głośny śmiech w samochodzie. Wolfem nazywali go oczywiście z powodu nazwiska. Wilczyński.

Z Bartkiem i Dawidem znali się ze studiów. Kończyli właśnie wydział prawno-ekonomiczny na Politechnice Poznańskiej. Ewę Łukasz poznał na jakiejś imprezie. Studiowała filologię szwedzką. W tamten wieczór od razu wpadła mu w oko, chociaż wtedy jeszcze spotykał się z kimś innym. Para z drugiego rzędu to była kuzynka Łukasza i jej chłopak. Oboje już pracowali. Patryk w urzędzie wojewódzkim, a Kamila na stażu w szpitalu. Wszyscy, oprócz Łukasza, byli z Poznania, Łukasz tam tylko studiował. O dwa lata już za długo, co bez przerwy – według niego – wypominała mu matka prowadząca w Szczecinie firmę transportową. Ojca Łukasz widział po raz ostatni jakieś pięć lat temu, gdy tatuś wyprowadzał się z domu do swojej nowej, dwudziestoośmioletniej, dziewczyny.

– Patrzcie, jakie zajebiste. – Patryk wskazał głową czerwieniejące nad horyzontem niebo i wielką kulę słońca, zbliżającego się do granicy pomiędzy ziemią a powietrzem. Na północy, od strony położonego na drugim brzegu Świny miasta, nadpływały ciemne chmury.

– Chyba na koniec dnia będzie padać… – Kamila powędrowała wzrokiem za spojrzeniem swojego chłopaka.

– Mam nadzieję, że nie – jęknęła Ewa. – Myślałam, że spędzimy wieczór na otwartym pokładzie.

– Jezu! – parsknął Łukasz. – Tam będzie cała sfora Januszów i Grażyn.

– Już nie mogę się doczekać, żeby się przebrać. – Ewa powachlowała się ilustrowanym tygodnikiem, który bez specjalnego powodzenia usiłowała czytać, odkąd opuścili Poznań. Siedzący na wyciągnięcie ręki Łukasz nie pozwalał jej się skupić.

– Pomieścimy się w ogóle wszyscy w tej kabinie? Ona jest czteroosobowa. Widziałam w necie, że za wiele miejsca to tam nie ma.

– I jest bez okien – mruknęła Kamila. – W samym środku statku.

– A w ogóle pozwolą nam tam wszystkim spać? – odezwał się z końca samochodu Bartek, odgarniając z czoła grzywę jasnych włosów.

– Nikogo nie będziemy pytać – parsknął Łukasz.

– A może to zabronione czy coś. – Kamila pojawiła się między przednimi fotelami. – Jakieś kwestie ewakuacji…

– Nie dramatyzujcie! Kto będzie chciał, pójdzie spać. Ale przypominam wam, że mamy się bawić! – Odwrócił się na chwilę do przyjaciół, pokazując w szerokim uśmiechu zęby. – Odeśpimy jutro na campingu. Kurwa! Nie wierzę.

Ostatnie słowa Łukasza spowodowały, że wszyscy wyjrzeli zza foteli, usiłując dostrzec przez przednią szybę, co tak wstrząsnęło ich kierowcą.

– Ten biały merc tam stoi. Z tymi dziadami, którzy się wlekli przed nami!

– Boże! Myślałam, że jakiś wypadek albo co – jęknęła z tyłu Kamila.

Opel powoli zatrzymał się za stojącym w kolejce do bramki samochodem.

– Najchętniej bym wysiadł i powiedział im coś do słuchu – warknął Łukasz, patrząc na biały kuper mercedesa W124.

– Zwariowałeś? – Ewa postukała się palcem w czoło. – Jeszcze poskarżą się strażnikom i zrobią nam tutaj kontrolę na maksa.

W tym momencie zaświeciły się stojące na terminalu latarnie, a od strony ciemnego północnego nieba rozległ się cichy grzmot.

– Widzieliście? – Bartek obejrzał się za siebie. – Ale błysnęło!

– Wykrakałaś. – Ewa rzuciła urażone spojrzenie Kamili. – Jeszcze burzy tylko nam brakowało do tych czterdziestu stopni na zewnątrz.

Ciemniejące nad centrum Świnoujścia niebo przecięła błyskawica.

*

Mały opel minął miejską przeprawę promową przy Nabrzeżu Władysława IV, dziewiętnastowieczny budynek dworca kolejowego i potoczył się ulicą Dworcową w kierunku portu. Droga, na całej długości wydzielona ażurowym ogrodzeniem z czerwonej cegły, wiodła prosto jak strzelił pod gmach terminala promowego – dużego budynku wykończonego czerwonymi płytami elewacyjnymi.

Samochód zwolnił na przejściu dla pieszych przed wejściem głównym i wcisnął się na wolne miejsce parkingowe. Prawie dokładnie naprzeciwko terminalu.

Wokół paliły się już latarnie, a niebo na zachodzie i południu zrobiło się granatowe.

– Nie mam wielkiego bagażu, więc nie musisz mi pomagać. – Aleksandra wyciągnęła z tylnego siedzenia sporą kraciastą torbę i przewiesiła ją sobie przez ramię. – Maksymalna wielkość, jaką mogłam zabrać na pokład.

– Odprowadzę cię. – Szatynka w jasnej luźnej sukience zamknęła samochód i wskazała głową wejście do hali dworca.

Po chwili obie stały na środku sali odpraw, rozglądając się dookoła.

– Ostatnia szansa… – westchnęła szatynka, patrząc z zatroskaniem na przyjaciółkę. – Możesz jeszcze dać sobie spokój i wrócić ze mną do Szczecina. Dzisiaj piątek, wyskoczymy do jakiegoś klubu i wypijemy kilka mojito. Jak kiedyś.

– Teraz chyba wolałabym piwo.

– Może być piwo.

– Dzięki. – Aleksandra się uśmiechnęła. – Napiję się mojito w barze na promie. Za twoje zdrowie.

– Tylko nie rób głupstw.

– Nie przejmuj się. Poradzę sobie. Zawsze stawiam na swoim i teraz też tak będzie.

– W jaki sposób chcesz postawić na swoim w sytuacji…

– Znowu zaczynasz.

Przez chwilę milczały, patrząc na siebie. Jedna z malującym się na twarzy niepokojem i troską, druga z irytacją.

Za oknami hali, za którymi widać było ulicę i parking przed dworcem, rozbłysło nagle jasne światło.

Kilka osób z niepokojem spojrzało w tamtym kierunku.

Po chwili rozległ się grzmot, który wtopił się w dochodzący z głośników głos, instruujący podróżnych, że mają się udać do odprawy.

– Burza – jęknęła Aleks. – A tak się cieszyłam na leżak na górnym pokładzie. Z wielkim księżycem w tle.

Przyjaciółka nagle pokiwała głową w rytm i cicho zaintonowała:

– Słońce to my, ciemne chmury to my.

Nagłe sztormy, letnie burze…

Aleks roześmiała się i już po chwili obie głośno śpiewały:

…Suche wyże to my, mokre niże.

Taki deszcz, że ulewa aż śpiewa… 2

 

Kilka osób spojrzało z uśmiechem w ich kierunku. Jakiś mężczyzna pomachał im ręką i zaklaskał.

Przez chwilę się jeszcze śmiały.

– Może burza zostanie na lądzie. – Przyjaciółka Aleks kiwnęła w końcu głową w kierunku oszklonych drzwi.

– Może. Jedź już, bo inaczej będziesz wracała w burzy. Pewnie zaraz zacznie padać.

– Zadzwoń do mnie jutro z Ystad. Nie dzwoń tylko ze środka Bałtyku, połączenia satelitarne są strasznie drogie.

– Dobra, dobra… – Aleks objęła przyjaciółkę i schyliła się po swoją kraciastą torbę.

Pomachała ręką i ruszyła w kierunku bramek prowadzących do poczekalni przed wejściem na prom.

*

Samochód zatrzymał się w długiej kolejce do widniejących gdzieś w oddali za lasem latarni i masztów promu. Obok dwóch pasów zajętych przez samochody osobowe były wydzielone kolejne, którymi wjeżdżały wielkie ciężarówki z naczepami. Nad głowami kierowców meandrował stojący na filarach długi rękaw, tędy na pokład przechodzili piesi.

– Kolejna godzina stania – mruknął z rezygnacją Edward.

– Co takiego? – Anna podniosła głowę i spojrzała na niego rozkojarzonym wzrokiem.

– Mówię, że znowu kolejka. A jeszcze najpierw będą wpuszczać te tiry o tam. – Edward machnął ręką w kierunku sąsiednich pasów, na które podjeżdżały właśnie jedna za drugą ogromne ciężarówki.

– Przepraszam. W końcu udało mi się skupić nad tym artykułem. Piszą, że odwołali prokuratora, który się zajmował sprawą morderstw. Nieoficjalnie podobno dlatego, że wznowił śledztwo bez istotnych przesłanek.

– Krętacze – mruknął pod nosem Edward. – A to nie o tym pisała koleżanka, czy kim tam ona jest, Igora… Paulina?

Anna pokręciła głową z dezaprobatą.

– Oczywiście, że tak. Jak ci się udało tego nie zapamiętać, to ja nie wiem.

Na początku roku opinią publiczną Szczecina wstrząsnęła sprawa zwłok pozbawionych głów, które w foliowych workach, obwiązane sznurami, wyłowiono z Międzyodrza. Artykuł na ten temat napisała przyjaciółka syna Anny i Edwarda, szczecińska dziennikarka Paulina Weber.

Na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu.

– No to twoje plany leżakowania na górnym pokładzie z drinkiem właśnie biorą w łeb – parsknął Edward z przekąsem i popatrzył na żonę, która obrzuciła go urażonym spojrzeniem.

Nie zdążyła jednak w żaden sposób zareagować, bo niebo nad portem przecięła błyskawica, a po chwili nad samochodami przetoczył się grzmot.

Deszcz padał coraz silniej.

– W końcu! – Anna uchyliła szybę. – Rośliny już dawno tego potrzebowały.

– Klimatyzacja jest włączona.

– To wyłącz. Zaraz będzie trochę chłodniej. Od klimatyzacji zawsze masz katar. Nie wytrzymam z tobą ośmiu godzin w kabinie wielkości dwa na dwa.

Edward, kręcąc głową i mrucząc coś pod nosem o barze na promie, niechętnie wyłączył klimatyzację.

Tuż obok nich przejechał ogromny tir i skierował się ku otwartej na dziobie promu furcie wjazdowej, która wyglądała jak szczęki ogromnego kaszalota.

*

Aleks, pogrążona w myślach, w tłumie kilkudziesięciu objuczonych torbami i plecakami podróżników, szła długim rękawem dla pasażerów w kierunku kolejnego zakrętu. Za trzecim miało się ukazać wejście na prom. Rękaw wyglądał podobnie jak te na lotniskach, tylko był o wiele dłuższy.

…Taki deszcz, że ulewa aż śpiewa…

W głowie miała cały czas stary kawałek, który kiedyś w liceum wykonywały na dwa głosy, zdobywając spory aplauz, i który potem chodził za nimi przez całą szkołę.

Teraz też nie mogła wyrzucić go z głowy.

Od miesiąca snuła się jak żywy trup. Już nie pamięta, żeby jakiś facet tak ją opętał. Zazwyczaj to ona grała pierwsze skrzypce.

Teraz zresztą też tak jej się wydawało. Dopóki jej nie rzucił. Po prostu powiedział, że nie mogą się dłużej spotykać i to koniec. Jak mogła wcześniej nie zauważyć, dokąd to zmierza? Straciła instynkt samozachowawczy?

Przecież musiał o tym myśleć wcześniej i to planować. Ale przychodził do niej w każdą środę i każdy piątek i namiętnie ją posuwał. Drań!

Trwało to w sumie niecały rok i nagle, miesiąc temu, wszystko się skończyło.

Nie widziałam cię już od miesiąca. I nic…

Jakie nic? Aleks przypomniała sobie wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i na moment ogarnęła ją złość. Nie jest ani bledsza, ani bardziej milcząca. Jest coraz bardziej wściekła.

Na siebie, że nie spostrzegła żadnych objawów i nie zaradziła im, zanim doprowadziły do tego finału. I na niego. Wszystko przecież dałoby się naprawić. Tylko że on uciekł zamiast porozmawiać, próbować coś zmienić albo wyartykułować swoje zarzuty.

Ale wierzyła, że nie wszystko jeszcze stracone. Uda jej się. Ma na to całą noc.

Zatopiona w myślach w pierwszej chwili nawet nie zauważyła, jak bardzo wzmógł się deszcz. Krople, które początkowo bębniły tylko o dach przeszklonego korytarza, zamieniły się w jedną potężną kanonadę, a strugi wody spływały po oknach.

Zatrzymała się i wyjrzała na zewnątrz. Minęły ją dwie kobiety, które mówiły coś o sztormie.

Aleks sprawdzała wcześniej pogodę i pamiętała, że na całą noc przewidywano dobrą aurę, więc to pewnie jakaś miejscowa burza. Popada i przestanie. Źle by się stało, gdyby nie było dostępu do zewnętrznych galerii promu i tarasu widokowego.

Na dole stał sznur samochodów. Ich włączone światła rozmywały się na szybach w kolorowe esy-floresy. Do otwartej paszczy promu właśnie zbliżał się wielki tir. Powoli podjechał na rampę wjazdową, a potem, kierowany gestami ubranych w żółte sztormiaki marynarzy, wjechał w wąskie wrota.

*

Jakieś dwadzieścia metrów nad poziomem nabrzeża na mostku kapitańskim oparty o parapet ukośnych panoramicznych okien stał starszy oficer Kosma Nord-Sawicki. Z tej wysokości miał widok na cały port, a u stóp malutkie figurki samochodów, które powoli, jeden za drugim wjeżdżały po rampie furty dziobowej do ładowni.

Wśród załogi nazywany był oczywiście Nordem, zresztą nie tylko wśród załogi, tak wołali na niego także na lądzie. Krótkie nazwisko odziedziczył po ojcu. Natomiast drugi człon, ten bardziej konwencjonalny, po matce.

W szkole koledzy, z którymi, mówiąc oględnie, nie utrzymywał za dobrych stosunków, dość często dywagowali na temat jego żydowskiego pochodzenia. Próba dyskusji – chociaż, prawdę mówiąc, ani oni, ani on nie wiedzieli właściwie, dlaczego żydowskie pochodzenie miałoby być kompromitujące – kończyła się najczęściej szarpaniną. Znacznie później, jako że rodzina ojca niespecjalnie interesowała się genealogią, postanowił na własną rękę dowiedzieć się czegoś więcej na temat swojego pochodzenia.

Przodkowie ojca od kilku pokoleń mieszkali na południu kraju, niedaleko Przemyśla. Po lekturze ksiąg parafialnych i szperaniu w rozmaitych historycznych opracowaniach odkrył, że po mieczu najprawdopodobniej jest z pochodzenia Niemcem. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku słabo zaludniona i pozostająca na obrzeżach cywilizacji Galicja była częścią Austro-Węgier. I to wtedy ówczesny władca monarchii Józef II Habsburg, aby pchnąć prowincję na wyższy poziom rozwoju, zaczął osiedlać tam rodziny niemieckich rzemieślników i chłopów, którzy mieli za zadanie rozwinąć ten region gospodarczo. Tę kolonizację nazwano później józefińską.

Ojciec Kosmy urodził się po wojnie, nie miał zatem żadnej szansy, żeby wstąpić do Wehrmachtu, ale i on, i Kosma przez całe życie słyszeli: „Nord? To ty z północy jesteś? Kaszub?”. Północ stała się więc dla Kosmy przeznaczeniem i na pewno w jakimś stopniu miało z tym związek nazwisko. Gdy skończył szesnaście lat, postanowił wstąpić do szkoły morskiej w Szczecinie. I ku przerażeniu matki, która załamywała ręce, że to koniec świata i marny los, tak się stało. Kosma został marynarzem.

Praca na promie nie była może czymś, co w stu procentach można by nazwać morską przygodą, ale zapewniała stabilizację i przewidywalne okresy pobytu na lądzie, co szczególnie doceniała jego żona. Zwłaszcza że w domu czekała na Kosmę mała córeczka.

Z utęsknieniem wyglądał końca tego rejsu. Rano będą w Ystad, spędzi jakoś całą sobotę w mieście, które zresztą widział już setki razy, a potem jeszcze tylko powrót do Szczecina i dwa tygodnie urlopu.

Niebo nad portem przecięła błyskawica.

Kosma z trudem oderwał myśli od wakacyjnych planów i spojrzał w dół. Deszcz lał coraz mocniej, a dodatkowo zerwał się silny wiatr. Meteo zapowiadało całkiem dobrą pogodę w nocy, więc pewnie ta burza przejdzie bokiem. Wypił do końca kawę i odstawił kubek na niewielki pulpit, zabezpieczony stalowym relingiem.

Na dole coś się działo.

Oficer wachtowy był akurat na drugim poziomie ładowni i patrzył, jak ogromny tir podjeżdża do swojego miejsca parkingowego pod jedną ze ścian. Gdy zaczynał pracę na promie, nie mógł uwierzyć, że upchnięcie wielkich ciężarówek z naczepami w takich korytarzach jest w ogóle możliwe. Rampy wjazdowe na poszczególne pokłady były tak wąskie, że o ewentualnym otwarciu drzwi w samochodzie nie było nawet mowy. A przecież kierowcy po wjechaniu na wyższy poziom musieli jeszcze zakręcić i dodatkowo ustawić samochód tak, żeby nie zmarnować ani centymetra cennej powierzchni.

Dmuchnął z całej siły w gwizdek i machnął ręką, wskazując kierowcy miejsce za stojącą po prawej stronie ładowni ciężarówką. Samochód precyzyjnie ustawił się wzdłuż stalowych wręg burty. Po chwili potężny diesel zamilkł, a kierowca tira pomachał mu przyjaźnie z szoferki.

Uff! Kolejna kolubryna upchnięta.

Wszystkie wjeżdżające na pokład pojazdy ustawiała załoga. W ładowniach był jednak straszny hałas wywoływany głównie przez potężne wentylatory wyciągające z zamkniętych puszek car-decków spaliny. Gdyby nie wentylacja, pewnie wszyscy przebywający tutaj kierowcy i marynarze podusiliby się w mgnieniu oka.

Pozostawały więc gwizdki, którymi wydawało się komendy, i język migowy.

Ruszył w kierunku rampy na dolny pokład i po chwili szedł pustą jeszcze w tym miejscu ładownią w kierunku furty dziobowej. Za godzinę także tutaj miało być pełno samochodów.

Od kilkunastu minut przebywał w głębi ładowni, gdzie cały czas słychać było ryk silników kołujących samochodów zwielokrotniony stalową konstrukcją statku.

Dopiero teraz, gdy zbliżył się do otwartych wrót, zobaczył, jaka pogoda jest na zewnątrz. Tuż za furtą, na tle ciemnego nieba i palących się w porcie latarni, widać było prawie jednolitą masę wody, która z hukiem łomotała o powierzchnię pochylni.

Czworobok otworu bramy wyglądał, jakby był ukryty pod wodospadem, zza którego stroboskopowym światłem raz za razem rozświetlały niebo kolejne błyskawice.

Odruchowo naciągnął na głowę kaptur sztormiaka.

Zza kurtyny wody wyłoniła się kolejna ciężarówka. Minęła furtę i podjeżdżała właśnie na wysokość grodzi.

Oficer pomachał do kierowcy i wskazał ręką pochylnię prowadzącą na wyższy poziom. Kierowca wystawił przez okno rękę z uniesionym kciukiem, silnik ciężarówki ryknął i wielki pojazd skręcił w kierunku wąskiej rampy.

I wtedy rozległ się wybuch.

Rozdział 3

Szczecin, piątek,

tydzień wcześniej…


Paulina wysiadła z taksówki na rogu Piłsudskiego i placu Odrodzenia. Zapłaciła i głośno stukając szpilkami, ruszyła po kamiennych granitowych płytach w kierunku dwóch młodych kobiet, które stały przy wejściu do narożnej kamienicy. Obok nich co chwila zatrzymywały się taksówki, a ich pasażerowie znikali w czeluściach bramy.

– Piętnaście minut spóźnienia. – Blondynka w szarej eleganckiej sukience popatrzyła na Paulinę oskarżycielsko.

– Marta! – Paulina jęknęła na jej widok. – Coś ty na siebie włożyła? To nie sympozjum prawnicze, tylko klub nocny.

Paulina, w obcisłych jasnych dżinsach i czarnym prześwitującym topie, była zdenerwowana. Wyjście z koleżankami do klubu nie miało wymiaru rozrywkowego. Nie tym razem.

– Ja się w ogóle sobie dziwię, że dałam się na to namówić – powiedziała Marta urażonym tonem i zlustrowała strój koleżanki. – Wiesz, kiedy ja tu byłam ostatni raz? Chyba z dziesięć lat temu.

– Już tak nas nie postarzaj – odezwała się trzecia dziewczyna, brunetka w obcisłej jasnej mini i luźnej błyszczącej bluzeczce. – Razem tu byłyśmy. I nie dziesięć lat temu, ale trzy.

– Jak się ma dwoje dzieci, to czas płynie inaczej.

– I co teraz? – Brunetka spojrzała na Paulinę. – Co mamy robić?

– Alicja! Jak to, co macie robić? Nie wiesz, co się robi w klubie nocnym?

 

– Wykluczone! – Marta zdecydowanie pokręciła głową. – Ja mam dobrą pamięć. Na pewno nie będę robiła tego, co się robi w klubie nocnym.

Alicja parsknęła śmiechem, a Paulina westchnęła ze zniecierpliwieniem.

Znały się ze studiów. Każda wprawdzie była na innym kierunku, ale Marta i Alicja mieszkały razem w akademiku, a Paulina poznała je na jakiejś imprezie. Potem tak się ułożyło, że trzymały się razem. W ich paczce była jeszcze jedna dziewczyna, Agata, ale akurat wyjechała za granicę. Marta była adwokatem, a Alicja lekarką internistką.

Kiedyś bywały tutaj częściej. To był jeden z najbardziej znanych klubów nocnych Szczecina. Jeszcze nie tak dawno wyglądał trochę inaczej. W czasach ich studenckiego życia było to miejsce bardzo undergroundowe, z muzyką na żywo, ze stolikami i krzesłami, z których każde wzięto z innego kompletu, surowymi ceglanymi ścianami i wiszącymi na nich starymi plakatami. Po północy trudno było już wejść do sanitariatów. Przede wszystkim dlatego, że lepiły się od brudu, ale także dlatego, że wypełniał je zbity tłum balangowiczów płci obojga, którzy nie mogli się pomieścić w salach.

Był jednak tutaj jakiś genius loci, który pozwolił temu miejscu przetrwać zmieniające się mody i oczekiwania gości. Ale nie bez kompromisów. Klub musiał się zmienić i ucywilizować. Do dawnej sutereny doszedł cały parter z nowym barem, sofami, bardziej wygładzony i ułożony niż część podziemna. Jednak w piątki i soboty, gdzieś koło pierwszej w nocy, na dole, w niezmienionych ceglanych kątach i na dawnym parkiecie budził się jak zwykle nawalony, niepokorny, krnąbrny i obszarpany duch tego miejsca.

– Dopiero cię wyciągnęłam z kłopotów po twoim ostatnim artykule, a ty znowu się w coś wplątujesz. – Marta ściszyła głos do szeptu.

– W nic się nie wplątuję. – Paulina bez przekonania wzruszyła ramionami. – Pewnie to wkręt. Który informator wyznacza spotkanie w klubie nocnym?

– To akurat wcale nie taki zły pomysł. – Marta obciągnęła wąską sukienkę. – Pełno ludzi, hałas. Jeżeli ktoś nie wrzeszczy ci do ucha, to nic nie usłyszysz. Mnóstwo zalet.

– Wchodzimy! Pogadacie sobie w środku – rzuciła Alicja i nie czekając, weszła w czeluść bramy prowadzącej do klubu.

Paulina ruszyła za nią, myśląc jednocześnie o tym, jak to się zaczęło.

Trzy dni wcześniej siedziała akurat skupiona nad tekstem na temat nieprawidłowości i przekrętów na jednej z wielkich budów w mieście – dzięki Igorowi miała pełną analizę prawnobudowlaną – gdy zadzwoniła jej komórka.

Oderwana od syntezowania w myślach długich zdań z pełnego paragrafów i terminów budowlanych maila Igora, spojrzała na telefon z irytacją.

Ukryty numer. Nie znosiła odbierać takich połączeń. Zazwyczaj były to jakieś kretyńskie denuncjacje, propozycje tematów od jakichś pomyleńców lub zwykłe brednie. Ale czasem jednak zdarzało się, że dzwonił ktoś, kto miał rzeczywiście coś ciekawego do powiedzenia.

Westchnęła i sięgnęła po komórkę.

– Pani Weber? – w słuchawce rozległ się niski ściszony męski głos. – Kilka miesięcy temu napisała pani artykuł na temat kradzieży dzieł sztuki.

Paulina, odrywając myśli od przekrętów na budowie i z rezygnacją konstatując, że ponowne skupienie się nad tematem zajmie jej co najmniej dziesięć minut, przypomniała sobie swój tekst z końca kwietnia. Opisała losy zaginionych po wojnie obrazów z katedry kamieńskiej, dzieł sztuki znalezionych u zmarłego legendarnego kolekcjonera ze Szczecina i dodała kilka wątków na temat powojennych kradzieży, za którymi stały zorganizowane grupy przestępcze mające umocowania w najwyższych kręgach władzy. Artykuł nie wywołał zbytniego zainteresowania. Cały Szczecin i większa część Polski żyły wtedy morderstwami kobiet na Pomorzu, o których, notabene, to ona napisała jako pierwsza kilka tygodni wcześniej, nim rozdmuchały je wszystkie gazety.

– Mam pewne informacje dotyczące kradzieży w kościołach w tutejszych wiochach, myślę, że to panią zainteresuje. Mam też dla pani pewną propozycję.

– A coś więcej mógłby pan powiedzieć? – zapytała ostrożnie.

– To nie jest rozmowa na telefon. Proszę przyjść w piątek o północy do klubu…

– Żartuje pan? – Paulina parsknęła, słysząc nazwę znanego nocnego lokalu. – Tam będzie tłum ludzi.

– No właśnie. Nie chcę, żeby mnie ktoś z panią zobaczył w przypadkowym miejscu. Jest pani rozpoznawalna. Tam zawsze możemy porozmawiać. Udam, że chcę panią wyrwać. Proszę spróbować jakoś zmienić wygląd na wszelki wypadek.

– Zwariował pan? – prychnęła Paulina. Zaczęła podejrzewać, że ktoś ją właśnie wrabia.

– Brałem udział w tych kradzieżach.

– Co takiego?

– W piątek o północy!

Paulina patrzyła jeszcze przez chwilę na wyświetlacz, po czym odłożyła telefon na biurko.

Przez następne trzy dni biła się z myślami, co zrobić. Nie chciała radzić się swojego szefa, bo, o ile go znała, sam by ją tam zawiózł. Po artykule na temat morderstw, Paweł niebywale poszerzył zakres tematów, o których wolno jej było pisać. W końcu wtajemniczyła w sprawę swoją osobistą prawniczkę oraz dla dekoracji drugą przyjaciółkę. Usprawiedliwiła się, że w towarzystwie dwóch dziewczyn będzie się mniej rzucała w oczy. Kupiła porwane dżinsy i przezroczysty top. Za pomocą zmywalnej farby zmieniła kolor włosów na rdzawomarchewkowy i w piątek o godzinie dwudziestej trzeciej czterdzieści wsiadła do taksówki.

W klubie był już tłum ludzi. Przy wejściu w ceglanych niszach siedzieli dwaj bramkarze i z naburmuszonymi minami samców alfa sprawdzali bilety.

– Gdybyśmy przyszły godzinę wcześniej, to byłoby za darmo. Dziewczyny wpuszczali za friko. – Marta pochyliła się nad ramieniem Pauliny. – Widzisz kogoś podejrzanego?

– W tej kiecce to ty jesteś tutaj najbardziej podejrzana.

– No to się przynajmniej jakoś równoważy, bo ty w tych ciuchach wyglądasz na lokalną profesjonalistkę.

– Idziemy! Bez alkoholu długo tu z wami nie wytrzymam. – Alicja machnęła ręką w głąb zatłoczonej sali i zaczęła się pierwsza przepychać w kierunku okupowanego przez tłum baru.

Gdy doczekały się w końcu na swoją kolej i młody barman wyszczerzył do nich zęby, było już dziesięć minut po północy.

– Jeśli tu jest, to pewnie już cię zauważył. – Alicja pociągnęła łyk z wysokiej szklanki.

Paulina dyskretnie rozejrzała się wokół siebie. Zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu, przyprowadzając tutaj przyjaciółki. Może facet się spłoszył?

– Przejdę się do kibla. – Postawiła szklankę na bufecie pomiędzy dziewczynami. – Może mnie jakoś wyhaczy.

– Jeśli nie będzie cię zbyt długo, wzywamy policję – parsknęła śmiechem Alicja. – Zawsze chciałam to powiedzieć.

Paulina chwyciła torebkę i ruszyła w kierunku wyjścia, przepychając się pomiędzy tłumem rozbawionych studentów. Udało jej się w końcu wydostać na luźniejszy teren pomiędzy parkietem a korytarzem prowadzącym do sanitariatów i dalej do wyjścia na zewnątrz. Po prawej stronie były schody na parter.

Rozejrzała się, markując szukanie czegoś w torebce, po czym na chwilę przystanęła, obserwując tańczących. Dookoła niej kręciło się mnóstwo młodych mężczyzn, co najmniej połowa z nich była brodata. Paulina nie mogła się nadziwić, że ta wymagająca moda, zmuszająca facetów do przycinania, mycia w specjalnych szamponach i chodzenia przynajmniej raz na dwa tygodnie do barbera, utrzymała się tak długo. Kilku młodzieńców obrzuciło ją taksującymi spojrzeniami.

Pomyślała, że jeśli postoi tutaj jeszcze chwilę, to zostanie wzięta za łatwy łup albo rzeczywiście za profesjonalistkę. Chociaż, z tego, co wiedziała, te ostatnie stąd wypraszano.

Rada nierada ruszyła do toalety.

Poprawiła makijaż, dla zabicia czasu pogrzebała przez chwilę w torebce, po czym wyszła na korytarz i po chwili znalazła się z powrotem niedaleko parkietu. Łomotał stary rockowy kawałek z lat dziewięćdziesiątych, a kilkadziesiąt osób wywijało w jego rytm.

Paulina spojrzała na zegarek. Trzydzieści pięć minut po północy. No więc to byłoby tyle. Ktoś chyba zrobił jej dowcip. Możliwe nawet, że razem z przyjaciółmi obserwują ją teraz dyskretnie i pękają ze śmiechu. Może to Piotruś? Jej kolega z redakcji byłby do tego zdolny.

Odwróciła się i zaczęła przedzierać w kierunku baru, gdy nagle drogę zastąpił jej wysoki młody chłopak w czarnym T-shircie. Z krótkich rękawów koszulki wysuwały się umięśnione ramiona pokryte tatuażami.

– Zatańczysz?

– Nie, dziękuję. – Chciała wyminąć faceta i pójść dalej, ale zatarasował jej drogę i pochylił się nad jej ramieniem.

– Paulina, prawda?

Podniosła wzrok i obrzuciła mężczyznę zaskoczonym spojrzeniem.

Pochylił się ponownie i syknął.

– Pójdziesz ze mną. Akurat grają coś wolnego.

Paulina skonsternowana i nieco przestraszona, z czego zdała sobie sprawę, idąc obok mężczyzny, dała się zaprowadzić na parkiet i po chwili kołysała się przy starym kawałku Guns N’ Roses.

– Potańczymy chwilę, a potem pójdziemy pogadać – szepnął jej do ucha mężczyzna.

Paulina, pomimo całej absurdalności sytuacji, stwierdziła w duchu, że facet całkiem nieźle tańczy. Był chyba także starszy, niż początkowo założyła. Koło trzydziestki.

2Stan pogody – przebój Anny Jurksztowicz z 1986 r. ze słowami Jacka Cygana.