Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Co z tego, że mieszkała tutaj ta Martha Krause, czyli Marysia Woźniak? Borola interesował się wszystkim, co dotyczyło drugiej wojny światowej, a kupno kolejnego domu za kilka milionów pewnie nie stanowiłoby dla niego jakiegoś większego uszczerbku, ale po jakiego diabła był mu on naprawdę potrzebny? Tłumaczenie, że poszukiwanie skarbu jest tylko kampanią reklamową dla sieci pensjonatów i knajp, powiązanych tą legendą, było mocno podejrzane.

Igor spojrzał w okno. Chociaż w zasadzie… Może i nie było to takie głupie? Turyści, którzy zatrzymaliby się pod Troszynem i poznali opowieść o dramatycznych wydarzeniach z końca wojny, o zaginionym relikwiarzu Korduli – być może dawnym kuferku na biżuterię córki Mieszka I Storrady, chętnie nadłożyliby drogi, żeby zajechać do Lubina i obejrzeć kolejne miejsce związane z tą tajemnicą. A może i zatrzymać się na noc w uroczym pensjonacie z obezwładniającym widokiem na zalew.

Pozostawała jeszcze kolekcja obrazów z Gumieniec. Czy rzeczywiście to ona sprawiła, że Borola zainteresował się tym tematem? Obrazy z katedry, które rzekomo trafiły na aukcję…

Igor na moment znieruchomiał. Coś było nie tak z tymi obrazami.

I właśnie sobie uświadomił co.

Rozdział 8

Droga do Benic odbijała od wojewódzkiej sto szóstki i, meandrując pomiędzy wyspami starodrzewu, dochodziła do mostka nad Niemicą. Kilometr dalej, po prawej stronie, znajdował się masyw drzew parku pałacowego, a jeszcze dalej zabudowania wsi. Przed mostkiem po obu stronach drogi rozciągały się pola, dzięki czemu na północny zachód od szosy można było dostrzec wyłaniające się z lasu niewysokie wzgórze, które łagodnym łukiem opływała Niemica.

Paulina, z dłonią zaciśniętą na myszce, wpatrywała się w mapę satelitarną, usiłując dostrzec szczegóły topografii. Nigdy nie była w Benicach. Oczywiście wielokrotnie czytała o skarbie katedralnym i jego benickich losach, ale jakoś nigdy nie miała okazji, żeby się tam wybrać. Prawdę powiedziawszy, nie było tam nic aż tak interesującego. Pałac i park pałacowy zajmowała szkoła. Wystrój wnętrz rezydencji dawno uległ dewastacji i tak dużym zmianom, że trudno było rozpoznać dawną siedzibę jednego z najpotężniejszych rodów szlacheckich na Pomorzu. We wsi stał tylko nowszy, dziewiętnastowieczny neogotycki kościół. Po starym, szachulcowym, nie było już ani śladu.

Wzniesienie tworzyło na mapie prawie idealne koło. Porośnięte drzewami i wpasowane w zakole rzeki, wyglądało rzeczywiście jak dawne miejsce jakiegoś kultu. Łysa Góra. Paulina bardziej przybliżyła widok, usiłując dostrzec coś pomiędzy gęstymi koronami drzew, ale pora roku, w której zrobiono zdjęcie satelitarne, kompletnie to uniemożliwiała.

Bukowa Góra. Tam, zdaje się, stało mauzoleum Flemmingów. Nie ma po nim śladu, a wszystko – to pamiętała z rozmaitych artykułów – dawno zostało rozgrabione. To tutaj poszukiwacze skarbów wykopali po wojnie dziesiątki dołów. Tymczasem dawniej była to także jedna z gór czarownic, na której, według lokalnych bajań, w Noc Walpurgii spotykały się okoliczne wiedźmy. Usytuowanie wzgórza rzeczywiście było ciekawe, a tego typu wzniesienia tysiące lat temu często służyły jako miejsca odprawiania pogańskich rytuałów. Stały tam drewniane kąciny lub regularne altany z dębów, pod których koronami spotykała się miejscowa ludność. Wszystkie one po nastaniu chrześcijaństwa albo zostały zrównane z ziemią, by postawić kościoły, albo ich przeszłość starano się zamazać i zbezcześcić, przypisując im diaboliczne i szatańskie znaczenie.

Paulina podniosła głowę i spojrzała w kierunku aneksu Pawła. Teoretycznie rzeczy, które właśnie przeglądała, wiązały się z powierzonym jej tematem, nie powinna więc mieć wyrzutów sumienia, że zajmuje się tym w godzinach pracy. Tyle że tematyka mocno wykraczała poza ramy cyklu o czarownicach, a kolejny artykuł czekał na opracowanie. Jednak związek Igora z Benicami na tyle ją zafrapował, że postanowiła jeszcze trochę w tym pogrzebać. A nuż znajdzie się jakiś ciekawy pomysł na kolejny temat.

Jedną z najbardziej znanych świętych gór, którym potem przypisywano diabelskie związki, był Rowokół nieopodal jeziora Gardno. Góra, otoczona głębokim parowem, obecnie zarośnięta przez gęsty las, niegdyś była miejscem, gdzie palono święty ogień, który miał wskazywać drogę żeglarzom. W czasach chrześcijańskich stanęła tutaj kaplica świętego Mikołaja, patrona pielgrzymów, podróżników i marynarzy. Według legend gdzieś na górze ukryty został skarb piratów ze starego pomorskiego rodu von Bandemerów. Inne opowieści dotyczyły czasów bardziej współczesnych. Podobno pod koniec wojny Niemcy zakopali tu skrzynie ze skarbami lub też tajną dokumentację nowej broni…

Paulina podniosła wzrok i spojrzała w okno. Wzmianka o nazistowskiej broni spowodowała, że stanęły jej przed oczami wydarzenia z Darłowa. Zaledwie sprzed pół roku. I Igor. Czemu na jego wspomnienie poczuła jakieś ukłucie? Dorota? Oczywiście, że Dorota. Nie mogła pojąć jego stosunku do tej kobiety. Wszystko można było zrozumieć. Również to, że pewnie w dalszym ciągu za nią tęskni, że nie pogodził się z rozstaniem i tak dalej. Ale na miłość boską! Przecież przez nią o mały włos nie zginęli. Zostawiła ich w zawalonych podziemiach. Uciekając z bandziorami, praktycznie skazała ich na śmierć. A teraz on prowadzi z nią jakieś szemrane interesy.

Pokręciła głową ze złością, usiłując odpędzić myśli o Igorze, po czym ponownie pochyliła się nad monitorem. Po chwili znalazła jeszcze sporo wzmianek na temat innych świętych gór na Pomorzu, których dzieje tonęły w przedchrześcijańskich czasach.

Chełmska Góra koło samego Koszalina najprawdopodobniej była pozostałością osady sprzed kilku tysięcy lat. Potwierdziły to także badania archeologiczne, w wyniku których odkryto relikty świątyni i palenisk drewnianych domostw. Także tutaj, na przełomie dwunastego i trzynastego wieku, stanęła kaplica chrześcijańska. Pod koniec trzynastego wieku znajdowało się tu sanktuarium maryjne, do którego ściągali chorzy, by prosić o uzdrowienie, i pokutnicy z całego Pomorza. Okres wojny trzydziestoletniej dziejom tego miejsca dopisał natomiast rozdział związany z czarownicami. Miały się tu odbywać sabaty wiedźm, które strzegły także zakopanych skarbów z rzekomo wznoszącego się niegdyś na wzgórzu zamku. Forteca, według legendy, zapadła się pod ziemię za sprawą zaklęć złego czarownika, którego zalotami wzgardziła tutejsza księżniczka…

„Nie masz li mocy piekielnych nad wzgardzoną kobietę”. Paulina zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, skąd przyszedł jej do głowy ten akurat cytat. Czy to Hamlet czy lady Makbet? Do legendy o księżniczce średnio pasował. Do tej wiedźmy Doroty też raczej się nie odnosił; w końcu to ona zostawiła Igora. Znowu skojarzenie z Darłowem? Dorota? Czemu myśli o tej Dorocie?

Co Igor cały czas widzi w tej suce? Nie ma jakiegoś poczucia własnej godności, honoru? Ileż można latać za kimś takim?

Paulina westchnęła z irytacją. Dlaczego w ogóle myśli o Igorze? Po co się zastanawia nad tym jego toksycznym związkiem z tą wiedźmą? Przesunęła kursorem po ekranie i otworzyła kolejny link.

Na południe od Wolina, nad brzegiem Dziwny, znajdowało się wzgórze, które nazywano Wzgórzem Wisielców. Na łagodnym wzniesieniu zachowały się do dzisiaj trzydzieści cztery mogiły ułożone w kształcie koła o średnicy od trzech nawet do kilkunastu metrów. Cmentarz pochodził z IX wieku, był miejscem spoczynku mieszkańców dawnego Wolina i stanowił jedną z najstarszych wczesnośredniowiecznych nekropolii na Pomorzu. Pochodził z okresu, gdy Wolin był potężnym grodem, zamieszkanym przez wielonarodowościową ludność, od wikingów, przez miejscowych Słowian, ludność niemiecką po Greków, w wyniku czego znajdujące się tutaj groby miały cechy różnych kultur. Były stare, usypane nad kamienną podstawą kurhany, groby całopalne oraz zwyczajne mogiły szkieletowe. Nad cmentarzem, na szczycie wzgórza, wznosił się drewniany, już całkiem współczesny posąg Trygława – pomorskiego bóstwa z czasów przedchrześcijańskich. W późniejszym okresie miejsce zyskało o wiele bardziej ponurą sławę, wykonywano tu bowiem wyroki na miejscowych opryszkach, piratach i mordercach. Podczas badań archeologicznych odkryto na szczycie wzgórza grób ze szkieletem młodego mężczyzny z odciętą głową, prawdopodobnie ofiary katowskiego topora.

Na Wzgórzu Wisielców Paulina akurat była. Kilka lat temu na wycieczce z przyjaciółmi. Pamiętała ten niesamowity klimat starego kurhanowego cmentarzyska i widok spomiędzy drzew na spokojnie płynącą u podnóża góry Dziwnę. Po wojnie wzgórze otrzymało nazwę Gołogóry, co było fonetycznym tłumaczeniem niemieckiego Galgenberg, czyli Wzgórza Wisielców właśnie. Oderwała wzrok od ekranu i pomyślała, że powinna się jednak zająć artykułem. Jeśli w dalszym ciągu ma zamiar wyjść wcześniej, jak planowała, to już najwyższy czas trochę popracować. Może wspomni coś o tych górach czarownic? W sumie można będzie to podciągnąć pod ten „nieprzesadnie poważny ton”. Już chciała zamknąć przeglądarkę, ale przypomniała sobie, że miała obejrzeć dom na klifie, przez który Igor gotów był iść do więzienia. Wpisała adres i po chwili na ekranie pojawiła się strona internetowa znanego biura nieruchomości.

*

Gerhard Rabener, bogaty patrycjusz i radca dworu książęcego z Kamienia Pomorskiego, w 1686 roku wystawił w kamieńskiej katedrze bardzo reprezentacyjny grobowiec dla swojej rodziny. Znalazł się on w północnym skrzydle transeptu. Jego wejścia strzegły dwa kunsztowne posągi Chrystusa i Mojżesza. Nad nimi znajdowało się dekoracyjne epitafium, pośrodku którego wisiał portret Rabenera, a po jego bokach – wizerunki trzech synów oraz żony. I to właśnie te portrety znalazły się w jednej ze skrzyń. Wywiezione w czasie wojny z katedry, trafiły do benickiego kościoła, po czym wszelki ślad po nich zaginął.

 

Igor znał tę historię na pamięć. Tyle razy czytał o tym na różnego rodzaju portalach i w rozmaitych książkach o tajemnicach Pomorza, że sam się sobie dziwił, iż mógł o tym zapomnieć. Chyba coś go zaćmiło podczas rozmowy z Borolą. Problem polegał na tym, że nigdzie, w żadnym periodyku, żadnej książce czy dokumentacji konserwatorskiej katedry nawet nie było fotografii tych obrazów. Przez cały okres powojenny nikt spośród piszących opracowania i artykuły, także z wykorzystaniem źródeł niemieckich, nie zamieścił jakiegokolwiek zdjęcia. W katedrze zachowały się jedynie owalne, bogato zdobione ramy, co pozwalało oszacować wielkość i kształt dzieł, ale jak one tak naprawdę wyglądały, nikt nie wiedział.

Paulina miała wykształcenie techniczne. Skończyła materiałoznawstwo i przez cztery lata po studiach pracowała nawet w angielskiej firmie produkującej sprzęt budowlany. Ciągoty do pisania odkryła w sobie wtedy, gdy powierzono jej tłumaczenie dokumentacji technicznej produktów przeznaczonych na polski rynek. Jakkolwiek by oceniać jej zdolności i brak przygotowania zawodowego do pracy dziennikarza, miała jednak prawdziwego dziennikarskiego nosa, jakiś szósty zmysł, którym zawsze wyczuwała ciekawy temat. Wpatrywała się teraz w ekran i intuicja jej mówiła, że z domem na klifie coś musi być nie tak. Borola bez powodu by się nim nie interesował.

Patrząc na łososiowe elewacje starej willi, zastanawiała się, czy chciałaby mieszkać w takim miejscu. Niewątpliwie było piękne. Widok z leżącego za domem wzgórza, na którym rosło wielkie stare drzewo, był urzekający. Tak jak i miejscowość, a właściwie sąsiedztwo, bo jednak całej wsi nie dało się obejrzeć z satelity. Pensjonat tak położony byłby na pewno urokliwy. Zresztą, jak zdążyła się zorientować, we wsi stało już kilka innych domów, w których oferowano pokoje do wynajęcia, co oznaczało, że miejsce było odwiedzane i znane wśród letników.

Tylko czego szukał tu Borola?

*

Igor stał nad stołem w pracowni i wpatrywał się w wielki arkusz papieru, na którym wydrukowana była zewnętrzna instalacja wodno-kanalizacyjna projektowanego hotelu. Myślami był jednak daleko. Złapał się na tym, że nadal stosuje technikę odpędzania myśli o finansach pracowni rozważaniami o Boroli i jego szwindlach. Pół godziny temu wysłał pytanie o portrety Rabenerów do zaprzyjaźnionego policjanta i jednocześnie prezesa Pomorskiego Towarzystwa Historycznego, który od lat zajmował się zaginionymi dziełami sztuki. Zastanawiał się, jak to możliwe, że Borola zdołał odnaleźć fotografie, archiwa, cokolwiek, co pozwoliło mu ustalić, jak wyglądały zaginione obrazy z katedry kamieńskiej, skoro nikomu do tej pory się to nie udało. Może to była kwestia pieniędzy? Może dotarł do archiwum jakiegoś bogatego kolekcjonera, który na co dzień nie udostępniał nikomu swoich zbiorów?

– Igor!

Drgnął i wciąż trochę nieobecny spojrzał na stojącą po przeciwległej stronie stołu kobietę.

Projektantka instalacji patrzyła na niego ze zniecierpliwieniem.

– Tak?

– Wyobraź sobie, że wypływasz rurami kanalizacyjnymi z mojego domu, a ja nie chcę, żebyś wracał. Jak miniesz zawór zwrotny, to on automatycznie się za tobą zamknie. Nie będziesz miał szans przypłynąć z powrotem, dzięki czemu ja będę miała spokój.

Igor przez chwilę patrzył na poirytowaną koleżankę.

– Czy ty przed chwilą powiedziałaś, że będę płynął kanalizacją?

– Tak.

Przez moment patrzyli na siebie, nic nie mówiąc.

– Zapytałeś, po co jest zawór zwrotny. Wytłumaczyłam ci zasadę jego działania w możliwie przystępny sposób.

– Przecież ja wiem, do czego służy zawór zwrotny.

– No właśnie. Czy ty jesteś pijany?

Igor zamrugał i spojrzał na wydruk projektu instalacji.

– Zamyśliłem się, o Jezu! Przepraszam. – Pochylił się nad arkuszem. – Dobra! Jeszcze raz. Czy ta instalacja zmieści się tutaj razem z kablami elektrycznymi? Wszystko jest na styk.

Projektantka instalacji westchnęła i pokazała długopisem brązową kreskę.

– W ogóle nie słuchałeś, jak mówiłam. – Pokręciła głową. – Moja instalacja jest głębiej. Jeszcze raz ci wytłumaczę. Wychodzę z budynku tutaj. – Postukała palcem w karton. – A ponieważ tutaj jest duży spadek terenu, muszę mieć studzienkę…

Igor podniósł głowę i spojrzał w kierunku swojego aneksu. Z leżącego na jego biurku telefonu dobiegł dźwięk przychodzącej poczty.

– Poczekaj chwilę – rzucił do dziewczyny, która przerwała i zacisnęła usta. – Muszę coś sprawdzić.

– Po raz trzeci nie będę niczego powtarzać!

– Zaraz wracam!

Wszedł do swojego aneksu i sięgnął po telefon. Przez chwilę czytał wiadomość, po czym podniósł wzrok i spojrzał w okno.

Przyszło mu do głowy, żeby sprawdzić, czy obrazy Rabenerów są w ogóle umieszczone na liście strat wojennych. Wydawało mu się to oczywiste, ale postanowił się upewnić. Przeglądanie archiwum Departamentu Dziedzictwa Kulturowego w poszukiwaniu dzieł, których numerów katalogowych się nie zna, oznaczałoby konieczność przejrzenia kilku tysięcy pozycji, co zajęłoby cały dzień. Liczył na to, że kolega z Pomorskiego Towarzystwa Historycznego zna jakiś prostszy sposób i szybciej się w tym zorientuje.

Okazało się, że co do tego akurat miał rację. W przeciwieństwie do obrazów.

Portrety nie figurowały w katalogu zaginionych dzieł sztuki.

Nigdy tam nie trafiły.

*

Paulina wiedziała, że Borola ma restauracje w Międzyzdrojach, Świnoujściu, a także przy głównej drodze do Szczecina. Plany stworzenia hotelu koło Troszyna, przy jednej z najbardziej uczęszczanych w sezonie turystycznym dróg w Polsce, w dodatku w starym pałacyku, którego historia powiązana jest z dziejami zaginionego skarbu z katedry kamieńskiej, były w zasadzie przekonujące. Co więcej, jeśli wykorzystując te legendy i tajemnice Borola stworzyłby system reklamy swoich knajp, byłaby to nawet świetna promocja regionu. Takie miejsca są już przecież w całej Europie – wioski historyczne, w których można nauczyć się tkactwa czy garncarstwa i gdzie można się przespać w starej chacie, imitującej warunki ze średniowiecza. Może Borola jest wizjonerem? Z tego, co wiedziała, był prekursorem w wielu dziedzinach. Sprowadzał do Szczecina kucharzy z Włoch i Grecji. Jakiś czas temu, uprzedzając wejście na pomorski rynek zachodnich sieciowych kawiarni, sam stworzył swoją własną sieć takich miejsc. Może to wszystko z punktu widzenia biznesu ma sens? W gruncie rzeczy taki pomysł, jak na przykład ulokowanie w poszczególnych knajpach jakichś śladów prowadzących do skarbu, jakichś podpowiedzi kierujących do różnych związanych z nim miejsc, jest doskonały. Ludzie, szczególnie z dziećmi, jeździliby po całym powiecie, przy okazji zatrzymując się w różnych punktach gastronomicznych i zwiedzając zabytki. A Borola już pewnie prowadzi rozmowy o otwarciu takich punktów w kluczowych miejscach, przy głównych trasach. W dodatku na taką działalność z łatwością uzyska różne dotacje i środki pomocowe.

Ale dom na klifie? Rzekomo mieszkała tu mała Woźniakówna, czyli Martha Krause… Ale czy to prawdziwy powód jego zainteresowania? Może Borola naprawdę chciał się po prostu zapoznać z planami i wcześniej zlecić Igorowi analizę pod kątem wykorzystania na pensjonat? W końcu wydanie sześciu baniek, żeby potem się okazało, że przepisy i na przykład konstrukcja budynku to wykluczają, byłoby porażką nawet dla niego.

Mimo wszystko jednak czuła, że jest w tym coś jeszcze. Przecież Igor z powodzeniem mógł wykonać taką analizę na podstawie danych, które udostępniło biuro nieruchomości. Więc po co Boroli dokładne pomiary? Widziała kiedyś u Igora, jak wygląda inwentaryzacja konserwatorska. Jej częścią jest także bardzo dokładny serwis fotograficzny. Igor robił zdjęcia praktycznie każdej ściany i każdej dziury. Do tego dochodziły odkrywki fundamentów oraz wstępne określenie stanu technicznego ścian, stropów, różnych przemurowań…

Paulina westchnęła. Obróciła się w kierunku monitora i nagle znieruchomiała. Przemurowania…

*

Projektantka instalacji zewnętrznych w końcu zdołała skupić uwagę Igora na koncepcji odprowadzenia wód deszczowych z wielkich połaci kostki granitowej przed projektowanym przez nich hotelem. Kostki granitowej, która – o czym był przekonany – w trakcie realizacji zamieni się oczywiście w kostkę polbrukową. Godzinę później ponownie zamknął się w swoim aneksie i otworzył katalog z materiałami przysłanymi przez Aleksandrę Kupiec oraz wcześniej przez Borolę.

Obiecał, że do poniedziałku da odpowiedź, czy zajmie się tym tematem, ale jak na razie miał pustkę w głowie. Rozmowa z Pauliną i Johannem sprawiła jedynie, że o całej sprawie zaczął myśleć w kategoriach ewentualnej obrony przed sądem. Za plus uznał na przykład fakt, że materiały od Boroli dostał na szczęście w teczce, w realu. Przesłane mailem stanowiłyby dowód przeciwko niemu. Ale z kolei rozmowa z Borolą w towarzystwie jego żony na pewno nie była dla niego korzystna. Po dłuższej chwili takich rozmyślań stwierdził, że chyba głupieje, i wstał, żeby zrobić sobie kawę.

Idąc do aneksu kuchennego, z którego jak o każdej porze dnia, a często i nocy, dochodził gwar głośnych rozmów i śmiechów, znowu sobie przypomniał o kalkulacjach księgowej.

W obawie przed niewesołymi rozważaniami zaczął rozmyślać o kolekcji obrazów z bunkra na Gumieńcach.

Cholerne portrety rodziny Gerharda Rabenera. Jaki one mogą mieć związek z domem na klifie? Jeśli spadkobierczynie kolekcjonera z Gumieniec nie zdołają udowodnić ich pochodzenia, wrócą na aukcję i nikt nawet formalnie się nie zorientuje, że stanowią część skarbu z katedry w Kamieniu Pomorskim. Nieświadomy właściciel, który je wystawił, zainkasuje kasę, a obrazy wylądują w jakimś…

Zaraz…

Igor zatrzymał się na korytarzu z kubkiem w ręku i zagryzł wargi, usiłując wyciągnąć z wirujących w głowie myśli tę, która właśnie na moment zaiskrzyła krótkim wyładowaniem synaps. Kolekcjoner… Kto właściwie wystawił te obrazy na aukcję? Spadkobiercy murarza z Gumieniec twierdzili, że ktoś ich okrada… Może Borola nie znalazł się w całej tej sprawie przypadkiem?

*

Paulina wpatrywała się ekran monitora z taką intensywnością, jakby wierzyła, że pomiędzy fikuśnymi firankami, odrestaurowanymi starymi meblami i dziesiątkami stojących na intarsjowanych blatach bibelotów coś dostrzeże. Na stronie biura nieruchomości, gdzie znajdowała się oferta sprzedaży domu, było kilka zdjęć wnętrz. Paulina musiała przyznać, że pomalowane na intensywne kolory ściany i ciemne brązowe meble z końca XIX wieku, mimo że nie było to coś, co osobiście lubiła najbardziej, dobrze korespondowały ze skrupulatnie odnowionymi historycznymi elewacjami budynku. Chyba całkiem niedawno wszystko zostało odświeżone. Pomyślała, że jeśli w tym domu coś było zamurowywane, to trzeba by skuwać tynki, żeby znaleźć jakieś ślady. Czy Borola ma nadzieję, że coś ukryto tam podczas wojny? A może po wojnie?

Na chwilę oderwała wzrok od ekranu i, zamyślona, spojrzała w przestrzeń, w ogólnie pojętym kierunku środka sali. Czy ona naprawdę zaczęła się zastanawiać nad skarbami ukrytymi w ścianach? Boże! Jeszcze rok temu uważałaby to za kretyństwo. Co się stało z jej racjonalnym podejściem do życia? Czy fakt, że od pół roku jest współwłaścicielką firmy poszukiwawczej Sedinum Exploration, tak wiele zmienił?

Ale może to nie były skarby? Może na przykład zwyczajne stare dokumenty, zdjęcia? Cokolwiek. Może Borola dowiedział się czegoś od tej Marthy Krause? Może o to chodziło? O historii skarbu Korduli oczywiście czytała. Nie pamiętała wszystkich faktów. Trochę sobie przypomniała, gdy Igor wczoraj o tym opowiadał. Właściwie to całą tę historię traktowała jako ciekawostkę. Ot, taki malowniczy pomorski akcent. Ale miała wrażenie, że całkiem niedawno zetknęła się z czymś dotyczącym tej historii właśnie. Nie mogła sobie przypomnieć, o co chodziło.

A właściwie to… Nagle przyszło jej do głowy coś całkiem nowego. Coś, o czym wcześniej w ogóle nie myślała. Igor też nie zainteresował się tym wątkiem…

Kto właściwie był właścicielem tego domu?

Cały czas wpatrzona nieruchomym wzrokiem w przestrzeń głównej sali nie zauważyła, że ze swojego oszklonego aneksu kiwa do niej ręką Paweł. Dopiero gdy zastukał mocno w szybę, ocknęła się i spostrzegła, że wzywa ją do siebie.

Zasunęła za sobą drzwi i stanęła nad biurkiem Pawła. Wiedziała, że to go irytuje, i nie mogła sobie tego odmówić.

– Usiądź może, co? – Paweł oderwał wzrok od komputera i odsunął się od blatu razem z fotelem na kółkach. – Rozmawiałem w sprawie tego Koszuta. – Spojrzał na Paulinę, jakby się zastanawiał, jak jej nie zdenerwować.

 

– Z kim?

– Ze znajomymi z tych kręgów…

– Jakich kręgów? Patriotycznych?

– Z organizacji… – Spojrzał na nią z irytacją. – Uparłaś się, żeby mnie wkurzyć?

– Bo zapytałam z jakich kręgów? – Paulina przekrzywiła głowę i popatrzyła na Pawła niewinnie.

– Po co wyjeżdżasz z tym patriotyzmem?

– Paweł! – Paulina westchnęła. – Mam gdzieś twoje prawicowe sympatie. Jeśli zamierzasz mnie tutaj edukować narodowo, to uprzedzam, że po pierwsze, szkoda twojego czasu, a po drugie, mogę cię trzasnąć tym przyciskiem do papierów. – Wskazała brodą gładki granitowy kamień, którego Paweł używał do celów biurowych.

Paweł ciężko westchnął.

– Pominę zatem twoje lewackie bredzenie i przejdę do rzeczy. – Wyciągnął się na wysokim oparciu skórzanego fotela i podniósł wzrok. – Rozwarski and Dulęba to kancelaria, z którą to środowisko współpracuje od dawna. Mają spore doświadczenie w odwracaniu kota ogonem. Poza tym jest świadek, który z uwagi na profesję jest bardzo wiarygodny.

– Ten świadek zamierza kłamać?

– Nie bądź dzieckiem. – Paweł parsknął. – Jesteś, niestety, dziennikarką, to znaczy niestety w tym kontekście. Bardzo łatwo cię zdyskredytować. Pojawiłaś się tam zresztą, jak dobrze wiemy, nie prywatnie, tylko oddelegowana z gazety. To wszystko przemawia przeciwko tobie.

– Ja nie zakładam partii politycznej. – Paulina westchnęła. O wszystkim, o czym mówił Paweł, wcześniej zdążyła już ją uprzedzić Marta, nie była zatem kompletnie zaskoczona, niemniej i tak poczuła, jak zaczyna kiełkować w niej gniew. – Bandzior mnie uderzył i przewrócił na chodnik. Jako ofiara pobicia mam mniejsze prawa tylko dlatego, że jestem dziennikarką?

– Przecież wiesz, o czym mówię. Sąd prawdopodobnie weźmie to wszystko pod uwagę, że niby prowokacja i tak dalej, a koleś dostanie o wiele niższy wyrok, niż dostałby w innych warunkach. Bardziej powinna cię martwić związana z tym opinia zawodowa.

– Opinia? – Paulina nie wytrzymała. – Czy ty żartujesz?

– Będzie oczywiście sporo ujadania w prasie na twój temat. Będziesz od tego momentu kojarzona z różnymi ekstremizmami.

– Jakimi ekstremizmami?

Paweł wzruszył ramionami.

– „Zabierz różaniec od mojej macicy”, aborcja, feminizm, LGBT…

– Dosyć! – Paulina energicznie pokręciła głową i wstała z fotela.

– Radzę ci tylko, żebyś się jeszcze raz zastanowiła nad tym sądem. Są gotowi porozmawiać o ugodzie.

– Czyli mogę mieć nadzieję, że pan Koszut mi wybaczy, jeśli go przeproszę?

– Zrobisz, jak zechcesz. – Paweł podniósł obie ręce do góry. – I jeszcze jedno. Nie utożsamiaj tego, o czym mówię, z moimi poglądami. Gdybym miał okazję, to przywaliłbym temu chłystkowi w pysk tak, że aż by się nakrył nogami.

– Jestem ci niewymownie wdzięczna za tę deklarację. – Paulina uśmiechnęła się z przekąsem i skierowała się do wyjścia.

– Jeszcze jedno. – Paweł z powrotem podjechał razem z fotelem do biurka. – W poniedziałek ma iść pierwszy artykuł o czarownicach. Masz już całość?

– Nie mam siły teraz jeszcze tego z tobą omawiać. Przyślę ci komplet dzisiaj. – Paulina westchnęła. – Muszę wyjść wcześniej. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu?

Uśmiechnęła się przepraszająco i nie czekając na odpowiedź, zasunęła szklane drzwi.

*

Paulina wsypała łyżeczkę cukru do filiżanki i mieszała w zamyśleniu, wpatrując się w połyskujące na dachach miasta słońce. Widok z restauracji na dwudziestym drugim piętrze biurowca w centrum miasta rozciągał się aż po rozlewające się na wschód od Odry meandry jeziora Dąbie i archipelag dziesiątek wysp Międzyodrza.

Po rozmowie z Pawłem była przygnębiona. Oczywiście wcale by się do tego przed nim nie przyznała, ale cała ta awantura sądowa napełniała ją niepokojem. Gniew ma to do siebie, że stale trzeba go w sobie podsycać, a ona nie należała do osób, które lubią się na tym skupiać. Wściekłość równie szybko się w niej rozpalała, co gasła. Była zdecydowana na ten proces i postanowiła, że nie odpuści, ale bała się, że sprawa rzeczywiście może zakończyć się nie po jej myśli, co napełni ją tylko jeszcze większą goryczą.

– Mam wrażenie, że jesteś zmęczona albo przygnębiona. Czy coś cię gryzie? – Gwen odstawiła filiżankę na spodek i spojrzała na Paulinę z troską. – Chyba w ogóle przyjechaliśmy nie w porę. Igor też wydaje się jakiś przybity. Powinnam jednak wybić Johannowi z głowy tę całą niespodziankę.

– Nie, no coś ty! – Paulina gwałtownie zaprzeczyła. – Oboje bardzo się cieszymy, że możemy was zobaczyć. Jeśli chodzi o mnie, mam akurat na głowie parę problemów. Jeden właściwie…

Spojrzała na Gwen. Znały się krótko. Zaledwie pół roku. Od wrześniowych wakacji w Darłowie. Ale wspólne przeżycia zazwyczaj zbliżają ludzi i po tej przygodzie miała wrażenie, że znają się znacznie dłużej. Przemknęło jej przez głowę, że oprócz siniaka na udzie ma pewnie także jakiś niewielki siniak w środku. I nim nie zdążyła się jeszcze zająć. Gdy przewróciła się wtedy na chodnik, pomiędzy ludźmi, którzy automatycznie odstąpili na bok, podniosła głowę i na chwilę spotkała wzrok tamtego chłopaka. Spodziewała się zobaczyć skruchę, strach, winę, obawę, że wszystko zaszło za daleko, jakąś refleksję. Tymczasem na jego twarzy malowała się wyłącznie satysfakcja, mściwy uśmieszek, radość z upokorzenia jej. A zaraz potem wściekłość, gdy policjanci wykręcili mu ręce i położyli go na chodniku. Przestraszyło ją to, jak bardzo przesunęły się granice akceptacji przemocy. Następny mógł być lincz. Terroryzm. Z nikim na ten temat nie rozmawiała. Może właśnie nadarzyła się okazja.

– Potworność! – Gwen była wstrząśnięta, gdy Paulina skończyła mówić. – Może powinnaś zwrócić się do psychologa?

– Nie przesadzaj.

– Nie lekceważ tego. Sama czujesz, że coś jest nie tak, i pewnie jest. Jak boli cię brzuch, to przecież idziesz do lekarza.

– W Polsce w takich sytuacjach najczęściej trzaskamy drzwiami i wyładowujemy się na kasjerkach w supermarketach.

Gwen pokiwała głową.

– Doskonały sposób. Z tym że one akurat po powrocie do domu kopią swojego psa. I choćby z tego powodu powinnaś poszukać innego wyjścia.

– Wszystko jest w porządku. – Paulina uśmiechnęła się i sięgnęła po filiżankę. – Rozmowa z tobą całkowicie mi wystarczyła.

– A, właśnie! – Gwen nagle się ożywiła. – Wiem, co ci pomoże! Potrzebny ci weekendowy odpoczynek!

Paulina spojrzała na nią pytająco.

– Wybieramy się z Johannem na wycieczkę. Chcemy trochę zwiedzić Pomorze. W zeszłym roku nie mieliśmy specjalnie okazji. Johann będzie namawiać Igora.

– Mam trochę pracy. Poza tym pogoda o tej porze roku…

– Nie wygaduj głupot. Potrzebujemy przewodników, a pogoda właśnie ma być piękna.

– Chociaż… – Paulina nagle zagryzła wargi. Czarownice i Wzgórza Wisielców…

– No i chcemy też zobaczyć dom na klifie. Tam podobno jest pięknie.

Paulina uśmiechnęła się do Gwen.

– A, to w takim razie dobrze się składa.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?